Błogosławieni jesteście, Drodzy Przyjaciele, gdyż posiadacie Wiarę Katolicką w tych mrocznych czasach, w których wypadło nam żyć. Tak wielu ludzi pogrążonych jest w ciemnościach, tak wielu pozbawionych jest wiary. Ludzie współcześni, Drodzy Przyjaciele, są jak faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii – nienawidzą naszego Pana Jezusa Chrystusa. Odrzucają Jego naukę, lub wypaczają ją dla swoich własnych celów. Nawet zdziałane przez Niego cuda i dobre uczynki przypisują diabłu.
Podobnie jak faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii, dzisiejszy świat spiskuje przeciwko Zbawicielowi. Usiłuje pochwycić Go na słowach, zohydzić Jego naukę. Pod pretekstem pobożności, jak wilk odziany w owczą skórę, usiłuje pożreć Kościół Chrystusowy.
„Czy godzi się dawać czynsz cesarzowi, czy też nie?". Oto, jakimi sofizmatami posługuje się współczesny liberał. Mówi on: „Cóż, twoja religia nie jest z tego świata, ale z przyszłego. To wspaniale – musimy jednak rozróżnić pomiędzy tym światem, a światem przyszłym, pomiędzy sprawami prywatnymi a publicznymi. Jezus Chrystus może być dobry dla jednostki, jednak państwo musi pozostać neutralne we wszystkich tych kwestiach. Cezar jako Cezar nie publicznie okazywać pobożności. Kościół musi być rozdzielony od państwa. Prosty obywatel, jeśli taka jego wola, może podporządkować się nauce Jezusa Chrystusa, ale mąż stanu i polityk musi zachowywać się tak, jak gdyby Objawienie nie miało miejsca, musi pozostać neutralny".
A Chrystus Pan odpowiada – obnażając ich hipokryzję. Czy można być prywatnie chrześcijaninem, a publicznie poganinem? To przecież schizofrenia – człowiek postępowałby wówczas na dwa różne sposoby, w inny względem siebie, a w inny względem społeczeństwa. W ten sposób otwiera się drzwi do szaleństwa i tyranii. Do tyranii, jakiej doświadczamy dziś z rąk współczesnych faryzeuszy, liberałów, liberalnych katolików. Teza, wedle której Kościół i państwo powinny być od siebie rozłączone, jest całkowicie niedorzeczna, absurdalna.
Bóg jest stwórcą nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa. Stworzył ludzi w taki sposób, że ze swej natury są oni istotami społecznymi. Głowa państwa jest również człowiekiem, podlega prawu Bożemu. Jak można mieć nadzieję, że państwo zachowa swoją tożsamość, kiedy odrywa się ono od samego źródła swego istnienia?
Człowiek nie został stworzony jedynie w tym celu, by być dobry w porządku natury. Został stworzony, by oglądać samego Boga. Każdy człowiek stworzony został w tym właśnie celu. Jest to jego cel ostateczny, jego najwyższe szczęście. Jak państwo ma dążyć do dobra wspólnego, jeśli nie stara się pomóc swym obywatelom w osiągnięciu tego wiecznego szczęścia? Jak może to czynić, będąc samo areligijne?
Chrystus Pan ustanowił Kościół jako społeczność doskonałą. Posiada on wszystkie środki konieczne człowiekowi do osiągnięcia życia wiecznego. Również państwo jest społecznością doskonałą w tym sensie, że posiada wszystkie środki konieczne do zapewnienia dobra materialnego swych obywateli. Jednak ci sami obywatele są członkami nie tylko państwa, ale i Kościoła. Tak więc rozdział Kościoła od państwa jest katastrofą dla obywateli tego państwa. Nie ma większej katastrofy w porządku naturalnym niż zniszczenie rodziny poprzez rozwód. Tym, czym jest rozwód dla rodziny, tym dla kraju jest rozdział Kościoła i państwa. Jest to niezawodny przepis na konflikty społeczne, upadek dusz i wiekuiste potępienie jego obywateli. Społeczeństwo nie może funkcjonować bez Boga. Bóg jest Stwórcą wszystkich rzeczy, On też podtrzymuje je nieustannie w istnieniu. Jest źródłem wszelkiego dobra. Bez religii, która zwraca nas ku Bogu, nie możemy osiągnąć życia wiecznego. Jak państwo może prosperować bez Boga? Jak możliwy jest dobrobyt w kraju, w którym nie wyznaje się publicznie religii? Tak więc Pan Jezus odpowiada faryzeuszom pytaniem: „Czyj jest ten obraz i napis?"
Całe stworzenie, Drodzy Przyjaciele, nosi na sobie znamię tego, który powołał je do istnienia, podobnie jak moneta wybita przez Cezara. To Cezar kazał wybić monety używane do wymiany i w pewien sposób to dzięki niemu można ich było używać do handlu. Tak więc należą one do niego i Cezar ma prawo do trybutu przez fakt, że to on zapewnia, że monety używane przez niego są respektowane jako środek płatniczy.
Wszystko co istnieje jest na pewien sposób obrazem Boga. Bóg nadał wszystkiemu naturę i to On sam, Jego chwała, jest ostatecznym celem wszystkich rzeczy. Porządek natury jest jak gdyby pieczęcią wyciśniętą przez wieczną mądrość, przez Opatrzność która kieruje wszystkim. Wszystko co istnieje, jest stworzone przez Boga i do Niego samego należy. Sam Cezar jest tylko człowiekiem, stworzeniem Bożym, więc i on musi być posłuszny Bogu, ponieważ wszelka jego władza z konieczności pochodzić musi od Boga.
Wszelka władza pochodzi od Boga. Nie ma żadnego źródła poza Nim. Żaden człowiek nie potrafi pozbawić wolnej woli innego człowieka. Władza ta musi pochodzić od Boga, który jako jedyny jest w stanie to uczynić. Tak więc nawet sam Cezar może rządzić jedynie dzięki władzy otrzymanej od Boga, jak to powiedział Chrystus Pan Piłatowi. Sprzeciwiając się Bogu, rządzący przekracza granice swej władzy i narusza sprawiedliwość, nie tylko ściągając wyrok wiecznego potępienia na samego siebie, ale również, ze względu na posiadany autorytet, stając się powodem zgorszenia dla swych poddanych. Wszelkie uchwalone przez niego prawa, o ile sprzeczne są z prawem Bożym, nie mają żadnej mocy i jesteśmy nawet zobowiązani w sumieniu opierać się Cezarowi, gdyby kiedykolwiek spróbował wprowadzić je w życie.
Tak więc na przykład, państwo nie ma władzy uczynić aborcji dopuszczalną. Każde prawo, które zezwala na aborcję jest wewnętrznie złe i nie ma żadnej mocy. Żadnej. Państwo nie ma też absolutnie władzy rozwiązywania małżeństwa, stąd każde prawo zezwalające na rozwody jest wewnętrznie złe i nieważne, nie nakłada też na nikogo zobowiązań moralnych. Państwo nie ma też prawa zakazywania modlitwy w szkole. Każde prawo, które usiłuje to narzucić jest ze swej istoty szkodliwe, a jego twórcy ściągają na siebie wyrok potępienia w dniu sądu.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, nauka Kościoła nie jest jedynie abstrakcją. Przestrzeganie prawa Bożego nie jest kwestią wyboru jednostki, ale czymś absolutnie koniecznym do osiągnięcia życia wiecznego i ci, którzy nie przestrzegają tego prawa, cierpieć będą męki potępienia przez całą wieczność.
Stawką jest jednak nie tylko życie wieczne, ponieważ gdy nauka Kościoła jest ignorowana, zagrożony jest nawet porządek naturalny. Naturalną konsekwencją rozdziału Kościoła i państwa jest zniszczenie waszej rodziny.Dlaczego? W jaki sposób?
Wszelka władza pochodzi od Boga, wszelka władza jest więc w pewien sposób obrazem i pieczęcią wyciśniętą przez Boga na stworzeniu. Władza jest absolutnie konieczna w każdym społeczeństwie, gdyż bez niej nie może ono osiągnąć wyznaczonego mu celu. Pierwszą społecznością, z jaką człowiek się styka, jest rodzina. To ojciec, będący zasadą działania rodziny, wyposażony jest we władzę rządzenia i kierowania nią. Powołaniem ojca, każdego mężczyzny, jest objawianie siły i władzy Boga. Muszą oni urzeczywistniać prawo Boże, ład Boży na tym świecie. Mężczyzna został ukształtowany z mułu ziemi, by ukazać moc Boga; jest silniejszy fizycznie i psychicznie właśnie dlatego, by mógł wypełnić swoje powołanie. Kobieta jednak nie została uczyniona z ziemi, ale z żebra Adama. Została ukształtowana z istoty żyjącej, ponieważ to ona ma przynosić życie na ten świat. Ma ukazywać ducha Bożego.
Mężczyzna jest zasadą sprawczą. W naturalny sposób jest przywódcą tak w rodzinie jak i w społeczeństwie. Jeśli tak nie jest, nie jest on wierny swemu powołaniu. Fizycznie może być mężczyzną, jednak istocie nim nie jest.
Kiedy państwo jest obojętne religijnie, konsekwencją tego stanu rzeczy jest ojciec nie wyznający żadnej religii. Kiedy ludzie przyjmują zasady liberalizmu, domagającego się rozdziału Kościoła od państwa, ojcowie stają się de facto ateistami. Mogą uważać, że posiadają wiarę, ponieważ co niedziela uczestniczą we Mszy, w rzeczywistości są jednak jak puste łupiny. Wiara jest dla nich sprawą wyłącznie prywatną. Ich uwagę pochłania w całości życie publiczne – zabiegi o władzę, bogactwa i przyjemności. Akceptują jedynie to, co jest dla nich wygodne, to co wydaje się prawdziwe ich ograniczonemu intelektowi, odurzonemu zaspakajaniem namiętności. Wiara nie jest dla nich czymś nieomylnym z powodu nieomylności objawiającego się Boga, ale raczej dlatego, że sami siebie uważają za nieomylnych.
Tak więc sceptycyzm, który jest niczym innym jak tylko grzechem śmiertelnym przeciwko wierze, wydaje im się być cnotą – „otwartością umysłu". Grozą przejmują ich wszelkie represyjne zasady w kwestiach wiary. Każda kara wobec błędu szokuje ich wrażliwość. Mają instynktowny wstręt do konfrontacji z przekonaniami innych, nieistotne jak bardzo sprzecznymi w objawioną prawdą czy zdrowym rozsądkiem.
Tak więc ojciec rodziny stał się niezdolny do korygowania jakiegokolwiek zła, a nawet do czynienia jakiegokolwiek dobra. Wyznawane przez niego liberalne zasady powstrzymują go od działania. Jest zniewieściały, duchowo wykastrowany. Prywatnie jest przeciwko aborcji, nigdy jednak nie chciałby ograniczać wolności opinii innych. Cały świat stacza się do piekła, ale on siedzi przed telewizorem, oglądając sport, pijąc piwo i gratulując sobie tego, że jest tak tolerancyjny.
A kobiety mają tego dość, drodzy bracia. Źródłem dzisiejszego feminizmu nie są kobiety, ale mężczyźni. Zbyt długo już odrzucają swoje powołanie. Zbyt długo odmawiają podjęcia przywództwa. Zbyt długo odmawiają głoszenia prawa Bożego w społeczeństwie. Dlaczego kobiety zaczęły nosić spodnie? Ponieważ ich mężczyźni nie chcieli ich nosić. Współczesna kobieta jest zdesperowana, wyczerpana, popada nawet w histerię, ponieważ zmuszono ją do przejęcia funkcji, która jest sprzeczna z jej naturą. Nie została stworzona do rządzenia — jest zbyt pochłonięta materialnymi staraniami i sprawami, które należą do jej powołania. Dodawanie do jej i tak już ciężkiego brzemienia obowiązków, którym podołać może jedynie mężczyzna, jest prostą drogą do nieładu i szaleństwa, do zniszczenia życia rodzinnego — czego zresztą doświadczamy wszędzie dokoła.
Drodzy bracia – zwracam się tu do mężczyzn. Na miłość Boską, bądźcie mężczyznami! Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, są oni dwoma obrazami tego samego dobrego Boga. Niech Bóg broni, by mężczyźni upodobnili się do kobiet, a kobiety do mężczyzn — a przecież tego właśnie jesteśmy obecnie świadkami. Powiedziałbym nawet, że niektóre z dzisiejszych kobiet są bardziej męskie, niż współcześni mężczyźni. Odrzućcie więc te fałszywe zasady liberalizmu. Liberalizm jest łańcuchem, ściągającym was w dół, powstrzymującym was od działania, i jeśli go nie odrzucicie, będziecie bezużyteczni dla waszych rodzin i dla waszych dzieci. Odrzućcie tego ducha kompromisu ze światem, zatruwającego i osłabiającego wszystkie wasze czyny. Jest tylko jedna prawda. Nie ma tu miejsca na sprzeczności i kompromisy, które osłabiają waszą wolę i przyćmiewają wasz intelekt.
Módlcie się do Matki Bożej. Jest Ona tu obecna, na tej konkretnej Mszy, tak jak obecna była na Kalwarii. Jest tutaj, aby dodać wam odwagi, mówi do was: „Bądźcie silni, odwagi. Bądźcie mężczyznami. Świat, wasze rodziny, zależą od was. Musicie jedynie powiedzieć im co mają czynić. Wasza rodzina będzie was naśladować. Nie lękajcie się Mnie kochać, gdyż Ja jestem Niepokalane Poczęcie. Jestem silniejsza niż wojska uszykowane do bitwy — i przyjdę wam z pomocą. Jeśli tylko będziecie mieli odwagę, by oddać Mi się w opiekę, doświadczycie pokoju na tym świecie, a z pewnością w świecie przyszłym"
Amen.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorzów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorzów. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 października 2010
niedziela, 12 września 2010
16 Niedziela po Ześlaniu Ducha Świętego
W dniu dzisiejszym, Drodzy Wierni, Pan Jezus uczy nas o jednej z najważniejszych cnót, której zdobycie konieczne jest do osiągnięcia życia wiecznego.
Chrystus Pan, będąc doskonałym wcieleniem Boga, posiadał wszystkie cnoty w stopniu doskonałym. Mógłby powiedzieć: „Uczcie się ode mnie, gdyż jestem nieskończenie mądry” czy też „Uczcie się ode mnie, gdyż mam siłę nieść Krzyż”. Nie powiedział jednak niczego takiego, powiedział: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca”. Owa cnota pokory jest tak ważna, że Zbawiciel zaleca nam jej praktykowanie w bardzo szczególny sposób.
Dziś Pan Jezus uczy nas tej cnoty na przykładzie dokonanego przez siebie cudu. A ponieważ zaleca nam ją tak usilnie, uczmy się jej na podstawie ustępu Ewangelii, który Święta Matka Kościół czyta nam w dzisiejszym dniu.
Pan Jezus przychodzi do domu jednego z naczelników faryzeuszów w dzień sabatu. Faryzeuszami są ci, którzy są pyszni, a dziś Chrystus przebywa w domu naczelnika tych pysznych ludzi, aby uleczyć go z jego pychy. Jest dla tych pysznych ludzi nadzieja, gdyż, jak mówi Pismo, podpatrywali Go oni. Być może nie zastawiali na Niego pułapki, niemniej jednak obserwowali Go, przyglądali się temu, co czynił. Jest wiec nadzieja, by mogli, obserwując Go, pójść za Jego przykładem.
I był tam pewien człowiek bardzo chory, cierpiący na puchlinę wodną. Cierpienie to jest fizycznym odpowiednikiem tego, co pycha robi z naszą duszą. Puchlina jest stanem zapalnym ciała wywołanym poprzez nadmiar wody. Również pycha rozpala duszę, nadyma ją. Tak jak osoba cierpiąca na tę chorobę puchnie do tego stopnia, że niekiedy nie jest w stanie chodzić, tak człowiekowi pysznemu trudno jest poczynić postęp w życiu duchowym. Puchlina prowadzi do zaburzeń pracy serca, ponieważ nie jest ono w stanie znieść ciężaru otaczającej go cieczy – również człowiekowi pysznemu trudno jest kochać innych a nawet żyć z nimi.
Pycha jest grzechem zasadniczo duchowym, jednak jej konsekwencje są daleko dalej idące. Pycha polega na przesadnej miłości siebie samego, wynikającej z błędnej oceny własnej osoby. Człowiek pyszny uważa się za kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Jest osobą, która żyje w utrwalającym się kłamstwie – wierzącą, że nie potrzebuje pomocy innych, a nawet pomocy Boga. Niekiedy do pychy kuszony jest człowiek utalentowany, wadę tę zawsze jednak znaleźć można u ludzi żyjących w grzechu. Pycha prowadzi człowieka do pogardy dla wszystkiego, co nie jest nim samym, do przypisywania sobie rzeczy, które do niego nie należą, do wiary, że jest zdolnym do rzeczy, do których w istocie nie jest zdolny, a niekiedy osiąga takie rozmiary, że człowiek nie odczuwa nawet wdzięczności wobec Tego, który daje istnienie wszystkim rzeczom.
Tak więc pycha jest wprost przeciwna pragnieniu doskonałości. Wszyscy pragniemy być doskonali. Wszyscy mamy ambicję być cnotliwymi, nawet jeśli nie wiemy dokładnie na czym polega cnota i jak ją osiągnąć. Człowiek pyszny uważa jednak, że jest już doskonały, nie potrzebuje więc poszukiwać doskonałości. Wszyscy mamy obowiązek kochać samych siebie – jak mówi to sam Zbawiciel – i to do tego stopnia, że powinniśmy kochać naszych bliźnich tak, jak siebie samych. Jednak człowiek pyszny nie zna siebie samego, nie może więc prawdziwie siebie kochać. Przypisuje on wszystko sobie i poszukuje jedynie siebie, jako celu dla którego został stworzony.
Tak więc faryzeusze postrzegali dzień sabatu nie jako dzień przeznaczony na oddanie czci Bogu, ale raczej jako dzień, w oparciu o który mogli mierzyć swą własną pobożność. Z tego właśnie powodu wymyślili wszystkie owe przepisy dotyczące tego, co w dzień ów wolno a czego nie wolno – nie ze względu na cześć należną Bogu, ale raczej dla własnej chwały i chwały wynalezionych przez siebie praktyk.
Zbawiciel więc, aby uleczyć ich z tego grzechu, zadaje najpierw pytanie, na które nie mają oni odpowiedzi: czy wolno uzdrowić w dzień sabatu? Wedle ich pojęć w dzień ów nie było nawet wolno udzielić komuś pomocy – ponieważ uważając siebie za doskonałych nie widzieli powodu, dla którego inni mieliby pomagać komuś, czy też sami potrzebować pomocy. Ewangelia mówi: „Ale oni milczeli”, ponieważ zdawali sobie sprawę, że Pismo Święte nie wspiera ich przekonań, jednak w swej pysze nie chcieli uznać tej sprzeczności. A więc, by pokazać poprzez cud, że Bóg nie tylko zezwala na uzdrawianie w sabat, ale że On sam w dzień ten uzdrawia, Chrystus Pan przywraca zdrowie choremu.
Następnie Pan Jezus wyjaśnia to poprzez przykład. Przypomina faryzeuszom, że nawet oni pomogliby zwierzęciu w dzień sabatu. Dziwne, że pomogliby zwierzęciu, ale nie postąpiliby tak względem człowieka – na tym jednak polega pycha, pełna sprzeczności i nielogiczna, ponieważ opiera się nie na prawdzie, ale na kłamstwie. Pycha prowadzi w sposób nieunikniony do głupoty i szaleństwa, ponieważ oparta jest na fałszu.
I na koniec Pan Jezus leczy faryzeuszy z tej podstępnej wady, ucząc ich cnoty pokory, cnoty będącej remedium na pychę.
Mówi, że faryzeusze przychodząc na ucztę zajmują pierwsze miejsca – co jest oznaką pychy u ludzi uważających, że są najwięcej warci, bez względu na innych czy swój stan. Zbawiciel uczy nas: nie zajmujcie pierwszego miejsca, gdyż ktoś może poprosić, byście je ustąpili. Oznacza to, że nie powinniśmy uważać się za godnych zajmowania pierwszego miejsca. Powinniśmy mieć świadomość, że jako grzesznicy i ludzie słabi nie zasługujemy na pierwsze miejsce, że w najlepszym razie jesteśmy nieużytecznymi sługami, jak to mówi Pan Jezus w innej przypowieści. Musimy wykorzenić z naszych serc błędne przekonanie, że jesteśmy kimś ważnym. Nie jesteśmy ważni, to nasze obowiązki są ważne, my sami ważni jesteśmy tylko na tyle, na ile pozostajemy im wierni.
Zasadniczy błąd współczesnego człowieka polega na tym, że uważa, iż sam z siebie posiada pewną godność, że z samego faktu że istnieje i jest istotą ludzką wynika, iż posiada jakieś „prawa” i „godność”. Nic dalszego od prawdy. Rzeczywistość wygląda tak, że wszyscy rodzimy się z obowiązkami – przede wszystkim obowiązkiem znalezienia czegoś, co utrzyma nas przy życiu. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych rzeczy, stąd obowiązek zdobywania tego, czego potrzebujemy tak pod względem fizycznym jak i duchowym. Rodzimy się nie wiedząc nawet, jak trafić do łazienki – nawet tego musimy nauczyć się od innych. W obliczu tego wszystkiego mówienie o „godności ludzkiej” jest więc nie tylko absurdalne, ale i po prostu śmieszne. Nie rodzimy się z prawami, ale przede wszystkim z obowiązkami, prawa są jedynie konsekwencjami tych obowiązków – każdy z nas posiada prawa właśnie z powodu tych obowiązków. Król czy przywódca posiada prawo rządzenia przez fakt, że ma obowiązek chronić i promować wspólne dobro. Rodzice mają prawo do posłuszeństwa dlatego, że przyjęli na siebie obowiązek wychowania swych dzieci. Każdy ma prawo do praktykowania prawdziwej religii, ponieważ każdy ma obowiązek dążenia do swego ostatecznego celu, którym jest Bóg. Nikt natomiast nie ma prawa do praktykowania błędu, gdyż nikt nie ma obowiązku do czynienia czegoś, co jest złe czy błędne.
Chorobą współczesnego świata jest zasadniczo grzech pychy. Wiara, że jest się wartym czegokolwiek kończy się zniszczeniem wszystkiego. Czy to nie ironia, że minione stulecie było świadkiem zamordowania ponad 100 milionów istnień w imię „praw człowieka”? Jest to potworne, ale jest to jedynie logiczna konsekwencja poszukiwania niezależności od Boga, uważania, że osiągnęło się już doskonałość i to bez pomocy Tego, który przyszedł wyzwolić nas z naszych grzechów.
Tak więc, Drodzy Wierni, bądźmy posłuszni radzie, jaką daje nam dziś Zbawiciel: szukajmy ostatniego miejsca. Innymi słowy: ćwiczmy się w pokorze. Starajmy się zrozumieć, kim naprawdę jesteśmy, odrzućmy fałszywe wyobrażenia o sobie samych. Pokora nie oznacza braku pragnienia czynienia rzeczy wielkich, przeciwnie – jest jedynym środkiem, przy pomocy którego możemy je czynić. By drzewo rosło, musi najpierw głęboko zapuścić korzenie. Również dusza, która pragnie być szlachetna i dobra musi zacząć od uznania swojej zależności. Dusza, która pragnie wznieść się wysoko, musi być pokorna. Chwała, która wypływa jedynie od nas samych jest próżna i pusta, jednak chwała płynąca z dobrych uczynków, z wypełniania naszych obowiązków, trwa wiecznie.
A więc, Drodzy Przyjaciele, módlmy się dziś zwłaszcza do Matki Bożej, prosząc o Ja o cnotę pokory, która jest tak droga Jej sercu. W hymnie Magnificat mówi Ona: „Bo wejrzał na niskość służebnicy swojej i wywyższył pokornych, łaknących nasyca hojnie dobrami, a z niczym odprawia bogaczy”. To właśnie ta cnota pokory przyciągnęła Ducha Świętego, ta cnota pokory uczyniła Ją Matką Boga i dała Jej prawo panować jako Królowa Nieba i Ziemi. Módlmy się więc do Niej, byśmy i my mogli mieć udział tej pokorze, a stąd również we chwale, we chwale i szczęśliwości, w której trwa Ona ze swym Synem na wieki wieków. Amen.
Chrystus Pan, będąc doskonałym wcieleniem Boga, posiadał wszystkie cnoty w stopniu doskonałym. Mógłby powiedzieć: „Uczcie się ode mnie, gdyż jestem nieskończenie mądry” czy też „Uczcie się ode mnie, gdyż mam siłę nieść Krzyż”. Nie powiedział jednak niczego takiego, powiedział: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca”. Owa cnota pokory jest tak ważna, że Zbawiciel zaleca nam jej praktykowanie w bardzo szczególny sposób.
Dziś Pan Jezus uczy nas tej cnoty na przykładzie dokonanego przez siebie cudu. A ponieważ zaleca nam ją tak usilnie, uczmy się jej na podstawie ustępu Ewangelii, który Święta Matka Kościół czyta nam w dzisiejszym dniu.
Pan Jezus przychodzi do domu jednego z naczelników faryzeuszów w dzień sabatu. Faryzeuszami są ci, którzy są pyszni, a dziś Chrystus przebywa w domu naczelnika tych pysznych ludzi, aby uleczyć go z jego pychy. Jest dla tych pysznych ludzi nadzieja, gdyż, jak mówi Pismo, podpatrywali Go oni. Być może nie zastawiali na Niego pułapki, niemniej jednak obserwowali Go, przyglądali się temu, co czynił. Jest wiec nadzieja, by mogli, obserwując Go, pójść za Jego przykładem.
I był tam pewien człowiek bardzo chory, cierpiący na puchlinę wodną. Cierpienie to jest fizycznym odpowiednikiem tego, co pycha robi z naszą duszą. Puchlina jest stanem zapalnym ciała wywołanym poprzez nadmiar wody. Również pycha rozpala duszę, nadyma ją. Tak jak osoba cierpiąca na tę chorobę puchnie do tego stopnia, że niekiedy nie jest w stanie chodzić, tak człowiekowi pysznemu trudno jest poczynić postęp w życiu duchowym. Puchlina prowadzi do zaburzeń pracy serca, ponieważ nie jest ono w stanie znieść ciężaru otaczającej go cieczy – również człowiekowi pysznemu trudno jest kochać innych a nawet żyć z nimi.
Pycha jest grzechem zasadniczo duchowym, jednak jej konsekwencje są daleko dalej idące. Pycha polega na przesadnej miłości siebie samego, wynikającej z błędnej oceny własnej osoby. Człowiek pyszny uważa się za kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Jest osobą, która żyje w utrwalającym się kłamstwie – wierzącą, że nie potrzebuje pomocy innych, a nawet pomocy Boga. Niekiedy do pychy kuszony jest człowiek utalentowany, wadę tę zawsze jednak znaleźć można u ludzi żyjących w grzechu. Pycha prowadzi człowieka do pogardy dla wszystkiego, co nie jest nim samym, do przypisywania sobie rzeczy, które do niego nie należą, do wiary, że jest zdolnym do rzeczy, do których w istocie nie jest zdolny, a niekiedy osiąga takie rozmiary, że człowiek nie odczuwa nawet wdzięczności wobec Tego, który daje istnienie wszystkim rzeczom.
Tak więc pycha jest wprost przeciwna pragnieniu doskonałości. Wszyscy pragniemy być doskonali. Wszyscy mamy ambicję być cnotliwymi, nawet jeśli nie wiemy dokładnie na czym polega cnota i jak ją osiągnąć. Człowiek pyszny uważa jednak, że jest już doskonały, nie potrzebuje więc poszukiwać doskonałości. Wszyscy mamy obowiązek kochać samych siebie – jak mówi to sam Zbawiciel – i to do tego stopnia, że powinniśmy kochać naszych bliźnich tak, jak siebie samych. Jednak człowiek pyszny nie zna siebie samego, nie może więc prawdziwie siebie kochać. Przypisuje on wszystko sobie i poszukuje jedynie siebie, jako celu dla którego został stworzony.
Tak więc faryzeusze postrzegali dzień sabatu nie jako dzień przeznaczony na oddanie czci Bogu, ale raczej jako dzień, w oparciu o który mogli mierzyć swą własną pobożność. Z tego właśnie powodu wymyślili wszystkie owe przepisy dotyczące tego, co w dzień ów wolno a czego nie wolno – nie ze względu na cześć należną Bogu, ale raczej dla własnej chwały i chwały wynalezionych przez siebie praktyk.
Zbawiciel więc, aby uleczyć ich z tego grzechu, zadaje najpierw pytanie, na które nie mają oni odpowiedzi: czy wolno uzdrowić w dzień sabatu? Wedle ich pojęć w dzień ów nie było nawet wolno udzielić komuś pomocy – ponieważ uważając siebie za doskonałych nie widzieli powodu, dla którego inni mieliby pomagać komuś, czy też sami potrzebować pomocy. Ewangelia mówi: „Ale oni milczeli”, ponieważ zdawali sobie sprawę, że Pismo Święte nie wspiera ich przekonań, jednak w swej pysze nie chcieli uznać tej sprzeczności. A więc, by pokazać poprzez cud, że Bóg nie tylko zezwala na uzdrawianie w sabat, ale że On sam w dzień ten uzdrawia, Chrystus Pan przywraca zdrowie choremu.
Następnie Pan Jezus wyjaśnia to poprzez przykład. Przypomina faryzeuszom, że nawet oni pomogliby zwierzęciu w dzień sabatu. Dziwne, że pomogliby zwierzęciu, ale nie postąpiliby tak względem człowieka – na tym jednak polega pycha, pełna sprzeczności i nielogiczna, ponieważ opiera się nie na prawdzie, ale na kłamstwie. Pycha prowadzi w sposób nieunikniony do głupoty i szaleństwa, ponieważ oparta jest na fałszu.
I na koniec Pan Jezus leczy faryzeuszy z tej podstępnej wady, ucząc ich cnoty pokory, cnoty będącej remedium na pychę.
Mówi, że faryzeusze przychodząc na ucztę zajmują pierwsze miejsca – co jest oznaką pychy u ludzi uważających, że są najwięcej warci, bez względu na innych czy swój stan. Zbawiciel uczy nas: nie zajmujcie pierwszego miejsca, gdyż ktoś może poprosić, byście je ustąpili. Oznacza to, że nie powinniśmy uważać się za godnych zajmowania pierwszego miejsca. Powinniśmy mieć świadomość, że jako grzesznicy i ludzie słabi nie zasługujemy na pierwsze miejsce, że w najlepszym razie jesteśmy nieużytecznymi sługami, jak to mówi Pan Jezus w innej przypowieści. Musimy wykorzenić z naszych serc błędne przekonanie, że jesteśmy kimś ważnym. Nie jesteśmy ważni, to nasze obowiązki są ważne, my sami ważni jesteśmy tylko na tyle, na ile pozostajemy im wierni.
Zasadniczy błąd współczesnego człowieka polega na tym, że uważa, iż sam z siebie posiada pewną godność, że z samego faktu że istnieje i jest istotą ludzką wynika, iż posiada jakieś „prawa” i „godność”. Nic dalszego od prawdy. Rzeczywistość wygląda tak, że wszyscy rodzimy się z obowiązkami – przede wszystkim obowiązkiem znalezienia czegoś, co utrzyma nas przy życiu. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych rzeczy, stąd obowiązek zdobywania tego, czego potrzebujemy tak pod względem fizycznym jak i duchowym. Rodzimy się nie wiedząc nawet, jak trafić do łazienki – nawet tego musimy nauczyć się od innych. W obliczu tego wszystkiego mówienie o „godności ludzkiej” jest więc nie tylko absurdalne, ale i po prostu śmieszne. Nie rodzimy się z prawami, ale przede wszystkim z obowiązkami, prawa są jedynie konsekwencjami tych obowiązków – każdy z nas posiada prawa właśnie z powodu tych obowiązków. Król czy przywódca posiada prawo rządzenia przez fakt, że ma obowiązek chronić i promować wspólne dobro. Rodzice mają prawo do posłuszeństwa dlatego, że przyjęli na siebie obowiązek wychowania swych dzieci. Każdy ma prawo do praktykowania prawdziwej religii, ponieważ każdy ma obowiązek dążenia do swego ostatecznego celu, którym jest Bóg. Nikt natomiast nie ma prawa do praktykowania błędu, gdyż nikt nie ma obowiązku do czynienia czegoś, co jest złe czy błędne.
Chorobą współczesnego świata jest zasadniczo grzech pychy. Wiara, że jest się wartym czegokolwiek kończy się zniszczeniem wszystkiego. Czy to nie ironia, że minione stulecie było świadkiem zamordowania ponad 100 milionów istnień w imię „praw człowieka”? Jest to potworne, ale jest to jedynie logiczna konsekwencja poszukiwania niezależności od Boga, uważania, że osiągnęło się już doskonałość i to bez pomocy Tego, który przyszedł wyzwolić nas z naszych grzechów.
Tak więc, Drodzy Wierni, bądźmy posłuszni radzie, jaką daje nam dziś Zbawiciel: szukajmy ostatniego miejsca. Innymi słowy: ćwiczmy się w pokorze. Starajmy się zrozumieć, kim naprawdę jesteśmy, odrzućmy fałszywe wyobrażenia o sobie samych. Pokora nie oznacza braku pragnienia czynienia rzeczy wielkich, przeciwnie – jest jedynym środkiem, przy pomocy którego możemy je czynić. By drzewo rosło, musi najpierw głęboko zapuścić korzenie. Również dusza, która pragnie być szlachetna i dobra musi zacząć od uznania swojej zależności. Dusza, która pragnie wznieść się wysoko, musi być pokorna. Chwała, która wypływa jedynie od nas samych jest próżna i pusta, jednak chwała płynąca z dobrych uczynków, z wypełniania naszych obowiązków, trwa wiecznie.
A więc, Drodzy Przyjaciele, módlmy się dziś zwłaszcza do Matki Bożej, prosząc o Ja o cnotę pokory, która jest tak droga Jej sercu. W hymnie Magnificat mówi Ona: „Bo wejrzał na niskość służebnicy swojej i wywyższył pokornych, łaknących nasyca hojnie dobrami, a z niczym odprawia bogaczy”. To właśnie ta cnota pokory przyciągnęła Ducha Świętego, ta cnota pokory uczyniła Ją Matką Boga i dała Jej prawo panować jako Królowa Nieba i Ziemi. Módlmy się więc do Niej, byśmy i my mogli mieć udział tej pokorze, a stąd również we chwale, we chwale i szczęśliwości, w której trwa Ona ze swym Synem na wieki wieków. Amen.
niedziela, 18 lipca 2010
8 Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego
„Czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości, aby, gdy ustaniecie, przyjęli was do wiecznych przybytków”.
Drodzy Wierni,
Jak bardzo jesteście błogosławieni. Spójrzcie na wszystkie błogosławieństwa, jakimi Bóg was obdarzył.
Dobry Bóg dał wam życie. Narodziliście się na ten świat, nie musząc nawet o to prosić. I nadal obdarza was życiem, pomimo wszystkich waszych grzechów. Dał nam owoce ziemi, byśmy mogli znaleźć pożywienie. Dał nam słońce, by nas ogrzewało, by dawało nam światło. Dał wam piękny kraj. Dał wam rodzinę i przyjaciół. Wszystkie bogactwa Boga Stwórcy rozkwitły właśnie dla was.
A otrzymaliście nie tylko błogosławieństwa tej ziemi, nie tylko to życie doczesne, ale również dar łaski nadprzyrodzonej. Łaska nadprzyrodzona, życie samego Boga. Bóg oddał się wam całkowicie, kiedy otrzymaliście łaskę uświęcającą.
Wspaniałość Boga. Hojność Boga. Któż potrafi ją opisać słowami? Kto może zawrzeć w słowach wielkość Boga? Jego chwała przekracza wszelkie nasze wyobrażenie, a w Jego dobroć nie sposób wątpić. Możemy wątpić w mądrość Bożą, ale nigdy w Jego dobroć. Wszelkie dobro, jakie nam Bóg wyświadczył, jest wystarczającym dowodem na to, że nas kocha.
A jednak – co uczyniliśmy z tym wszystkim, czym Bóg nas obdarzył? Nie byliśmy pilnymi strażnikami tych skarbów. Używaliśmy tych rzeczy do złych celów. Zdradziliśmy nawet naszego największego dobroczyńcę. Posłużyliśmy się rzeczami, które On sam nam dał, aby Go zdradzić. I zostaniemy wezwani przed naszego Pana, by zdać rachunek z tego, czym nas obdarował. A będzie On zazdrosny o swoją chwałę. Będzie oczekiwał wdzięczności. Będzie oczekiwał, że dobrze wykorzystaliście rzeczy, które wam dał.
A przecież nie ma wśród nas nikogo, kto nie obraziłby tego Wielkiego Dobroczyńcy. Nie ma wśród nas nikogo, kto by nie zgrzeszył.
I Bóg usunie nas z naszego włodarstwa.
Drodzy przyjaciele, człowiek, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, nie jest jakąś wymyśloną, fikcyjną postacią. To wy. To my. To my jesteśmy włodarzami z tej Ewangelii. To my zmarnowaliśmy dobra, powierzone nam przez naszego Pana.
Co więc mamy czynić?
Kopać nie możemy. To nie my jesteśmy źródłem wszystkich tych dóbr. Nie możemy obdarzyć siebie czymś, czego nie posiadamy. Jedynie Bóg może obdarzyć nas łaską. Nie możemy wysłużyć sobie stanu łaski – jest ona czymś udzielanym nam przez Boga. Nie możemy oczekiwać stanu łaski, jako zapłaty czy nagrody za to, że jesteśmy uprzejmi. Nie. Porządek nadprzyrodzony całkowicie przekracza porządek natury. Możemy czynić wiele dobra w porządku naturalnym, nie jesteśmy jednak w stanie zdobyć dóbr nadprzyrodzonych.
I jesteśmy pyszni. Nawet nie prosimy o pomoc. Wstydzimy się błagać. Wstydzimy się tak, że nie prosimy nawet o pomoc jedni drugich.
Co więc uczynimy?
Drodzy przyjaciele, weźcie skrypt długu, jaki wasz bliźni zaciągnął u was i przedrzyjcie go na pół. Podrzyjcie kwit niesprawiedliwości, jaką wam ktoś wyrządził. Wybaczcie wszystkie grzechy, jakie wyrządzili wam wasi bliźni. Znoście cierpliwie wszystkie cierpienia zadawane wam przez innych. Nie szukajcie zemsty, ale miłosierdzia. Gdyż jeśli będziecie miłosierni wobec innych, również wy dostąpicie miłosierdzia.
Pan Jezus chwali niesprawiedliwego włodarza. Był on niesprawiedliwy, ponieważ nie szukał ścisłej sprawiedliwości, ale łagodził ją miłosierdziem. To prawda, macie wszelkie prawo żądać różnych rzeczy od tych, którzy was obrazili. Bylibyście wówczas sprawiedliwi, ale nie miłosierni. Macie prawo do tych stu baryłek oliwy, jak to czytamy w Ewangelii, stracicie jednak nawet to, co posiadacie, jeśli nie będziecie miłosierni dla innych. Jeśli będziecie szukali jedynie sprawiedliwości, będziecie osądzeni tą samą miarą.
A nikt z nas nie jest sprawiedliwy przed Bogiem. Nikt oprócz tych, którzy byli miłosierni wobec innych, oni będą zbawieni. Nie byliśmy wierni nawet małym dobrodziejstwom otrzymanym od Boga, a co dopiero Jego łasce, która ma wartość nieskończoną. Jak możemy więc żądać od naszego bliźniego czegoś, czego nie jesteśmy w stanie uczynić sami?
Drodzy wierni, synowie tego świata roztropniejsi są w rodzaju swoim niż synowie światłości. Nawet najgorsi ludzie wiedzą, że przyjaciół nie zdobywa się osądzając ludzi, ale pomagając im.
Chciwość jest korzeniem wszelkiego zła, mówi Pismo święte. To umiłowanie bogactwa i zaszczytów sprawia, że jesteśmy niewierni dobrodziejstwom otrzymanym od Boga. Wydaje się nam, że owe dary Boże należą wyłącznie do nas, że to my jesteśmy w jakiś sposób ich źródłem. I ta iluzja prowadzi nas do wzgardy wobec prawdziwego źródła wszystkiego, którym jest Bóg.
A więc czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości. Tłumacząc słowa Pana Jezusa w najprostszy sposób: dawajcie jałmużnę, kochajcie ubóstwo. Bądźcie miłosierni dla ubogich. Modlitwa ubogich ma wielką moc, a przecież bardzo tej modlitwy potrzebujemy.
I prośmy o miłosierdzie, gdyż w owym dniu wszyscy będziemy go potrzebować. Niech Matka Najświętsza wspomaga nas, by kiedyś mogła przyjąć nas do wiecznych przybytków. Amen.
Drodzy Wierni,
Jak bardzo jesteście błogosławieni. Spójrzcie na wszystkie błogosławieństwa, jakimi Bóg was obdarzył.
Dobry Bóg dał wam życie. Narodziliście się na ten świat, nie musząc nawet o to prosić. I nadal obdarza was życiem, pomimo wszystkich waszych grzechów. Dał nam owoce ziemi, byśmy mogli znaleźć pożywienie. Dał nam słońce, by nas ogrzewało, by dawało nam światło. Dał wam piękny kraj. Dał wam rodzinę i przyjaciół. Wszystkie bogactwa Boga Stwórcy rozkwitły właśnie dla was.
A otrzymaliście nie tylko błogosławieństwa tej ziemi, nie tylko to życie doczesne, ale również dar łaski nadprzyrodzonej. Łaska nadprzyrodzona, życie samego Boga. Bóg oddał się wam całkowicie, kiedy otrzymaliście łaskę uświęcającą.
Wspaniałość Boga. Hojność Boga. Któż potrafi ją opisać słowami? Kto może zawrzeć w słowach wielkość Boga? Jego chwała przekracza wszelkie nasze wyobrażenie, a w Jego dobroć nie sposób wątpić. Możemy wątpić w mądrość Bożą, ale nigdy w Jego dobroć. Wszelkie dobro, jakie nam Bóg wyświadczył, jest wystarczającym dowodem na to, że nas kocha.
A jednak – co uczyniliśmy z tym wszystkim, czym Bóg nas obdarzył? Nie byliśmy pilnymi strażnikami tych skarbów. Używaliśmy tych rzeczy do złych celów. Zdradziliśmy nawet naszego największego dobroczyńcę. Posłużyliśmy się rzeczami, które On sam nam dał, aby Go zdradzić. I zostaniemy wezwani przed naszego Pana, by zdać rachunek z tego, czym nas obdarował. A będzie On zazdrosny o swoją chwałę. Będzie oczekiwał wdzięczności. Będzie oczekiwał, że dobrze wykorzystaliście rzeczy, które wam dał.
A przecież nie ma wśród nas nikogo, kto nie obraziłby tego Wielkiego Dobroczyńcy. Nie ma wśród nas nikogo, kto by nie zgrzeszył.
I Bóg usunie nas z naszego włodarstwa.
Drodzy przyjaciele, człowiek, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, nie jest jakąś wymyśloną, fikcyjną postacią. To wy. To my. To my jesteśmy włodarzami z tej Ewangelii. To my zmarnowaliśmy dobra, powierzone nam przez naszego Pana.
Co więc mamy czynić?
Kopać nie możemy. To nie my jesteśmy źródłem wszystkich tych dóbr. Nie możemy obdarzyć siebie czymś, czego nie posiadamy. Jedynie Bóg może obdarzyć nas łaską. Nie możemy wysłużyć sobie stanu łaski – jest ona czymś udzielanym nam przez Boga. Nie możemy oczekiwać stanu łaski, jako zapłaty czy nagrody za to, że jesteśmy uprzejmi. Nie. Porządek nadprzyrodzony całkowicie przekracza porządek natury. Możemy czynić wiele dobra w porządku naturalnym, nie jesteśmy jednak w stanie zdobyć dóbr nadprzyrodzonych.
I jesteśmy pyszni. Nawet nie prosimy o pomoc. Wstydzimy się błagać. Wstydzimy się tak, że nie prosimy nawet o pomoc jedni drugich.
Co więc uczynimy?
Drodzy przyjaciele, weźcie skrypt długu, jaki wasz bliźni zaciągnął u was i przedrzyjcie go na pół. Podrzyjcie kwit niesprawiedliwości, jaką wam ktoś wyrządził. Wybaczcie wszystkie grzechy, jakie wyrządzili wam wasi bliźni. Znoście cierpliwie wszystkie cierpienia zadawane wam przez innych. Nie szukajcie zemsty, ale miłosierdzia. Gdyż jeśli będziecie miłosierni wobec innych, również wy dostąpicie miłosierdzia.
Pan Jezus chwali niesprawiedliwego włodarza. Był on niesprawiedliwy, ponieważ nie szukał ścisłej sprawiedliwości, ale łagodził ją miłosierdziem. To prawda, macie wszelkie prawo żądać różnych rzeczy od tych, którzy was obrazili. Bylibyście wówczas sprawiedliwi, ale nie miłosierni. Macie prawo do tych stu baryłek oliwy, jak to czytamy w Ewangelii, stracicie jednak nawet to, co posiadacie, jeśli nie będziecie miłosierni dla innych. Jeśli będziecie szukali jedynie sprawiedliwości, będziecie osądzeni tą samą miarą.
A nikt z nas nie jest sprawiedliwy przed Bogiem. Nikt oprócz tych, którzy byli miłosierni wobec innych, oni będą zbawieni. Nie byliśmy wierni nawet małym dobrodziejstwom otrzymanym od Boga, a co dopiero Jego łasce, która ma wartość nieskończoną. Jak możemy więc żądać od naszego bliźniego czegoś, czego nie jesteśmy w stanie uczynić sami?
Drodzy wierni, synowie tego świata roztropniejsi są w rodzaju swoim niż synowie światłości. Nawet najgorsi ludzie wiedzą, że przyjaciół nie zdobywa się osądzając ludzi, ale pomagając im.
Chciwość jest korzeniem wszelkiego zła, mówi Pismo święte. To umiłowanie bogactwa i zaszczytów sprawia, że jesteśmy niewierni dobrodziejstwom otrzymanym od Boga. Wydaje się nam, że owe dary Boże należą wyłącznie do nas, że to my jesteśmy w jakiś sposób ich źródłem. I ta iluzja prowadzi nas do wzgardy wobec prawdziwego źródła wszystkiego, którym jest Bóg.
A więc czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości. Tłumacząc słowa Pana Jezusa w najprostszy sposób: dawajcie jałmużnę, kochajcie ubóstwo. Bądźcie miłosierni dla ubogich. Modlitwa ubogich ma wielką moc, a przecież bardzo tej modlitwy potrzebujemy.
I prośmy o miłosierdzie, gdyż w owym dniu wszyscy będziemy go potrzebować. Niech Matka Najświętsza wspomaga nas, by kiedyś mogła przyjąć nas do wiecznych przybytków. Amen.
niedziela, 4 lipca 2010
6 Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego
Drodzy Wierni,
Cuda, jakich dokonywał Chrystus Pan, dokonywane były zawsze w tym celu, by pouczyć nas o naturze Królestwa Niebieskiego, królestwa łaski, która z Jego woli panować ma naszych sercach.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że wokół Pana Jezusa zgromadził się wieki tłum. Z pewnością większość z tych ludzi przyszła, aby Go słuchać, by dowiedzieć się, co muszą czynić, by uratować się od śmierci wiecznej. Inni przyszli jedynie z ciekawości lub słuchali Go jedynie z powodu Jego zatargu z faryzeuszami. Jakby jednak nie było, przyszli tam za Nim. I Ewangelia wspomina, że nie mieli ze sobą nic do jedzenia.
Oczywiście brak doczesnego pożywienia jest rzeczą przykrą, lecz z pewnością Zbawiciel myślał również o rzeczach duchowych, o głodzie prawdy i piękna, które znikły ze świata ze względu na grzechy ludzi. Następnie widzimy, jak Chrystus Pan przywołuje do siebie uczniów i mówi im: Żal mi tego tłumu.
W momencie tym możemy na chwilę wejrzeć w serce Pana Jezusa. Wielcy tego świata zadowoleni są, jeśli mają wielu zwolenników i naśladowców. Szacują swoje wpływy poprzez sondaże i starają się pozyskać stronników poprzez kampanie medialne. Myślą o masach jako o środku do zdobycia władzy. Jednak Pan Jezus nie postępuje w ten sposób. Lituje się nad nimi, czyli innymi słowy czuje się poruszony ich sytuacją i stara się coś dla nich zrobić. Jak wyjaśnia: „ponieważ są ze Mną trzy dni i nie mają co jeść, a jeśli ich teraz rozpuszczę, ustaną w drodze”.
Z pewnością my wszyscy przeszliśmy długą drogę, biorąc pod uwagę, że wszyscy urodziliśmy się obciążeni grzechem pierworodnym, daleko od Boga. Przez nasz chrzest jesteśmy ze Zbawicielem trzy dni, jak pisze dziś w swym liście św. Paweł – przez chrzest jesteśmy pogrzebani z Chrystusem byśmy zmartwychwstali na nowo w życiu Chrystusa, który powstał z martwych trzeciego dnia. Jednak pomimo, że jesteśmy z Panem Jezusem, nadal czegoś nam brakuje – brakuje nam duchowego pokarmu. Moglibyśmy więc ustać w naszej podróży do domu Ojca niebieskiego.
Uczniowie odpowiadają Panu Jezusowi – gdzie znajdziemy chleb na tym pustkowiu? Na tym świecie pełnym znoju i grzechu z pewnością niewiele możemy znaleźć pokarmu dla naszych dusz. A jednak Zbawiciel pyta ich: ile macie chlebów? I odpowiedzieli: siedem.
Tych siedem bochenków chleba oznacza oczywiście siedem sakramentów, które Zbawiciel daje nam na tę podróż do domu Ojca. Następnie Pan Jezus nakazuje tłumowi usiąść, czyli zaufać Opatrzności Bożej. I biorąc siedem bochenków chleba, czyniąc dzięki, podaje je swoim Apostołom, by mogli oni rozdać je ludziom. Widzimy w tym, choć jedynie jako zapowiedź, rolę kapłanów. To oni są tymi, którzy karmią ludzi, są pośrednikami pomiędzy Bogiem a człowiekiem, tymi, którym powierzone są rządy w Kościele i straż nas owczarnią.
Mieli oni również dwie ryby – symbolizujące dwie natury Chrystusa, greckie słowo ikthos jest akronimem: Jezus Chrystus, Syn Boga, Zbawiciel, jak to widzimy w malowidłach umieszczonych w katakumbach. To właśnie dwie natury Chrystusa umożliwiają ową wymianę między Bogiem a człowiekiem, Bóg karmi nas w Osobie naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa.
I Ewangelia mówi nam, że zebranych ułomków pozostało siedem koszy, co nie tylko jest dowodem na cud dokonany przez Pana Jezusa, ale też pokazuje nam, że owe siedem sakramentów, które Zbawiciel nam pozostawił, jest nie tylko wystarczające, są one nadobfitym źródłem łaski. Nie działają jedynie przez chwilę, ale przez całą wieczność.
Siedem sakramentów uświęca każą część ludzkiego życia: chrzest ustanowiony jest, byśmy mogli zostać natchnieni tym życiem, byśmy narodzili się dla życia łaski; bierzmowanie, byśmy mogli wzrastać w tym życiu i osiągnąć duchową dojrzałość; Eucharystia by karmić nasze życie duchowe Tym, który jest źródłem wszystkiego; sakrament pokuty przywraca te życie, jeśli mieliśmy nieszczęście je utracić, a sakrament ostatniego namaszczenia przygotowuje naszą duszę do osiągnięcia jej ostatecznego przeznaczenia, albo daje na to czas jeszcze w tym życiu, jeśli taka jest wola Boga.
Zbawiciel pozostawił nam również dwa sakramenty mające na celu dobro całego rodzaju ludzkiego: sakrament małżeństwa, by zapewnić istnienie społeczności ludzkiej i jej kontynuację poprzez rodzenie nowych jego członków, oraz sakrament kapłaństwa, dla rządzenia i kierowania nadprzyrodzoną społecznością Kościoła i dawania ludziom łaski, której tak bardzo potrzebują – poprzez Ofiarę Chrystusa Pana.
Wszystkie te sakramenty udzielają łaski same z siebie, skoro tylko udzielane są wedle zaleceń ustanowionych przez Zbawiciela, łaska w naturalny sposób wypływa w nich w sposób nadobfity. Co jednak ciekawe, zanim Pan Jezus dał owym ludziom tych siedem bochenków, nakazał im usiąść. Nakazuje im w ten sposób, by byli w odpowiedniej dyspozycji do przyjęcia tego, co Apostołowie im przekażą.
Jest tak dlatego – Drodzy Wierni – że pomimo, iż sakramenty udzielają łaski same z siebie, nie udzielają jednak dyspozycji koniecznej do korzystania z nich. To należy do nas. Musimy być posłuszni Chrystusowi i czynić to, o co nas prosi, jeśli chcemy otrzymać pokarm, który pragnie nam On dać. Może On chcieć dać nam wodę, jeśli jednak nasz kubek będzie odwrócony dnem do góry, pozostaniem spragnieni niezależnie od tego, jak wiele wody będzie On nalewał. Podobnie nasze niedoskonałości nie skutkiem sakramentów, ale wynikają z tego, że sami stawiamy wiele przeszkód dla działania łaski.
Zbadajmy dziś własne sumienie i zobaczmy, jaka jest nasza dyspozycja w stosunku do tego, o co prosi nas Chrystus Pan. Być może mamy jakieś szczególne przywiązanie do czegoś, co uniemożliwia nam życie wedle prawa Bożego? Czy nie przekraczamy Jego prawa, zwłaszcza w tym co dotyczy małżeństwa? Czy nie mamy złych nawyków, których musimy się pozbyć? Wszystko to utrudnia naszej duszy otrzymywanie pokarmu, którego ona potrzebuje, by osiągnąć niebo. Przeszkody te są powodem, dla którego tak niewiele korzystamy z sakramentów i ryzykujemy śmierć z głodu.
Tak więc, Drodzy Wierni, widzimy pracę, jaką mamy do wykonania, by móc korzystać z sakramentów, które daje nam Pan Jezus. Musimy o tym pamiętać zwłaszcza obecnie, wobec całego tego hałasu odnośnie Motu Proprio i tzw. „uwolnienia Mszy”. To, że Motu Proprio ma dać nam to, czym Zbawiciel karmił nas już przez stulecia nie zmienia faktu, że większość ludzi nie znajduje się w dyspozycji koniecznej do przyjęcia łask płynących z Mszy Trydenckiej. Nawet gdybyśmy jutro w każdej diecezji mieli wyłącznie Mszę naszych przodków, pozostaje wciąż do wykonania ogromna praca polegająca na edukacji uwiernych, nawracania ich z błędów i umożliwianiu im osiągnięcia dyspozycji, dzięki której otrzymywać będą mogli łaski płynące z Mszy. I żadne podpisanie jakiegokolwiek dokumentu tego nie zmieni – jest to nasze zadanie, zadanie dla każdego z nas.
Prośmy więc Matkę Bożą, poczętą bez zmazy grzechu pierworodnego, która zawsze znajdowała się w doskonałej dyspozycji by wzrastać w łasce w każdej chwili swego życia. Prośmy Ją, by jako dobra Matka, pomogła swym dzieciom kroczyć po drodze łaski, byśmy mogli przybyć bezpiecznie do domu Niebieskiego Ojca. Amen
Cuda, jakich dokonywał Chrystus Pan, dokonywane były zawsze w tym celu, by pouczyć nas o naturze Królestwa Niebieskiego, królestwa łaski, która z Jego woli panować ma naszych sercach.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że wokół Pana Jezusa zgromadził się wieki tłum. Z pewnością większość z tych ludzi przyszła, aby Go słuchać, by dowiedzieć się, co muszą czynić, by uratować się od śmierci wiecznej. Inni przyszli jedynie z ciekawości lub słuchali Go jedynie z powodu Jego zatargu z faryzeuszami. Jakby jednak nie było, przyszli tam za Nim. I Ewangelia wspomina, że nie mieli ze sobą nic do jedzenia.
Oczywiście brak doczesnego pożywienia jest rzeczą przykrą, lecz z pewnością Zbawiciel myślał również o rzeczach duchowych, o głodzie prawdy i piękna, które znikły ze świata ze względu na grzechy ludzi. Następnie widzimy, jak Chrystus Pan przywołuje do siebie uczniów i mówi im: Żal mi tego tłumu.
W momencie tym możemy na chwilę wejrzeć w serce Pana Jezusa. Wielcy tego świata zadowoleni są, jeśli mają wielu zwolenników i naśladowców. Szacują swoje wpływy poprzez sondaże i starają się pozyskać stronników poprzez kampanie medialne. Myślą o masach jako o środku do zdobycia władzy. Jednak Pan Jezus nie postępuje w ten sposób. Lituje się nad nimi, czyli innymi słowy czuje się poruszony ich sytuacją i stara się coś dla nich zrobić. Jak wyjaśnia: „ponieważ są ze Mną trzy dni i nie mają co jeść, a jeśli ich teraz rozpuszczę, ustaną w drodze”.
Z pewnością my wszyscy przeszliśmy długą drogę, biorąc pod uwagę, że wszyscy urodziliśmy się obciążeni grzechem pierworodnym, daleko od Boga. Przez nasz chrzest jesteśmy ze Zbawicielem trzy dni, jak pisze dziś w swym liście św. Paweł – przez chrzest jesteśmy pogrzebani z Chrystusem byśmy zmartwychwstali na nowo w życiu Chrystusa, który powstał z martwych trzeciego dnia. Jednak pomimo, że jesteśmy z Panem Jezusem, nadal czegoś nam brakuje – brakuje nam duchowego pokarmu. Moglibyśmy więc ustać w naszej podróży do domu Ojca niebieskiego.
Uczniowie odpowiadają Panu Jezusowi – gdzie znajdziemy chleb na tym pustkowiu? Na tym świecie pełnym znoju i grzechu z pewnością niewiele możemy znaleźć pokarmu dla naszych dusz. A jednak Zbawiciel pyta ich: ile macie chlebów? I odpowiedzieli: siedem.
Tych siedem bochenków chleba oznacza oczywiście siedem sakramentów, które Zbawiciel daje nam na tę podróż do domu Ojca. Następnie Pan Jezus nakazuje tłumowi usiąść, czyli zaufać Opatrzności Bożej. I biorąc siedem bochenków chleba, czyniąc dzięki, podaje je swoim Apostołom, by mogli oni rozdać je ludziom. Widzimy w tym, choć jedynie jako zapowiedź, rolę kapłanów. To oni są tymi, którzy karmią ludzi, są pośrednikami pomiędzy Bogiem a człowiekiem, tymi, którym powierzone są rządy w Kościele i straż nas owczarnią.
Mieli oni również dwie ryby – symbolizujące dwie natury Chrystusa, greckie słowo ikthos jest akronimem: Jezus Chrystus, Syn Boga, Zbawiciel, jak to widzimy w malowidłach umieszczonych w katakumbach. To właśnie dwie natury Chrystusa umożliwiają ową wymianę między Bogiem a człowiekiem, Bóg karmi nas w Osobie naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa.
I Ewangelia mówi nam, że zebranych ułomków pozostało siedem koszy, co nie tylko jest dowodem na cud dokonany przez Pana Jezusa, ale też pokazuje nam, że owe siedem sakramentów, które Zbawiciel nam pozostawił, jest nie tylko wystarczające, są one nadobfitym źródłem łaski. Nie działają jedynie przez chwilę, ale przez całą wieczność.
Siedem sakramentów uświęca każą część ludzkiego życia: chrzest ustanowiony jest, byśmy mogli zostać natchnieni tym życiem, byśmy narodzili się dla życia łaski; bierzmowanie, byśmy mogli wzrastać w tym życiu i osiągnąć duchową dojrzałość; Eucharystia by karmić nasze życie duchowe Tym, który jest źródłem wszystkiego; sakrament pokuty przywraca te życie, jeśli mieliśmy nieszczęście je utracić, a sakrament ostatniego namaszczenia przygotowuje naszą duszę do osiągnięcia jej ostatecznego przeznaczenia, albo daje na to czas jeszcze w tym życiu, jeśli taka jest wola Boga.
Zbawiciel pozostawił nam również dwa sakramenty mające na celu dobro całego rodzaju ludzkiego: sakrament małżeństwa, by zapewnić istnienie społeczności ludzkiej i jej kontynuację poprzez rodzenie nowych jego członków, oraz sakrament kapłaństwa, dla rządzenia i kierowania nadprzyrodzoną społecznością Kościoła i dawania ludziom łaski, której tak bardzo potrzebują – poprzez Ofiarę Chrystusa Pana.
Wszystkie te sakramenty udzielają łaski same z siebie, skoro tylko udzielane są wedle zaleceń ustanowionych przez Zbawiciela, łaska w naturalny sposób wypływa w nich w sposób nadobfity. Co jednak ciekawe, zanim Pan Jezus dał owym ludziom tych siedem bochenków, nakazał im usiąść. Nakazuje im w ten sposób, by byli w odpowiedniej dyspozycji do przyjęcia tego, co Apostołowie im przekażą.
Jest tak dlatego – Drodzy Wierni – że pomimo, iż sakramenty udzielają łaski same z siebie, nie udzielają jednak dyspozycji koniecznej do korzystania z nich. To należy do nas. Musimy być posłuszni Chrystusowi i czynić to, o co nas prosi, jeśli chcemy otrzymać pokarm, który pragnie nam On dać. Może On chcieć dać nam wodę, jeśli jednak nasz kubek będzie odwrócony dnem do góry, pozostaniem spragnieni niezależnie od tego, jak wiele wody będzie On nalewał. Podobnie nasze niedoskonałości nie skutkiem sakramentów, ale wynikają z tego, że sami stawiamy wiele przeszkód dla działania łaski.
Zbadajmy dziś własne sumienie i zobaczmy, jaka jest nasza dyspozycja w stosunku do tego, o co prosi nas Chrystus Pan. Być może mamy jakieś szczególne przywiązanie do czegoś, co uniemożliwia nam życie wedle prawa Bożego? Czy nie przekraczamy Jego prawa, zwłaszcza w tym co dotyczy małżeństwa? Czy nie mamy złych nawyków, których musimy się pozbyć? Wszystko to utrudnia naszej duszy otrzymywanie pokarmu, którego ona potrzebuje, by osiągnąć niebo. Przeszkody te są powodem, dla którego tak niewiele korzystamy z sakramentów i ryzykujemy śmierć z głodu.
Tak więc, Drodzy Wierni, widzimy pracę, jaką mamy do wykonania, by móc korzystać z sakramentów, które daje nam Pan Jezus. Musimy o tym pamiętać zwłaszcza obecnie, wobec całego tego hałasu odnośnie Motu Proprio i tzw. „uwolnienia Mszy”. To, że Motu Proprio ma dać nam to, czym Zbawiciel karmił nas już przez stulecia nie zmienia faktu, że większość ludzi nie znajduje się w dyspozycji koniecznej do przyjęcia łask płynących z Mszy Trydenckiej. Nawet gdybyśmy jutro w każdej diecezji mieli wyłącznie Mszę naszych przodków, pozostaje wciąż do wykonania ogromna praca polegająca na edukacji uwiernych, nawracania ich z błędów i umożliwianiu im osiągnięcia dyspozycji, dzięki której otrzymywać będą mogli łaski płynące z Mszy. I żadne podpisanie jakiegokolwiek dokumentu tego nie zmieni – jest to nasze zadanie, zadanie dla każdego z nas.
Prośmy więc Matkę Bożą, poczętą bez zmazy grzechu pierworodnego, która zawsze znajdowała się w doskonałej dyspozycji by wzrastać w łasce w każdej chwili swego życia. Prośmy Ją, by jako dobra Matka, pomogła swym dzieciom kroczyć po drodze łaski, byśmy mogli przybyć bezpiecznie do domu Niebieskiego Ojca. Amen
niedziela, 6 czerwca 2010
na 2 Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego
Drodzy Wierni,
Dzisiejsza niedziela następuje po wielkiej uroczystości Bożego Ciała, Uroczystości podczas której czci się Pana Jezusa przygotowującego dla nas ucztę jego własnego Ciała i Krwi. W dzisiejszej ewangelii czytamy również o tym jak Pan Jezus przygotowuje dla nas inne święto, święto, które jest niczym innym, jak wypełnieniem tego, co Najświętszy Sakrament obiecuje i działa w nas, a co nazywamy życiem wiecznym. Nasz Pan Jezus Chrystus zaprasza nas, abyśmy radowali się w Niebie wiecznym z Nim zjednoczeniem. Pan Jezus po swoim Wniebowstąpieniu przygotował tam miejsce dla nas; uczta jest przygotowana i wielu jest zaproszonych. Pan Jezus jest Barankiem Bożym, Barankiem złożonym w wigilię Paschy, który daje nam na pokarm swoje własne Ciało.
Pan Jezus zaprasza na gody - życie wieczne, którym jednak nie są w stanie cieszyć się trzy kategorie ludzi, a raczej sa trzy grupy ludzi, którzy odmówili uczestniczenia w radości Pana Jezusa i którzy nie dostąpią raju.
Do pierwszej z tych grup należą ci, którz mówią Jezusowi “Kupiłem posiadłość” Są to ci, którzy przywiązani są do rzeczy tej ziemi. Posiadłość symbolizuje władzę, posiadanie i całą pychę, która się z nimi wiąże. Zauważcie, że nie oznacza to potrzeby lub konieczności zajmowania się posiadłością, jako że zaproszony nie twierdzi, że musi pracować na swojej ziemi, ale raczej pójść i ją zobaczyć. Pycha jest więc pierwszym grzechem który zostaje potępiony, ponieważ tak jak pierwszy człowiek nie chciał mieć Pana i wyrzucony został z Raju, tak pycha nie może istnieć na wiecznej uczcie Pana Jezusa. Jego wymówką jest potrzeba zajmowania się własnością, podczas gdy Pan Jezus powiedział, że tylko dla jednego powinniśmy się poświęcać. Dla polecenia “Sprzedaj wszystko, co masz, a daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, chodź ze mną”.
Drugą grupą są ci, którzy mówią “Kupiłem pięć par wołów, i idę je wypróbować”. Pięć par wołów oznacza pięć zmysłów, które nakładają na nas jarzmo poznawalnych zmysłami rzeczy tego świata. Przez porządanie, zmysły przestają być sługami, a stają się panami cielesnego człowieka, skupiając jego spojrzenie na ziemi, pochylając go nad orką na podobieństwo wołów. Ludzie tacy nie używają zmysłów do tego, do czego stworzył je Bóg, czyli podążania za dobrem, dobrem wiecznym, ale do podążania za ulotnymi przyjemnościami tego życia. Nie karmią oni swoich zmysłów tym co piękne i prawdziwe, ale próżnością ziemskiej przyjemności. I tak, ludzie ci nie usprawiedliwiają się koniecznością nakarmienia swoich wołów, ale tym, że muszą je wypróbować - czyli tylko ciekawością.
I wreszcie ci, których ciekawość zawiodła tak daleko, że popadli w grzech. Dusze ich przywiązały się do grzechu, czy też po prostu upodobali sobie oni stan grzechu. Dlatego człowiek taki nie prosi o usprawiedliwienie swojej nieobecności, ale stwierdza: “Nie mogę przyjść”. Jednak tak jak ten, który przybył na uroczystość bez szat godowych i został wyrzucony z królewskiego wesela, także i dusza przywiązana do grzechu nie może dostąpić uczty Pana Jezusa.
To są trzy grupy ludzi, którzy nie mogą dostąpić uczty Pana Jezusa, ponieważ ulegli pożądliwości oczu, pożądliwości ciała oraz pysze żywota. Pysze żywota ci, którzy chełpią się tym co posiadają, którzy kupili posiadłość. Pożądliwości oczu ci, którzy przywiązali swoje zmysły do spraw doczesnych, którzy jak woły przykuli się do ziemi. Pożądliwości ciała, najbardziej zniewalającej ze wszystkich, ci, którzy poślubili ciało i przyjemność, a nie dobro.
Z wieczerzy Pańskiej wyłączeni są także Poganie, Żydzi i heretycy. Poganie to ci, którzy przywiązali się do ziemi nie znając dobra, ale jedynie rzeczy materialne tego świata. Żydzi z kolei otrzymali prawo i poddali się jarzmu Mojżeszowych nakazów wyrytych na dwóch kamiennych tablicach. Pięć par wołów noszących jarzmo jest obrazem pięciu ksiąg Mojżeszowego prawa, które nakłada na lud Izraela ciężar prawa. Jarzmo, o którym św. Piotr, w piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich, mówi, że nikt nie jest w stanie go udźwignąć. Jarzmo, które było cielesne, ziemskie i materialistyczne. I wreszcie ci, którzy zostali zwiedzeni, a nawet uwiedzeni, przez błąd i porzucili prawdę aby go poślubić. Są oni jak ci, którzy poślubili oblubienicę która nie doprowadzi ich do wiecznej radości.
Kiedy słudzy powrócili do swojego pana oznajmiając, że zaproszeni wymówili się od dzielenia z nim radości, pan oburzył się i zagniewał. Kiedy mówimy o Bożym gniewie nie chcemy przez to powiedzieć, że Bóg cierpi, lub podlega jakiejkolwiek zmianie w wyniku działań człowieka, ale raczej odnosimy się do aktu kary, który podobny jest do działania ludzkiego w gniewie. Żaden z tych, którzy byli zaproszeni i odmówili, nie wejdzie na ucztę Pana, jak w swoim gniewie poprzysiągł Bóg.
Jednakże ta odmowa pychy jest paradoksalnie również łaską. Łaską dla tych, którzy nie zostali zaproszeni na początku. Tak jak odmowa Żydów była dla Boga powodem aby wezwać do prawdy pogan, tak i odmowa pysznych i możnych tego świata jest okazją aby wezwać ubogich, ułomnych, ślepych i chromych.
Ubodzy są oderwani od rzeczy tego świata. Ułomni są tymi, których praca jest wciąż niedoskonała, a jednak mogą otrzymać siłę dźwigając Krzyż. Ślepi są tymi, którzy nie usłyszeli jeszcze wołania prawdy, ale kiedy przyjmą ją z radością, będą mogli wejść na gody. Ponieważ pyszni odmówili przyjścia, ubodzy zostali wybrani. Ci, którzy zawierzyli samym sobie, którzy uważali się za silnych zostali odrzuceni i słabi, podczas gdy ci, którzy sobie nie ufali, wezwani zostali na ich miejsce. Doświadczeni w cielesności, światowości, ufający zmysłom i wiedzy nie przybyli, wybrani zostali więc ślepi, których zmysły umarły. Ci, którzy poślubili grzeszne życie nie mogli przyjść, Bóg woła więc wolnych, tych, którzy wybrali dobre życie.
Zauważcie, Drodzy Wierni, że to pan rozkazał im przybyć, mówiąc, że powinni do tego zostać przekonani. Przekonani, co oznacza, że z własnej woli by nie przybyli. Ale wola ich zostaje zmieniona Bożym Słowem. “Jak uwierzą temu, którego nie słyszeli” mówi św. Paweł w Liście do Rzymian. Zostają poruszeni przez perswazję prawdy, ponieważ prawda ze swojej natury prowadzi nas do jej zaakceptowania. Podczas gdy kłamstwa czynią nas niewolnikami nieprawości, prawda zmienia nas w sługi sprawiedliwości. Prawda jest przekonująca, ponieważ wyklucza błąd i wszelkie niesłuszne opinie.
Bóg pragnie aby nie tylko ślepi, chromi i biedni doprowadzeni byli do królestwa, ale także ci, którzy zagubili się na gościńcach i po opłotkach. Podążający szerokimi gościńcami są daleko od miasta Boga, a ci, którzy błąkają się po opłotkach są tymi, którzy pozostają pomiędzy dwoma obozami. Ludzie ci mają szansę nawrócić się i dostąpić Królestwa Bożego: pierwsi przez przyprowadzanie ich bliżej i bliżej Boga, inni przez otrzymanie balsamu miłosierdzia. Pan Bóg pragnie, aby Niebiosa były wypełnione. I Królestwo jego wypełnione będzie wieloma duszami, które cieszyć się będą mogły jego ucztą przez całą wieczność.
A jednak istnieją trzy grupy ludzi, o których powiedziane zostało już, że otrzymają straszliwy wyrok: “żaden z tych mężów, którzy byli wezwani, nie skosztuje wieczerzy mojej”. Ludzie ci będą wyrzuceni w ciemności zewnętrzne, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Odrzuceni, którzy nie wezmą udziału w radości Pana Jezusa są jednakże nieszczęśliwi i zazdroszczą dobra, które otrzymujemy przez Łaskę. Dlatego z dzisiejszą Ewangelią czytany jest list św. Jana, z którego dowiadujemy się, że nie powinniśmy się dziwić, że świat nas nienawidzi. Świat, dla którego nie ma miejsca na uczcie Pana Jezusa, który cierpi z powodu własnej woli i złości, zawsze będzie nienawidził tych, którzy cieszą się zaufaniem Pana.
I tak, Drodzy Wierni, wyciągnijmy wnioski z ostrzeżenia, które przekazuje nam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, abyśmy nie byli policzeni z tymi, którzy odmawiają przyjścia na gody, którzy odmawiają uczestnictwa w jego radości. Podążajmy za nauczaniem św. Jana, abyśmy miłowali się wzajemnie w tej miłości, którą ukazuje nam Pan Jezus w Najświętszej Ofierze, gdzie wszyscy spożywamy ten sam chleb, jako że wszyscy jesteśmy członkami jednego Mistycznego Ciała Chrystusa, który żyje i króluje na wieki wieków, Amen.
Dzisiejsza niedziela następuje po wielkiej uroczystości Bożego Ciała, Uroczystości podczas której czci się Pana Jezusa przygotowującego dla nas ucztę jego własnego Ciała i Krwi. W dzisiejszej ewangelii czytamy również o tym jak Pan Jezus przygotowuje dla nas inne święto, święto, które jest niczym innym, jak wypełnieniem tego, co Najświętszy Sakrament obiecuje i działa w nas, a co nazywamy życiem wiecznym. Nasz Pan Jezus Chrystus zaprasza nas, abyśmy radowali się w Niebie wiecznym z Nim zjednoczeniem. Pan Jezus po swoim Wniebowstąpieniu przygotował tam miejsce dla nas; uczta jest przygotowana i wielu jest zaproszonych. Pan Jezus jest Barankiem Bożym, Barankiem złożonym w wigilię Paschy, który daje nam na pokarm swoje własne Ciało.
Pan Jezus zaprasza na gody - życie wieczne, którym jednak nie są w stanie cieszyć się trzy kategorie ludzi, a raczej sa trzy grupy ludzi, którzy odmówili uczestniczenia w radości Pana Jezusa i którzy nie dostąpią raju.
Do pierwszej z tych grup należą ci, którz mówią Jezusowi “Kupiłem posiadłość” Są to ci, którzy przywiązani są do rzeczy tej ziemi. Posiadłość symbolizuje władzę, posiadanie i całą pychę, która się z nimi wiąże. Zauważcie, że nie oznacza to potrzeby lub konieczności zajmowania się posiadłością, jako że zaproszony nie twierdzi, że musi pracować na swojej ziemi, ale raczej pójść i ją zobaczyć. Pycha jest więc pierwszym grzechem który zostaje potępiony, ponieważ tak jak pierwszy człowiek nie chciał mieć Pana i wyrzucony został z Raju, tak pycha nie może istnieć na wiecznej uczcie Pana Jezusa. Jego wymówką jest potrzeba zajmowania się własnością, podczas gdy Pan Jezus powiedział, że tylko dla jednego powinniśmy się poświęcać. Dla polecenia “Sprzedaj wszystko, co masz, a daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, chodź ze mną”.
Drugą grupą są ci, którzy mówią “Kupiłem pięć par wołów, i idę je wypróbować”. Pięć par wołów oznacza pięć zmysłów, które nakładają na nas jarzmo poznawalnych zmysłami rzeczy tego świata. Przez porządanie, zmysły przestają być sługami, a stają się panami cielesnego człowieka, skupiając jego spojrzenie na ziemi, pochylając go nad orką na podobieństwo wołów. Ludzie tacy nie używają zmysłów do tego, do czego stworzył je Bóg, czyli podążania za dobrem, dobrem wiecznym, ale do podążania za ulotnymi przyjemnościami tego życia. Nie karmią oni swoich zmysłów tym co piękne i prawdziwe, ale próżnością ziemskiej przyjemności. I tak, ludzie ci nie usprawiedliwiają się koniecznością nakarmienia swoich wołów, ale tym, że muszą je wypróbować - czyli tylko ciekawością.
I wreszcie ci, których ciekawość zawiodła tak daleko, że popadli w grzech. Dusze ich przywiązały się do grzechu, czy też po prostu upodobali sobie oni stan grzechu. Dlatego człowiek taki nie prosi o usprawiedliwienie swojej nieobecności, ale stwierdza: “Nie mogę przyjść”. Jednak tak jak ten, który przybył na uroczystość bez szat godowych i został wyrzucony z królewskiego wesela, także i dusza przywiązana do grzechu nie może dostąpić uczty Pana Jezusa.
To są trzy grupy ludzi, którzy nie mogą dostąpić uczty Pana Jezusa, ponieważ ulegli pożądliwości oczu, pożądliwości ciała oraz pysze żywota. Pysze żywota ci, którzy chełpią się tym co posiadają, którzy kupili posiadłość. Pożądliwości oczu ci, którzy przywiązali swoje zmysły do spraw doczesnych, którzy jak woły przykuli się do ziemi. Pożądliwości ciała, najbardziej zniewalającej ze wszystkich, ci, którzy poślubili ciało i przyjemność, a nie dobro.
Z wieczerzy Pańskiej wyłączeni są także Poganie, Żydzi i heretycy. Poganie to ci, którzy przywiązali się do ziemi nie znając dobra, ale jedynie rzeczy materialne tego świata. Żydzi z kolei otrzymali prawo i poddali się jarzmu Mojżeszowych nakazów wyrytych na dwóch kamiennych tablicach. Pięć par wołów noszących jarzmo jest obrazem pięciu ksiąg Mojżeszowego prawa, które nakłada na lud Izraela ciężar prawa. Jarzmo, o którym św. Piotr, w piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich, mówi, że nikt nie jest w stanie go udźwignąć. Jarzmo, które było cielesne, ziemskie i materialistyczne. I wreszcie ci, którzy zostali zwiedzeni, a nawet uwiedzeni, przez błąd i porzucili prawdę aby go poślubić. Są oni jak ci, którzy poślubili oblubienicę która nie doprowadzi ich do wiecznej radości.
Kiedy słudzy powrócili do swojego pana oznajmiając, że zaproszeni wymówili się od dzielenia z nim radości, pan oburzył się i zagniewał. Kiedy mówimy o Bożym gniewie nie chcemy przez to powiedzieć, że Bóg cierpi, lub podlega jakiejkolwiek zmianie w wyniku działań człowieka, ale raczej odnosimy się do aktu kary, który podobny jest do działania ludzkiego w gniewie. Żaden z tych, którzy byli zaproszeni i odmówili, nie wejdzie na ucztę Pana, jak w swoim gniewie poprzysiągł Bóg.
Jednakże ta odmowa pychy jest paradoksalnie również łaską. Łaską dla tych, którzy nie zostali zaproszeni na początku. Tak jak odmowa Żydów była dla Boga powodem aby wezwać do prawdy pogan, tak i odmowa pysznych i możnych tego świata jest okazją aby wezwać ubogich, ułomnych, ślepych i chromych.
Ubodzy są oderwani od rzeczy tego świata. Ułomni są tymi, których praca jest wciąż niedoskonała, a jednak mogą otrzymać siłę dźwigając Krzyż. Ślepi są tymi, którzy nie usłyszeli jeszcze wołania prawdy, ale kiedy przyjmą ją z radością, będą mogli wejść na gody. Ponieważ pyszni odmówili przyjścia, ubodzy zostali wybrani. Ci, którzy zawierzyli samym sobie, którzy uważali się za silnych zostali odrzuceni i słabi, podczas gdy ci, którzy sobie nie ufali, wezwani zostali na ich miejsce. Doświadczeni w cielesności, światowości, ufający zmysłom i wiedzy nie przybyli, wybrani zostali więc ślepi, których zmysły umarły. Ci, którzy poślubili grzeszne życie nie mogli przyjść, Bóg woła więc wolnych, tych, którzy wybrali dobre życie.
Zauważcie, Drodzy Wierni, że to pan rozkazał im przybyć, mówiąc, że powinni do tego zostać przekonani. Przekonani, co oznacza, że z własnej woli by nie przybyli. Ale wola ich zostaje zmieniona Bożym Słowem. “Jak uwierzą temu, którego nie słyszeli” mówi św. Paweł w Liście do Rzymian. Zostają poruszeni przez perswazję prawdy, ponieważ prawda ze swojej natury prowadzi nas do jej zaakceptowania. Podczas gdy kłamstwa czynią nas niewolnikami nieprawości, prawda zmienia nas w sługi sprawiedliwości. Prawda jest przekonująca, ponieważ wyklucza błąd i wszelkie niesłuszne opinie.
Bóg pragnie aby nie tylko ślepi, chromi i biedni doprowadzeni byli do królestwa, ale także ci, którzy zagubili się na gościńcach i po opłotkach. Podążający szerokimi gościńcami są daleko od miasta Boga, a ci, którzy błąkają się po opłotkach są tymi, którzy pozostają pomiędzy dwoma obozami. Ludzie ci mają szansę nawrócić się i dostąpić Królestwa Bożego: pierwsi przez przyprowadzanie ich bliżej i bliżej Boga, inni przez otrzymanie balsamu miłosierdzia. Pan Bóg pragnie, aby Niebiosa były wypełnione. I Królestwo jego wypełnione będzie wieloma duszami, które cieszyć się będą mogły jego ucztą przez całą wieczność.
A jednak istnieją trzy grupy ludzi, o których powiedziane zostało już, że otrzymają straszliwy wyrok: “żaden z tych mężów, którzy byli wezwani, nie skosztuje wieczerzy mojej”. Ludzie ci będą wyrzuceni w ciemności zewnętrzne, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Odrzuceni, którzy nie wezmą udziału w radości Pana Jezusa są jednakże nieszczęśliwi i zazdroszczą dobra, które otrzymujemy przez Łaskę. Dlatego z dzisiejszą Ewangelią czytany jest list św. Jana, z którego dowiadujemy się, że nie powinniśmy się dziwić, że świat nas nienawidzi. Świat, dla którego nie ma miejsca na uczcie Pana Jezusa, który cierpi z powodu własnej woli i złości, zawsze będzie nienawidził tych, którzy cieszą się zaufaniem Pana.
I tak, Drodzy Wierni, wyciągnijmy wnioski z ostrzeżenia, które przekazuje nam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, abyśmy nie byli policzeni z tymi, którzy odmawiają przyjścia na gody, którzy odmawiają uczestnictwa w jego radości. Podążajmy za nauczaniem św. Jana, abyśmy miłowali się wzajemnie w tej miłości, którą ukazuje nam Pan Jezus w Najświętszej Ofierze, gdzie wszyscy spożywamy ten sam chleb, jako że wszyscy jesteśmy członkami jednego Mistycznego Ciała Chrystusa, który żyje i króluje na wieki wieków, Amen.
czwartek, 3 czerwca 2010
Na Uroczystość Bożego Ciała
Drodzy Wierni,
Nasz Pan Jezus Chrystus w wigilię swojej Męki, w Wielki Czwartek, rzekł uczniom, których umiłował: “Pożądaniem pożądałem pożywać tę Paschę z wami, zanimbył cierpiał”. Tak wielkie było to pragnienie, że Pan Jezus przepowiedział, przewidział i dokonał samego dzieła, aby pouczyć nas o wielkości tego sakramentu.
Czytamy w Księdze Rodzaju o tym jak Bóg zasadził drzewo w Rajskim Ogrodzie. W zasadzie istniały dwa drzewa specjalnie stworzone przez Boga: Drzewo poznania Dobra i Zła oraz Drzewo Życia (Rdz 2, 9). Adam i Ewa, stworzeni w stanie Łaski, byli przeznaczeni do czerpania z tego drzewa w celu zachowania swojej nieśmiertelności. Owoc Drzewa Życia nie był zakazany, przeciwnie, był im potrzebny dając życie i ochronę przed zepsuciem. To owoc Drzewa poznania Dobra i Zła był zakazany, jako że prowadził do zniszczenia niewinności oraz do grzechu.
Niestety, jak wiemy, nasi pierwsi rodzice nie byli posłuszni i zamiast zbierać owoce z drzewa, które dawało im życie, wybrali wiarę w kłamstwa diabła tracąc jednocześnie niewinność. Wraz z utratą Łaski stracili także prawo do korzystania z owoców Drzewa Życia. Bramy raju zamknęły się, a ludzkość, przez nieprzyjaźń z Bogiem, została poddana bólowi, cierpieniom, chorobom i śmierci. Bóg wygnał ich z Raju, aby nie mogli jeść owoców Drzewa Życia i żyć wiecznie (Rdz 3, 22)
Złożona została jednak obietnica, że dany nam będzie Ten, który przybędzie aby przywrócić to utracone przez grzech życie. Nasz Pan Jezus Chrystus, gdy wypełnił się czas, przyjął człowieczeństwo i zamieszkał między nami. A zatem, aby przywrócić porządek, utracony przez zerwanie owocu z drzewa, On sam poddał się cierpieniu, bólowi oraz śmierci, kiedy przybity został do drzewa Krzyża. Na Krzyżu Pan Jezus zawisł jako ofiara, ale także jako nauczyciel, dając wzór prawdziwej miłości. Na tym drzewie, Pan Jezus przywraca przyjaźń pomiędzy Bogiem i ludźmi. Z wysokości drzewa Krzyża, Pan Jezus rządzi swoim królestwem - królestwem bogatszym niż kiedykolwiek był Raj. Na tym Drzewie Nasz Pan Jezus Chrystus ofiaruje samego siebie jako ofiarę i jest to to drzewo, którego owoce mamy pożywać aby otrzymać życie wieczne.
W Księdze Rodzaju czytamy, w jaki sposób owoc z tego drzewa będzie nam dany. Patriarchę Abrahama odwiedziło trzech gości. Odpoczywali oni w cieniu drzewa. Mężowie ci mówili o jego synu, Izaaku, którego miał on ofiarować na tej samej górze, na którą Pan Jezus dźwigał swój krzyż - drzewo życia. Abraham stoczył już uprzednio walkę z mieszkańcami Sodomy, a Melchizedech złożył ofiarę jako dziękczynienie za to zwycięstwo. Jako król Salemu, to jest pokoju, Melchizedech, kapłan najwyższego Boga, błogosławił Abrahama składając ofiarę z chleba i wina. Podobnie Chrystus, w dziękczynieniu za zwycięstwo nad grzechem i śmiercią, na tym ołtarzu ofiaruje za nas, pod postaciami chleba i wina, swoje własne Ciało i Krew.
I tak, Drodzy Wierni, czcimy dzisiaj ten wielki sakrament który jest wypełnieniem wszystkich obietnic Pana Jezusa. Pan Nasz Jezus Chrystus obdarowuje nas w tym sakramencie Swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem, prawdziwie i substancjalnie obecnymi, mimo że ukrytymi pod postaciami chleba i wina. Postacie te jednocześnie symbolizują ich moc karmienia naszych dusz. Są też znakiem nieskończonej miłości Boga do nas, który używał tych samych symboli przez całe wieki aby oznajmić nadejście tej jedynej Ofiary odnawianej na naszych ołtarzach.
A zatem po Mszy adorować będziemy ten sakrament, jako że w nim Pan Jezus, prawdziwy Bóg, mieszka między nami. Pan Nasz Jezus Chrystus jest tam, obecny, jako źródło światłości i łaski dla nas wszystkich. Każda Komunia Święta którą przyjmujemy, Drodzy Wierni, jest fontanną olbrzymich łask a także obietnicą. Obietnicą, że jeśli pożywać będziemy z Drzewa Życia, otrzymamy żywot wieczny.
Amen.
Nasz Pan Jezus Chrystus w wigilię swojej Męki, w Wielki Czwartek, rzekł uczniom, których umiłował: “Pożądaniem pożądałem pożywać tę Paschę z wami, zanimbył cierpiał”. Tak wielkie było to pragnienie, że Pan Jezus przepowiedział, przewidział i dokonał samego dzieła, aby pouczyć nas o wielkości tego sakramentu.
Czytamy w Księdze Rodzaju o tym jak Bóg zasadził drzewo w Rajskim Ogrodzie. W zasadzie istniały dwa drzewa specjalnie stworzone przez Boga: Drzewo poznania Dobra i Zła oraz Drzewo Życia (Rdz 2, 9). Adam i Ewa, stworzeni w stanie Łaski, byli przeznaczeni do czerpania z tego drzewa w celu zachowania swojej nieśmiertelności. Owoc Drzewa Życia nie był zakazany, przeciwnie, był im potrzebny dając życie i ochronę przed zepsuciem. To owoc Drzewa poznania Dobra i Zła był zakazany, jako że prowadził do zniszczenia niewinności oraz do grzechu.
Niestety, jak wiemy, nasi pierwsi rodzice nie byli posłuszni i zamiast zbierać owoce z drzewa, które dawało im życie, wybrali wiarę w kłamstwa diabła tracąc jednocześnie niewinność. Wraz z utratą Łaski stracili także prawo do korzystania z owoców Drzewa Życia. Bramy raju zamknęły się, a ludzkość, przez nieprzyjaźń z Bogiem, została poddana bólowi, cierpieniom, chorobom i śmierci. Bóg wygnał ich z Raju, aby nie mogli jeść owoców Drzewa Życia i żyć wiecznie (Rdz 3, 22)
Złożona została jednak obietnica, że dany nam będzie Ten, który przybędzie aby przywrócić to utracone przez grzech życie. Nasz Pan Jezus Chrystus, gdy wypełnił się czas, przyjął człowieczeństwo i zamieszkał między nami. A zatem, aby przywrócić porządek, utracony przez zerwanie owocu z drzewa, On sam poddał się cierpieniu, bólowi oraz śmierci, kiedy przybity został do drzewa Krzyża. Na Krzyżu Pan Jezus zawisł jako ofiara, ale także jako nauczyciel, dając wzór prawdziwej miłości. Na tym drzewie, Pan Jezus przywraca przyjaźń pomiędzy Bogiem i ludźmi. Z wysokości drzewa Krzyża, Pan Jezus rządzi swoim królestwem - królestwem bogatszym niż kiedykolwiek był Raj. Na tym Drzewie Nasz Pan Jezus Chrystus ofiaruje samego siebie jako ofiarę i jest to to drzewo, którego owoce mamy pożywać aby otrzymać życie wieczne.
W Księdze Rodzaju czytamy, w jaki sposób owoc z tego drzewa będzie nam dany. Patriarchę Abrahama odwiedziło trzech gości. Odpoczywali oni w cieniu drzewa. Mężowie ci mówili o jego synu, Izaaku, którego miał on ofiarować na tej samej górze, na którą Pan Jezus dźwigał swój krzyż - drzewo życia. Abraham stoczył już uprzednio walkę z mieszkańcami Sodomy, a Melchizedech złożył ofiarę jako dziękczynienie za to zwycięstwo. Jako król Salemu, to jest pokoju, Melchizedech, kapłan najwyższego Boga, błogosławił Abrahama składając ofiarę z chleba i wina. Podobnie Chrystus, w dziękczynieniu za zwycięstwo nad grzechem i śmiercią, na tym ołtarzu ofiaruje za nas, pod postaciami chleba i wina, swoje własne Ciało i Krew.
I tak, Drodzy Wierni, czcimy dzisiaj ten wielki sakrament który jest wypełnieniem wszystkich obietnic Pana Jezusa. Pan Nasz Jezus Chrystus obdarowuje nas w tym sakramencie Swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem, prawdziwie i substancjalnie obecnymi, mimo że ukrytymi pod postaciami chleba i wina. Postacie te jednocześnie symbolizują ich moc karmienia naszych dusz. Są też znakiem nieskończonej miłości Boga do nas, który używał tych samych symboli przez całe wieki aby oznajmić nadejście tej jedynej Ofiary odnawianej na naszych ołtarzach.
A zatem po Mszy adorować będziemy ten sakrament, jako że w nim Pan Jezus, prawdziwy Bóg, mieszka między nami. Pan Nasz Jezus Chrystus jest tam, obecny, jako źródło światłości i łaski dla nas wszystkich. Każda Komunia Święta którą przyjmujemy, Drodzy Wierni, jest fontanną olbrzymich łask a także obietnicą. Obietnicą, że jeśli pożywać będziemy z Drzewa Życia, otrzymamy żywot wieczny.
Amen.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Na 3 Niedzielę po Wielkanocy
Drodzy Wierni,
W lekcji czytanej podczas dzisiejszej Mszy, będącej krótkim fragmentem pierwszego listu św. Piotra, święty autor przedstawia nam zwięzłe streszczenie zasad całego chrześcijańskiego życia. Św. Piotr zwraca się do nas słowami „Umiłowani”, ponieważ posiadając prawdziwą wiarę i obdarzeni Bożą łaską nosimy też w sobie znamię Jego miłości. Jako chrześcijanie, jako katolicy, otrzymaliśmy wielki dar: dar zjednoczenia z naszym Panem Jezusem Chrystusem dzięki Jego łasce i za pośrednictwem Jego Mistycznego Ciała, którym jest Kościół. Jako dzieciom Bożym przeznaczone jest nam nie ziemskie dziedzictwo, ale życie wieczne. A św. Piotr prosi nas usilnie, byśmy byli godni powołania, które otrzymaliśmy.
Zwraca się do nas jako do „przechodniów i gości”. Jesteśmy na tej ziemi jedynie przechodniami, ponieważ przeznaczeni jesteśmy do innego świata. Jesteśmy pielgrzymami, ponieważ nasza wędrówka przez to życie jest krótka, zmierzamy ku innemu celowi. Podobnie jak pielgrzymi znajdujemy się w drodze do miejsca świętego, jesteśmy w drodze do oglądania Boga. Nasze przemijające życie doczesne jest więc jedynie drogą pielgrzymowania, drogą pokuty i modlitwy, prowadzącą do naszego właściwego przeznaczenia. Św. Piotr nazywa nas przechodniami, obcymi, gdyż chrześcijanin rzeczywiście powinien być obcy zwyczajom i praktykom światowym. Podczas gdy świat poszukuje swej własnej czci, bogactwa i pychy, chrześcijanin powinien praktykować pokorę, ubóstwo i posłuszeństwo.
Jak mówi św. Piotr, powinniśmy „wstrzymać się od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy”. Dusza z samej swojej natury upodabnia się do tego, co kocha. Jeśli kocha rzeczy duchowe, rzeczy dobre, stawać się będzie dobrą. Stanie się, jak Bóg tego pragnął, Jego podobieństwem, które niesiemy w naczyniach glinianych. Jeśli dusza przywiąże się do tego, co jest dobre, będzie szczęśliwa. Jeśli jednak zajmować się będzie jedynie rzeczami doczesnymi i materialnymi, ulegnie zepsuciu, stawać się będzie coraz bardziej podobna do nikczemnych rzeczy tego świata co jednak nie da jej szczęścia, ponieważ rzeczy te nigdy nie będą w stanie jej zaspokoić. Z powodu rany zadanej naszej naturze przez grzech pierworodny, jest ona osłabiona i nieuoporządkowana – z trudnością przychodzi jej zajęcie się rzeczami duchowymi i wiele wysiłku trzeba, by zapanowała nad własnymi wrodzonymi władzami. Tę wojnę pomiędzy duszą a pożądliwością chrześcijanin ma obowiązek wytrwale prowadzić, zwłaszcza w tym świecie atakowanym przez grzech i błąd. Musimy starać się ze wszystkich naszych sił wygrać tę wojnę, toczoną przeciwko naszej duszy, gdyż pokój i szczęście możemy osiągnąć jedynie pokonawszy tych nieprzyjaciół naszej duszy – czyli pożądliwości.
Następnie św. Piotr wzywa nas do praktykowania cnót społecznych, prosi: „niech obcowanie wasze wśród pogan będzie dobre”. Nie ma tu na myśli jedynie rozmów, całe nasze zachowanie powinno być bez zarzutu wobec pogan, czyli tych, którzy jeszcze nie posiedli prawdziwej wiary. Rozmowa chrześcijan powinna być budująca, czyli powinna być zachętą i światłem przewodnim dla ludzi dobrej woli. Św. Piotr ma tu na myśli nie tylko nasze rozmowy, ale również wynikające z nich zachowanie.
Jakie to przygnębiające – widzieć chrześcijan używających danej im przez Boga zdolności do mówienia jedynie o rzeczach bezużytecznych, a niekiedy nawet grzesznych, do kłamania, wygłaszania oszczerstw i przeklinania. Będziemy sądzeni – Drodzy Przyjaciele – na podstawie tego, co mówimy: Zbawiciel mówi, że w dniu sądu zdamy rachunek z każdego niepotrzebnie wypowiedzianego słowa. Nasze rozmowy powinny odpowiadać łasce, jaką otrzymaliśmy. To właśnie w rozmowach ujawniamy najskrytsze pragnienia naszych serc: „Z obfitości serca mówią usta” [Mt 12,34], jak powiedział sam Pan Jezus. Posługując się konkretnymi słowami człowiek ujawnia, co najbardziej go zajmuje, swe pragnienia i zamiary. Różnica pomiędzy rurami wodociągowymi a kanalizacyjnymi polega na tym, co z nich wypływa – również dusza odkrywa swe wnętrze poprzez słowa, które wypowiada.
Niech więc nasze rozmowy, zwłaszcza z wyznawcami naszej wiary, będą zawsze budujące. Jednak św. Piotr mówi nawet więcej: niech nasze obcowanie (w tym i rozmowy) będzie dobre między poganami, nawet względem tych, którzy mówią złe rzeczy przeciwko nam. Wszyscy z nas, niezależnie od naszego powołania i miejsca życia, jesteśmy często narażeni na kontakt z ludźmi, których rozmowy nie są budujące, często natomiast niegodne i nieczyste, skażone przez ten świat. Musimy nie tylko wystrzegać się, byśmy nie zostali zbrukani przez ten rodzaj złych rozmów, musimy je również aktywnie zwalczać. Nie można pozwolić na używanie Imienia Boga nadaremno – dobrze jest przypomnieć duszy moc jej słów, a zwrócenie komuś uwagi, by nie mówił takich a takich rzeczy jest w istocie komplementem, gdyż oznacza, że słucha się tego, co mówi i bierze jego słowa poważnie. Chrześcijanin ma obowiązek zmienić temat rozmowy, której tematem stało się zgorszenie czy grzech. Kłamstw nie można tolerować, i lepiej nie rozpoczynać nawet rozmowy z osobą, która usiłuje zniesławić dobre imię osoby trzeciej. „Złe rozmowy psują dobre obyczaje” [1Kor 15,33] mówi św. Paweł, a często jedynym, czego potrzeba do zniszczenia duszy to zezwolenie jej by mówiła o rzeczach, o których mówić nie powinna. Nasze słowa stanowią bowiem często wstęp do uczynków, a o tym, o czym się najpierw mówi, myśli się następnie często, często też wciela się w życie to, co jest uprzednio przedmiotem rozmowy.
Prowadząc prawdziwie chrześcijańskie rozmowy zwalczamy zło wokół nas i równocześnie kładziemy fundament pod przyszłe dobro, jak mówi św. Piotr o poganach: „Aby przypatrzywszy się dobrym uczynkom waszym, chwalili Boga w ‘dzień nawiedzenia’”. Bóg udziela łaski wszystkim, każdemu zgodnie ze swą wszechmocną Opatrznością. To przez tę łaskę: łaskę natchnienia, dobrych myśli, dobrej intencji, skruchy – Bóg nawiedza nasze dusze. Ów moment łaski jest często bardzo krótki i nie powróci po raz kolejny – jest jak wizyta gościa, którego przyjmiemy, albo pozostawimy przed zamkniętymi drzwiami. Jeśli poganie zobaczą u nas owo „dobre obcowanie”, co z kolei doprowadzi ich do dobrych uczynków, wówczas ta wizyta Ducha Bożego nie będzie daremna, ale ku chwale Jego łaski. Mamy obowiązek – Drodzy Przyjaciele – być narzędziami tej łaski w stosunku do żyjących wokół nas ludzi. Tak, jak Bóg nie daje nam światła i ciepła bez słońca, tak również wedle swej odwiecznej woli posługuje się nami jako swymi narzędziami, każdym odpowiednio do jego stanu i miejsca życia. Jest wielu ludzi, którzy być może od wielu lat nie widzieli kapłana, wy ich jednak spotykacie, w miejscu waszej pracy, w centrach handlowych, czy nawet jako gości w domach waszych lub waszych krewnych. Podobnie jak paralityk z Ewangelii nie są oni już w stanie się poruszyć – z tego czy innego powodu nie chodzą do kościoła, rzadko przyjmują sakramenty, nie widują się w księżmi. Jednak wy możecie wpłynąć na tych ludzi. Możecie być odpowiednikami tych, którzy przynieśli owego paralityka do Chrystusa Pana, aby mógł zostać uleczony. Ale jedynym sposobem, byście naprawdę mieli na nich wpływ, jest wasz własny przykład, dawany poprzez wasze słowa i uczynki.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, podążajmy za radą św. Piotra odnośnie naszych rozmów i obcowania z bliźnimi. Udziela nam on dziś również wielu innych nauk, nauczmy się jednak wpierw praktykować tę pierwszą cnotę, a inne przyjdą z czasem. Niech nasze „obcowanie będzie w niebie”, jak prosi św. Paweł, abyśmy mogli już podczas tego doczesnego życia cieszyć się w naszych duszach tą radością, która płynie z czystego sumienia, a która będzie naszym udziałem przez całą wieczność, jeśli tylko pozostaniemy wierni Chrystusowi Panu. Amen.
W lekcji czytanej podczas dzisiejszej Mszy, będącej krótkim fragmentem pierwszego listu św. Piotra, święty autor przedstawia nam zwięzłe streszczenie zasad całego chrześcijańskiego życia. Św. Piotr zwraca się do nas słowami „Umiłowani”, ponieważ posiadając prawdziwą wiarę i obdarzeni Bożą łaską nosimy też w sobie znamię Jego miłości. Jako chrześcijanie, jako katolicy, otrzymaliśmy wielki dar: dar zjednoczenia z naszym Panem Jezusem Chrystusem dzięki Jego łasce i za pośrednictwem Jego Mistycznego Ciała, którym jest Kościół. Jako dzieciom Bożym przeznaczone jest nam nie ziemskie dziedzictwo, ale życie wieczne. A św. Piotr prosi nas usilnie, byśmy byli godni powołania, które otrzymaliśmy.
Zwraca się do nas jako do „przechodniów i gości”. Jesteśmy na tej ziemi jedynie przechodniami, ponieważ przeznaczeni jesteśmy do innego świata. Jesteśmy pielgrzymami, ponieważ nasza wędrówka przez to życie jest krótka, zmierzamy ku innemu celowi. Podobnie jak pielgrzymi znajdujemy się w drodze do miejsca świętego, jesteśmy w drodze do oglądania Boga. Nasze przemijające życie doczesne jest więc jedynie drogą pielgrzymowania, drogą pokuty i modlitwy, prowadzącą do naszego właściwego przeznaczenia. Św. Piotr nazywa nas przechodniami, obcymi, gdyż chrześcijanin rzeczywiście powinien być obcy zwyczajom i praktykom światowym. Podczas gdy świat poszukuje swej własnej czci, bogactwa i pychy, chrześcijanin powinien praktykować pokorę, ubóstwo i posłuszeństwo.
Jak mówi św. Piotr, powinniśmy „wstrzymać się od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy”. Dusza z samej swojej natury upodabnia się do tego, co kocha. Jeśli kocha rzeczy duchowe, rzeczy dobre, stawać się będzie dobrą. Stanie się, jak Bóg tego pragnął, Jego podobieństwem, które niesiemy w naczyniach glinianych. Jeśli dusza przywiąże się do tego, co jest dobre, będzie szczęśliwa. Jeśli jednak zajmować się będzie jedynie rzeczami doczesnymi i materialnymi, ulegnie zepsuciu, stawać się będzie coraz bardziej podobna do nikczemnych rzeczy tego świata co jednak nie da jej szczęścia, ponieważ rzeczy te nigdy nie będą w stanie jej zaspokoić. Z powodu rany zadanej naszej naturze przez grzech pierworodny, jest ona osłabiona i nieuoporządkowana – z trudnością przychodzi jej zajęcie się rzeczami duchowymi i wiele wysiłku trzeba, by zapanowała nad własnymi wrodzonymi władzami. Tę wojnę pomiędzy duszą a pożądliwością chrześcijanin ma obowiązek wytrwale prowadzić, zwłaszcza w tym świecie atakowanym przez grzech i błąd. Musimy starać się ze wszystkich naszych sił wygrać tę wojnę, toczoną przeciwko naszej duszy, gdyż pokój i szczęście możemy osiągnąć jedynie pokonawszy tych nieprzyjaciół naszej duszy – czyli pożądliwości.
Następnie św. Piotr wzywa nas do praktykowania cnót społecznych, prosi: „niech obcowanie wasze wśród pogan będzie dobre”. Nie ma tu na myśli jedynie rozmów, całe nasze zachowanie powinno być bez zarzutu wobec pogan, czyli tych, którzy jeszcze nie posiedli prawdziwej wiary. Rozmowa chrześcijan powinna być budująca, czyli powinna być zachętą i światłem przewodnim dla ludzi dobrej woli. Św. Piotr ma tu na myśli nie tylko nasze rozmowy, ale również wynikające z nich zachowanie.
Jakie to przygnębiające – widzieć chrześcijan używających danej im przez Boga zdolności do mówienia jedynie o rzeczach bezużytecznych, a niekiedy nawet grzesznych, do kłamania, wygłaszania oszczerstw i przeklinania. Będziemy sądzeni – Drodzy Przyjaciele – na podstawie tego, co mówimy: Zbawiciel mówi, że w dniu sądu zdamy rachunek z każdego niepotrzebnie wypowiedzianego słowa. Nasze rozmowy powinny odpowiadać łasce, jaką otrzymaliśmy. To właśnie w rozmowach ujawniamy najskrytsze pragnienia naszych serc: „Z obfitości serca mówią usta” [Mt 12,34], jak powiedział sam Pan Jezus. Posługując się konkretnymi słowami człowiek ujawnia, co najbardziej go zajmuje, swe pragnienia i zamiary. Różnica pomiędzy rurami wodociągowymi a kanalizacyjnymi polega na tym, co z nich wypływa – również dusza odkrywa swe wnętrze poprzez słowa, które wypowiada.
Niech więc nasze rozmowy, zwłaszcza z wyznawcami naszej wiary, będą zawsze budujące. Jednak św. Piotr mówi nawet więcej: niech nasze obcowanie (w tym i rozmowy) będzie dobre między poganami, nawet względem tych, którzy mówią złe rzeczy przeciwko nam. Wszyscy z nas, niezależnie od naszego powołania i miejsca życia, jesteśmy często narażeni na kontakt z ludźmi, których rozmowy nie są budujące, często natomiast niegodne i nieczyste, skażone przez ten świat. Musimy nie tylko wystrzegać się, byśmy nie zostali zbrukani przez ten rodzaj złych rozmów, musimy je również aktywnie zwalczać. Nie można pozwolić na używanie Imienia Boga nadaremno – dobrze jest przypomnieć duszy moc jej słów, a zwrócenie komuś uwagi, by nie mówił takich a takich rzeczy jest w istocie komplementem, gdyż oznacza, że słucha się tego, co mówi i bierze jego słowa poważnie. Chrześcijanin ma obowiązek zmienić temat rozmowy, której tematem stało się zgorszenie czy grzech. Kłamstw nie można tolerować, i lepiej nie rozpoczynać nawet rozmowy z osobą, która usiłuje zniesławić dobre imię osoby trzeciej. „Złe rozmowy psują dobre obyczaje” [1Kor 15,33] mówi św. Paweł, a często jedynym, czego potrzeba do zniszczenia duszy to zezwolenie jej by mówiła o rzeczach, o których mówić nie powinna. Nasze słowa stanowią bowiem często wstęp do uczynków, a o tym, o czym się najpierw mówi, myśli się następnie często, często też wciela się w życie to, co jest uprzednio przedmiotem rozmowy.
Prowadząc prawdziwie chrześcijańskie rozmowy zwalczamy zło wokół nas i równocześnie kładziemy fundament pod przyszłe dobro, jak mówi św. Piotr o poganach: „Aby przypatrzywszy się dobrym uczynkom waszym, chwalili Boga w ‘dzień nawiedzenia’”. Bóg udziela łaski wszystkim, każdemu zgodnie ze swą wszechmocną Opatrznością. To przez tę łaskę: łaskę natchnienia, dobrych myśli, dobrej intencji, skruchy – Bóg nawiedza nasze dusze. Ów moment łaski jest często bardzo krótki i nie powróci po raz kolejny – jest jak wizyta gościa, którego przyjmiemy, albo pozostawimy przed zamkniętymi drzwiami. Jeśli poganie zobaczą u nas owo „dobre obcowanie”, co z kolei doprowadzi ich do dobrych uczynków, wówczas ta wizyta Ducha Bożego nie będzie daremna, ale ku chwale Jego łaski. Mamy obowiązek – Drodzy Przyjaciele – być narzędziami tej łaski w stosunku do żyjących wokół nas ludzi. Tak, jak Bóg nie daje nam światła i ciepła bez słońca, tak również wedle swej odwiecznej woli posługuje się nami jako swymi narzędziami, każdym odpowiednio do jego stanu i miejsca życia. Jest wielu ludzi, którzy być może od wielu lat nie widzieli kapłana, wy ich jednak spotykacie, w miejscu waszej pracy, w centrach handlowych, czy nawet jako gości w domach waszych lub waszych krewnych. Podobnie jak paralityk z Ewangelii nie są oni już w stanie się poruszyć – z tego czy innego powodu nie chodzą do kościoła, rzadko przyjmują sakramenty, nie widują się w księżmi. Jednak wy możecie wpłynąć na tych ludzi. Możecie być odpowiednikami tych, którzy przynieśli owego paralityka do Chrystusa Pana, aby mógł zostać uleczony. Ale jedynym sposobem, byście naprawdę mieli na nich wpływ, jest wasz własny przykład, dawany poprzez wasze słowa i uczynki.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, podążajmy za radą św. Piotra odnośnie naszych rozmów i obcowania z bliźnimi. Udziela nam on dziś również wielu innych nauk, nauczmy się jednak wpierw praktykować tę pierwszą cnotę, a inne przyjdą z czasem. Niech nasze „obcowanie będzie w niebie”, jak prosi św. Paweł, abyśmy mogli już podczas tego doczesnego życia cieszyć się w naszych duszach tą radością, która płynie z czystego sumienia, a która będzie naszym udziałem przez całą wieczność, jeśli tylko pozostaniemy wierni Chrystusowi Panu. Amen.
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Poniedziałek Wielkanocny
Drodzy wierni,
W ten dzień, dzień po Zmartwychwstaniu Pańskim, będącym niejako blaskiem zwycięstwa Zbawiciela nad grzechem i śmiercią, jesteśmy świadkami jednego z najbardziej poruszających spotkań Zmartwychwstałego Pana z uczniami. Jak mówi nam dziś święty Piotr, Pan Jezus nie objawił się po swym Zmartwychwstaniu całemu ludowi, ale wybranym świadkom, zwłaszcza duszom Mu najbliższym i tym, którzy mieli zostać przez Niego posłani. Podobnie jak podczas swej Męki, Chrystus będzie uczył swych przyjaciół najgłębszych tajemnic swego Serca, jednak względem swych wrogów zachowa milczenie - po Zmartwychwstaniu ukaże więc przyjaciołom swe chwalebne rany, do swych wrogów nie wypowie jednak ani słowa, by ich serca nie stały się jeszcze bardziej zatwardziałe w grzechu.
Jak Zbawiciel zapowiedział, Jego Męka stała się wielkim szokiem i zgorszeniem dla uczniów, dwóch spośród nich, którzy udawali się w podróż do Emaus, nie stanowiło bynajmniej wyjątku. Oczywiście wierzyli oni w Chrystusa, jednak ich wiara nadal daleka była od doskonałości. Byli tak przyzwyczajeni do widoku mocy Zbawiciela dokonującego na ich oczach cudów, że brutalna i upokarzająca śmierć krzyżowa wydawała się im niemożliwością. A przecież nie mieli powodu by wątpić w Zmartwychwstanie – Pan Jezus wskrzesił przecież uprzednio Łazarza i wielu innych, mieli też świadectwo świętych niewiast. Jednak ich serca były tak przywiązane do światowej chwały, że nie mogli zaakceptować tajemnicy Krzyża.
Dlatego Zbawiciel gani ich łagodnie i w sposób pełen miłości: „O głupi a leniwego serca do wierzenia temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy!” [Łk 24]. Chrystus nazywa ich głupimi, ponieważ nie wierzyli świadectwu wiarygodnych świadków, są leniwego serca, ponieważ ich serca obciążone są doczesnymi troskami. Jednak Pan Jezus widzi w nich słabą wiarę, która może być doprowadzona do doskonałości, więc poucza ich: „Czyż nie było potrzeba, aby to cierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej?”
Przez te słowa Chrystus Pan poucza swych uczniów oraz nas o konieczności swej Męki. Z pewnością Bóg nie musiał nas zbawiać i Pan Jezus ofiarował się na Krzyżu za nasze zbawienie w sposób wolny. Nasze Odkupienie jest w całości aktem miłosierdzia – jest jednak również aktem sprawiedliwości. Dla naszego zbawienia konieczne było, by Chrystus został wywyższony na Krzyżu. Ewangelia nawiązuje do tego, wspominając, że „Począwszy od Mojżesza i wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich pismach o Nim było”. Wyjaśnił już wcześniej Nikodemowi, że „tak jak Mojżesz podwyższył węża na pustyni, tak trzeba, aby podwyższony był Syn Człowieczy, aby wszelki, który weń uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” [J3,14-15].
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Zbawiciel musiał cierpieć, a było to - jak to wyjaśnił swym uczniom - wstąpienie do Jego chwały. Pan Jezus pouczył nas, że kto się uniża, będzie wywyższony, było więc czymś odpowiednim, by pouczył nas o tym przez własne upokorzenie, podobnie jak ukazuje nam nagrodę poprzez własne Zmartwychwstanie. Jak mówi święty Paweł „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci, a śmierci krzyżowej. Dlatego i Bóg wywyższył go i darował mu imię, przewyższające wszelkie imię. (..) żeby wszelki język wyznawał, że Pan Jezus jest w chwale Boga Ojca” [Fil 2,8].
Jednak Zbawiciel cierpiał swą Mękę dlatego, że taka była wola Jego Ojca, stając się posłusznym aż do śmierci. W ten sposób zmazał nieposłuszeństwo grzechu i współdziałał w wypełnianiu wszystkiego, co Bóg obiecał.
Z dnia dzisiejszego musimy wyciągnąć jednak jeszcze jedna naukę, drodzy wierni, musimy zrozumieć, że również my jesteśmy wezwani do uczestnictwa w tej tajemnicy. Przez chrzest stajemy się członkami Chrystusa, a nawet, jak mówi święty Paweł, jesteśmy w Niego wszczepieni: „Jeśli bowiem zostaliśmy wszczepieni w podobieństwo jego śmierci, to będziemy i w zmartwychwstanie (…) żebyśmy i my chodzili w nowości życia” [Rz 6].To właśnie przez tę tajemnicę nasze uczynki i cierpienia zyskują wartość wieczną. Nasze krzyże, nasze codzienne cierpienia dokonują tej samej tajemnicy w nas, byśmy mogli powstać do nowego, wspanialszego życia. Bez tego zjednoczenia z Chrystusem, pozostaje nam jedynie smutek, śmierć i tragedia. Jak mówi święty Paweł „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest wiara wasza, bo jeszcze jesteście w grzechach waszych” [1Kor 15,17]. A jednak Chrystus powstał z martwych, dając nawet naszemu codziennemu umieraniu nową nadzieję, czyniąc cierpienie narzędziem pomagającym wkroczyć do Jego chwały.
Tak więc, drodzy wierni, rozpoczynając ten święty okres, miejmy zawsze przed oczyma naszego Zmartwychwstałego Zbawiciela. Jego chwała, Jego nieśmiertelność, staną się również naszym udziałem, jeśli tylko pozostaniemy Mu wierni, zwłaszcza w rzeczach będących ceną Jego chwały, Jego cierpieniach. Błagajmy więc Tę, która stała u stóp Krzyża, którą Zbawiciel pozostawił nam jako Matkę zwłaszcza w naszych cierpieniach, byśmy za Jej wstawiennictwem mogli cieszyć się kiedyś chwałą i szczęściem wiecznego życia, na wieki wieków. Amen.
W ten dzień, dzień po Zmartwychwstaniu Pańskim, będącym niejako blaskiem zwycięstwa Zbawiciela nad grzechem i śmiercią, jesteśmy świadkami jednego z najbardziej poruszających spotkań Zmartwychwstałego Pana z uczniami. Jak mówi nam dziś święty Piotr, Pan Jezus nie objawił się po swym Zmartwychwstaniu całemu ludowi, ale wybranym świadkom, zwłaszcza duszom Mu najbliższym i tym, którzy mieli zostać przez Niego posłani. Podobnie jak podczas swej Męki, Chrystus będzie uczył swych przyjaciół najgłębszych tajemnic swego Serca, jednak względem swych wrogów zachowa milczenie - po Zmartwychwstaniu ukaże więc przyjaciołom swe chwalebne rany, do swych wrogów nie wypowie jednak ani słowa, by ich serca nie stały się jeszcze bardziej zatwardziałe w grzechu.
Jak Zbawiciel zapowiedział, Jego Męka stała się wielkim szokiem i zgorszeniem dla uczniów, dwóch spośród nich, którzy udawali się w podróż do Emaus, nie stanowiło bynajmniej wyjątku. Oczywiście wierzyli oni w Chrystusa, jednak ich wiara nadal daleka była od doskonałości. Byli tak przyzwyczajeni do widoku mocy Zbawiciela dokonującego na ich oczach cudów, że brutalna i upokarzająca śmierć krzyżowa wydawała się im niemożliwością. A przecież nie mieli powodu by wątpić w Zmartwychwstanie – Pan Jezus wskrzesił przecież uprzednio Łazarza i wielu innych, mieli też świadectwo świętych niewiast. Jednak ich serca były tak przywiązane do światowej chwały, że nie mogli zaakceptować tajemnicy Krzyża.
Dlatego Zbawiciel gani ich łagodnie i w sposób pełen miłości: „O głupi a leniwego serca do wierzenia temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy!” [Łk 24]. Chrystus nazywa ich głupimi, ponieważ nie wierzyli świadectwu wiarygodnych świadków, są leniwego serca, ponieważ ich serca obciążone są doczesnymi troskami. Jednak Pan Jezus widzi w nich słabą wiarę, która może być doprowadzona do doskonałości, więc poucza ich: „Czyż nie było potrzeba, aby to cierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej?”
Przez te słowa Chrystus Pan poucza swych uczniów oraz nas o konieczności swej Męki. Z pewnością Bóg nie musiał nas zbawiać i Pan Jezus ofiarował się na Krzyżu za nasze zbawienie w sposób wolny. Nasze Odkupienie jest w całości aktem miłosierdzia – jest jednak również aktem sprawiedliwości. Dla naszego zbawienia konieczne było, by Chrystus został wywyższony na Krzyżu. Ewangelia nawiązuje do tego, wspominając, że „Począwszy od Mojżesza i wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich pismach o Nim było”. Wyjaśnił już wcześniej Nikodemowi, że „tak jak Mojżesz podwyższył węża na pustyni, tak trzeba, aby podwyższony był Syn Człowieczy, aby wszelki, który weń uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” [J3,14-15].
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Zbawiciel musiał cierpieć, a było to - jak to wyjaśnił swym uczniom - wstąpienie do Jego chwały. Pan Jezus pouczył nas, że kto się uniża, będzie wywyższony, było więc czymś odpowiednim, by pouczył nas o tym przez własne upokorzenie, podobnie jak ukazuje nam nagrodę poprzez własne Zmartwychwstanie. Jak mówi święty Paweł „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci, a śmierci krzyżowej. Dlatego i Bóg wywyższył go i darował mu imię, przewyższające wszelkie imię. (..) żeby wszelki język wyznawał, że Pan Jezus jest w chwale Boga Ojca” [Fil 2,8].
Jednak Zbawiciel cierpiał swą Mękę dlatego, że taka była wola Jego Ojca, stając się posłusznym aż do śmierci. W ten sposób zmazał nieposłuszeństwo grzechu i współdziałał w wypełnianiu wszystkiego, co Bóg obiecał.
Z dnia dzisiejszego musimy wyciągnąć jednak jeszcze jedna naukę, drodzy wierni, musimy zrozumieć, że również my jesteśmy wezwani do uczestnictwa w tej tajemnicy. Przez chrzest stajemy się członkami Chrystusa, a nawet, jak mówi święty Paweł, jesteśmy w Niego wszczepieni: „Jeśli bowiem zostaliśmy wszczepieni w podobieństwo jego śmierci, to będziemy i w zmartwychwstanie (…) żebyśmy i my chodzili w nowości życia” [Rz 6].To właśnie przez tę tajemnicę nasze uczynki i cierpienia zyskują wartość wieczną. Nasze krzyże, nasze codzienne cierpienia dokonują tej samej tajemnicy w nas, byśmy mogli powstać do nowego, wspanialszego życia. Bez tego zjednoczenia z Chrystusem, pozostaje nam jedynie smutek, śmierć i tragedia. Jak mówi święty Paweł „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest wiara wasza, bo jeszcze jesteście w grzechach waszych” [1Kor 15,17]. A jednak Chrystus powstał z martwych, dając nawet naszemu codziennemu umieraniu nową nadzieję, czyniąc cierpienie narzędziem pomagającym wkroczyć do Jego chwały.
Tak więc, drodzy wierni, rozpoczynając ten święty okres, miejmy zawsze przed oczyma naszego Zmartwychwstałego Zbawiciela. Jego chwała, Jego nieśmiertelność, staną się również naszym udziałem, jeśli tylko pozostaniemy Mu wierni, zwłaszcza w rzeczach będących ceną Jego chwały, Jego cierpieniach. Błagajmy więc Tę, która stała u stóp Krzyża, którą Zbawiciel pozostawił nam jako Matkę zwłaszcza w naszych cierpieniach, byśmy za Jej wstawiennictwem mogli cieszyć się kiedyś chwałą i szczęściem wiecznego życia, na wieki wieków. Amen.
niedziela, 21 lutego 2010
na 1 niedzielę Wielkiego Postu
Nasz Pan Jezus Chrystus poświęcił trzydzieści lat życiu ukrytemu. To On stworzył cały świat. On, który jest równy Bogu uniżył się do tego stopnia, że stał się jednym z nas, że żył pośród nas. Najbardziej zdumiewające wydarzenie świata, Wcielenie, pozostało ukryte przed światem przez 30 lat.
Ale nadszedł dzień, kiedy Boży Syn objawił się światu. Przyjął chrzest od św. Jana Chrzciciela. Pierwsi uczniowie rozpoznali w Nim Mesjasza. Duch Św. spoczął na Nim, tłum usłyszał głos Ojca, że oto jest Jego umiłowany Syn. To był przełomowy moment w historii, pełnia czasów na którą oczekiwał świat tęskniący do Zbawiciela. On objawia nam się dzisiaj. I natychmiast prowadzony jest na pustynię. Znika z naszych oczu. Poświęca się, aby żyć wśród dzikich bestii i być kuszonym przez diabła. Niezgłębiona tajemnica.
Drodzy wierni, jesteśmy powołani, aby żyć w jedności z Naszym Panem Jezusem Chrystusem w taki sposób, że życie, które On otrzymał od Ojca będzie nasze na całą wieczność. Miłość Ojca i Syna przychodzi do nas poprzez Łaskę.
Nasi pierwsi rodzice byli stworzeni w stanie łaski uświęcającej i wyposażeni we wszystkie dary, aby być książętami stworzenia. Byli oni nieśmiertelni, nie musieli cierpieć ani umierać. Nie musieli cierpieć z powodu buntu zmysłów przeciwko woli, tak jak my musimy. Posiadali wiedzę i postrzeganie tak subtelne i wnikliwe zarazem, że nasza wiedza nigdy im nie dorówna. I stracili to wszystko, ponieważ ulegli pokusie.
Nasz Pan jest Zbawicielem, tym, który odzyskał to, co myśmy utracili. Nasi pierwsi rodzice upadli, ponieważ ulegli pokusie. Jezus jest wiedziony przez Ducha Św. na pustynię, aby zwyciężyć pokusę w naszym imieniu, aby pokazać nam jak odnieść zwycięstwo nad diabłem.
Diabeł jest jak lew ryczący, który szuka kogo by pożreć. Diabeł wypełniony jest gniewem i nienawiścią przeciwko Bogu i człowiekowi. Szuka wszystkich możliwych środków, aby nas zniszczyć. Stracił całą zdolność czynienia dobra. Jest pełen zazdrości i zawiści. Chce abyśmy podobnie jak on byli smutni na całą wieczność. Możemy przypatrzeć się jego działaniu na przykładzie pierwszego kuszenia rodzaju ludzkiego, kuszenia Ewy.
Diabeł nie zawsze jest przy nas. Jego obecność przy nas nie jest stała i ciągła, raczej zbliża się w czasach pokusy. W pewnych sytuacjach atakuje nagle i bez ostrzeżenia, innym razem działa powoli, nie pokazując pokusy od razu, ale prowadząc rozmowę z duszą.
Kiedy diabeł powiedział Ewie „Dlaczego Bóg rozkazał wam, abyście nie jedli z każdego drzewa w raju” to jeszcze nie było kuszenie. To była rozmowa zaszczepiająca wątpliwość. Diabeł stosuje tę samą taktykę dzisiaj, zwłaszcza wobec tych, którzy mają skłonność do zmysłowości i niezależnego myślenia. Na przykład stawia fałszywe dylematy „Czy jest prawdą, że Bóg wymaga całkowitego wyrzeczenia się naturalnych skłonności.” „Czyż nie jest prawdą, że masz prawo do tego i tego…” „Czy jest prawdą, że Bóg wymaga ślepego poddania się intelektu.” Diabeł stawia te pytania, podsuwając dobrze dobrane argumenty, siejąc zamieszanie i ciemności. Jeżeli dusza zacznie rozmyślać nad tymi pytaniami już jest w niebezpieczeństwie. Ewa odpowiedziała diabłu „Z owocu drzewa, które jest w środku raju, rozkazał nam Bóg, abyśmy nie jedli i nie dotykali się go, byśmy snadź nie pomarli.”
Dusza rozumie, że Bóg i sumienie surowo zabraniają, aby igrać z wątpliwościami lub pozwalać na pożądanie czy karmić się taką myślą. Dusza nie chce być nieposłuszna Bogu, ale marnuje czas na próżne wątpliwości. O wiele prościej jest nie poddawać w wątpliwość moralnych obowiązków ale raczej oprzeć się pokusie na samym początku nie starając się rozważać, dlaczego Bóg stawia takie a nie inne wymagania.
W taki sposób dusza chwieje się w swoich podstawach, a wróg zbiera siły aby przypuścić bezpośredni atak. „I rzekł wąż do niewiasty: Żadną miarą nie umrzecie śmiercią. Bo wie Bóg, iż któregokolwiek dnia będziecie jeść z niego, otworzą się oczy wasze i będziecie jako bogowie, znając dobre i złe.”
Diabeł prezentuje cudowną możliwość. Za grzechem ukryte jest nieoczekiwane szczęście. Diabeł sugeruje, że dusza będzie szczęśliwa, jeśli przyzwoli na grzech. Jeśli dusza usłucha namów diabła, jest zgubiona. Jest jeszcze czas aby się wycofać, ponieważ dusza nie wyraziła jeszcze zgody, ale jeśli nie przetnie radykalnie tej rozmowy, jest w bliskim niebezpieczeństwie upadku.
Wtedy niewiasta ujrzała, że drzewo było dobre do jedzenia, przyjemne dla oczu i pożądane ze względu na wiedzę, którą mogło dać. Była kuszona przez trzech wielkich wrogów ludzkiej natury: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pychę żywota. Zobaczyła, że drzewo jest dobre do jedzenia – to jest pożądliwość ciała. Zobaczyła, że sprawia przyjemność oczom – to pożądliwość oczu. I była oszukana myśląc, że jest pożądane dla wiedzy, którą daje – to jest pycha żywota.
Kiedy Ewa i Adam ulegli pokusie, natychmiast zdali sobie sprawę, że utracili wszystko. To była natychmiastowa śmierć duchowego życia. Stali zupełnie nadzy przed Bogiem, bez łaski uświęcającej, bez cnót wlanych, bez darów Ducha Świętego, bez wewnętrznej obecności Trójcy Przenajświętszej. Pozostał tylko gorzki smak oszustwa i złośliwy śmiech kuszącego. Cały rodzaj ludzki został oddzielony od Boga i nieuchronnie posuwał się w objęcia śmierci.
Ale diabeł w dzisiejszej Ewangelii jest pokonany przez Jezusa Chrystusa. Reakcja Naszego Pana na trzy stopnie kuszenia pokazuje nam, jak mamy się zachowywać w czasie pokusy. Diabeł próbuje wciągnąć Jezusa w pułapkę pożądliwości ciała: „Zmień te kamienie w chleb.” Próbuje wbić klin między naturalną chęć Jezusa i wolę Jego Ojca. Ale Jezus nawet nie zaczyna rozmowy. Przechodzi natychmiast do istoty sprawy, zaprzeczając diabłu „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.”
W drugim kuszeniu diabeł wykorzystuje pożądliwość oczu. Stawia Jezusa na narożniku świątyni i prowokuje Go do uczynienia cudu „Rzuć się w dół.” Tak jest, żądanie cudu aby zaspokoić ciekawość i próżność.
I wreszcie ostatnia pokusa. Diabeł próbuje wzniecić pychę żywota w sercu Jezusa. Oferuje Mu chwałę tego świata, ponieważ diabeł jest księciem tego świata. Zauważcie, że Jezus nie dyskutuje, nie szuka kompromisu aby zachować jakąś pozycję w oczach świata. Po prostu powtarza pierwsze przykazanie, od którego zależy całe życie: „Będziesz miłował tylko prawdziwego Boga i Jemu samemu będziesz służył.” Wtedy diabeł odchodzi.
Uczmy się więc, drodzy wierni, od Jezusa Chrystusa jak zachowywać się w pokusach. Największym niebezpieczeństwem jest ulec zamętowi, kiedy diabeł podsuwa wyobraźni wszelkie rodzaje obaw, niepewność i wątpliwość. Ciemność, smutek, niepewność, wątpliwości – to wszystko są oznaki aktywności diabła. Nie wolno nigdy robić tego, co diabeł sugeruje nam w tych okolicznościach. Nasz dobry anioł stróż zawsze daje nam światło, siłę i pokój, nawet kiedy wskazuje nam trudny obowiązek, który mamy wypełnić. Naczelną regułą w pokusach jest nic nie zmieniać! Kiedykolwiek jesteś niepewny, nie zmieniaj tego, co wcześniej zdecydowałeś się zrobić. Wszelkie zmiany powinny być podejmowane tylko wtedy, gdy jesteś w pokoju i jesteś pewny, co jest twoim obowiązkiem. Wielu ludzi idzie do piekła dlatego, że ślepo ulegają porywom namiętności i nie mogą pozbyć się zamętu, który diabeł zasiał w ich umysłach.
Prośmy szczególnie o pomoc Niepokalaną. Ona jest zwycięska w każdej pokusie, jest tą, która daje siłę, światło i odwagę, żeby zwyciężać w pokusach. Módlcie się szczególnie do Jej Niepokalanego Serca, abyśmy mogli być wierni, abyśmy mogli z nią przebywać na wieki wieków.
Amen
niedziela, 14 lutego 2010
na Niedzielę Pięćdziesiątnicy
Drodzy wierni,
W dniu dzisiejszym, w niedzielę kończącą nasze przygotowanie do Wielkiego Postu i wprowadzającą nas w samą tajemnicę Krzyża, święty Paweł przypomina nam o przyczynie, dla której Chrystus Pan już wkrótce ofiaruje samego siebie za nas na Krzyżu: o tajemnicy miłości czy raczej o cnocie miłości, która jest nierozerwalnie związana z łaską uświęcającą.
Święty Paweł mówi nam najpierw o konieczności miłości i o tym, że bez miłości jesteśmy w oczach Boga niczym. Mówi wpierw o językach, ponieważ Koryntianie byli zafascynowani przede wszystkim tym, co nazywamy darami gratis datae, cudownymi przejawami działania Ducha Świętego w Apostołach w dniu Zielonych Świątek. Fascynacja zewnętrznymi znakami bez dociekania ich przyczyny czy celu jest często oznaką degeneracji społeczeństwa. Podobnie jak w przypadku materialistów, ludzie mylą wówczas materialne znaki z ich celem i ignorują aspekt duchowy. Tak też jest obecnie w przypadku sekt pentakostalnych i Neokatechumenatu, którzy redukują działanie Boga do dziwnych czy cudownych aktów, takich jak uzdrawianie chorych czy mówienie językami, zapominając równocześnie, że rzeczy te są jedynie pomocą w praktykowaniu miłości i nie powinno się ich mylić ze zwykłymi sposobami, za pomocą których Bóg dokonuje dzieła naszego uświęcenia.
Jak na ironię to właśnie materialistyczne społeczeństwo jest częstokroć kloaką gnostycyzmu, dziwacznej herezji która utrzymuje, że zbawienia dostępuje się dzięki posiadaniu specjalnej czy tajemnej wiedzy, niedostępnej dla niewtajemniczonych. Złożenie całej nadziei w rzeczach materialnych jest bardzo bliskie przesądowi, przypisującemu moc przedmiotom, które jej w istocie nie posiadają. Podobnie gnostyk będzie uważał, że wiedza sama w sobie i sama z siebie wyzwala pewną moc, energię czy zbawienie. Święty Paweł rozprawia się najpierw z tym właśnie fałszywym wyobrażeniem, mówiąc że nawet znajomość przyszłych wydarzeń, dar proroctwa, będzie bezużyteczny bez miłości. Ani dogłębne zrozumienie wszystkich tajemnic, ani nawet sama wiara nie wystarczy bez miłości, gdyż - jak mówi święty Jakub - wiara bez miłości jest martwa.
I rzeczywiście, bez miłości, bez łaski Bożej, nawet działanie cudów, nawet przenoszenie gór, nie przyniesie człowiekowi korzyści. Nawet uczynki miłosierdzia, takie jak rozdzielenie swego majątku ubogim, czy nawet wydanie ciała na spalenie, bez miłości nic nie znaczy, nie ma absolutnie żadnego znaczenia bez stanu łaski.
Tak więc święty Paweł, pouczywszy nas o absolutnej konieczności posiadania miłości, byśmy mogli odnieść korzyść w oczach Boga, czyli zbawić nasze dusze, przechodzi do ukazania nam, czym w istocie jest miłość. Na początku mówi czym jest miłość w ogólności, a następnie przystępuje do wyliczenia dobrych uczynków, które są udoskonalane przez miłość.
Miłość jest przede wszystkim cnotą, czyli doskonałością ludzkiego działania. Podobnie jak każda inna cnota - dotyczy tego, co robimy, usposabia nas do czynienia dobra i do unikania zła. Cnota jest czymś zakorzenionym w naszych duszach, co nakłania nas do działania, jak nawyk. Przykładem nawyku może być choćby jazda na rowerze. Początkowo wydaje się być czymś trudnym do nauki, jednak po krótkiej praktyce staje się niejako częścią nas, drugą naturą. Uczycie się tego tylko raz i skoro to opanujecie, posiadacie pewien nawyk, umiejętność jazdy. Oczywiście są pewne stopnie nawyku – od małego chłopca jeżdżącego pierwszy raz po ulicy, po mistrza olimpijskiego - nawyk jednak jest ten sam. Można przytoczyć wiele innych przykładów nawyków – na przykład granie na fortepianie, sztuka rysowania, czy nawet mycie zębów jest nawykiem, drugą naturą, czymś co robimy częstokroć nawet o tym nie myśląc, gdyż stało się to niemal instynktem.
Są nawyki dobre i nawyki złe – zły nawyk przeklinania, zły nawyk marnowania czasu, wszelkie rodzaje nawyków, które niestety skłaniają nas ku złemu. Jest to to, co nazywamy wadami, czyli przeciwieństwo cnót. Cnoty skłaniają nas do czynienia dobra, czyniąc część nas, którą moglibyśmy nazwać „drugą naturą” - prawdziwie dobrą, poprzez ukierunkowywanie jej ku jej właściwemu celowi lub unikaniu konkretnego zła. Pojmujecie więc, że doskonałość człowieka polega zasadniczo na nabywaniu cnoty. Ale która z cnót jest podstawowa i najważniejsza? Święty Paweł uczy nas tego w dzisiejszej Lekcji, przypominając że miłość jest główną i podstawową cnotą, jako że kieruje całego człowieka ku jego ostatecznemu celowi, którym jest sam Bóg.
Ponieważ cnota dotyczy nie tylko czynienia dobra, ale również znoszenia zła, które cierpieli również Koryntianie, święty Paweł mówi o pierwszej cesze miłości: miłość jest cierpliwa. Kiedy się kogoś kocha, będzie się znosiło z łatwością wszelkie trudności i wyświadczało ukochanej osobie dobro, dlatego święty Paweł mówi, że miłość jest łaskawa.
I aby wykorzenić z nas fałszywe pojęcie miłości, szybko dodaje: miłość nie zazdrości. Zazdrość jest przeciwieństwem miłości, jest wadą która napełnia nas smutkiem na widok dobra posiadanego przez innych, podczas gdy miłość poszukuje dobra bliźniego. A ponieważ zazdrość jest owocem miłości własnej, czy też fałszywego mniemania o sobie samym, święty Paweł wylicza kolejno wady jako nie mogące współistnieć z miłością: miłość nie nadyma się, nie wynosi nad innych jak to czynią ludzie zazdrośni, nie ma nic wspólnego z arogancką postawą tych, którzy uważają, że wszystko powinno obracać się wokół nich, nie jest grubiańska, nie pragnie własnej korzyści - są to raczej zewnętrzne objawy zazdrosnej pychy, uzewnętrznianej przez rozdrażnienie i małoduszność.
Święty Paweł ukazuje nam następnie źródło czy też przedmiot miłości: raduje się ona z prawdy, weseli się z dobra, a więc nie znajduje upodobania w złu. Miłość jest cnotą skierowaną ku doskonałemu dobru, czyli samemu Bogu, dlatego właśnie obejmuje wszystko: wszystko znosi, we wszystko wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrwa. Wszystkie rzeczy zawarte są w miłości, ponieważ Bóg jest Stwórcą i Rządcą wszystkiego.
A ponieważ właściwym obiektem miłości jest miłość Boga, umiłowanie wiecznego i doskonałego dobra, miłość nigdy nie ustaje, podobnie jak Bóg jest wieczny. Nawet wiara i nadzieja ustaną, gdyż wiara trwa jedynie tak długo, jak nie widzimy danej rzeczy, a nadzieja tak długo, jak jej nie osiągniemy. Jednak w niebie będziemy oglądali Boga twarzą w twarz i posiadali Go na całą wieczność. Zawsze jednak będziemy Go kochali jako sam powód naszego istnienia. Wszystkie inne posiadane przez nas cnoty są jedynie narzędziami służącymi do przyszłego posiadania Boga, są - posługując się porównaniem świętego Pawła – jedynie rzeczami dziecinnymi, niedoskonałymi, które odrzuca się po osiągnięciu samego celu istnienia, to znaczy po osiągnięciu dojrzałości czy doskonałości. W trakcie tego doczesnego życia, dalecy od doskonałości nieba, mówimy o rzeczach Bożych jak dzieci, myślimy i rozumujemy w sposób niedoskonały i słaby – jednak w niebie wszystkie te niedoskonałości zanikną.
Gdyż teraz widzimy przez zwierciadło w zagadce, mówi święty Paweł, lecz wonczas twarzą w twarz. Możemy poznać Boga, możemy Go nawet kochać, poprzez rzeczy jakie On dla nas stworzył, jednak na sposób jedynie częściowy. W niebie rozumieć będziemy w pełni, do takiego stopnia, w jakim Bóg rozumie nas ponieważ nas stworzył, pod tym jednakże warunkiem, że będziemy Go prawdziwie kochali.
Tak więc, drodzy wierni, spośród wszystkich cnót, nawet tych, które mają Boga za swój obiekt, to właśnie miłość ma znaczenie podstawowe i zasadnicze. „A z tych największa jest miłość”.
Święty Tomasz z Akwinu powie później, że miłość jest większa niż wiedza, gdyż to miłość łączy się z rzeczą taką, jaka ona jest w istocie. Wiedza jest czymś, co wprowadza swój przedmiot w nas samych. Kiedy coś wiem, staje się to obecne w moim umyśle, jego natura przechodzi do mnie i w pewien sposób staje się częścią mnie. Mogę czytać książkę, badać naturę, a to co czytam czy poznaję wkracza do mojego umysłu i pozostaje we mnie tak, że mogę zamknąć oczy i nadal rozważać jego naturę. Jednak miłość popycha nas ku kochanej osobie lub rzeczy, nie w nas samych, ale w niej. Z miłością fałszywą mamy do czynienia wówczas, gdy mamy fałszywą wiedzę odnośnie do obiektu miłości, niemniej jednak jest on jej przedmiotem, na przykład nadal jesteście poślubieni kobiecie, nawet jeśli obecnie wiecie o niej znacznie więcej niż kiedyś. Podczas gdy wiedza jest ograniczona przez naszą zdolność poznawania i obserwacji oraz intelekt, nie ma ograniczeń co do przedmiotów naszej miłości.
Tak więc w stosunku do rzeczy tego świata, rzeczy które są względem nas niższe, takich jak natura czy otaczające nas istoty żywe, lepiej i szlachetniej jest znać je, niż je kochać, gdyż poprzez poznanie te rzeczy materialne stają się częścią nas, istot ludzkich, które są względem nich wyższe. W stosunku do tych, które są nam równe, czyli innych istot ludzkich, musimy kochać je tak, jak kocha je sam Bóg oraz starać się poznać je lepiej, by móc skuteczniej czynić im dobro. W stosunku jednak do tych, które są względem nas wyższe, czyli Boga, daleko lepiej jest kochać Go, niż jedynie znać. Choć oczywiście musimy najpierw poznać Go, byśmy mogli Go pokochać… i na tym opiera się cała tajemnicą miłości, która nie tylko implikuje wiarę, ale nawet udoskonala samą cnotę wiary.
Jak więc mamy okazywać tę miłość do Boga? Ponieważ miłość jest aktem woli, największą miłością jest taka, która prowadzi do najściślejszego zjednoczenia woli. Kochać Boga, znaczy więc kochać zwłaszcza to, czego pragnie On dla nas, czyli nasze obowiązki stanu oraz tych ludzi, których Bóg stawia blisko nas, czyli naszych bliźnich.
Tak więc, drodzy wierni, zachowując w pamięci te rozważania i prosząc za wstawiennictwem świętego Pawła o właściwe zrozumienie, kochajmy Boga i Jego świętą wolę coraz więcej, ponieważ ta miłość nigdy nie wygaśnie, obdarzając nas radością z posiadania Tego, który jest źródłem dobra i prawdy. Amen.
niedziela, 7 lutego 2010
na Niedzielę Sześćdziesiątnicy
„Dosyć masz łaski mojej, albowiem moc w słabości doskonalszą się staje”
Drodzy wierni,
Dziś jest niedziela sześćdziesiątnicy, nazwana tak, ponieważ jest sześćdziesiąt dni przed Wielkanocą. Święta Matka Kościół ma dla nas dzisiaj dwie wielkie lekcje o potrzebie łaski i konieczności naszego z nią współdziałania.
Dziś jest też święto świętego Pawła Apostoła a kościołem stacyjnym w Rzymie jest bazylika świętego Pawła za Murami. Czytamy w lekcji dzisiejszej Mszy o wszelkich cierpieniach, jakie zniósł św. Paweł. A dziś radujemy się jego chwałą w niebie.
A w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus poucza nas przypowieścią o siewcy. Słowo Boże jest zasiewane w naszych sercach i w niektórych przynosi plon stokrotny. W św. Pawle widzimy właśnie taką duszę, która przyniosła plon stokrotny. Duszę, która współpracowała z łaską, która wydała owoc w cierpliwości.
Pan Jezus jest Tym, który zasiewa ziarno swojej nauki. Daje swoja łaskę, daje ja darmo, jak ten co zasiewa pole. Ziarno jest rzucane wszędzie, gdzie może wzrosnąć. Przyszedł aby nauczać każdy naród, każdego pojedynczego człowieka, co muszą robić, aby osiągnąć wieczne życie. I daje im siłę aby je osiągnąć poprzez łaskę uczynkową. Jest tak wspaniałomyślny. Oddaje nawet własne życie aby pokazać jak nas kocha. Chce aby wszyscy ludzie byli zbawieni.
Niemniej jednak, to co Pan Jezus nam daje, często spada na tych, którzy nie są gotowi. Ziarno pada na twardy grunt. Pada na zatwardziałe serca, gdzie nie może wzrosnąć, a potem diabeł je porywa. Wielokroć pada na glebę, która przyjmuje je z radością. To dusze, którym brak głębi charakteru, więc przylegają do wszystkiego po prostu dlatego, że jest nowością. A potem zaczynają cierpieć dla Ewangelii i być atakowani przez tych, którzy nie chcą aby ziarno pozostało w ich sercach. I są zgorszeni prześladowaniami. Krzyż jest dla nich zgorszeniem.
I ziarno nie przynosi owocu.
Moi drodzy, otrzymaliśmy łaskę Bożą. Mamy wszelki przywilej posiadania wiary, posiadania Bożej łaski. A ta łaska chce wzrastać i rozwijać się w nas. Chce przynieść owoc. Chce rosnąć, jak wszystko co żyje. I my musimy wzrastać w tej łasce, a ona musi rosnąć w nas. Jak wszystko co jest żywe musi rosnąć lub umrzeć.
Pan Jezus opowiedział wiele przypowieści. To był Jego sposób nauczania. Ale wyjaśniał je tylko Apostołom, bo pragnął aby oni nauczali świat. Lecz tę przypowieść przekazuje nam sam, bezpośrednio, wyjaśnienie i pouczenia. Jest ona tak ważna dla Serca Jezusowego. Chce żebyśmy współdziałali z Jego łaską.
Jesteśmy członkami Pana Naszego Jezusa Chrystusa poprzez chrzest. On jest naszą Głową, naszym Wodzem, źródłem wszelkiego życia w nas. Daje nam pełnię swojego życia tak, że daje nam wszystko co ma. Ale może nam dać według naszej dyspozycji, jako że wszystko może być przyjęte tylko według możliwości przyjmującego. Mogę chcieć dać wam szklankę wody, ale jeśli trzymacie ją do góry dnem, bez względu na to ile wody wyleję, szklanka pozostanie pusta. Bez względu na to jak bardzo Pan Jezus daje nam swą łaskę, bez względu jak bardzo wylewa się z miłości dla nas, jeśli jej nie chcecie, jeśli nie otwieracie na nią waszych serc, umrzecie z pragnienia.
Naśladujcie przykład świętego Pawła. Popatrzcie co wycierpiał dla Pana Jezusa. Pragnął oddać wszystko i Pan Jezus nagrodził go, wynagrodził go tysiąckrotnie. Nawet w tym życiu. A jego chwała w niebie jest ogromna. Jest on nauczycielem pogan. Łaska znalazła w nim taką hojność, że mogła wyrosnąć w olbrzymie drzewo przynoszące owoc stokrotny i tysiąckrotny nawet po dziś dzień.
Łaska może to samo zdziałać w was, drodzy wierni, jeśli tylko będziecie z nią współdziałać. Nie potrzeba wiele. Pan Jezus pragnie jedynie waszej dobrej woli. Chce od was abyście jedynie rozwarli swoje ręce i chwycili się tego, co wam daje. Chce abyście byli ulegli Jego natchnieniom. Pragnie abyście zechcieli cierpieć małe niedogodności obecnego czasu, aby mógł obdarzyć was chwałą w przyszłości – podobnie jak drzewo musi być przycinane aby przynieść więcej owocu. Każda trudność każdego dnia jest obietnicą żniwa, jeśli tylko będziecie współdziałać z ręką Bożą.
Szczególnie módlcie się do Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest tą, która najpełniej współdziałała z łaską Bożą. W niej łaska nie znalazła żadnej przeszkody, ale osiągnęła pełnię. W „Zdrowaś Maryjo” modlimy się „łaskiś pełna”. Jej wola była nieustannie zwrócona ku Bogu, aby nieustannie od Niego czerpać. Jest pośredniczką wszelkich łask, tak owocne jest Jej współdziałanie z łaską.
Zatem zwróćcie się do Niej, utkwijcie w Niej wasz wzrok. Ona jest Gwiazdą Morza, która prowadzi nas przez trudy na tym łez padole. Naśladujcie Ją. Podążajcie za tę Gwiazdą, aby naśladując jej przykład na ziemi móc żyć z Nią wiecznie w niebie.
niedziela, 31 stycznia 2010
na Niedzielę Siedemdziesiątnicy
Drodzy wierni,
W dniu dzisiejszym przypada niedziela zwana Septuagesima, co po łacinie oznacza siedemdziesiąt dni przed Zmartwychwstaniem Pańskim. Wkraczamy w okres przygotowania na przyjęcie łask płynących z wielkiej tajemnicy, czyli Męki i Śmierci Zbawiciela. Aby otrzymać łaski związane z tą tajemnicą musimy naśladować Chrystusa Pana w Jego Męce i Śmierci, aby mieć udział również w Jego Zmartwychwstaniu.
Pan Jezus mówi nam o tej łasce w czytanej w dniu dzisiejszym Ewangelii. Królestwo Niebieskie podobne jest do gospodarza, do gospodarza który wstał wcześnie rano, by nająć robotników do swojej winnicy. Domem Boga jest Niebo i ziemia, wszystkie rzeczy stworzone, ponieważ Bóg jest wszędzie. A jednak ów wszechświat stworzony został dla konkretnego celu: dla oddawania Mu chwały poprzez zbawienie dusz. To jest właśnie winnica przynosząca owoc, czyli cnotę, która nabywana zostaje za pośrednictwem ustanowionego przez Niego Kościoła. Bóg, nas Pan, jest gospodarzem tej winnicy, gdyż to przez Niego wszystkie rzeczy zostały stworzone.
I Ewangelia mówi, że wyszedł On bardzo wcześnie rano, czyli na początku czasu, na początku Stworzenia. Wyszedł, by nająć robotników do swojej winnicy, czyli tych, którzy pracować będą dla Jego chwały, posłuszni temu, co wypowiadamy podczas modlitwy: bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Robotnicy są najemnikami, gdyż nie pracują dla siebie, ale dla kogo innego. Podobnie ci, którzy cieszą się owocami Królestwa Niebieskiego, nie pracują dla siebie samych, ale dla Boskiego Mistrza. I jak mówi Ewangelia, Zbawiciel ugodził się ze swoimi pracownikami po denarze za dzień i posłał ich do winnicy.
Przypowieść ta mówi o dniach i godzinach, w rzeczywistości jednak odnosi się do jednego tylko dnia, dnia który obejmuje cały czas. Ów dzień, dzień który rozpoczął się wraz ze Stworzeniem a skończy Sądem Ostatecznym, składa się z wielu godzin, które wyobrażają różne rozporządzenia Boga w stosunku do ludzkości, jak mówi wielki Doktor Kościoła papież Grzegorz. Dlatego przypowieść ta odnosi się do różnych pokoleń pracowników, którzy posyłani są na ten świat, by otrzymać zapłatę za swoją pracę. Pierwszą interwencją jest Stworzenie i Ewangelia mówi, że Pan Jezus ugadza się z pierwszymi robotnikami, czyli zawiera umowę – umowę, której nie zawrze z innymi pokoleniami, gdyż Ewangelia mówi, że posłał wyobrażających je robotników do pracy bez zawarcia porozumienia. Umowa ta oparta jest na sprawiedliwości, gdyż na początku Adam stworzony został w stanie łaski i łaska ta miała być dziedzictwem przekazywanym jego potomkom, gdyby nie popełnił on grzechu. Jednak Adam utracił swą pierwotną niewinność i dlatego rodzaj ludzki utracił prawo do łaski, zamiast tego musi zdać się na miłosierdzie Boga.
Od czasów Adama rodzaj ludzki, zamiast pracować dla chwały Boga, dążył do własnej chwały. Wywołany tym chaos doprowadził do ukarania ludzkości potopem. Dlatego właśnie Gospodarz przyszedł o godzinie trzeciej na rynek, czyli do części świata poza winnicą, która należy do Mesjasza. Ludzie ci byli bezczynni, jak mówi Ewangelia, ponieważ żyli dla siebie samych, nie przynosząc owocu zbożnego dzieła, dokonywanego przez łaskę. Gospodarz posyła ich do winnicy, mówiąc im jedynie, że da im to, co słuszne, gdyż po upadku pierwszych rodziców wszelka cnota jest wynikiem miłosierdzia Bożego. To posłanie robotników do winnicy, ta interwencja Boga, wyobraża okres dziejów ludzkości od potopu do wybrania Abrahama, od kary która była owocem grzechu, do wybrania narodu, z którego miał się narodzić Mesjasz.
I Gospodarz czyni to samo o szóstej i dziewiątej godzinie – najmuje robotników do swojej winnicy. Godzina szósta oznacza okres od obietnicy danej Patriarchom do czasu Starego Przymierza danego ludowi Bożemu poprzez Mojżesza. Godzina dziewiąta wyobraża natomiast czas Starego Przymierza, czas w którym Bóg posyłał do swojej winnicy pracowników i proroków, by przygotować świat na swoją ostatnią i największą interwencję w Osobie swego Jedynego Syna.
Sam Bóg interweniował w czasach ostatnich, o godzinie jedenastej, będącej ostatnią godziną dnia, gdyż po niej nie będzie kolejnej godziny, nie będzie innej większej interwencji Boga niż Jego osobiste przyjście, przybranie ciała i zamieszkanie wśród nas. Jak mówi święty Piotr: „(…) krwią drogą Chrystusa (…) który wprawdzie przejrzany był przed założeniem świata, ale ukazał się w czasach ostatnich dla was” (1 P 1,20). Owi robotnicy odpowiadają słusznie: „nikt nas nie najął”, gdyż wyobrażają oni tych spośród pogan, do których nie został posłany żaden prorok i w stosunku do których nie wypowiedziano żadnej obietnicy.
Wszystkim im Zbawiciel daje po denarze. Oddaje każdemu wedle tego, co przepracował, wedle jego pracy, każdy jednak otrzymuje denara. Jak mówi Chrystus „W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele” (J 14,2), jednak jest tylko jeden dom, tylko jedno zbawienie, jeden denar, który wszyscy otrzymują. Ów denar był monetą o wartości dziesięciu sestercji i wyobrażony był na nim wizerunek króla. Dlatego denar ten wyobraża łaskę zbawienia, gdyż przestrzeganie dziesięciorga przykazań wyciska na naszej duszy obraz i podobieństwo Boga, Króla Stworzenia.
Zbawiciel osądza najpierw ostatnich, czyli pogan, tych, którzy powołani zostali nie na mocy obietnicy danej Patriarchom, ale przez łaskę, otrzymując tę samą łaskę, jakiej udzielono Patriarchom. I każdemu - jak mówi Ewangelia - nawet najętym na początku, daje po denarze, każdemu daje łaskę zbawienia. A jednak pierwsi z najętych szemrali przeciwko gospodarzowi uważając, że powinni otrzymać więcej. „Nieśli ciężar dnia”, czyli ciężar znajomości prawdziwego Boga, ciężar Starego Prawa, oraz „upalenie” czyli namiętności, które prawo to powściągało. Poganie byli bez prawa, jak mówi święty Paweł w swym liście do Rzymian, jednak również oni otrzymali tę samą łaskę zbawienia.
Dlatego Chrystus karci zazdrość Żydów: „czy oko twoje złośliwe jest, żem ja jest dobry?” Miłosierdzie Boże nie ma względu na osobę czy rasę, udziela zbawienia wszystkim, którzy w Niego wierzą. Bóg udzieli również ostatnim, podobnie jak pierwszym, życia wiecznego.
I na koniec Zbawiciel wypowiada słowa, które pozostają prawdziwe po wszystkie czasy, wszędzie i dla wszystkich narodów: wielu jest wezwanych, ale mało wybranych. O tym samym mówi nam święty Paweł w dzisiejszej Lekcji: „wprawdzie wszyscy biegną, ale jeden nagrodę bierze”. Ową nagrodą jest to samo, co oferuje nam Zbawiciel: życie wieczne. Musimy jednak biec w wyścigu, musimy walczyć „nie jakby z wiatrem walcząc, ale karcić ciało swoje i w niewolę je podbijać”. Dlatego właśnie ów nadchodzący okres pokuty, czas postów i umartwień, byśmy nie zostali oskarżeni o bezczynne siedzenie, byśmy pracowali pilnie nad swoim zbawieniem.
Dlatego, drodzy przyjaciele, pamiętając o tym wszystkim i wielbiąc Boga za cudowne udzielanie łaski wszystkim narodom, wdrażajmy to w naszym codziennym życiu, by ta łaska, którą otrzymujemy poprzez sakramenty, do których aluzję czyni święty Paweł, mogła osiągnąć w nas swą pełnię. Módlmy się i pracujmy, by łaska ta mogła być pewnego dnia świadkiem ostatecznego wezwania Zbawiciela skierowanego do dusz wybranych: „Pójdźcie błogosławieni Ojca mego, posiądźcie królestwo, zgotowane wam od założenia świata” (Mt 25,3). Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)