środa, 17 lutego 2010

na Środę Popielcową

Drodzy wierni,
Rozpoczęliśmy okres Wielkiego Postu, okres będący w całym Kościele czasem pokuty. Jest to w pewnym sensie jedna dziesiąta roku, dziesięcina ofiarowana w specjalny sposób Bogu, aby zadośćuczynić za nasze grzechy. Musimy jednak pamiętać, że nasza pokuta nie ma jedynie na celu naszego umartwienia. Właściwym celem jest zdobycie cnót. Tak więc poprzez ten czas Wielkiego Postu chciałbym w każdym tygodniu mówić wam o innej cnocie, a w dniu dzisiejszym nie mógłbym znaleźć odpowiedniejszej niż cnota wstrzemięźliwości, gdyż dziś rozpoczynamy okres Wielkiego Postu.
Wstrzemięźliwość jest cnotą, która powściąga nasze skłonności do szukania przyjemności zmysłowych, zwłaszcza tych, które związane są ze zmysłami smaku i dotyku. Z pewnością wiecie, że nasze zmysły często dostarczają nam przyjemności, że ciastka są smaczne, są więc dobrym pokarmem. Dlaczego jednak tak jest? Powód tego jest taki, że Mądrość Boża wyposażyła naszą naturę w pewne przyjemności, by dopomóc nam w dokonywaniu określonych aktów, zwłaszcza tych, które dotyczą zachowywania i przekazywania życia.
Wszyscy wiecie, że jeśli nie będziecie jedli, stawać się będziecie coraz bardziej chudzi i wysuszeni, aż ostatecznie umrzecie. Tak więc musicie jeść. Jeśli jednak zastanowicie się nad jedzeniem jako takim, jest ono właściwie czymś odrażającym. Pomyślcie o tym trochę, nie ma w istocie nic bardziej wstrętnego niż branie martwego zwierzęcia, pieczenie go, a następnie wpychanie we własne ciało. Co gorsza, żujecie je nawet, pokrywacie tą śluzowatą wydzieliną zwaną śliną i ostatecznie idzie to wszystko do waszego brzucha, gdzie mają miejsce wszelkie okropności. Być może nie zastanawialiście się nad tym specjalnie, gdybyście jednak byli kiedyś w szpitalu i mieli operowany żołądek czy robioną gastroskopię, wiedzielibyście, że żołądek jest dość odrażającym miejscem. Wszyscy wiemy też, co dzieje się z pokarmem po strawieniu – zmienia się on w coś jeszcze gorszego, w coś, czego pozbywamy się czym prędzej w toaletach.
Tak więc po zastanowieniu się nad tym procesem jako takim, nikt nie miałby ochoty jeść. Gdyby z jedzeniem nie były związane pewne przyjemności, byłaby to jedna z najgorszych rzeczy w społeczeństwie, gdyż powoduje jedynie zabijanie przez nas zwierząt, a następnie zanieczyszczanie środowiska śmieciami. Jednak mimo wszystko, musimy jeść. Aby dać nam zachętę do jedzenia, Bóg uposażył naszą naturę w przyjemność płynącą z jedzenia, byśmy nie pomarli z głodu.
Jest to prawdziwe również w tym co dotyczy przekazywania życia. Biorąc pod uwagę wszystko, co rodzice muszą znieść by zrodzić dzieci, gdyby z aktem prokreacji nie były związane pewne przyjemności, po prostu na świecie nie byłoby nikogo.
Jednak w smutnym stanie, w jakim znajdujemy się po grzechu pierworodnym, często mylimy przyjemność z celem, dla jakiego Bóg ją ustanowił i usiłujemy je od siebie odłączyć. Najczęściej też wolimy samą przyjemność, od tego, dla czego Bóg ją ustanowił.: zamiast jeść, by żyć, żyjemy aby jeść. Tak więc potrzebujemy specjalnej cnoty, by zaprowadzić w tym właściwy porządek, a cnotą tą jest wstrzemięźliwość. Cnota wstrzemięźliwości odnosi się do samej przyjemności, sprawiając, by nie przekraczała ona zdrowego rozsądku. Ponieważ przyjemności związane ze zmysłami smaku i dotyku są najbardziej skłonne do przekraczania granic rozsądku, wstrzemięźliwość dotyczy głównie tych właśnie rzeczy.
Istnieje również naturalna cnota wstrzemięźliwości, porządkująca nasze dążenie do przyjemności wedle zasad rozumu, i o tej cnocie mówią często poganie, zwłaszcza Arystoteles i stoicy. Jednak my, jako chrześcijanie, posiadamy wstrzemięźliwość w znacznie większym stopniu, mówiąc inaczej: nasza wstrzemięźliwość oparta jest nie tylko na zdrowym rozsądku, ale tez na wierze: nie tylko jesteśmy istotami rozumnymi, ale też dzięki łasce Bożej jesteśmy Świątyniami Ducha Świętego. 
Każda z cnót posiada to, co moglibyśmy nazwać jej integralnym elementem. Oznacza to, że do wykonywania każdej cnoty konieczne są pewne warunki, bez których czegoś by jej brakowało. W przypadku wstrzemięźliwości konieczne są dwie główne rzeczy, z których jedna jest niejako dopełnieniem drugiej. Pierwszą jest poczucie honoru- czyli świadomość, że jesteśmy stworzeni dla wyższych rzeczy, nie dla przyjemności tego świata, ale dla czegoś większego, czegoś szlachetniejszego. Musimy mieć świadomość, że jesteśmy przeznaczeni do czegoś większego niż zwierzęta, poświęcające cały swój czas na szukanie pożywienia, że stworzeni jesteśmy by poznać prawdę, by ulec pięknu, by osiągnąć nieskończone dobro. Nawet uczestniczący w Olimpiadach poganie rozumieli to: przyjrzyjcie się wszystkim treningom, jakie przechodzili, wszystkim wysiłkom, specjalnym dietom, jakie na siebie nakładali - wszystko po to, by osiągnąć chwałę zwycięstwa. A przecież my, jako chrześcijanie wiemy, że jesteśmy przeznaczeni do znacznie większej chwały.
Drugim wymaganym elementem, będącym niejako uzupełnieniem pierwszego, jest zmysł wstydu. Przyjemności te, doprowadzone do przesady, prowadzą do kompromitacji i hańby. Nie ma nic bardziej haniebnego, niż zostanie ofiarą podłej wady z powodu głupiej i przemijającej przyjemności. Odczuwamy nawet osobiście wstyd, gdy widzimy ludzi pijanych, widząc ich w stanie, do jakiego podprowadziła ich nikczemna przyjemność, niszcząca ich rozsądek. Usiłujemy nawet ukrywać te przejawy niewstrzemięźliwości przed innymi, ponieważ instynktownie wiemy, że są one poniżej naszej prawdziwej godności.
Istnieje tak wiele cnót związanych ze wstrzemięźliwością, że niestety nie możemy w tym miejscu omówić ich wszystkich – w istocie nawet cały okres Wielkiego Postu, czterdzieści dni, nie wystarczyłyby na poświęcenie każdej z nich jednego dnia. Możemy jednak powiedzieć o kilku: cnota łagodności jest częścią wstrzemięźliwości, ponieważ ogranicza przyjemność odczuwaną przy okazywaniu gniewu, również cnoty pilności i wyrozumiałości pomagają nam w walce toczonej przeciwko złu. Cnota pokory poskramia miłość, jaką żywimy do samych siebie, podobnie jak skromność. Istnieje również specjalna cnota, która reguluje czerpanie przyjemności z zabaw – zwana eutrapelia, ponieważ człowiek mądry nie tylko uczy się, ale też wie, jak się bawić.
Ponieważ jednak istnieje tak wiele cnót, być może najlepiej będzie zastanowić się nad jednym z aspektów wstrzemięźliwości, związanym z poszczeniem.  Prawdopodobnie najskuteczniejszym sposobem umartwienia i ograniczania tej pożądliwości jest połączenie postu z wykonywaniem uczynków miłosierdzia.  Gdy siadacie do posiłku, najpierw módlcie się, jako że wówczas będziecie mieli myśli skierowane ku rzeczom wyższym, a nie tylko ku jedzeniu, jak to czynią zwierzęta. Następnie, starajcie się usługiwać innym. Podawajcie wszystkim to, czego potrzebują, a sami bierzcie potrawy na ostatku. Jeśli wypadnie wam być obsługiwanymi, bierzcie mniejsze i mniej smakowite kawałki mięsa, pozostawiając lepsze dla przyjaciół. Często przesadzamy w tym, co uważamy za dobre i lepiej jest myśleć o potrzebach innych, niż o swym własnym głodzie. Wszystkie te praktyki są częścią tego, co moglibyśmy nazwać chrześcijańską etykietą, będącą niczym więcej, jak tylko praktykowaniem cnót wstrzemięźliwości i miłości bliźniego.
Tak więc, drodzy uczniowie, pamiętając o tym wszystkim, starajmy się wdrażać to w praktyce. Jako osoba, która odwiedza wiele domów, niemal natychmiast jestem w stanie stwierdzić - na podstawie tego jak spożywacie posiłki - na ile ugruntowana jest w waszych rodzinach cnota. I jeszcze jedno ważne spostrzeżenie. Wiem na przykład, że praktyką Marynarki Wojennej było prowadzenie rozmów wstępnych z kandydatami  podczas lunchu, ponieważ jak powiedział mi pewien oficer prowadzący nabór – często więcej mógł się dowiedzieć o charakterze młodego człowieka ze sposobu, w jaki jadł, niż z rozmowy z nim. Tak więc mając na uwadze dobro naszych dusz i naszą przyszłość, módlcie się do Matki Bożej o tę cnotę wstrzemięźliwości, która wzbogaci nasze zasługi na wieki wieków. Amen.

Wyjaśnienie obrzędu poświęcenia popiołu

W dniu dzisiejszym mamy Środę Popielcową, która rozpoczyna okres Wielkiego Postu, czas publicznej pokuty w Kościele. Popiół, który widzicie, powstał po spaleniu palm poświęconych w Niedzielę Palmową. Dym, spalanie liści, były zawsze symbolem śmierci i zniszczenia. Nawet zwierzęta instynktownie uciekają przed dymem, ponieważ jest on niechybnym znakiem bliskiej śmierci i zniszczenia ich siedzib. Popiół ten jest pozostałością, zostałą po zniknięciu dymu.
Dlatego popiół słusznie symbolizuje to, co pozostaje z naszej duszy po tym, jak dym namiętności zniszczył obecną w niej łaskę uświęcającą. Stanowi to również wypełnienie tego, co powiedział Bóg w raju po popełnieniu przez ludzi pierwszego grzechu, zapowiedzi że umrzemy i powrócimy do ziemi: Z prochu jesteś i w proch się obrócisz. Wypowiadając te właśnie słowa, kapłan naznaczać będzie wasze głowy znakiem pokuty, czyli popiołem. Tylko dzięki pokucie świątynia naszej duszy może zostać odbudowana z ruiny, do jakiej doprowadził ją grzech. Początkiem pokuty jest uznanie naszych grzechów, a okazujemy to zewnętrznie poprzez przyjęcie popiołu oraz rozpoczęcie Wielkiego Postu, co ma miejsce właśnie dzisiaj. 

niedziela, 14 lutego 2010

na Niedzielę Pięćdziesiątnicy

Drodzy wierni,
W dniu dzisiejszym, w niedzielę kończącą nasze przygotowanie do Wielkiego Postu i wprowadzającą nas w samą tajemnicę Krzyża, święty Paweł przypomina nam o przyczynie, dla której Chrystus Pan już wkrótce ofiaruje samego siebie za nas na Krzyżu: o tajemnicy miłości czy raczej o cnocie miłości, która jest nierozerwalnie związana z łaską uświęcającą. 
Święty Paweł mówi nam najpierw o konieczności miłości i o tym, że bez miłości jesteśmy w oczach Boga niczym. Mówi wpierw o językach, ponieważ Koryntianie byli zafascynowani przede wszystkim tym, co nazywamy darami gratis datae, cudownymi przejawami działania Ducha Świętego w Apostołach w dniu Zielonych Świątek. Fascynacja zewnętrznymi znakami bez dociekania ich przyczyny czy celu jest często oznaką degeneracji społeczeństwa. Podobnie jak w przypadku materialistów, ludzie mylą wówczas materialne znaki z ich celem i ignorują aspekt duchowy. Tak też jest obecnie w przypadku sekt pentakostalnych i Neokatechumenatu, którzy redukują działanie Boga do dziwnych czy cudownych aktów, takich jak uzdrawianie chorych czy mówienie językami, zapominając równocześnie, że rzeczy te są jedynie pomocą w praktykowaniu miłości i nie powinno się ich mylić ze zwykłymi sposobami, za pomocą których Bóg dokonuje dzieła naszego uświęcenia.
Jak na ironię to właśnie materialistyczne społeczeństwo jest częstokroć kloaką gnostycyzmu, dziwacznej herezji która utrzymuje, że zbawienia dostępuje się dzięki posiadaniu specjalnej czy tajemnej wiedzy, niedostępnej dla niewtajemniczonych. Złożenie całej nadziei w rzeczach materialnych jest bardzo bliskie przesądowi, przypisującemu moc przedmiotom, które jej w istocie nie posiadają. Podobnie gnostyk będzie uważał, że wiedza sama w sobie i sama z siebie wyzwala pewną moc, energię czy zbawienie. Święty Paweł rozprawia się najpierw z tym właśnie fałszywym wyobrażeniem, mówiąc że nawet znajomość przyszłych wydarzeń, dar proroctwa, będzie bezużyteczny bez miłości. Ani dogłębne zrozumienie wszystkich tajemnic, ani nawet sama wiara nie wystarczy bez miłości, gdyż - jak mówi święty Jakub - wiara bez miłości jest martwa.
I rzeczywiście, bez miłości, bez łaski Bożej, nawet działanie cudów, nawet przenoszenie gór, nie przyniesie człowiekowi korzyści. Nawet uczynki miłosierdzia, takie jak rozdzielenie swego majątku ubogim, czy nawet wydanie ciała na spalenie, bez miłości nic nie znaczy, nie ma absolutnie żadnego znaczenia bez stanu łaski.
Tak więc święty Paweł, pouczywszy nas o absolutnej konieczności posiadania miłości, byśmy mogli odnieść korzyść w oczach Boga, czyli zbawić nasze dusze, przechodzi do ukazania nam, czym w istocie jest miłość. Na początku mówi czym jest miłość w ogólności, a następnie przystępuje do wyliczenia dobrych uczynków, które są udoskonalane przez miłość.
Miłość jest przede wszystkim cnotą, czyli doskonałością ludzkiego działania. Podobnie jak każda inna cnota - dotyczy tego, co robimy, usposabia nas do czynienia dobra i do unikania zła. Cnota jest czymś zakorzenionym w naszych duszach, co nakłania nas do działania, jak nawyk. Przykładem nawyku może być choćby jazda na rowerze. Początkowo wydaje się być czymś trudnym do nauki, jednak po krótkiej praktyce staje się niejako częścią nas, drugą naturą. Uczycie się tego tylko raz i skoro to opanujecie, posiadacie pewien nawyk, umiejętność jazdy. Oczywiście są pewne stopnie nawyku – od małego chłopca jeżdżącego pierwszy raz po ulicy, po mistrza olimpijskiego - nawyk jednak jest ten sam. Można przytoczyć wiele innych przykładów nawyków – na przykład granie na fortepianie, sztuka rysowania, czy nawet mycie zębów jest nawykiem, drugą naturą, czymś co robimy częstokroć nawet o tym nie myśląc, gdyż stało się to niemal instynktem.
Są nawyki dobre i nawyki złe – zły nawyk przeklinania, zły nawyk marnowania czasu, wszelkie rodzaje nawyków, które niestety skłaniają nas ku złemu. Jest to to, co nazywamy wadami, czyli przeciwieństwo cnót. Cnoty skłaniają nas do czynienia dobra, czyniąc część nas, którą moglibyśmy nazwać „drugą naturą” - prawdziwie dobrą, poprzez ukierunkowywanie jej ku jej właściwemu celowi lub unikaniu konkretnego zła. Pojmujecie więc, że doskonałość człowieka polega zasadniczo na nabywaniu cnoty. Ale która z cnót jest podstawowa i najważniejsza? Święty Paweł uczy nas tego w dzisiejszej Lekcji, przypominając że miłość jest główną i podstawową cnotą, jako że kieruje całego człowieka ku jego ostatecznemu celowi, którym jest sam Bóg.
Ponieważ cnota dotyczy nie tylko czynienia dobra, ale również znoszenia zła, które cierpieli również Koryntianie, święty Paweł mówi o pierwszej cesze miłości: miłość jest cierpliwa. Kiedy się kogoś kocha, będzie się znosiło z łatwością wszelkie trudności i wyświadczało ukochanej osobie dobro, dlatego święty Paweł mówi, że miłość jest łaskawa.
I aby wykorzenić z nas fałszywe pojęcie miłości, szybko dodaje: miłość nie zazdrości. Zazdrość jest przeciwieństwem miłości, jest wadą która napełnia nas smutkiem na widok dobra posiadanego przez innych, podczas gdy miłość poszukuje dobra bliźniego. A ponieważ zazdrość jest owocem miłości własnej, czy też fałszywego mniemania o sobie samym, święty Paweł wylicza kolejno wady jako nie mogące współistnieć z miłością: miłość nie nadyma się, nie wynosi nad innych jak to czynią ludzie zazdrośni, nie ma nic wspólnego z arogancką postawą tych, którzy uważają, że wszystko powinno obracać się wokół nich, nie jest grubiańska, nie pragnie własnej korzyści - są to raczej zewnętrzne objawy zazdrosnej pychy, uzewnętrznianej przez rozdrażnienie i małoduszność.
Święty Paweł ukazuje nam następnie źródło czy też przedmiot miłości: raduje się ona z prawdy, weseli się z dobra, a więc nie znajduje upodobania w złu. Miłość jest cnotą skierowaną ku doskonałemu dobru, czyli samemu Bogu, dlatego właśnie obejmuje wszystko: wszystko znosi, we wszystko wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrwa. Wszystkie rzeczy zawarte są w miłości, ponieważ Bóg jest Stwórcą i Rządcą wszystkiego.
A ponieważ właściwym obiektem miłości jest miłość Boga, umiłowanie wiecznego i doskonałego dobra, miłość nigdy nie ustaje, podobnie jak Bóg jest wieczny. Nawet wiara i nadzieja ustaną, gdyż wiara trwa jedynie tak długo, jak nie widzimy danej rzeczy, a nadzieja tak długo, jak jej nie osiągniemy. Jednak w niebie będziemy oglądali Boga twarzą w twarz i posiadali Go na całą wieczność. Zawsze jednak będziemy Go kochali jako sam powód naszego istnienia. Wszystkie inne posiadane przez nas cnoty są jedynie narzędziami służącymi do przyszłego posiadania Boga, są  - posługując się porównaniem świętego Pawła – jedynie rzeczami dziecinnymi, niedoskonałymi, które odrzuca się po osiągnięciu samego celu istnienia, to znaczy po osiągnięciu dojrzałości czy doskonałości. W trakcie tego doczesnego życia, dalecy od doskonałości nieba, mówimy o rzeczach Bożych jak dzieci, myślimy i rozumujemy w sposób niedoskonały i słaby – jednak w niebie wszystkie te niedoskonałości zanikną.
Gdyż teraz widzimy przez zwierciadło w zagadce, mówi święty Paweł, lecz wonczas twarzą w twarz. Możemy poznać Boga, możemy Go nawet kochać, poprzez rzeczy jakie On dla nas stworzył, jednak na sposób jedynie częściowy. W niebie rozumieć będziemy w pełni, do takiego stopnia, w jakim Bóg rozumie nas ponieważ nas stworzył, pod tym jednakże warunkiem, że będziemy Go prawdziwie kochali.
Tak więc, drodzy wierni, spośród wszystkich cnót, nawet tych, które mają Boga za swój obiekt, to właśnie miłość ma znaczenie podstawowe i zasadnicze. „A z tych największa jest miłość”.
Święty Tomasz z Akwinu powie później, że miłość jest większa niż wiedza, gdyż to miłość łączy się z rzeczą taką, jaka ona jest w istocie. Wiedza jest czymś, co wprowadza  swój przedmiot w nas samych. Kiedy coś wiem, staje się to obecne w moim umyśle, jego natura przechodzi do mnie i w pewien sposób staje się częścią mnie. Mogę czytać książkę, badać naturę, a to co czytam czy poznaję wkracza do mojego umysłu i pozostaje we mnie tak, że mogę zamknąć oczy i nadal rozważać jego naturę. Jednak miłość popycha nas ku kochanej osobie lub rzeczy, nie w nas samych, ale w niej. Z miłością fałszywą mamy do czynienia wówczas, gdy mamy fałszywą wiedzę odnośnie do obiektu miłości, niemniej jednak jest on jej przedmiotem, na przykład nadal jesteście poślubieni kobiecie, nawet jeśli obecnie wiecie o niej znacznie więcej niż kiedyś. Podczas gdy wiedza jest ograniczona przez naszą zdolność poznawania i obserwacji oraz intelekt, nie ma ograniczeń co do przedmiotów naszej miłości. 
Tak więc w stosunku do rzeczy tego świata, rzeczy które są względem nas niższe, takich jak natura czy otaczające nas istoty żywe, lepiej i szlachetniej jest znać je, niż je kochać, gdyż poprzez poznanie te rzeczy materialne stają się częścią nas, istot ludzkich, które są względem nich wyższe. W stosunku do tych, które są nam równe, czyli innych istot ludzkich, musimy kochać je tak, jak kocha je sam Bóg oraz starać się poznać je lepiej, by móc skuteczniej czynić im dobro. W stosunku jednak do tych, które są względem nas wyższe, czyli Boga, daleko lepiej jest kochać Go, niż jedynie znać. Choć oczywiście musimy najpierw poznać Go, byśmy mogli Go pokochać… i na tym opiera się cała tajemnicą miłości, która nie tylko implikuje wiarę, ale nawet udoskonala samą cnotę wiary.
Jak więc mamy okazywać tę miłość do Boga? Ponieważ miłość jest aktem woli, największą miłością jest taka, która prowadzi do najściślejszego zjednoczenia woli. Kochać Boga, znaczy więc kochać zwłaszcza to, czego pragnie On dla nas, czyli nasze obowiązki stanu oraz tych ludzi, których Bóg stawia blisko nas, czyli naszych bliźnich.
Tak więc, drodzy wierni, zachowując w pamięci te rozważania i prosząc za wstawiennictwem świętego Pawła o właściwe zrozumienie, kochajmy Boga i Jego świętą wolę coraz więcej, ponieważ ta miłość nigdy nie wygaśnie, obdarzając nas radością z posiadania Tego, który jest źródłem dobra i prawdy. Amen.

niedziela, 7 lutego 2010

na Niedzielę Sześćdziesiątnicy

„Dosyć masz łaski mojej, albowiem moc w słabości doskonalszą się staje”
Drodzy wierni,
Dziś jest niedziela sześćdziesiątnicy, nazwana tak, ponieważ jest sześćdziesiąt dni przed Wielkanocą. Święta Matka Kościół ma dla nas dzisiaj dwie wielkie lekcje o potrzebie łaski i konieczności naszego z nią współdziałania. 
Dziś jest też święto świętego Pawła Apostoła a kościołem stacyjnym w Rzymie jest bazylika świętego Pawła za Murami. Czytamy w lekcji dzisiejszej Mszy o wszelkich cierpieniach, jakie zniósł św. Paweł. A dziś radujemy się jego chwałą w niebie.
A w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus poucza nas przypowieścią o siewcy. Słowo Boże jest zasiewane w naszych sercach i w niektórych przynosi plon stokrotny. W św. Pawle widzimy właśnie taką duszę, która przyniosła plon stokrotny. Duszę, która współpracowała z łaską, która wydała owoc w cierpliwości.
Pan Jezus jest Tym, który zasiewa ziarno swojej nauki. Daje swoja łaskę, daje ja darmo, jak ten co zasiewa pole. Ziarno jest rzucane wszędzie, gdzie może wzrosnąć. Przyszedł aby nauczać każdy naród, każdego pojedynczego człowieka, co muszą robić, aby osiągnąć wieczne życie. I daje im siłę aby je osiągnąć poprzez łaskę uczynkową. Jest tak wspaniałomyślny. Oddaje nawet własne życie aby pokazać jak nas kocha. Chce aby wszyscy ludzie byli zbawieni.
Niemniej jednak, to co Pan Jezus nam daje, często spada na tych, którzy nie są gotowi. Ziarno pada na twardy grunt. Pada na zatwardziałe serca, gdzie nie może wzrosnąć, a potem diabeł je porywa. Wielokroć pada na glebę, która przyjmuje je z radością. To dusze, którym brak głębi charakteru, więc przylegają do wszystkiego po prostu dlatego, że jest nowością. A potem zaczynają cierpieć dla Ewangelii i być atakowani przez tych, którzy nie chcą aby ziarno pozostało w ich sercach. I są zgorszeni prześladowaniami. Krzyż jest dla nich zgorszeniem. 
I ziarno nie przynosi owocu.
Moi drodzy, otrzymaliśmy łaskę Bożą. Mamy wszelki przywilej posiadania wiary, posiadania Bożej łaski. A ta łaska chce wzrastać i rozwijać się w nas. Chce przynieść owoc. Chce rosnąć, jak wszystko co żyje. I my musimy wzrastać w tej łasce, a ona musi rosnąć w nas. Jak wszystko co jest żywe musi rosnąć lub umrzeć. 
Pan Jezus opowiedział wiele przypowieści. To był Jego sposób nauczania. Ale wyjaśniał je tylko Apostołom, bo pragnął aby oni nauczali świat. Lecz tę przypowieść przekazuje nam sam, bezpośrednio, wyjaśnienie i pouczenia. Jest ona tak ważna dla Serca Jezusowego. Chce żebyśmy współdziałali z Jego łaską.
Jesteśmy członkami Pana Naszego Jezusa Chrystusa poprzez chrzest. On jest naszą Głową, naszym Wodzem, źródłem wszelkiego życia w nas. Daje nam pełnię swojego życia tak, że daje nam wszystko co ma. Ale może nam dać według naszej dyspozycji, jako że wszystko może być przyjęte tylko według możliwości przyjmującego. Mogę chcieć dać wam szklankę wody, ale jeśli trzymacie ją do góry dnem, bez względu na to ile wody wyleję, szklanka pozostanie pusta. Bez względu na to jak bardzo Pan Jezus daje nam swą łaskę, bez względu jak bardzo wylewa się z miłości dla nas, jeśli jej nie chcecie, jeśli nie otwieracie na nią waszych serc, umrzecie z pragnienia.
Naśladujcie przykład świętego Pawła. Popatrzcie co wycierpiał dla Pana Jezusa. Pragnął oddać wszystko i Pan Jezus nagrodził go, wynagrodził go tysiąckrotnie. Nawet w tym życiu. A jego chwała w niebie jest ogromna. Jest on nauczycielem pogan. Łaska znalazła w nim taką hojność, że mogła wyrosnąć w olbrzymie drzewo przynoszące owoc stokrotny i tysiąckrotny nawet po dziś dzień. 
Łaska może to samo zdziałać w was, drodzy wierni, jeśli tylko będziecie z nią współdziałać. Nie potrzeba wiele. Pan Jezus pragnie jedynie waszej dobrej woli. Chce od was abyście jedynie rozwarli swoje ręce i chwycili się tego, co wam daje. Chce abyście byli ulegli Jego natchnieniom. Pragnie abyście zechcieli cierpieć małe niedogodności obecnego czasu, aby mógł obdarzyć was chwałą w przyszłości – podobnie jak drzewo musi być przycinane aby przynieść więcej owocu. Każda trudność każdego dnia jest obietnicą żniwa, jeśli tylko będziecie współdziałać z ręką Bożą. 
Szczególnie módlcie się do Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest tą, która najpełniej współdziałała z łaską Bożą. W niej łaska nie znalazła żadnej przeszkody, ale osiągnęła pełnię. W „Zdrowaś Maryjo” modlimy się „łaskiś pełna”. Jej wola była nieustannie zwrócona ku Bogu, aby nieustannie od Niego czerpać. Jest pośredniczką wszelkich łask, tak owocne jest Jej współdziałanie z łaską.
Zatem zwróćcie się do Niej, utkwijcie w Niej wasz wzrok. Ona jest Gwiazdą Morza, która prowadzi nas przez trudy na tym łez padole. Naśladujcie Ją. Podążajcie za tę Gwiazdą, aby naśladując jej przykład na ziemi móc żyć z Nią wiecznie w niebie.  

niedziela, 31 stycznia 2010

na Niedzielę Siedemdziesiątnicy

Drodzy wierni,
 W dniu dzisiejszym przypada niedziela zwana Septuagesima, co po łacinie oznacza siedemdziesiąt dni przed Zmartwychwstaniem Pańskim. Wkraczamy w okres przygotowania na przyjęcie łask płynących z wielkiej tajemnicy, czyli Męki i Śmierci Zbawiciela. Aby otrzymać łaski związane z tą tajemnicą musimy naśladować Chrystusa Pana w Jego Męce i Śmierci, aby mieć udział również w Jego Zmartwychwstaniu.
Pan Jezus mówi nam o tej łasce w czytanej w dniu dzisiejszym Ewangelii. Królestwo Niebieskie podobne jest do gospodarza, do gospodarza który wstał wcześnie rano, by nająć robotników do swojej winnicy. Domem Boga jest Niebo i ziemia, wszystkie rzeczy stworzone, ponieważ Bóg jest wszędzie. A jednak ów wszechświat stworzony został dla konkretnego celu: dla oddawania Mu chwały poprzez zbawienie dusz. To jest właśnie winnica przynosząca owoc, czyli cnotę, która nabywana zostaje za pośrednictwem ustanowionego przez Niego Kościoła. Bóg, nas Pan, jest gospodarzem tej winnicy, gdyż to przez Niego wszystkie rzeczy zostały stworzone.
I Ewangelia mówi, że wyszedł On bardzo wcześnie rano, czyli na początku czasu, na początku Stworzenia. Wyszedł, by nająć robotników do swojej winnicy, czyli tych, którzy pracować będą dla Jego chwały, posłuszni temu, co wypowiadamy podczas modlitwy: bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Robotnicy są najemnikami, gdyż nie pracują dla siebie, ale dla kogo innego. Podobnie ci, którzy cieszą się owocami Królestwa Niebieskiego, nie pracują dla siebie samych, ale dla Boskiego Mistrza. I jak mówi Ewangelia, Zbawiciel ugodził się ze swoimi pracownikami po denarze za dzień i posłał ich do winnicy.
Przypowieść ta mówi o dniach i godzinach, w rzeczywistości jednak odnosi się do jednego tylko dnia, dnia który obejmuje cały czas. Ów dzień, dzień który rozpoczął się wraz ze Stworzeniem a skończy Sądem Ostatecznym, składa się z wielu godzin, które wyobrażają różne rozporządzenia Boga w stosunku do ludzkości, jak mówi wielki Doktor Kościoła papież Grzegorz. Dlatego przypowieść ta odnosi się do różnych pokoleń pracowników, którzy posyłani są na ten świat, by otrzymać zapłatę za swoją pracę. Pierwszą interwencją jest Stworzenie i Ewangelia mówi, że Pan Jezus ugadza się z pierwszymi robotnikami, czyli zawiera umowę – umowę, której nie zawrze z innymi pokoleniami, gdyż Ewangelia mówi, że posłał wyobrażających je robotników do pracy bez zawarcia porozumienia. Umowa ta oparta jest na sprawiedliwości, gdyż na początku Adam stworzony został w stanie łaski i łaska ta miała być dziedzictwem przekazywanym jego potomkom, gdyby nie popełnił on grzechu. Jednak Adam utracił swą pierwotną niewinność i dlatego rodzaj ludzki utracił prawo do łaski, zamiast tego musi zdać się na miłosierdzie Boga.
Od czasów Adama rodzaj ludzki, zamiast pracować dla chwały Boga, dążył do własnej chwały. Wywołany tym chaos doprowadził do ukarania ludzkości potopem. Dlatego właśnie Gospodarz przyszedł o godzinie trzeciej na rynek, czyli do części świata poza winnicą, która należy do Mesjasza. Ludzie ci byli bezczynni, jak mówi Ewangelia, ponieważ żyli dla siebie samych, nie przynosząc owocu zbożnego dzieła, dokonywanego przez łaskę. Gospodarz posyła ich do winnicy, mówiąc im jedynie, że da im to, co słuszne, gdyż po upadku pierwszych rodziców wszelka cnota jest wynikiem miłosierdzia Bożego. To posłanie robotników do winnicy, ta interwencja Boga, wyobraża okres dziejów ludzkości od potopu do wybrania Abrahama, od kary która była owocem grzechu, do wybrania narodu, z którego miał się narodzić Mesjasz.
I Gospodarz czyni to samo o szóstej i dziewiątej godzinie – najmuje robotników do swojej winnicy. Godzina szósta oznacza okres od obietnicy danej Patriarchom do czasu Starego Przymierza danego ludowi Bożemu poprzez  Mojżesza. Godzina dziewiąta wyobraża natomiast czas Starego Przymierza, czas w którym Bóg posyłał do swojej  winnicy pracowników i proroków, by przygotować świat na swoją ostatnią i największą interwencję w Osobie swego Jedynego Syna.
Sam Bóg interweniował w czasach ostatnich, o godzinie jedenastej, będącej ostatnią godziną dnia, gdyż po niej nie będzie kolejnej godziny, nie będzie innej większej interwencji Boga niż Jego osobiste przyjście, przybranie ciała i zamieszkanie wśród nas. Jak mówi święty Piotr: „(…) krwią drogą Chrystusa (…) który wprawdzie przejrzany był przed założeniem świata, ale ukazał się w czasach ostatnich dla was” (1 P 1,20). Owi robotnicy odpowiadają słusznie: „nikt nas nie najął”, gdyż wyobrażają oni tych spośród pogan, do których nie został posłany żaden prorok i w stosunku do których nie wypowiedziano żadnej obietnicy.
Wszystkim im Zbawiciel daje po denarze. Oddaje każdemu wedle tego, co przepracował, wedle jego pracy, każdy jednak otrzymuje denara. Jak mówi Chrystus „W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele” (J 14,2), jednak jest tylko jeden dom, tylko jedno zbawienie, jeden denar, który wszyscy otrzymują. Ów denar był monetą o wartości dziesięciu sestercji i wyobrażony był na nim wizerunek króla. Dlatego denar ten wyobraża łaskę zbawienia, gdyż przestrzeganie dziesięciorga przykazań wyciska na naszej duszy obraz i podobieństwo Boga, Króla Stworzenia.
Zbawiciel osądza najpierw ostatnich, czyli pogan, tych, którzy powołani zostali nie na mocy obietnicy danej Patriarchom, ale przez łaskę, otrzymując tę samą łaskę, jakiej udzielono Patriarchom. I każdemu - jak mówi Ewangelia -  nawet najętym na początku, daje po denarze, każdemu daje łaskę zbawienia. A jednak pierwsi z najętych szemrali przeciwko gospodarzowi uważając, że powinni otrzymać więcej. „Nieśli ciężar dnia”, czyli ciężar znajomości prawdziwego Boga, ciężar Starego Prawa, oraz „upalenie” czyli namiętności, które prawo to powściągało. Poganie byli bez prawa, jak mówi święty Paweł w swym liście do Rzymian, jednak również oni otrzymali tę samą łaskę zbawienia.
Dlatego Chrystus karci zazdrość Żydów: „czy oko twoje złośliwe jest, żem ja jest dobry?” Miłosierdzie Boże nie ma względu na osobę czy rasę, udziela zbawienia wszystkim, którzy w Niego wierzą. Bóg udzieli również ostatnim, podobnie jak pierwszym, życia wiecznego.
I na koniec Zbawiciel wypowiada słowa, które pozostają prawdziwe po wszystkie czasy, wszędzie i dla wszystkich narodów: wielu jest wezwanych, ale mało wybranych. O tym samym mówi nam święty Paweł w dzisiejszej Lekcji: „wprawdzie wszyscy biegną, ale jeden nagrodę bierze”. Ową nagrodą jest to samo, co oferuje nam Zbawiciel: życie wieczne. Musimy jednak biec w wyścigu, musimy walczyć „nie jakby z wiatrem walcząc, ale karcić ciało swoje i w niewolę je podbijać”. Dlatego właśnie ów nadchodzący okres pokuty, czas postów i umartwień, byśmy nie zostali oskarżeni o bezczynne siedzenie, byśmy pracowali pilnie nad swoim zbawieniem.
Dlatego, drodzy przyjaciele, pamiętając o tym wszystkim i wielbiąc Boga za cudowne udzielanie łaski wszystkim narodom, wdrażajmy to w naszym codziennym życiu, by ta łaska, którą otrzymujemy poprzez sakramenty, do których aluzję czyni święty Paweł, mogła osiągnąć w nas swą pełnię. Módlmy się i pracujmy, by łaska ta mogła być pewnego dnia świadkiem ostatecznego wezwania Zbawiciela skierowanego do dusz wybranych: „Pójdźcie błogosławieni Ojca mego, posiądźcie królestwo, zgotowane wam od założenia świata” (Mt 25,3). Amen.

czwartek, 28 stycznia 2010

św. Piotra Nolasko, wyznawcy

Drodzy wierni,
W dniu dzisiejszym przypada wspomnienie wyjątkowego świętego, którego świętobliwość widoczna była już od najmłodszych jego lat i który w latach uważanych powszechnie za „niedojrzałe” posiadał już mądrość, będącą zazwyczaj udziałem ludzi starych. Żył w tych samych czasach co święty Franciszek i podobnie jak on przyszedł na świat w bardzo zamożnej rodzinie, ich powołania jednak były bardzo różne, pomimo że obaj praktykowali cnotę ubóstwa w stopniu heroicznym.
Wspominany dziś święty urodził się we Francji w bogatej rodzinie i pobierał naukę u cystersów w Tuluzie. W okresie tym południe Francji pustoszone było przez herezję albigensów, heretyków wyznających poglądy zbliżone do manichejczyków, którzy wierzyli w istnienie dwóch bogów rządzących wszystkimi rzeczami: boga dobrego, który rządził rzeczami duchowymi, oraz boga złego, który stworzył świat materialny. Wszystkie rzeczy materialne, w tym ludzkie ciało, pokarm oraz wszystko o pochodzeniu materialnym, było wedle nich w jakiś sposób skażone złem. Z drugiej strony rzeczy duchowe, intelektualne były dobre, lecz w jakiś sposób uwięzione w świecie materialnym, co stanowiło rodzaj kary. Kara ta nie miała jednak charakteru wiecznego, gdyż dusze były według ich nauki ze swej natury boskie i ostatecznie musiały zostać oswobodzone. By osiągnąć to wyzwolenie – nauczali - Bóg posłał Jezusa Chrystusa, który choć był istotą bardzo doskonałą, był jednak stworzeniem. Wedle tej okropnej herezji Pan Jezus nie mógłby przybrać ciała, ponieważ ciało było oczywiście złe i w ten sposób znalazłby się On pod wpływem złej zasady. Narodził się więc jedynie pozornie i jedynie pozornie cierpiał, dlatego odkupienie nie wywołało jednak żadnego konkretnego skutku, było jedynie dla nas szkołą cierpienia, miało charakter dydaktyczny. Z tych samych powodów odrzucali albigensi wiarę w zmartwychwstanie ciał w dzień Sądu.
W walkę z tą straszliwą herezją zaangażowani byli zwłaszcza dominikanie, a wśród nich nasz święty patron, święty Tomasz z Akwinu. Pozostałością walki Kościoła z tą herezją jest odczytywanie na zakończenie każdej Mszy początku Ewangelii według świętego Jana, gdy na słowa: „Et Verbum caro fatum est et habitavit in nobis” - „A Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami”  - przyklękamy by zademonstrować naszą wiarę w tajemnicę Wcielenia, w to, że Chrystus Pan przyjął ciało, materię, i mieszkał wśród nas. Tę Ewangelię nakazano czytać pod koniec każdej Mszy, aby utwierdzić wiarę kapłana oraz wiernych przeciwko tej herezji. Podobnie jak wiele innych rzeczy w liturgii, owa praktyka rodem z Francji została wkrótce przyjęta przez cały Kościół.
Jednak herezja nie zawsze może zostać zwalczona przez debaty i argumenty rozumowe. Często jest ona jedynie przykrywką dla ambicji bardziej materialnych i dla polityki. Herezja albigensów sugerowała, że Kościół jako społeczność wyłącznie duchowa nie może posiadać dóbr materialnych, co stwarzało lokalnym władcom i kupcom pretekst do rozkradania majątków kościelnych. Idee mają swe konsekwencje i ostatecznie skończyło się to wojną. Nasz święty jako młody człowiek początkowo uciekł przed heretykami do Hiszpanii, a gdy osiągnął wiek męski wziął udział w krucjatach przeciwko albigensom, którzy dzięki Bogu ostatecznie zostali pokonani. 
Powróciwszy do Hiszpanii i osiedliwszy się w Barcelonie odziedziczył bardzo znaczny spadek. Zaprzyjaźnił się też ze świętym Rajmundem de Penafort, wielkim dominikaninem i pod jego wpływem rozbudził w sobie wielkie pragnienie ubóstwa. Nie pragnął jednak odrzucić wszystkich swoich dóbr, jak to uczynił święty Franciszek, patrzył na ubóstwo w nieco innym świetle.  Podczas gdy święty Franciszek pragnął naśladować ubóstwo Chrystusa Pana, święty Piotr Nolasco starał się łagodzić ubóstwo w imię Pana Jezusa, którego cierpienia dostrzegał przede wszystkim w cierpieniach jeńców.
W tym czasie Hiszpania znajdowała się pod okupacją mauretańską, w wyniku której Maurowie uczynili niewolnikami wielu chrześcijan. Dzięki swoim interesom święty Piotr Nolasco miał codzienny kontakt z Maurami posiadającymi takich niewolników i wiedziony miłosierdziem często kupował im wolność.  Jego oddanie tej sprawie miało go wkrótce doprowadzić do oddania całego majątku jako okupu za nieszczęśliwych jeńców. W okresie późniejszym pozyskał dla tej sprawy innych jeszcze zamożnych świeckich.
2 sierpnia 1218 ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna, która kazała mu uformować z tej grupy świeckich zgromadzenie zakonne, co też bez zwłoki uczynił. Nowy zakon cieszył się wielkim poparciem króla Jakuba I Aragońskiego i ostatecznie w roku 1230 został oficjalnie zatwierdzony przez papieża Grzegorza IX. Instytut ten nazywany był w skrócie mercedarianami (Zakon Najświętszej Maryi Panny Miłosierdzia dla Odkupienia Niewolników), a jego członkowie składali oprócz trzech zwykłych ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, dodatkowe zobowiązanie, że poświęcą cały swój majątek dla wykupienia jeńców chrześcijańskich, a jeśli zajdzie taka potrzeba zajmą nawet ich miejsce lub oddadzą się dobrowolnie w niewolę by ich zastąpić.
Sam Piotr Nolasco dwukrotnie ofiarował sam siebie za jeńców w Afryce i osobiście doprowadził do uwolnienia 800 znajdujących się tam więźniów chrześcijańskich. Również w Walencji i Grenadzie uratował około 400 chrześcijan. Założonemu przez niego zgromadzeniu na przestrzeni następnych stu lat udało się uwolnić z rąk niewiernych ponad 26 tysięcy jeńców. W roku 1249 ustąpił ze stanowiska przełożonego swego zakonu i resztę swego życia poświęcił modlitwie i kontemplacji. Zmarł 24 grudnia, 1256 roku.
Życie świętego Piotra Nolasco dostarcza nam - drodzy uczniowie - wiele tematów do rozważań. Jego życie było urzeczywistnieniem jednego z największych dzieł miłosierdzia: wykupu jeńców. Praktykując tę cnotę nie poprzestał na samym tylko wyrzeczeniu się bogactw, ale wykorzystywał je też dla tego szczególnego dzieła miłosierdzia. Nie wykorzystywał swego majątku dla własnej wygody, ale sam dwukrotnie sprzedał się w niewolę, by uwolnić z niej innych. Podobnie jak Zbawiciel ofiarował całe swe życie, by uwolnić nas z niewoli grzechu, tak święty Piotr ofiarował cały swój majątek dla wykupu biednych więźniów.
Moglibyśmy zadać sobie pytanie, w jaki sposób możemy naśladować świętego Piotra w obecnych realiach? Z pewnością żyjemy w bardzo szczególnych czasach, w szczególnych okolicznościach. Nikt z nas nie jest na tyle zamożny, by tak jak on wykupywać jeńców. Nikt z nas nie wie nawet o żadnych jeńcach, za których mógłby zapłacić okup. Są jednak więźniowie, na których wykup nie potrzeba pieniędzy, więźniowie błędu. Ów rodzaj więźniów niewolony jest przez błąd, pętanych przez kłamstwa i fałsz. Na ich wykup nie potrzeba pieniędzy, ale jedynie prawdy, której osiągnięcie okupuje się cierpieniami. Często kosztuje to zaledwie kilka słów, niekiedy trochę więcej i być może trochę cierpliwości. Skoro jednak poznają prawdę – będą wolni, stosownie do słów Pana Jezusa „Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli” (J 8,32). Posiadanie prawdy oznacza, że nie przynależycie do miejsca i czasu, ani nawet do określonej kondycji społecznej. Poprzez posiadanie prawdy wkraczacie w wieczność, bierzecie udział w powszechnych prawach, rządzących wszystkimi rzeczami, macie coś, co należy do wszystkich i dlatego nie należycie do nikogo.
Najprawdziwsza wolność płynie właśnie z prawdy, dlatego też pierwszą część swego doczesnego życia święty nasz poświęcił walce z herezjami albigensów. Ta gorliwość dla prawdy pozwoliła mu zrozumieć, że niewolnictwo niesie nie tylko cierpienia fizyczne, ale też często sprawia, że niewolnik nie ma wolności w praktykowaniu prawdziwej religii. To właśnie ten fakt był głównym powodem jego wielkiego zaangażowania i troski o los nieszczęsnych jeńców.  
Tak więc, drodzy uczniowie, możemy naśladować go przynajmniej w tym: w gorliwości dla prawdy, dla prawdy, która czyni nas wolnymi. A wolność ta będzie jedynie obrazem wiecznej szczęśliwości, która stanie się naszym udziałem, jeśli tylko pozostaniemy wierni prawdzie. Amen.


niedziela, 24 stycznia 2010

3 Niedziela po Objawieniu Pańskim

Drodzy wierni,
Każdej niedzieli Święta Matka Kościół przedstawia nam dwa czytania, stanowiące niejako dwa motywy, które ukazywane nam są, byśmy porównując je i zestawiając mogli dostrzec wewnętrzną harmonię, cechującą nauczanie Chrystusa Pana. Jest tak również w przypadku czytania wziętego z listu świętego Pawła do Rzymian oraz historii setnika z dzisiejszej Ewangelii.
Święty Paweł mówi nam o zwyciężaniu zła dobrem, podczas gdy Zbawiciel mówi o wielkiej wierze setnika, o wierze, dzięki której jego sługa odzyskał zdrowie. Gdy święty Paweł nakazuje nam, byśmy nie odpłacali złem za zło, Chrystus mówi o pomście, jaką On sam wywrze na tych, którzy w Niego nie uwierzą: znajdą się oni tam, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Gdy święty Paweł mówi o zachowywaniu pokoju ze wszystkimi ludźmi, Pan Jezus czyni cud dla żołnierza armii rzymskiej. Tak wiele tajemnic w tych kontrastowych zestawieniach, a jednak zasadnicza nauka jest ta sama, ponieważ tajemnica wiary dotyka tego, co w drogach Bożych najgłębiej jest przed nami ukryte.
Święty Paweł mówi nam o zwyciężaniu zła dobrem, a setnik wykonuje akt wiary. Największą przeszkodą, na jaką przy nieskończonej dobroci Boga napotyka nasza wiara, jest obecność zła w świecie. Jeśli Bóg jest dobry, wnioskujemy, wówczas nie powinno być zła – dobry Bóg nie pozwoliłby na te wszystkie przejawy zła, jakie widzimy wokół nas. Rzeczywiście, na świecie jest wiele zła, wszelkiego rodzaju choroby, cierpienia zarówno fizyczne jak i moralne, ból i smutek stuleci, które były świadkami wojen toczonych z potwornym okrucieństwem - i na koniec śmierć, która przeznaczona jest każdemu z nas, będąca niejako najokrutniejszym złem, odłączającym nas od samego życia, które jest zasadą wszelkiego posiadanego przez nas dobra. To zło polegające na chorobie i cierpieniu widzimy właśnie o sługi setnika.
Nasza wiara uczy nas, że Bóg jest wszechmocny, że może uczynić wszystko. I w dniu dzisiejszym Pan Jezus udowadnia swe Bóstwo dokonując cudu – uwalnia od choroby w jednej chwili i do tego na odległość, nie patrząc nawet na chorego, poprzez proste zakomunikowanie faktu. Jeśli jednak Chrystus Pan jest tak potężny, czy nie mógłby po prostu sprawić, by sługa ten nigdy nie zachorował? Moglibyśmy zawołać wraz z Marią Magdaleną opłakującą śmierć Łazarza: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Dlaczego więc Zbawiciel pozwolił mu umrzeć? Czy Bóg nie mógłby po prostu zapobiec tego rodzaju złym rzeczom?
Z pewnością Bóg mógłby zapobiec złu, gdyby tak Mu się podobało. Gdyby jednak Bóg usunął wszelkie zło z tego świata, sprawiłby równocześnie, że ów świat stałby się znacznie mniej dobry. Jedynym powodem, dla którego Bóg pozwala na zło, jest wyprowadzenie z niego większego dobra.
Pewne dobro można na przykład posiadać jedynie w wyniku obecności pewnego braku dobra, lub w wyniku jakiegoś zła. Nigdy nie byłoby sprawiedliwej kary dla złych, gdyby na świecie nie było złych ludzi. Zwycięscy żołnierze nigdy nie cieszyliby się chwałą, gdyby nie musieli bronić swego kraju przed najeźdźcą. Nie byłoby chwały męczenników, bez prześladowań ze strony złych. Lekarz nie mógłby praktykować swego zawodu, gdyby nie było chorób. Nie byłoby uczynków miłosierdzia, gdyby nie było potrzebujących. Nawet sama śmierć ma głęboki cel, jeśli tylko patrzymy na rzeczy tak, jak czyni to Bóg.
Rzeczywiście, cały wszechświat jest tak naznaczony tą tajemnicą, jest ona niejako  jego motywem przewodnim. Jeśli studiowaliście muzykę, lub przynajmniej słuchaliście jej wiecie, że rządzi się ona pewnymi prawami, podobnie jak wszechświat podlega prawom fizyki, nawet ludzkie szczęście i doskonałość podlega pewnym prawom moralnym. W muzyce jedne rzeczy brzmią piękne, inne natomiast nie. Jest to sztuka niezwykle skomplikowana, wszyscy jednak potrafimy rozpoznać piękną melodię, miły dla ucha motyw. Wszystko to uzależnione jest od geniuszu artysty, który stosownie do swego talentu operuje nutami oraz barwą dźwięku. Weźmy na przykład Beethovena, człowieka, który być może nie opanował praw moralnych, z pewnością jednak znał prawa rządzące muzyką. Weźmy jego dziewiątą symfonię: rozpoznawalną natychmiast poprzez melodię czwartej części. Kompozytor bierze ów motyw przewodni i poprzez skontrastowanie różnych instrumentów wplata ten motyw w różne głosy w różnym tempie i rytmie, by stworzyć organiczną całość, pełną harmonii i piękna. Musi wykorzystać nawet dysonans i rzeczywiście - dysonans umiejętnie wykorzystany pozwala często kontynuować daną kompozycję. Harmonia słyszalna jest tak naprawdę dopiero na końcu, stanowi to niejako punkt spoczynku, gdy jednak do tego dochodzi, muzyka się kończy. To właśnie dysonans, będący w kategoriach muzycznych pewnym złem – nieprzyjemny, pozbawiony harmonii – umożliwia dalszy bieg muzyki ku końcowej harmonii.
Bóg jest, jeśli można tak powiedzieć, kompozytorem o nieskończonym talencie, który komponuje nie tylko dźwięk, ale samą strukturę wszechświata, prawa fizyczne i moralne rządzące wszystkim. Od samego początku wybrał ten motyw, motyw stworzenia: swą miłość do stworzeń. Cała muzyka była przygotowana, wspaniały hymn o Jego dobroci i pięknie czekał jedynie na wykonanie. Potrzeba było tylko muzyków – i to właśnie my, drodzy wierni, jesteśmy tymi muzykami, instrumentami mającymi śpiewać chwałę Boga.
Co jednak wydarzyło się już na samym początku? Od początku stworzenia pierwszy skrzypek nie chciał grać tego, co zostało zapisane w nutach. Dotychczasową harmonię naruszyło nieposłuszeństwo prawom Bożym. W swym zuchwalstwie sama korona stworzenia, czyli ludzkość, wprowadziła do melodii przykry, skrzekliwy dźwięk. Zamiast grać to, co było jej powinnością, rodzaj ludzki wprowadził straszliwy dysonans, który odbił się echem w całej wieczności…
Każdy ludzki kompozytor wyrzuciłby oczywiście takiego nieposłusznego muzyka i znalazł kogoś innego do wykonania swej kompozycji. Bóg jednak jest znacznie potężniejszy i doskonalszy. Bóg nie niszczy swego dzieła. Nie zaczyna nawet koncertu od początku. Przeciwnie, bierze po prostu ową strasznie brzmiącą melodię wprowadzoną przez pierwszego muzyka i traktuje ją jako motyw przewodni całej swej kompozycji, rekomponując cała muzykę stosownie do niego, by ostatecznie stworzyć coś jeszcze piękniejszego, niż pierwotnie zamierzał.
Bóg nigdy nie pragnął, by śmierć i zło panowały na świecie. Świat miał śpiewać pieśń o Jego miłości i dobroci. Jednak śmierć i grzech wkroczyły na świat przez nieposłuszeństwo człowieka, człowieka który uważał, że jest bardziej utalentowany niż sam Bóg. Śmierć i zło stworzyły wielki dysonans w całym stworzeniu, jednak Bóg, pragnąc okazać nam swą potęgę i dobroć, nie przygląda się jedynie, jak śmierć wkracza do Jego stworzenia. Czyni ze śmierci prawdziwy motyw przewodni swego arcydzieła. Pozwolił, by śmierć wkroczyła na ten świat, ponieważ - jak mówi sam Zbawiciel, nie ma większej miłości niż oddanie życia za swoich przyjaciół. Bóg pozwolił śmierci na wkroczenie na ten świat, by sam mógł umrzeć na Krzyżu dla naszego zbawienia. 
Nawrócenie jednego grzesznika jest dziełem większym, niż stworzenie całego materialnego świata, moi drodzy wierni. Jest tylko jeden powód, dla którego Bóg pozwala na śmierć oraz na wszystkie choroby, które widzimy dokoła nas, a nawet na grzech. Skrucha jednego grzesznika oddaje mu większą chwałę, niż sprawiedliwy, który nie potrzebuje pokuty – jak mówi sam Pan Jezus. Jest to tajemnica naszej wiary, tej wiary która – jak mówi święty Jan – jest naszym zwycięstwem nad światem, ciałem i diabłem. 
Tak więc, drodzy wierni, pracujmy w tym kierunku, nad nawróceniem grzeszników, poprzez nasze modlitwy i ofiary. Idźmy za radami świętego Pawła, byśmy poprzez naszą wiarę mogli zasłużyć na podobną nagrodę, co ów setnik z dzisiejszej Ewangelii. Musimy zwyciężać zło dobrem, co oznacza, że nie mamy ignorować zła. Zła jako takiego należy unikać i nienawidzić. Trzeba nienawidzić choroby i śmierć, podobnie jak grzech i wszystko, co sprzeczne jest z dobrem, jakiego pragnie dla nas Bóg. Wiemy jednak, że we wszystkim tym jest głęboki sens, że Bóg może wyprowadzić dobro nawet ze zła, jeśli tylko pozwolimy Bożej dobroci działać w nas, poprzez nasze modlitwy i ofiary. Powinniśmy tylko wykorzystać okazje, jakie stwarza wielość przejawów zła na tym świecie do osiągania większego jeszcze dobra, podobnie jak sam Zbawiciel uczynił dla nas.
Dlatego, drodzy wierni, w posłuszeństwie naszemu Boskiemu Mistrzowi i idąc niejako Jego śladami, módlmy się i ofiarujmy za nawrócenie grzeszników, za tryumf wiary, by owa dobroć Boga, który zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, mogła stać się na sposób widoczny obecna wśród nas, byśmy również my mogli przez całą wieczność śpiewać niekończący się hymn wielbiący Jego chwałę i łaskę, na wieki wieków. Amen.