Błogosławieni jesteście, Drodzy Przyjaciele, gdyż posiadacie Wiarę Katolicką w tych mrocznych czasach, w których wypadło nam żyć. Tak wielu ludzi pogrążonych jest w ciemnościach, tak wielu pozbawionych jest wiary. Ludzie współcześni, Drodzy Przyjaciele, są jak faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii – nienawidzą naszego Pana Jezusa Chrystusa. Odrzucają Jego naukę, lub wypaczają ją dla swoich własnych celów. Nawet zdziałane przez Niego cuda i dobre uczynki przypisują diabłu.
Podobnie jak faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii, dzisiejszy świat spiskuje przeciwko Zbawicielowi. Usiłuje pochwycić Go na słowach, zohydzić Jego naukę. Pod pretekstem pobożności, jak wilk odziany w owczą skórę, usiłuje pożreć Kościół Chrystusowy.
„Czy godzi się dawać czynsz cesarzowi, czy też nie?". Oto, jakimi sofizmatami posługuje się współczesny liberał. Mówi on: „Cóż, twoja religia nie jest z tego świata, ale z przyszłego. To wspaniale – musimy jednak rozróżnić pomiędzy tym światem, a światem przyszłym, pomiędzy sprawami prywatnymi a publicznymi. Jezus Chrystus może być dobry dla jednostki, jednak państwo musi pozostać neutralne we wszystkich tych kwestiach. Cezar jako Cezar nie publicznie okazywać pobożności. Kościół musi być rozdzielony od państwa. Prosty obywatel, jeśli taka jego wola, może podporządkować się nauce Jezusa Chrystusa, ale mąż stanu i polityk musi zachowywać się tak, jak gdyby Objawienie nie miało miejsca, musi pozostać neutralny".
A Chrystus Pan odpowiada – obnażając ich hipokryzję. Czy można być prywatnie chrześcijaninem, a publicznie poganinem? To przecież schizofrenia – człowiek postępowałby wówczas na dwa różne sposoby, w inny względem siebie, a w inny względem społeczeństwa. W ten sposób otwiera się drzwi do szaleństwa i tyranii. Do tyranii, jakiej doświadczamy dziś z rąk współczesnych faryzeuszy, liberałów, liberalnych katolików. Teza, wedle której Kościół i państwo powinny być od siebie rozłączone, jest całkowicie niedorzeczna, absurdalna.
Bóg jest stwórcą nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa. Stworzył ludzi w taki sposób, że ze swej natury są oni istotami społecznymi. Głowa państwa jest również człowiekiem, podlega prawu Bożemu. Jak można mieć nadzieję, że państwo zachowa swoją tożsamość, kiedy odrywa się ono od samego źródła swego istnienia?
Człowiek nie został stworzony jedynie w tym celu, by być dobry w porządku natury. Został stworzony, by oglądać samego Boga. Każdy człowiek stworzony został w tym właśnie celu. Jest to jego cel ostateczny, jego najwyższe szczęście. Jak państwo ma dążyć do dobra wspólnego, jeśli nie stara się pomóc swym obywatelom w osiągnięciu tego wiecznego szczęścia? Jak może to czynić, będąc samo areligijne?
Chrystus Pan ustanowił Kościół jako społeczność doskonałą. Posiada on wszystkie środki konieczne człowiekowi do osiągnięcia życia wiecznego. Również państwo jest społecznością doskonałą w tym sensie, że posiada wszystkie środki konieczne do zapewnienia dobra materialnego swych obywateli. Jednak ci sami obywatele są członkami nie tylko państwa, ale i Kościoła. Tak więc rozdział Kościoła od państwa jest katastrofą dla obywateli tego państwa. Nie ma większej katastrofy w porządku naturalnym niż zniszczenie rodziny poprzez rozwód. Tym, czym jest rozwód dla rodziny, tym dla kraju jest rozdział Kościoła i państwa. Jest to niezawodny przepis na konflikty społeczne, upadek dusz i wiekuiste potępienie jego obywateli. Społeczeństwo nie może funkcjonować bez Boga. Bóg jest Stwórcą wszystkich rzeczy, On też podtrzymuje je nieustannie w istnieniu. Jest źródłem wszelkiego dobra. Bez religii, która zwraca nas ku Bogu, nie możemy osiągnąć życia wiecznego. Jak państwo może prosperować bez Boga? Jak możliwy jest dobrobyt w kraju, w którym nie wyznaje się publicznie religii? Tak więc Pan Jezus odpowiada faryzeuszom pytaniem: „Czyj jest ten obraz i napis?"
Całe stworzenie, Drodzy Przyjaciele, nosi na sobie znamię tego, który powołał je do istnienia, podobnie jak moneta wybita przez Cezara. To Cezar kazał wybić monety używane do wymiany i w pewien sposób to dzięki niemu można ich było używać do handlu. Tak więc należą one do niego i Cezar ma prawo do trybutu przez fakt, że to on zapewnia, że monety używane przez niego są respektowane jako środek płatniczy.
Wszystko co istnieje jest na pewien sposób obrazem Boga. Bóg nadał wszystkiemu naturę i to On sam, Jego chwała, jest ostatecznym celem wszystkich rzeczy. Porządek natury jest jak gdyby pieczęcią wyciśniętą przez wieczną mądrość, przez Opatrzność która kieruje wszystkim. Wszystko co istnieje, jest stworzone przez Boga i do Niego samego należy. Sam Cezar jest tylko człowiekiem, stworzeniem Bożym, więc i on musi być posłuszny Bogu, ponieważ wszelka jego władza z konieczności pochodzić musi od Boga.
Wszelka władza pochodzi od Boga. Nie ma żadnego źródła poza Nim. Żaden człowiek nie potrafi pozbawić wolnej woli innego człowieka. Władza ta musi pochodzić od Boga, który jako jedyny jest w stanie to uczynić. Tak więc nawet sam Cezar może rządzić jedynie dzięki władzy otrzymanej od Boga, jak to powiedział Chrystus Pan Piłatowi. Sprzeciwiając się Bogu, rządzący przekracza granice swej władzy i narusza sprawiedliwość, nie tylko ściągając wyrok wiecznego potępienia na samego siebie, ale również, ze względu na posiadany autorytet, stając się powodem zgorszenia dla swych poddanych. Wszelkie uchwalone przez niego prawa, o ile sprzeczne są z prawem Bożym, nie mają żadnej mocy i jesteśmy nawet zobowiązani w sumieniu opierać się Cezarowi, gdyby kiedykolwiek spróbował wprowadzić je w życie.
Tak więc na przykład, państwo nie ma władzy uczynić aborcji dopuszczalną. Każde prawo, które zezwala na aborcję jest wewnętrznie złe i nie ma żadnej mocy. Żadnej. Państwo nie ma też absolutnie władzy rozwiązywania małżeństwa, stąd każde prawo zezwalające na rozwody jest wewnętrznie złe i nieważne, nie nakłada też na nikogo zobowiązań moralnych. Państwo nie ma też prawa zakazywania modlitwy w szkole. Każde prawo, które usiłuje to narzucić jest ze swej istoty szkodliwe, a jego twórcy ściągają na siebie wyrok potępienia w dniu sądu.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, nauka Kościoła nie jest jedynie abstrakcją. Przestrzeganie prawa Bożego nie jest kwestią wyboru jednostki, ale czymś absolutnie koniecznym do osiągnięcia życia wiecznego i ci, którzy nie przestrzegają tego prawa, cierpieć będą męki potępienia przez całą wieczność.
Stawką jest jednak nie tylko życie wieczne, ponieważ gdy nauka Kościoła jest ignorowana, zagrożony jest nawet porządek naturalny. Naturalną konsekwencją rozdziału Kościoła i państwa jest zniszczenie waszej rodziny.Dlaczego? W jaki sposób?
Wszelka władza pochodzi od Boga, wszelka władza jest więc w pewien sposób obrazem i pieczęcią wyciśniętą przez Boga na stworzeniu. Władza jest absolutnie konieczna w każdym społeczeństwie, gdyż bez niej nie może ono osiągnąć wyznaczonego mu celu. Pierwszą społecznością, z jaką człowiek się styka, jest rodzina. To ojciec, będący zasadą działania rodziny, wyposażony jest we władzę rządzenia i kierowania nią. Powołaniem ojca, każdego mężczyzny, jest objawianie siły i władzy Boga. Muszą oni urzeczywistniać prawo Boże, ład Boży na tym świecie. Mężczyzna został ukształtowany z mułu ziemi, by ukazać moc Boga; jest silniejszy fizycznie i psychicznie właśnie dlatego, by mógł wypełnić swoje powołanie. Kobieta jednak nie została uczyniona z ziemi, ale z żebra Adama. Została ukształtowana z istoty żyjącej, ponieważ to ona ma przynosić życie na ten świat. Ma ukazywać ducha Bożego.
Mężczyzna jest zasadą sprawczą. W naturalny sposób jest przywódcą tak w rodzinie jak i w społeczeństwie. Jeśli tak nie jest, nie jest on wierny swemu powołaniu. Fizycznie może być mężczyzną, jednak istocie nim nie jest.
Kiedy państwo jest obojętne religijnie, konsekwencją tego stanu rzeczy jest ojciec nie wyznający żadnej religii. Kiedy ludzie przyjmują zasady liberalizmu, domagającego się rozdziału Kościoła od państwa, ojcowie stają się de facto ateistami. Mogą uważać, że posiadają wiarę, ponieważ co niedziela uczestniczą we Mszy, w rzeczywistości są jednak jak puste łupiny. Wiara jest dla nich sprawą wyłącznie prywatną. Ich uwagę pochłania w całości życie publiczne – zabiegi o władzę, bogactwa i przyjemności. Akceptują jedynie to, co jest dla nich wygodne, to co wydaje się prawdziwe ich ograniczonemu intelektowi, odurzonemu zaspakajaniem namiętności. Wiara nie jest dla nich czymś nieomylnym z powodu nieomylności objawiającego się Boga, ale raczej dlatego, że sami siebie uważają za nieomylnych.
Tak więc sceptycyzm, który jest niczym innym jak tylko grzechem śmiertelnym przeciwko wierze, wydaje im się być cnotą – „otwartością umysłu". Grozą przejmują ich wszelkie represyjne zasady w kwestiach wiary. Każda kara wobec błędu szokuje ich wrażliwość. Mają instynktowny wstręt do konfrontacji z przekonaniami innych, nieistotne jak bardzo sprzecznymi w objawioną prawdą czy zdrowym rozsądkiem.
Tak więc ojciec rodziny stał się niezdolny do korygowania jakiegokolwiek zła, a nawet do czynienia jakiegokolwiek dobra. Wyznawane przez niego liberalne zasady powstrzymują go od działania. Jest zniewieściały, duchowo wykastrowany. Prywatnie jest przeciwko aborcji, nigdy jednak nie chciałby ograniczać wolności opinii innych. Cały świat stacza się do piekła, ale on siedzi przed telewizorem, oglądając sport, pijąc piwo i gratulując sobie tego, że jest tak tolerancyjny.
A kobiety mają tego dość, drodzy bracia. Źródłem dzisiejszego feminizmu nie są kobiety, ale mężczyźni. Zbyt długo już odrzucają swoje powołanie. Zbyt długo odmawiają podjęcia przywództwa. Zbyt długo odmawiają głoszenia prawa Bożego w społeczeństwie. Dlaczego kobiety zaczęły nosić spodnie? Ponieważ ich mężczyźni nie chcieli ich nosić. Współczesna kobieta jest zdesperowana, wyczerpana, popada nawet w histerię, ponieważ zmuszono ją do przejęcia funkcji, która jest sprzeczna z jej naturą. Nie została stworzona do rządzenia — jest zbyt pochłonięta materialnymi staraniami i sprawami, które należą do jej powołania. Dodawanie do jej i tak już ciężkiego brzemienia obowiązków, którym podołać może jedynie mężczyzna, jest prostą drogą do nieładu i szaleństwa, do zniszczenia życia rodzinnego — czego zresztą doświadczamy wszędzie dokoła.
Drodzy bracia – zwracam się tu do mężczyzn. Na miłość Boską, bądźcie mężczyznami! Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, są oni dwoma obrazami tego samego dobrego Boga. Niech Bóg broni, by mężczyźni upodobnili się do kobiet, a kobiety do mężczyzn — a przecież tego właśnie jesteśmy obecnie świadkami. Powiedziałbym nawet, że niektóre z dzisiejszych kobiet są bardziej męskie, niż współcześni mężczyźni. Odrzućcie więc te fałszywe zasady liberalizmu. Liberalizm jest łańcuchem, ściągającym was w dół, powstrzymującym was od działania, i jeśli go nie odrzucicie, będziecie bezużyteczni dla waszych rodzin i dla waszych dzieci. Odrzućcie tego ducha kompromisu ze światem, zatruwającego i osłabiającego wszystkie wasze czyny. Jest tylko jedna prawda. Nie ma tu miejsca na sprzeczności i kompromisy, które osłabiają waszą wolę i przyćmiewają wasz intelekt.
Módlcie się do Matki Bożej. Jest Ona tu obecna, na tej konkretnej Mszy, tak jak obecna była na Kalwarii. Jest tutaj, aby dodać wam odwagi, mówi do was: „Bądźcie silni, odwagi. Bądźcie mężczyznami. Świat, wasze rodziny, zależą od was. Musicie jedynie powiedzieć im co mają czynić. Wasza rodzina będzie was naśladować. Nie lękajcie się Mnie kochać, gdyż Ja jestem Niepokalane Poczęcie. Jestem silniejsza niż wojska uszykowane do bitwy — i przyjdę wam z pomocą. Jeśli tylko będziecie mieli odwagę, by oddać Mi się w opiekę, doświadczycie pokoju na tym świecie, a z pewnością w świecie przyszłym"
Amen.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraków. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 października 2010
niedziela, 12 września 2010
16 Niedziela po Ześlaniu Ducha Świętego
W dniu dzisiejszym, Drodzy Wierni, Pan Jezus uczy nas o jednej z najważniejszych cnót, której zdobycie konieczne jest do osiągnięcia życia wiecznego.
Chrystus Pan, będąc doskonałym wcieleniem Boga, posiadał wszystkie cnoty w stopniu doskonałym. Mógłby powiedzieć: „Uczcie się ode mnie, gdyż jestem nieskończenie mądry” czy też „Uczcie się ode mnie, gdyż mam siłę nieść Krzyż”. Nie powiedział jednak niczego takiego, powiedział: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca”. Owa cnota pokory jest tak ważna, że Zbawiciel zaleca nam jej praktykowanie w bardzo szczególny sposób.
Dziś Pan Jezus uczy nas tej cnoty na przykładzie dokonanego przez siebie cudu. A ponieważ zaleca nam ją tak usilnie, uczmy się jej na podstawie ustępu Ewangelii, który Święta Matka Kościół czyta nam w dzisiejszym dniu.
Pan Jezus przychodzi do domu jednego z naczelników faryzeuszów w dzień sabatu. Faryzeuszami są ci, którzy są pyszni, a dziś Chrystus przebywa w domu naczelnika tych pysznych ludzi, aby uleczyć go z jego pychy. Jest dla tych pysznych ludzi nadzieja, gdyż, jak mówi Pismo, podpatrywali Go oni. Być może nie zastawiali na Niego pułapki, niemniej jednak obserwowali Go, przyglądali się temu, co czynił. Jest wiec nadzieja, by mogli, obserwując Go, pójść za Jego przykładem.
I był tam pewien człowiek bardzo chory, cierpiący na puchlinę wodną. Cierpienie to jest fizycznym odpowiednikiem tego, co pycha robi z naszą duszą. Puchlina jest stanem zapalnym ciała wywołanym poprzez nadmiar wody. Również pycha rozpala duszę, nadyma ją. Tak jak osoba cierpiąca na tę chorobę puchnie do tego stopnia, że niekiedy nie jest w stanie chodzić, tak człowiekowi pysznemu trudno jest poczynić postęp w życiu duchowym. Puchlina prowadzi do zaburzeń pracy serca, ponieważ nie jest ono w stanie znieść ciężaru otaczającej go cieczy – również człowiekowi pysznemu trudno jest kochać innych a nawet żyć z nimi.
Pycha jest grzechem zasadniczo duchowym, jednak jej konsekwencje są daleko dalej idące. Pycha polega na przesadnej miłości siebie samego, wynikającej z błędnej oceny własnej osoby. Człowiek pyszny uważa się za kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Jest osobą, która żyje w utrwalającym się kłamstwie – wierzącą, że nie potrzebuje pomocy innych, a nawet pomocy Boga. Niekiedy do pychy kuszony jest człowiek utalentowany, wadę tę zawsze jednak znaleźć można u ludzi żyjących w grzechu. Pycha prowadzi człowieka do pogardy dla wszystkiego, co nie jest nim samym, do przypisywania sobie rzeczy, które do niego nie należą, do wiary, że jest zdolnym do rzeczy, do których w istocie nie jest zdolny, a niekiedy osiąga takie rozmiary, że człowiek nie odczuwa nawet wdzięczności wobec Tego, który daje istnienie wszystkim rzeczom.
Tak więc pycha jest wprost przeciwna pragnieniu doskonałości. Wszyscy pragniemy być doskonali. Wszyscy mamy ambicję być cnotliwymi, nawet jeśli nie wiemy dokładnie na czym polega cnota i jak ją osiągnąć. Człowiek pyszny uważa jednak, że jest już doskonały, nie potrzebuje więc poszukiwać doskonałości. Wszyscy mamy obowiązek kochać samych siebie – jak mówi to sam Zbawiciel – i to do tego stopnia, że powinniśmy kochać naszych bliźnich tak, jak siebie samych. Jednak człowiek pyszny nie zna siebie samego, nie może więc prawdziwie siebie kochać. Przypisuje on wszystko sobie i poszukuje jedynie siebie, jako celu dla którego został stworzony.
Tak więc faryzeusze postrzegali dzień sabatu nie jako dzień przeznaczony na oddanie czci Bogu, ale raczej jako dzień, w oparciu o który mogli mierzyć swą własną pobożność. Z tego właśnie powodu wymyślili wszystkie owe przepisy dotyczące tego, co w dzień ów wolno a czego nie wolno – nie ze względu na cześć należną Bogu, ale raczej dla własnej chwały i chwały wynalezionych przez siebie praktyk.
Zbawiciel więc, aby uleczyć ich z tego grzechu, zadaje najpierw pytanie, na które nie mają oni odpowiedzi: czy wolno uzdrowić w dzień sabatu? Wedle ich pojęć w dzień ów nie było nawet wolno udzielić komuś pomocy – ponieważ uważając siebie za doskonałych nie widzieli powodu, dla którego inni mieliby pomagać komuś, czy też sami potrzebować pomocy. Ewangelia mówi: „Ale oni milczeli”, ponieważ zdawali sobie sprawę, że Pismo Święte nie wspiera ich przekonań, jednak w swej pysze nie chcieli uznać tej sprzeczności. A więc, by pokazać poprzez cud, że Bóg nie tylko zezwala na uzdrawianie w sabat, ale że On sam w dzień ten uzdrawia, Chrystus Pan przywraca zdrowie choremu.
Następnie Pan Jezus wyjaśnia to poprzez przykład. Przypomina faryzeuszom, że nawet oni pomogliby zwierzęciu w dzień sabatu. Dziwne, że pomogliby zwierzęciu, ale nie postąpiliby tak względem człowieka – na tym jednak polega pycha, pełna sprzeczności i nielogiczna, ponieważ opiera się nie na prawdzie, ale na kłamstwie. Pycha prowadzi w sposób nieunikniony do głupoty i szaleństwa, ponieważ oparta jest na fałszu.
I na koniec Pan Jezus leczy faryzeuszy z tej podstępnej wady, ucząc ich cnoty pokory, cnoty będącej remedium na pychę.
Mówi, że faryzeusze przychodząc na ucztę zajmują pierwsze miejsca – co jest oznaką pychy u ludzi uważających, że są najwięcej warci, bez względu na innych czy swój stan. Zbawiciel uczy nas: nie zajmujcie pierwszego miejsca, gdyż ktoś może poprosić, byście je ustąpili. Oznacza to, że nie powinniśmy uważać się za godnych zajmowania pierwszego miejsca. Powinniśmy mieć świadomość, że jako grzesznicy i ludzie słabi nie zasługujemy na pierwsze miejsce, że w najlepszym razie jesteśmy nieużytecznymi sługami, jak to mówi Pan Jezus w innej przypowieści. Musimy wykorzenić z naszych serc błędne przekonanie, że jesteśmy kimś ważnym. Nie jesteśmy ważni, to nasze obowiązki są ważne, my sami ważni jesteśmy tylko na tyle, na ile pozostajemy im wierni.
Zasadniczy błąd współczesnego człowieka polega na tym, że uważa, iż sam z siebie posiada pewną godność, że z samego faktu że istnieje i jest istotą ludzką wynika, iż posiada jakieś „prawa” i „godność”. Nic dalszego od prawdy. Rzeczywistość wygląda tak, że wszyscy rodzimy się z obowiązkami – przede wszystkim obowiązkiem znalezienia czegoś, co utrzyma nas przy życiu. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych rzeczy, stąd obowiązek zdobywania tego, czego potrzebujemy tak pod względem fizycznym jak i duchowym. Rodzimy się nie wiedząc nawet, jak trafić do łazienki – nawet tego musimy nauczyć się od innych. W obliczu tego wszystkiego mówienie o „godności ludzkiej” jest więc nie tylko absurdalne, ale i po prostu śmieszne. Nie rodzimy się z prawami, ale przede wszystkim z obowiązkami, prawa są jedynie konsekwencjami tych obowiązków – każdy z nas posiada prawa właśnie z powodu tych obowiązków. Król czy przywódca posiada prawo rządzenia przez fakt, że ma obowiązek chronić i promować wspólne dobro. Rodzice mają prawo do posłuszeństwa dlatego, że przyjęli na siebie obowiązek wychowania swych dzieci. Każdy ma prawo do praktykowania prawdziwej religii, ponieważ każdy ma obowiązek dążenia do swego ostatecznego celu, którym jest Bóg. Nikt natomiast nie ma prawa do praktykowania błędu, gdyż nikt nie ma obowiązku do czynienia czegoś, co jest złe czy błędne.
Chorobą współczesnego świata jest zasadniczo grzech pychy. Wiara, że jest się wartym czegokolwiek kończy się zniszczeniem wszystkiego. Czy to nie ironia, że minione stulecie było świadkiem zamordowania ponad 100 milionów istnień w imię „praw człowieka”? Jest to potworne, ale jest to jedynie logiczna konsekwencja poszukiwania niezależności od Boga, uważania, że osiągnęło się już doskonałość i to bez pomocy Tego, który przyszedł wyzwolić nas z naszych grzechów.
Tak więc, Drodzy Wierni, bądźmy posłuszni radzie, jaką daje nam dziś Zbawiciel: szukajmy ostatniego miejsca. Innymi słowy: ćwiczmy się w pokorze. Starajmy się zrozumieć, kim naprawdę jesteśmy, odrzućmy fałszywe wyobrażenia o sobie samych. Pokora nie oznacza braku pragnienia czynienia rzeczy wielkich, przeciwnie – jest jedynym środkiem, przy pomocy którego możemy je czynić. By drzewo rosło, musi najpierw głęboko zapuścić korzenie. Również dusza, która pragnie być szlachetna i dobra musi zacząć od uznania swojej zależności. Dusza, która pragnie wznieść się wysoko, musi być pokorna. Chwała, która wypływa jedynie od nas samych jest próżna i pusta, jednak chwała płynąca z dobrych uczynków, z wypełniania naszych obowiązków, trwa wiecznie.
A więc, Drodzy Przyjaciele, módlmy się dziś zwłaszcza do Matki Bożej, prosząc o Ja o cnotę pokory, która jest tak droga Jej sercu. W hymnie Magnificat mówi Ona: „Bo wejrzał na niskość służebnicy swojej i wywyższył pokornych, łaknących nasyca hojnie dobrami, a z niczym odprawia bogaczy”. To właśnie ta cnota pokory przyciągnęła Ducha Świętego, ta cnota pokory uczyniła Ją Matką Boga i dała Jej prawo panować jako Królowa Nieba i Ziemi. Módlmy się więc do Niej, byśmy i my mogli mieć udział tej pokorze, a stąd również we chwale, we chwale i szczęśliwości, w której trwa Ona ze swym Synem na wieki wieków. Amen.
Chrystus Pan, będąc doskonałym wcieleniem Boga, posiadał wszystkie cnoty w stopniu doskonałym. Mógłby powiedzieć: „Uczcie się ode mnie, gdyż jestem nieskończenie mądry” czy też „Uczcie się ode mnie, gdyż mam siłę nieść Krzyż”. Nie powiedział jednak niczego takiego, powiedział: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca”. Owa cnota pokory jest tak ważna, że Zbawiciel zaleca nam jej praktykowanie w bardzo szczególny sposób.
Dziś Pan Jezus uczy nas tej cnoty na przykładzie dokonanego przez siebie cudu. A ponieważ zaleca nam ją tak usilnie, uczmy się jej na podstawie ustępu Ewangelii, który Święta Matka Kościół czyta nam w dzisiejszym dniu.
Pan Jezus przychodzi do domu jednego z naczelników faryzeuszów w dzień sabatu. Faryzeuszami są ci, którzy są pyszni, a dziś Chrystus przebywa w domu naczelnika tych pysznych ludzi, aby uleczyć go z jego pychy. Jest dla tych pysznych ludzi nadzieja, gdyż, jak mówi Pismo, podpatrywali Go oni. Być może nie zastawiali na Niego pułapki, niemniej jednak obserwowali Go, przyglądali się temu, co czynił. Jest wiec nadzieja, by mogli, obserwując Go, pójść za Jego przykładem.
I był tam pewien człowiek bardzo chory, cierpiący na puchlinę wodną. Cierpienie to jest fizycznym odpowiednikiem tego, co pycha robi z naszą duszą. Puchlina jest stanem zapalnym ciała wywołanym poprzez nadmiar wody. Również pycha rozpala duszę, nadyma ją. Tak jak osoba cierpiąca na tę chorobę puchnie do tego stopnia, że niekiedy nie jest w stanie chodzić, tak człowiekowi pysznemu trudno jest poczynić postęp w życiu duchowym. Puchlina prowadzi do zaburzeń pracy serca, ponieważ nie jest ono w stanie znieść ciężaru otaczającej go cieczy – również człowiekowi pysznemu trudno jest kochać innych a nawet żyć z nimi.
Pycha jest grzechem zasadniczo duchowym, jednak jej konsekwencje są daleko dalej idące. Pycha polega na przesadnej miłości siebie samego, wynikającej z błędnej oceny własnej osoby. Człowiek pyszny uważa się za kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Jest osobą, która żyje w utrwalającym się kłamstwie – wierzącą, że nie potrzebuje pomocy innych, a nawet pomocy Boga. Niekiedy do pychy kuszony jest człowiek utalentowany, wadę tę zawsze jednak znaleźć można u ludzi żyjących w grzechu. Pycha prowadzi człowieka do pogardy dla wszystkiego, co nie jest nim samym, do przypisywania sobie rzeczy, które do niego nie należą, do wiary, że jest zdolnym do rzeczy, do których w istocie nie jest zdolny, a niekiedy osiąga takie rozmiary, że człowiek nie odczuwa nawet wdzięczności wobec Tego, który daje istnienie wszystkim rzeczom.
Tak więc pycha jest wprost przeciwna pragnieniu doskonałości. Wszyscy pragniemy być doskonali. Wszyscy mamy ambicję być cnotliwymi, nawet jeśli nie wiemy dokładnie na czym polega cnota i jak ją osiągnąć. Człowiek pyszny uważa jednak, że jest już doskonały, nie potrzebuje więc poszukiwać doskonałości. Wszyscy mamy obowiązek kochać samych siebie – jak mówi to sam Zbawiciel – i to do tego stopnia, że powinniśmy kochać naszych bliźnich tak, jak siebie samych. Jednak człowiek pyszny nie zna siebie samego, nie może więc prawdziwie siebie kochać. Przypisuje on wszystko sobie i poszukuje jedynie siebie, jako celu dla którego został stworzony.
Tak więc faryzeusze postrzegali dzień sabatu nie jako dzień przeznaczony na oddanie czci Bogu, ale raczej jako dzień, w oparciu o który mogli mierzyć swą własną pobożność. Z tego właśnie powodu wymyślili wszystkie owe przepisy dotyczące tego, co w dzień ów wolno a czego nie wolno – nie ze względu na cześć należną Bogu, ale raczej dla własnej chwały i chwały wynalezionych przez siebie praktyk.
Zbawiciel więc, aby uleczyć ich z tego grzechu, zadaje najpierw pytanie, na które nie mają oni odpowiedzi: czy wolno uzdrowić w dzień sabatu? Wedle ich pojęć w dzień ów nie było nawet wolno udzielić komuś pomocy – ponieważ uważając siebie za doskonałych nie widzieli powodu, dla którego inni mieliby pomagać komuś, czy też sami potrzebować pomocy. Ewangelia mówi: „Ale oni milczeli”, ponieważ zdawali sobie sprawę, że Pismo Święte nie wspiera ich przekonań, jednak w swej pysze nie chcieli uznać tej sprzeczności. A więc, by pokazać poprzez cud, że Bóg nie tylko zezwala na uzdrawianie w sabat, ale że On sam w dzień ten uzdrawia, Chrystus Pan przywraca zdrowie choremu.
Następnie Pan Jezus wyjaśnia to poprzez przykład. Przypomina faryzeuszom, że nawet oni pomogliby zwierzęciu w dzień sabatu. Dziwne, że pomogliby zwierzęciu, ale nie postąpiliby tak względem człowieka – na tym jednak polega pycha, pełna sprzeczności i nielogiczna, ponieważ opiera się nie na prawdzie, ale na kłamstwie. Pycha prowadzi w sposób nieunikniony do głupoty i szaleństwa, ponieważ oparta jest na fałszu.
I na koniec Pan Jezus leczy faryzeuszy z tej podstępnej wady, ucząc ich cnoty pokory, cnoty będącej remedium na pychę.
Mówi, że faryzeusze przychodząc na ucztę zajmują pierwsze miejsca – co jest oznaką pychy u ludzi uważających, że są najwięcej warci, bez względu na innych czy swój stan. Zbawiciel uczy nas: nie zajmujcie pierwszego miejsca, gdyż ktoś może poprosić, byście je ustąpili. Oznacza to, że nie powinniśmy uważać się za godnych zajmowania pierwszego miejsca. Powinniśmy mieć świadomość, że jako grzesznicy i ludzie słabi nie zasługujemy na pierwsze miejsce, że w najlepszym razie jesteśmy nieużytecznymi sługami, jak to mówi Pan Jezus w innej przypowieści. Musimy wykorzenić z naszych serc błędne przekonanie, że jesteśmy kimś ważnym. Nie jesteśmy ważni, to nasze obowiązki są ważne, my sami ważni jesteśmy tylko na tyle, na ile pozostajemy im wierni.
Zasadniczy błąd współczesnego człowieka polega na tym, że uważa, iż sam z siebie posiada pewną godność, że z samego faktu że istnieje i jest istotą ludzką wynika, iż posiada jakieś „prawa” i „godność”. Nic dalszego od prawdy. Rzeczywistość wygląda tak, że wszyscy rodzimy się z obowiązkami – przede wszystkim obowiązkiem znalezienia czegoś, co utrzyma nas przy życiu. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych rzeczy, stąd obowiązek zdobywania tego, czego potrzebujemy tak pod względem fizycznym jak i duchowym. Rodzimy się nie wiedząc nawet, jak trafić do łazienki – nawet tego musimy nauczyć się od innych. W obliczu tego wszystkiego mówienie o „godności ludzkiej” jest więc nie tylko absurdalne, ale i po prostu śmieszne. Nie rodzimy się z prawami, ale przede wszystkim z obowiązkami, prawa są jedynie konsekwencjami tych obowiązków – każdy z nas posiada prawa właśnie z powodu tych obowiązków. Król czy przywódca posiada prawo rządzenia przez fakt, że ma obowiązek chronić i promować wspólne dobro. Rodzice mają prawo do posłuszeństwa dlatego, że przyjęli na siebie obowiązek wychowania swych dzieci. Każdy ma prawo do praktykowania prawdziwej religii, ponieważ każdy ma obowiązek dążenia do swego ostatecznego celu, którym jest Bóg. Nikt natomiast nie ma prawa do praktykowania błędu, gdyż nikt nie ma obowiązku do czynienia czegoś, co jest złe czy błędne.
Chorobą współczesnego świata jest zasadniczo grzech pychy. Wiara, że jest się wartym czegokolwiek kończy się zniszczeniem wszystkiego. Czy to nie ironia, że minione stulecie było świadkiem zamordowania ponad 100 milionów istnień w imię „praw człowieka”? Jest to potworne, ale jest to jedynie logiczna konsekwencja poszukiwania niezależności od Boga, uważania, że osiągnęło się już doskonałość i to bez pomocy Tego, który przyszedł wyzwolić nas z naszych grzechów.
Tak więc, Drodzy Wierni, bądźmy posłuszni radzie, jaką daje nam dziś Zbawiciel: szukajmy ostatniego miejsca. Innymi słowy: ćwiczmy się w pokorze. Starajmy się zrozumieć, kim naprawdę jesteśmy, odrzućmy fałszywe wyobrażenia o sobie samych. Pokora nie oznacza braku pragnienia czynienia rzeczy wielkich, przeciwnie – jest jedynym środkiem, przy pomocy którego możemy je czynić. By drzewo rosło, musi najpierw głęboko zapuścić korzenie. Również dusza, która pragnie być szlachetna i dobra musi zacząć od uznania swojej zależności. Dusza, która pragnie wznieść się wysoko, musi być pokorna. Chwała, która wypływa jedynie od nas samych jest próżna i pusta, jednak chwała płynąca z dobrych uczynków, z wypełniania naszych obowiązków, trwa wiecznie.
A więc, Drodzy Przyjaciele, módlmy się dziś zwłaszcza do Matki Bożej, prosząc o Ja o cnotę pokory, która jest tak droga Jej sercu. W hymnie Magnificat mówi Ona: „Bo wejrzał na niskość służebnicy swojej i wywyższył pokornych, łaknących nasyca hojnie dobrami, a z niczym odprawia bogaczy”. To właśnie ta cnota pokory przyciągnęła Ducha Świętego, ta cnota pokory uczyniła Ją Matką Boga i dała Jej prawo panować jako Królowa Nieba i Ziemi. Módlmy się więc do Niej, byśmy i my mogli mieć udział tej pokorze, a stąd również we chwale, we chwale i szczęśliwości, w której trwa Ona ze swym Synem na wieki wieków. Amen.
niedziela, 18 lipca 2010
8 Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego
„Czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości, aby, gdy ustaniecie, przyjęli was do wiecznych przybytków”.
Drodzy Wierni,
Jak bardzo jesteście błogosławieni. Spójrzcie na wszystkie błogosławieństwa, jakimi Bóg was obdarzył.
Dobry Bóg dał wam życie. Narodziliście się na ten świat, nie musząc nawet o to prosić. I nadal obdarza was życiem, pomimo wszystkich waszych grzechów. Dał nam owoce ziemi, byśmy mogli znaleźć pożywienie. Dał nam słońce, by nas ogrzewało, by dawało nam światło. Dał wam piękny kraj. Dał wam rodzinę i przyjaciół. Wszystkie bogactwa Boga Stwórcy rozkwitły właśnie dla was.
A otrzymaliście nie tylko błogosławieństwa tej ziemi, nie tylko to życie doczesne, ale również dar łaski nadprzyrodzonej. Łaska nadprzyrodzona, życie samego Boga. Bóg oddał się wam całkowicie, kiedy otrzymaliście łaskę uświęcającą.
Wspaniałość Boga. Hojność Boga. Któż potrafi ją opisać słowami? Kto może zawrzeć w słowach wielkość Boga? Jego chwała przekracza wszelkie nasze wyobrażenie, a w Jego dobroć nie sposób wątpić. Możemy wątpić w mądrość Bożą, ale nigdy w Jego dobroć. Wszelkie dobro, jakie nam Bóg wyświadczył, jest wystarczającym dowodem na to, że nas kocha.
A jednak – co uczyniliśmy z tym wszystkim, czym Bóg nas obdarzył? Nie byliśmy pilnymi strażnikami tych skarbów. Używaliśmy tych rzeczy do złych celów. Zdradziliśmy nawet naszego największego dobroczyńcę. Posłużyliśmy się rzeczami, które On sam nam dał, aby Go zdradzić. I zostaniemy wezwani przed naszego Pana, by zdać rachunek z tego, czym nas obdarował. A będzie On zazdrosny o swoją chwałę. Będzie oczekiwał wdzięczności. Będzie oczekiwał, że dobrze wykorzystaliście rzeczy, które wam dał.
A przecież nie ma wśród nas nikogo, kto nie obraziłby tego Wielkiego Dobroczyńcy. Nie ma wśród nas nikogo, kto by nie zgrzeszył.
I Bóg usunie nas z naszego włodarstwa.
Drodzy przyjaciele, człowiek, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, nie jest jakąś wymyśloną, fikcyjną postacią. To wy. To my. To my jesteśmy włodarzami z tej Ewangelii. To my zmarnowaliśmy dobra, powierzone nam przez naszego Pana.
Co więc mamy czynić?
Kopać nie możemy. To nie my jesteśmy źródłem wszystkich tych dóbr. Nie możemy obdarzyć siebie czymś, czego nie posiadamy. Jedynie Bóg może obdarzyć nas łaską. Nie możemy wysłużyć sobie stanu łaski – jest ona czymś udzielanym nam przez Boga. Nie możemy oczekiwać stanu łaski, jako zapłaty czy nagrody za to, że jesteśmy uprzejmi. Nie. Porządek nadprzyrodzony całkowicie przekracza porządek natury. Możemy czynić wiele dobra w porządku naturalnym, nie jesteśmy jednak w stanie zdobyć dóbr nadprzyrodzonych.
I jesteśmy pyszni. Nawet nie prosimy o pomoc. Wstydzimy się błagać. Wstydzimy się tak, że nie prosimy nawet o pomoc jedni drugich.
Co więc uczynimy?
Drodzy przyjaciele, weźcie skrypt długu, jaki wasz bliźni zaciągnął u was i przedrzyjcie go na pół. Podrzyjcie kwit niesprawiedliwości, jaką wam ktoś wyrządził. Wybaczcie wszystkie grzechy, jakie wyrządzili wam wasi bliźni. Znoście cierpliwie wszystkie cierpienia zadawane wam przez innych. Nie szukajcie zemsty, ale miłosierdzia. Gdyż jeśli będziecie miłosierni wobec innych, również wy dostąpicie miłosierdzia.
Pan Jezus chwali niesprawiedliwego włodarza. Był on niesprawiedliwy, ponieważ nie szukał ścisłej sprawiedliwości, ale łagodził ją miłosierdziem. To prawda, macie wszelkie prawo żądać różnych rzeczy od tych, którzy was obrazili. Bylibyście wówczas sprawiedliwi, ale nie miłosierni. Macie prawo do tych stu baryłek oliwy, jak to czytamy w Ewangelii, stracicie jednak nawet to, co posiadacie, jeśli nie będziecie miłosierni dla innych. Jeśli będziecie szukali jedynie sprawiedliwości, będziecie osądzeni tą samą miarą.
A nikt z nas nie jest sprawiedliwy przed Bogiem. Nikt oprócz tych, którzy byli miłosierni wobec innych, oni będą zbawieni. Nie byliśmy wierni nawet małym dobrodziejstwom otrzymanym od Boga, a co dopiero Jego łasce, która ma wartość nieskończoną. Jak możemy więc żądać od naszego bliźniego czegoś, czego nie jesteśmy w stanie uczynić sami?
Drodzy wierni, synowie tego świata roztropniejsi są w rodzaju swoim niż synowie światłości. Nawet najgorsi ludzie wiedzą, że przyjaciół nie zdobywa się osądzając ludzi, ale pomagając im.
Chciwość jest korzeniem wszelkiego zła, mówi Pismo święte. To umiłowanie bogactwa i zaszczytów sprawia, że jesteśmy niewierni dobrodziejstwom otrzymanym od Boga. Wydaje się nam, że owe dary Boże należą wyłącznie do nas, że to my jesteśmy w jakiś sposób ich źródłem. I ta iluzja prowadzi nas do wzgardy wobec prawdziwego źródła wszystkiego, którym jest Bóg.
A więc czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości. Tłumacząc słowa Pana Jezusa w najprostszy sposób: dawajcie jałmużnę, kochajcie ubóstwo. Bądźcie miłosierni dla ubogich. Modlitwa ubogich ma wielką moc, a przecież bardzo tej modlitwy potrzebujemy.
I prośmy o miłosierdzie, gdyż w owym dniu wszyscy będziemy go potrzebować. Niech Matka Najświętsza wspomaga nas, by kiedyś mogła przyjąć nas do wiecznych przybytków. Amen.
Drodzy Wierni,
Jak bardzo jesteście błogosławieni. Spójrzcie na wszystkie błogosławieństwa, jakimi Bóg was obdarzył.
Dobry Bóg dał wam życie. Narodziliście się na ten świat, nie musząc nawet o to prosić. I nadal obdarza was życiem, pomimo wszystkich waszych grzechów. Dał nam owoce ziemi, byśmy mogli znaleźć pożywienie. Dał nam słońce, by nas ogrzewało, by dawało nam światło. Dał wam piękny kraj. Dał wam rodzinę i przyjaciół. Wszystkie bogactwa Boga Stwórcy rozkwitły właśnie dla was.
A otrzymaliście nie tylko błogosławieństwa tej ziemi, nie tylko to życie doczesne, ale również dar łaski nadprzyrodzonej. Łaska nadprzyrodzona, życie samego Boga. Bóg oddał się wam całkowicie, kiedy otrzymaliście łaskę uświęcającą.
Wspaniałość Boga. Hojność Boga. Któż potrafi ją opisać słowami? Kto może zawrzeć w słowach wielkość Boga? Jego chwała przekracza wszelkie nasze wyobrażenie, a w Jego dobroć nie sposób wątpić. Możemy wątpić w mądrość Bożą, ale nigdy w Jego dobroć. Wszelkie dobro, jakie nam Bóg wyświadczył, jest wystarczającym dowodem na to, że nas kocha.
A jednak – co uczyniliśmy z tym wszystkim, czym Bóg nas obdarzył? Nie byliśmy pilnymi strażnikami tych skarbów. Używaliśmy tych rzeczy do złych celów. Zdradziliśmy nawet naszego największego dobroczyńcę. Posłużyliśmy się rzeczami, które On sam nam dał, aby Go zdradzić. I zostaniemy wezwani przed naszego Pana, by zdać rachunek z tego, czym nas obdarował. A będzie On zazdrosny o swoją chwałę. Będzie oczekiwał wdzięczności. Będzie oczekiwał, że dobrze wykorzystaliście rzeczy, które wam dał.
A przecież nie ma wśród nas nikogo, kto nie obraziłby tego Wielkiego Dobroczyńcy. Nie ma wśród nas nikogo, kto by nie zgrzeszył.
I Bóg usunie nas z naszego włodarstwa.
Drodzy przyjaciele, człowiek, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, nie jest jakąś wymyśloną, fikcyjną postacią. To wy. To my. To my jesteśmy włodarzami z tej Ewangelii. To my zmarnowaliśmy dobra, powierzone nam przez naszego Pana.
Co więc mamy czynić?
Kopać nie możemy. To nie my jesteśmy źródłem wszystkich tych dóbr. Nie możemy obdarzyć siebie czymś, czego nie posiadamy. Jedynie Bóg może obdarzyć nas łaską. Nie możemy wysłużyć sobie stanu łaski – jest ona czymś udzielanym nam przez Boga. Nie możemy oczekiwać stanu łaski, jako zapłaty czy nagrody za to, że jesteśmy uprzejmi. Nie. Porządek nadprzyrodzony całkowicie przekracza porządek natury. Możemy czynić wiele dobra w porządku naturalnym, nie jesteśmy jednak w stanie zdobyć dóbr nadprzyrodzonych.
I jesteśmy pyszni. Nawet nie prosimy o pomoc. Wstydzimy się błagać. Wstydzimy się tak, że nie prosimy nawet o pomoc jedni drugich.
Co więc uczynimy?
Drodzy przyjaciele, weźcie skrypt długu, jaki wasz bliźni zaciągnął u was i przedrzyjcie go na pół. Podrzyjcie kwit niesprawiedliwości, jaką wam ktoś wyrządził. Wybaczcie wszystkie grzechy, jakie wyrządzili wam wasi bliźni. Znoście cierpliwie wszystkie cierpienia zadawane wam przez innych. Nie szukajcie zemsty, ale miłosierdzia. Gdyż jeśli będziecie miłosierni wobec innych, również wy dostąpicie miłosierdzia.
Pan Jezus chwali niesprawiedliwego włodarza. Był on niesprawiedliwy, ponieważ nie szukał ścisłej sprawiedliwości, ale łagodził ją miłosierdziem. To prawda, macie wszelkie prawo żądać różnych rzeczy od tych, którzy was obrazili. Bylibyście wówczas sprawiedliwi, ale nie miłosierni. Macie prawo do tych stu baryłek oliwy, jak to czytamy w Ewangelii, stracicie jednak nawet to, co posiadacie, jeśli nie będziecie miłosierni dla innych. Jeśli będziecie szukali jedynie sprawiedliwości, będziecie osądzeni tą samą miarą.
A nikt z nas nie jest sprawiedliwy przed Bogiem. Nikt oprócz tych, którzy byli miłosierni wobec innych, oni będą zbawieni. Nie byliśmy wierni nawet małym dobrodziejstwom otrzymanym od Boga, a co dopiero Jego łasce, która ma wartość nieskończoną. Jak możemy więc żądać od naszego bliźniego czegoś, czego nie jesteśmy w stanie uczynić sami?
Drodzy wierni, synowie tego świata roztropniejsi są w rodzaju swoim niż synowie światłości. Nawet najgorsi ludzie wiedzą, że przyjaciół nie zdobywa się osądzając ludzi, ale pomagając im.
Chciwość jest korzeniem wszelkiego zła, mówi Pismo święte. To umiłowanie bogactwa i zaszczytów sprawia, że jesteśmy niewierni dobrodziejstwom otrzymanym od Boga. Wydaje się nam, że owe dary Boże należą wyłącznie do nas, że to my jesteśmy w jakiś sposób ich źródłem. I ta iluzja prowadzi nas do wzgardy wobec prawdziwego źródła wszystkiego, którym jest Bóg.
A więc czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości. Tłumacząc słowa Pana Jezusa w najprostszy sposób: dawajcie jałmużnę, kochajcie ubóstwo. Bądźcie miłosierni dla ubogich. Modlitwa ubogich ma wielką moc, a przecież bardzo tej modlitwy potrzebujemy.
I prośmy o miłosierdzie, gdyż w owym dniu wszyscy będziemy go potrzebować. Niech Matka Najświętsza wspomaga nas, by kiedyś mogła przyjąć nas do wiecznych przybytków. Amen.
niedziela, 4 lipca 2010
6 Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego
Drodzy Wierni,
Cuda, jakich dokonywał Chrystus Pan, dokonywane były zawsze w tym celu, by pouczyć nas o naturze Królestwa Niebieskiego, królestwa łaski, która z Jego woli panować ma naszych sercach.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że wokół Pana Jezusa zgromadził się wieki tłum. Z pewnością większość z tych ludzi przyszła, aby Go słuchać, by dowiedzieć się, co muszą czynić, by uratować się od śmierci wiecznej. Inni przyszli jedynie z ciekawości lub słuchali Go jedynie z powodu Jego zatargu z faryzeuszami. Jakby jednak nie było, przyszli tam za Nim. I Ewangelia wspomina, że nie mieli ze sobą nic do jedzenia.
Oczywiście brak doczesnego pożywienia jest rzeczą przykrą, lecz z pewnością Zbawiciel myślał również o rzeczach duchowych, o głodzie prawdy i piękna, które znikły ze świata ze względu na grzechy ludzi. Następnie widzimy, jak Chrystus Pan przywołuje do siebie uczniów i mówi im: Żal mi tego tłumu.
W momencie tym możemy na chwilę wejrzeć w serce Pana Jezusa. Wielcy tego świata zadowoleni są, jeśli mają wielu zwolenników i naśladowców. Szacują swoje wpływy poprzez sondaże i starają się pozyskać stronników poprzez kampanie medialne. Myślą o masach jako o środku do zdobycia władzy. Jednak Pan Jezus nie postępuje w ten sposób. Lituje się nad nimi, czyli innymi słowy czuje się poruszony ich sytuacją i stara się coś dla nich zrobić. Jak wyjaśnia: „ponieważ są ze Mną trzy dni i nie mają co jeść, a jeśli ich teraz rozpuszczę, ustaną w drodze”.
Z pewnością my wszyscy przeszliśmy długą drogę, biorąc pod uwagę, że wszyscy urodziliśmy się obciążeni grzechem pierworodnym, daleko od Boga. Przez nasz chrzest jesteśmy ze Zbawicielem trzy dni, jak pisze dziś w swym liście św. Paweł – przez chrzest jesteśmy pogrzebani z Chrystusem byśmy zmartwychwstali na nowo w życiu Chrystusa, który powstał z martwych trzeciego dnia. Jednak pomimo, że jesteśmy z Panem Jezusem, nadal czegoś nam brakuje – brakuje nam duchowego pokarmu. Moglibyśmy więc ustać w naszej podróży do domu Ojca niebieskiego.
Uczniowie odpowiadają Panu Jezusowi – gdzie znajdziemy chleb na tym pustkowiu? Na tym świecie pełnym znoju i grzechu z pewnością niewiele możemy znaleźć pokarmu dla naszych dusz. A jednak Zbawiciel pyta ich: ile macie chlebów? I odpowiedzieli: siedem.
Tych siedem bochenków chleba oznacza oczywiście siedem sakramentów, które Zbawiciel daje nam na tę podróż do domu Ojca. Następnie Pan Jezus nakazuje tłumowi usiąść, czyli zaufać Opatrzności Bożej. I biorąc siedem bochenków chleba, czyniąc dzięki, podaje je swoim Apostołom, by mogli oni rozdać je ludziom. Widzimy w tym, choć jedynie jako zapowiedź, rolę kapłanów. To oni są tymi, którzy karmią ludzi, są pośrednikami pomiędzy Bogiem a człowiekiem, tymi, którym powierzone są rządy w Kościele i straż nas owczarnią.
Mieli oni również dwie ryby – symbolizujące dwie natury Chrystusa, greckie słowo ikthos jest akronimem: Jezus Chrystus, Syn Boga, Zbawiciel, jak to widzimy w malowidłach umieszczonych w katakumbach. To właśnie dwie natury Chrystusa umożliwiają ową wymianę między Bogiem a człowiekiem, Bóg karmi nas w Osobie naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa.
I Ewangelia mówi nam, że zebranych ułomków pozostało siedem koszy, co nie tylko jest dowodem na cud dokonany przez Pana Jezusa, ale też pokazuje nam, że owe siedem sakramentów, które Zbawiciel nam pozostawił, jest nie tylko wystarczające, są one nadobfitym źródłem łaski. Nie działają jedynie przez chwilę, ale przez całą wieczność.
Siedem sakramentów uświęca każą część ludzkiego życia: chrzest ustanowiony jest, byśmy mogli zostać natchnieni tym życiem, byśmy narodzili się dla życia łaski; bierzmowanie, byśmy mogli wzrastać w tym życiu i osiągnąć duchową dojrzałość; Eucharystia by karmić nasze życie duchowe Tym, który jest źródłem wszystkiego; sakrament pokuty przywraca te życie, jeśli mieliśmy nieszczęście je utracić, a sakrament ostatniego namaszczenia przygotowuje naszą duszę do osiągnięcia jej ostatecznego przeznaczenia, albo daje na to czas jeszcze w tym życiu, jeśli taka jest wola Boga.
Zbawiciel pozostawił nam również dwa sakramenty mające na celu dobro całego rodzaju ludzkiego: sakrament małżeństwa, by zapewnić istnienie społeczności ludzkiej i jej kontynuację poprzez rodzenie nowych jego członków, oraz sakrament kapłaństwa, dla rządzenia i kierowania nadprzyrodzoną społecznością Kościoła i dawania ludziom łaski, której tak bardzo potrzebują – poprzez Ofiarę Chrystusa Pana.
Wszystkie te sakramenty udzielają łaski same z siebie, skoro tylko udzielane są wedle zaleceń ustanowionych przez Zbawiciela, łaska w naturalny sposób wypływa w nich w sposób nadobfity. Co jednak ciekawe, zanim Pan Jezus dał owym ludziom tych siedem bochenków, nakazał im usiąść. Nakazuje im w ten sposób, by byli w odpowiedniej dyspozycji do przyjęcia tego, co Apostołowie im przekażą.
Jest tak dlatego – Drodzy Wierni – że pomimo, iż sakramenty udzielają łaski same z siebie, nie udzielają jednak dyspozycji koniecznej do korzystania z nich. To należy do nas. Musimy być posłuszni Chrystusowi i czynić to, o co nas prosi, jeśli chcemy otrzymać pokarm, który pragnie nam On dać. Może On chcieć dać nam wodę, jeśli jednak nasz kubek będzie odwrócony dnem do góry, pozostaniem spragnieni niezależnie od tego, jak wiele wody będzie On nalewał. Podobnie nasze niedoskonałości nie skutkiem sakramentów, ale wynikają z tego, że sami stawiamy wiele przeszkód dla działania łaski.
Zbadajmy dziś własne sumienie i zobaczmy, jaka jest nasza dyspozycja w stosunku do tego, o co prosi nas Chrystus Pan. Być może mamy jakieś szczególne przywiązanie do czegoś, co uniemożliwia nam życie wedle prawa Bożego? Czy nie przekraczamy Jego prawa, zwłaszcza w tym co dotyczy małżeństwa? Czy nie mamy złych nawyków, których musimy się pozbyć? Wszystko to utrudnia naszej duszy otrzymywanie pokarmu, którego ona potrzebuje, by osiągnąć niebo. Przeszkody te są powodem, dla którego tak niewiele korzystamy z sakramentów i ryzykujemy śmierć z głodu.
Tak więc, Drodzy Wierni, widzimy pracę, jaką mamy do wykonania, by móc korzystać z sakramentów, które daje nam Pan Jezus. Musimy o tym pamiętać zwłaszcza obecnie, wobec całego tego hałasu odnośnie Motu Proprio i tzw. „uwolnienia Mszy”. To, że Motu Proprio ma dać nam to, czym Zbawiciel karmił nas już przez stulecia nie zmienia faktu, że większość ludzi nie znajduje się w dyspozycji koniecznej do przyjęcia łask płynących z Mszy Trydenckiej. Nawet gdybyśmy jutro w każdej diecezji mieli wyłącznie Mszę naszych przodków, pozostaje wciąż do wykonania ogromna praca polegająca na edukacji uwiernych, nawracania ich z błędów i umożliwianiu im osiągnięcia dyspozycji, dzięki której otrzymywać będą mogli łaski płynące z Mszy. I żadne podpisanie jakiegokolwiek dokumentu tego nie zmieni – jest to nasze zadanie, zadanie dla każdego z nas.
Prośmy więc Matkę Bożą, poczętą bez zmazy grzechu pierworodnego, która zawsze znajdowała się w doskonałej dyspozycji by wzrastać w łasce w każdej chwili swego życia. Prośmy Ją, by jako dobra Matka, pomogła swym dzieciom kroczyć po drodze łaski, byśmy mogli przybyć bezpiecznie do domu Niebieskiego Ojca. Amen
Cuda, jakich dokonywał Chrystus Pan, dokonywane były zawsze w tym celu, by pouczyć nas o naturze Królestwa Niebieskiego, królestwa łaski, która z Jego woli panować ma naszych sercach.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że wokół Pana Jezusa zgromadził się wieki tłum. Z pewnością większość z tych ludzi przyszła, aby Go słuchać, by dowiedzieć się, co muszą czynić, by uratować się od śmierci wiecznej. Inni przyszli jedynie z ciekawości lub słuchali Go jedynie z powodu Jego zatargu z faryzeuszami. Jakby jednak nie było, przyszli tam za Nim. I Ewangelia wspomina, że nie mieli ze sobą nic do jedzenia.
Oczywiście brak doczesnego pożywienia jest rzeczą przykrą, lecz z pewnością Zbawiciel myślał również o rzeczach duchowych, o głodzie prawdy i piękna, które znikły ze świata ze względu na grzechy ludzi. Następnie widzimy, jak Chrystus Pan przywołuje do siebie uczniów i mówi im: Żal mi tego tłumu.
W momencie tym możemy na chwilę wejrzeć w serce Pana Jezusa. Wielcy tego świata zadowoleni są, jeśli mają wielu zwolenników i naśladowców. Szacują swoje wpływy poprzez sondaże i starają się pozyskać stronników poprzez kampanie medialne. Myślą o masach jako o środku do zdobycia władzy. Jednak Pan Jezus nie postępuje w ten sposób. Lituje się nad nimi, czyli innymi słowy czuje się poruszony ich sytuacją i stara się coś dla nich zrobić. Jak wyjaśnia: „ponieważ są ze Mną trzy dni i nie mają co jeść, a jeśli ich teraz rozpuszczę, ustaną w drodze”.
Z pewnością my wszyscy przeszliśmy długą drogę, biorąc pod uwagę, że wszyscy urodziliśmy się obciążeni grzechem pierworodnym, daleko od Boga. Przez nasz chrzest jesteśmy ze Zbawicielem trzy dni, jak pisze dziś w swym liście św. Paweł – przez chrzest jesteśmy pogrzebani z Chrystusem byśmy zmartwychwstali na nowo w życiu Chrystusa, który powstał z martwych trzeciego dnia. Jednak pomimo, że jesteśmy z Panem Jezusem, nadal czegoś nam brakuje – brakuje nam duchowego pokarmu. Moglibyśmy więc ustać w naszej podróży do domu Ojca niebieskiego.
Uczniowie odpowiadają Panu Jezusowi – gdzie znajdziemy chleb na tym pustkowiu? Na tym świecie pełnym znoju i grzechu z pewnością niewiele możemy znaleźć pokarmu dla naszych dusz. A jednak Zbawiciel pyta ich: ile macie chlebów? I odpowiedzieli: siedem.
Tych siedem bochenków chleba oznacza oczywiście siedem sakramentów, które Zbawiciel daje nam na tę podróż do domu Ojca. Następnie Pan Jezus nakazuje tłumowi usiąść, czyli zaufać Opatrzności Bożej. I biorąc siedem bochenków chleba, czyniąc dzięki, podaje je swoim Apostołom, by mogli oni rozdać je ludziom. Widzimy w tym, choć jedynie jako zapowiedź, rolę kapłanów. To oni są tymi, którzy karmią ludzi, są pośrednikami pomiędzy Bogiem a człowiekiem, tymi, którym powierzone są rządy w Kościele i straż nas owczarnią.
Mieli oni również dwie ryby – symbolizujące dwie natury Chrystusa, greckie słowo ikthos jest akronimem: Jezus Chrystus, Syn Boga, Zbawiciel, jak to widzimy w malowidłach umieszczonych w katakumbach. To właśnie dwie natury Chrystusa umożliwiają ową wymianę między Bogiem a człowiekiem, Bóg karmi nas w Osobie naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa.
I Ewangelia mówi nam, że zebranych ułomków pozostało siedem koszy, co nie tylko jest dowodem na cud dokonany przez Pana Jezusa, ale też pokazuje nam, że owe siedem sakramentów, które Zbawiciel nam pozostawił, jest nie tylko wystarczające, są one nadobfitym źródłem łaski. Nie działają jedynie przez chwilę, ale przez całą wieczność.
Siedem sakramentów uświęca każą część ludzkiego życia: chrzest ustanowiony jest, byśmy mogli zostać natchnieni tym życiem, byśmy narodzili się dla życia łaski; bierzmowanie, byśmy mogli wzrastać w tym życiu i osiągnąć duchową dojrzałość; Eucharystia by karmić nasze życie duchowe Tym, który jest źródłem wszystkiego; sakrament pokuty przywraca te życie, jeśli mieliśmy nieszczęście je utracić, a sakrament ostatniego namaszczenia przygotowuje naszą duszę do osiągnięcia jej ostatecznego przeznaczenia, albo daje na to czas jeszcze w tym życiu, jeśli taka jest wola Boga.
Zbawiciel pozostawił nam również dwa sakramenty mające na celu dobro całego rodzaju ludzkiego: sakrament małżeństwa, by zapewnić istnienie społeczności ludzkiej i jej kontynuację poprzez rodzenie nowych jego członków, oraz sakrament kapłaństwa, dla rządzenia i kierowania nadprzyrodzoną społecznością Kościoła i dawania ludziom łaski, której tak bardzo potrzebują – poprzez Ofiarę Chrystusa Pana.
Wszystkie te sakramenty udzielają łaski same z siebie, skoro tylko udzielane są wedle zaleceń ustanowionych przez Zbawiciela, łaska w naturalny sposób wypływa w nich w sposób nadobfity. Co jednak ciekawe, zanim Pan Jezus dał owym ludziom tych siedem bochenków, nakazał im usiąść. Nakazuje im w ten sposób, by byli w odpowiedniej dyspozycji do przyjęcia tego, co Apostołowie im przekażą.
Jest tak dlatego – Drodzy Wierni – że pomimo, iż sakramenty udzielają łaski same z siebie, nie udzielają jednak dyspozycji koniecznej do korzystania z nich. To należy do nas. Musimy być posłuszni Chrystusowi i czynić to, o co nas prosi, jeśli chcemy otrzymać pokarm, który pragnie nam On dać. Może On chcieć dać nam wodę, jeśli jednak nasz kubek będzie odwrócony dnem do góry, pozostaniem spragnieni niezależnie od tego, jak wiele wody będzie On nalewał. Podobnie nasze niedoskonałości nie skutkiem sakramentów, ale wynikają z tego, że sami stawiamy wiele przeszkód dla działania łaski.
Zbadajmy dziś własne sumienie i zobaczmy, jaka jest nasza dyspozycja w stosunku do tego, o co prosi nas Chrystus Pan. Być może mamy jakieś szczególne przywiązanie do czegoś, co uniemożliwia nam życie wedle prawa Bożego? Czy nie przekraczamy Jego prawa, zwłaszcza w tym co dotyczy małżeństwa? Czy nie mamy złych nawyków, których musimy się pozbyć? Wszystko to utrudnia naszej duszy otrzymywanie pokarmu, którego ona potrzebuje, by osiągnąć niebo. Przeszkody te są powodem, dla którego tak niewiele korzystamy z sakramentów i ryzykujemy śmierć z głodu.
Tak więc, Drodzy Wierni, widzimy pracę, jaką mamy do wykonania, by móc korzystać z sakramentów, które daje nam Pan Jezus. Musimy o tym pamiętać zwłaszcza obecnie, wobec całego tego hałasu odnośnie Motu Proprio i tzw. „uwolnienia Mszy”. To, że Motu Proprio ma dać nam to, czym Zbawiciel karmił nas już przez stulecia nie zmienia faktu, że większość ludzi nie znajduje się w dyspozycji koniecznej do przyjęcia łask płynących z Mszy Trydenckiej. Nawet gdybyśmy jutro w każdej diecezji mieli wyłącznie Mszę naszych przodków, pozostaje wciąż do wykonania ogromna praca polegająca na edukacji uwiernych, nawracania ich z błędów i umożliwianiu im osiągnięcia dyspozycji, dzięki której otrzymywać będą mogli łaski płynące z Mszy. I żadne podpisanie jakiegokolwiek dokumentu tego nie zmieni – jest to nasze zadanie, zadanie dla każdego z nas.
Prośmy więc Matkę Bożą, poczętą bez zmazy grzechu pierworodnego, która zawsze znajdowała się w doskonałej dyspozycji by wzrastać w łasce w każdej chwili swego życia. Prośmy Ją, by jako dobra Matka, pomogła swym dzieciom kroczyć po drodze łaski, byśmy mogli przybyć bezpiecznie do domu Niebieskiego Ojca. Amen
niedziela, 6 czerwca 2010
na 2 Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego
Drodzy Wierni,
Dzisiejsza niedziela następuje po wielkiej uroczystości Bożego Ciała, Uroczystości podczas której czci się Pana Jezusa przygotowującego dla nas ucztę jego własnego Ciała i Krwi. W dzisiejszej ewangelii czytamy również o tym jak Pan Jezus przygotowuje dla nas inne święto, święto, które jest niczym innym, jak wypełnieniem tego, co Najświętszy Sakrament obiecuje i działa w nas, a co nazywamy życiem wiecznym. Nasz Pan Jezus Chrystus zaprasza nas, abyśmy radowali się w Niebie wiecznym z Nim zjednoczeniem. Pan Jezus po swoim Wniebowstąpieniu przygotował tam miejsce dla nas; uczta jest przygotowana i wielu jest zaproszonych. Pan Jezus jest Barankiem Bożym, Barankiem złożonym w wigilię Paschy, który daje nam na pokarm swoje własne Ciało.
Pan Jezus zaprasza na gody - życie wieczne, którym jednak nie są w stanie cieszyć się trzy kategorie ludzi, a raczej sa trzy grupy ludzi, którzy odmówili uczestniczenia w radości Pana Jezusa i którzy nie dostąpią raju.
Do pierwszej z tych grup należą ci, którz mówią Jezusowi “Kupiłem posiadłość” Są to ci, którzy przywiązani są do rzeczy tej ziemi. Posiadłość symbolizuje władzę, posiadanie i całą pychę, która się z nimi wiąże. Zauważcie, że nie oznacza to potrzeby lub konieczności zajmowania się posiadłością, jako że zaproszony nie twierdzi, że musi pracować na swojej ziemi, ale raczej pójść i ją zobaczyć. Pycha jest więc pierwszym grzechem który zostaje potępiony, ponieważ tak jak pierwszy człowiek nie chciał mieć Pana i wyrzucony został z Raju, tak pycha nie może istnieć na wiecznej uczcie Pana Jezusa. Jego wymówką jest potrzeba zajmowania się własnością, podczas gdy Pan Jezus powiedział, że tylko dla jednego powinniśmy się poświęcać. Dla polecenia “Sprzedaj wszystko, co masz, a daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, chodź ze mną”.
Drugą grupą są ci, którzy mówią “Kupiłem pięć par wołów, i idę je wypróbować”. Pięć par wołów oznacza pięć zmysłów, które nakładają na nas jarzmo poznawalnych zmysłami rzeczy tego świata. Przez porządanie, zmysły przestają być sługami, a stają się panami cielesnego człowieka, skupiając jego spojrzenie na ziemi, pochylając go nad orką na podobieństwo wołów. Ludzie tacy nie używają zmysłów do tego, do czego stworzył je Bóg, czyli podążania za dobrem, dobrem wiecznym, ale do podążania za ulotnymi przyjemnościami tego życia. Nie karmią oni swoich zmysłów tym co piękne i prawdziwe, ale próżnością ziemskiej przyjemności. I tak, ludzie ci nie usprawiedliwiają się koniecznością nakarmienia swoich wołów, ale tym, że muszą je wypróbować - czyli tylko ciekawością.
I wreszcie ci, których ciekawość zawiodła tak daleko, że popadli w grzech. Dusze ich przywiązały się do grzechu, czy też po prostu upodobali sobie oni stan grzechu. Dlatego człowiek taki nie prosi o usprawiedliwienie swojej nieobecności, ale stwierdza: “Nie mogę przyjść”. Jednak tak jak ten, który przybył na uroczystość bez szat godowych i został wyrzucony z królewskiego wesela, także i dusza przywiązana do grzechu nie może dostąpić uczty Pana Jezusa.
To są trzy grupy ludzi, którzy nie mogą dostąpić uczty Pana Jezusa, ponieważ ulegli pożądliwości oczu, pożądliwości ciała oraz pysze żywota. Pysze żywota ci, którzy chełpią się tym co posiadają, którzy kupili posiadłość. Pożądliwości oczu ci, którzy przywiązali swoje zmysły do spraw doczesnych, którzy jak woły przykuli się do ziemi. Pożądliwości ciała, najbardziej zniewalającej ze wszystkich, ci, którzy poślubili ciało i przyjemność, a nie dobro.
Z wieczerzy Pańskiej wyłączeni są także Poganie, Żydzi i heretycy. Poganie to ci, którzy przywiązali się do ziemi nie znając dobra, ale jedynie rzeczy materialne tego świata. Żydzi z kolei otrzymali prawo i poddali się jarzmu Mojżeszowych nakazów wyrytych na dwóch kamiennych tablicach. Pięć par wołów noszących jarzmo jest obrazem pięciu ksiąg Mojżeszowego prawa, które nakłada na lud Izraela ciężar prawa. Jarzmo, o którym św. Piotr, w piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich, mówi, że nikt nie jest w stanie go udźwignąć. Jarzmo, które było cielesne, ziemskie i materialistyczne. I wreszcie ci, którzy zostali zwiedzeni, a nawet uwiedzeni, przez błąd i porzucili prawdę aby go poślubić. Są oni jak ci, którzy poślubili oblubienicę która nie doprowadzi ich do wiecznej radości.
Kiedy słudzy powrócili do swojego pana oznajmiając, że zaproszeni wymówili się od dzielenia z nim radości, pan oburzył się i zagniewał. Kiedy mówimy o Bożym gniewie nie chcemy przez to powiedzieć, że Bóg cierpi, lub podlega jakiejkolwiek zmianie w wyniku działań człowieka, ale raczej odnosimy się do aktu kary, który podobny jest do działania ludzkiego w gniewie. Żaden z tych, którzy byli zaproszeni i odmówili, nie wejdzie na ucztę Pana, jak w swoim gniewie poprzysiągł Bóg.
Jednakże ta odmowa pychy jest paradoksalnie również łaską. Łaską dla tych, którzy nie zostali zaproszeni na początku. Tak jak odmowa Żydów była dla Boga powodem aby wezwać do prawdy pogan, tak i odmowa pysznych i możnych tego świata jest okazją aby wezwać ubogich, ułomnych, ślepych i chromych.
Ubodzy są oderwani od rzeczy tego świata. Ułomni są tymi, których praca jest wciąż niedoskonała, a jednak mogą otrzymać siłę dźwigając Krzyż. Ślepi są tymi, którzy nie usłyszeli jeszcze wołania prawdy, ale kiedy przyjmą ją z radością, będą mogli wejść na gody. Ponieważ pyszni odmówili przyjścia, ubodzy zostali wybrani. Ci, którzy zawierzyli samym sobie, którzy uważali się za silnych zostali odrzuceni i słabi, podczas gdy ci, którzy sobie nie ufali, wezwani zostali na ich miejsce. Doświadczeni w cielesności, światowości, ufający zmysłom i wiedzy nie przybyli, wybrani zostali więc ślepi, których zmysły umarły. Ci, którzy poślubili grzeszne życie nie mogli przyjść, Bóg woła więc wolnych, tych, którzy wybrali dobre życie.
Zauważcie, Drodzy Wierni, że to pan rozkazał im przybyć, mówiąc, że powinni do tego zostać przekonani. Przekonani, co oznacza, że z własnej woli by nie przybyli. Ale wola ich zostaje zmieniona Bożym Słowem. “Jak uwierzą temu, którego nie słyszeli” mówi św. Paweł w Liście do Rzymian. Zostają poruszeni przez perswazję prawdy, ponieważ prawda ze swojej natury prowadzi nas do jej zaakceptowania. Podczas gdy kłamstwa czynią nas niewolnikami nieprawości, prawda zmienia nas w sługi sprawiedliwości. Prawda jest przekonująca, ponieważ wyklucza błąd i wszelkie niesłuszne opinie.
Bóg pragnie aby nie tylko ślepi, chromi i biedni doprowadzeni byli do królestwa, ale także ci, którzy zagubili się na gościńcach i po opłotkach. Podążający szerokimi gościńcami są daleko od miasta Boga, a ci, którzy błąkają się po opłotkach są tymi, którzy pozostają pomiędzy dwoma obozami. Ludzie ci mają szansę nawrócić się i dostąpić Królestwa Bożego: pierwsi przez przyprowadzanie ich bliżej i bliżej Boga, inni przez otrzymanie balsamu miłosierdzia. Pan Bóg pragnie, aby Niebiosa były wypełnione. I Królestwo jego wypełnione będzie wieloma duszami, które cieszyć się będą mogły jego ucztą przez całą wieczność.
A jednak istnieją trzy grupy ludzi, o których powiedziane zostało już, że otrzymają straszliwy wyrok: “żaden z tych mężów, którzy byli wezwani, nie skosztuje wieczerzy mojej”. Ludzie ci będą wyrzuceni w ciemności zewnętrzne, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Odrzuceni, którzy nie wezmą udziału w radości Pana Jezusa są jednakże nieszczęśliwi i zazdroszczą dobra, które otrzymujemy przez Łaskę. Dlatego z dzisiejszą Ewangelią czytany jest list św. Jana, z którego dowiadujemy się, że nie powinniśmy się dziwić, że świat nas nienawidzi. Świat, dla którego nie ma miejsca na uczcie Pana Jezusa, który cierpi z powodu własnej woli i złości, zawsze będzie nienawidził tych, którzy cieszą się zaufaniem Pana.
I tak, Drodzy Wierni, wyciągnijmy wnioski z ostrzeżenia, które przekazuje nam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, abyśmy nie byli policzeni z tymi, którzy odmawiają przyjścia na gody, którzy odmawiają uczestnictwa w jego radości. Podążajmy za nauczaniem św. Jana, abyśmy miłowali się wzajemnie w tej miłości, którą ukazuje nam Pan Jezus w Najświętszej Ofierze, gdzie wszyscy spożywamy ten sam chleb, jako że wszyscy jesteśmy członkami jednego Mistycznego Ciała Chrystusa, który żyje i króluje na wieki wieków, Amen.
Dzisiejsza niedziela następuje po wielkiej uroczystości Bożego Ciała, Uroczystości podczas której czci się Pana Jezusa przygotowującego dla nas ucztę jego własnego Ciała i Krwi. W dzisiejszej ewangelii czytamy również o tym jak Pan Jezus przygotowuje dla nas inne święto, święto, które jest niczym innym, jak wypełnieniem tego, co Najświętszy Sakrament obiecuje i działa w nas, a co nazywamy życiem wiecznym. Nasz Pan Jezus Chrystus zaprasza nas, abyśmy radowali się w Niebie wiecznym z Nim zjednoczeniem. Pan Jezus po swoim Wniebowstąpieniu przygotował tam miejsce dla nas; uczta jest przygotowana i wielu jest zaproszonych. Pan Jezus jest Barankiem Bożym, Barankiem złożonym w wigilię Paschy, który daje nam na pokarm swoje własne Ciało.
Pan Jezus zaprasza na gody - życie wieczne, którym jednak nie są w stanie cieszyć się trzy kategorie ludzi, a raczej sa trzy grupy ludzi, którzy odmówili uczestniczenia w radości Pana Jezusa i którzy nie dostąpią raju.
Do pierwszej z tych grup należą ci, którz mówią Jezusowi “Kupiłem posiadłość” Są to ci, którzy przywiązani są do rzeczy tej ziemi. Posiadłość symbolizuje władzę, posiadanie i całą pychę, która się z nimi wiąże. Zauważcie, że nie oznacza to potrzeby lub konieczności zajmowania się posiadłością, jako że zaproszony nie twierdzi, że musi pracować na swojej ziemi, ale raczej pójść i ją zobaczyć. Pycha jest więc pierwszym grzechem który zostaje potępiony, ponieważ tak jak pierwszy człowiek nie chciał mieć Pana i wyrzucony został z Raju, tak pycha nie może istnieć na wiecznej uczcie Pana Jezusa. Jego wymówką jest potrzeba zajmowania się własnością, podczas gdy Pan Jezus powiedział, że tylko dla jednego powinniśmy się poświęcać. Dla polecenia “Sprzedaj wszystko, co masz, a daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, chodź ze mną”.
Drugą grupą są ci, którzy mówią “Kupiłem pięć par wołów, i idę je wypróbować”. Pięć par wołów oznacza pięć zmysłów, które nakładają na nas jarzmo poznawalnych zmysłami rzeczy tego świata. Przez porządanie, zmysły przestają być sługami, a stają się panami cielesnego człowieka, skupiając jego spojrzenie na ziemi, pochylając go nad orką na podobieństwo wołów. Ludzie tacy nie używają zmysłów do tego, do czego stworzył je Bóg, czyli podążania za dobrem, dobrem wiecznym, ale do podążania za ulotnymi przyjemnościami tego życia. Nie karmią oni swoich zmysłów tym co piękne i prawdziwe, ale próżnością ziemskiej przyjemności. I tak, ludzie ci nie usprawiedliwiają się koniecznością nakarmienia swoich wołów, ale tym, że muszą je wypróbować - czyli tylko ciekawością.
I wreszcie ci, których ciekawość zawiodła tak daleko, że popadli w grzech. Dusze ich przywiązały się do grzechu, czy też po prostu upodobali sobie oni stan grzechu. Dlatego człowiek taki nie prosi o usprawiedliwienie swojej nieobecności, ale stwierdza: “Nie mogę przyjść”. Jednak tak jak ten, który przybył na uroczystość bez szat godowych i został wyrzucony z królewskiego wesela, także i dusza przywiązana do grzechu nie może dostąpić uczty Pana Jezusa.
To są trzy grupy ludzi, którzy nie mogą dostąpić uczty Pana Jezusa, ponieważ ulegli pożądliwości oczu, pożądliwości ciała oraz pysze żywota. Pysze żywota ci, którzy chełpią się tym co posiadają, którzy kupili posiadłość. Pożądliwości oczu ci, którzy przywiązali swoje zmysły do spraw doczesnych, którzy jak woły przykuli się do ziemi. Pożądliwości ciała, najbardziej zniewalającej ze wszystkich, ci, którzy poślubili ciało i przyjemność, a nie dobro.
Z wieczerzy Pańskiej wyłączeni są także Poganie, Żydzi i heretycy. Poganie to ci, którzy przywiązali się do ziemi nie znając dobra, ale jedynie rzeczy materialne tego świata. Żydzi z kolei otrzymali prawo i poddali się jarzmu Mojżeszowych nakazów wyrytych na dwóch kamiennych tablicach. Pięć par wołów noszących jarzmo jest obrazem pięciu ksiąg Mojżeszowego prawa, które nakłada na lud Izraela ciężar prawa. Jarzmo, o którym św. Piotr, w piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich, mówi, że nikt nie jest w stanie go udźwignąć. Jarzmo, które było cielesne, ziemskie i materialistyczne. I wreszcie ci, którzy zostali zwiedzeni, a nawet uwiedzeni, przez błąd i porzucili prawdę aby go poślubić. Są oni jak ci, którzy poślubili oblubienicę która nie doprowadzi ich do wiecznej radości.
Kiedy słudzy powrócili do swojego pana oznajmiając, że zaproszeni wymówili się od dzielenia z nim radości, pan oburzył się i zagniewał. Kiedy mówimy o Bożym gniewie nie chcemy przez to powiedzieć, że Bóg cierpi, lub podlega jakiejkolwiek zmianie w wyniku działań człowieka, ale raczej odnosimy się do aktu kary, który podobny jest do działania ludzkiego w gniewie. Żaden z tych, którzy byli zaproszeni i odmówili, nie wejdzie na ucztę Pana, jak w swoim gniewie poprzysiągł Bóg.
Jednakże ta odmowa pychy jest paradoksalnie również łaską. Łaską dla tych, którzy nie zostali zaproszeni na początku. Tak jak odmowa Żydów była dla Boga powodem aby wezwać do prawdy pogan, tak i odmowa pysznych i możnych tego świata jest okazją aby wezwać ubogich, ułomnych, ślepych i chromych.
Ubodzy są oderwani od rzeczy tego świata. Ułomni są tymi, których praca jest wciąż niedoskonała, a jednak mogą otrzymać siłę dźwigając Krzyż. Ślepi są tymi, którzy nie usłyszeli jeszcze wołania prawdy, ale kiedy przyjmą ją z radością, będą mogli wejść na gody. Ponieważ pyszni odmówili przyjścia, ubodzy zostali wybrani. Ci, którzy zawierzyli samym sobie, którzy uważali się za silnych zostali odrzuceni i słabi, podczas gdy ci, którzy sobie nie ufali, wezwani zostali na ich miejsce. Doświadczeni w cielesności, światowości, ufający zmysłom i wiedzy nie przybyli, wybrani zostali więc ślepi, których zmysły umarły. Ci, którzy poślubili grzeszne życie nie mogli przyjść, Bóg woła więc wolnych, tych, którzy wybrali dobre życie.
Zauważcie, Drodzy Wierni, że to pan rozkazał im przybyć, mówiąc, że powinni do tego zostać przekonani. Przekonani, co oznacza, że z własnej woli by nie przybyli. Ale wola ich zostaje zmieniona Bożym Słowem. “Jak uwierzą temu, którego nie słyszeli” mówi św. Paweł w Liście do Rzymian. Zostają poruszeni przez perswazję prawdy, ponieważ prawda ze swojej natury prowadzi nas do jej zaakceptowania. Podczas gdy kłamstwa czynią nas niewolnikami nieprawości, prawda zmienia nas w sługi sprawiedliwości. Prawda jest przekonująca, ponieważ wyklucza błąd i wszelkie niesłuszne opinie.
Bóg pragnie aby nie tylko ślepi, chromi i biedni doprowadzeni byli do królestwa, ale także ci, którzy zagubili się na gościńcach i po opłotkach. Podążający szerokimi gościńcami są daleko od miasta Boga, a ci, którzy błąkają się po opłotkach są tymi, którzy pozostają pomiędzy dwoma obozami. Ludzie ci mają szansę nawrócić się i dostąpić Królestwa Bożego: pierwsi przez przyprowadzanie ich bliżej i bliżej Boga, inni przez otrzymanie balsamu miłosierdzia. Pan Bóg pragnie, aby Niebiosa były wypełnione. I Królestwo jego wypełnione będzie wieloma duszami, które cieszyć się będą mogły jego ucztą przez całą wieczność.
A jednak istnieją trzy grupy ludzi, o których powiedziane zostało już, że otrzymają straszliwy wyrok: “żaden z tych mężów, którzy byli wezwani, nie skosztuje wieczerzy mojej”. Ludzie ci będą wyrzuceni w ciemności zewnętrzne, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Odrzuceni, którzy nie wezmą udziału w radości Pana Jezusa są jednakże nieszczęśliwi i zazdroszczą dobra, które otrzymujemy przez Łaskę. Dlatego z dzisiejszą Ewangelią czytany jest list św. Jana, z którego dowiadujemy się, że nie powinniśmy się dziwić, że świat nas nienawidzi. Świat, dla którego nie ma miejsca na uczcie Pana Jezusa, który cierpi z powodu własnej woli i złości, zawsze będzie nienawidził tych, którzy cieszą się zaufaniem Pana.
I tak, Drodzy Wierni, wyciągnijmy wnioski z ostrzeżenia, które przekazuje nam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, abyśmy nie byli policzeni z tymi, którzy odmawiają przyjścia na gody, którzy odmawiają uczestnictwa w jego radości. Podążajmy za nauczaniem św. Jana, abyśmy miłowali się wzajemnie w tej miłości, którą ukazuje nam Pan Jezus w Najświętszej Ofierze, gdzie wszyscy spożywamy ten sam chleb, jako że wszyscy jesteśmy członkami jednego Mistycznego Ciała Chrystusa, który żyje i króluje na wieki wieków, Amen.
czwartek, 3 czerwca 2010
Na Uroczystość Bożego Ciała
Drodzy Wierni,
Nasz Pan Jezus Chrystus w wigilię swojej Męki, w Wielki Czwartek, rzekł uczniom, których umiłował: “Pożądaniem pożądałem pożywać tę Paschę z wami, zanimbył cierpiał”. Tak wielkie było to pragnienie, że Pan Jezus przepowiedział, przewidział i dokonał samego dzieła, aby pouczyć nas o wielkości tego sakramentu.
Czytamy w Księdze Rodzaju o tym jak Bóg zasadził drzewo w Rajskim Ogrodzie. W zasadzie istniały dwa drzewa specjalnie stworzone przez Boga: Drzewo poznania Dobra i Zła oraz Drzewo Życia (Rdz 2, 9). Adam i Ewa, stworzeni w stanie Łaski, byli przeznaczeni do czerpania z tego drzewa w celu zachowania swojej nieśmiertelności. Owoc Drzewa Życia nie był zakazany, przeciwnie, był im potrzebny dając życie i ochronę przed zepsuciem. To owoc Drzewa poznania Dobra i Zła był zakazany, jako że prowadził do zniszczenia niewinności oraz do grzechu.
Niestety, jak wiemy, nasi pierwsi rodzice nie byli posłuszni i zamiast zbierać owoce z drzewa, które dawało im życie, wybrali wiarę w kłamstwa diabła tracąc jednocześnie niewinność. Wraz z utratą Łaski stracili także prawo do korzystania z owoców Drzewa Życia. Bramy raju zamknęły się, a ludzkość, przez nieprzyjaźń z Bogiem, została poddana bólowi, cierpieniom, chorobom i śmierci. Bóg wygnał ich z Raju, aby nie mogli jeść owoców Drzewa Życia i żyć wiecznie (Rdz 3, 22)
Złożona została jednak obietnica, że dany nam będzie Ten, który przybędzie aby przywrócić to utracone przez grzech życie. Nasz Pan Jezus Chrystus, gdy wypełnił się czas, przyjął człowieczeństwo i zamieszkał między nami. A zatem, aby przywrócić porządek, utracony przez zerwanie owocu z drzewa, On sam poddał się cierpieniu, bólowi oraz śmierci, kiedy przybity został do drzewa Krzyża. Na Krzyżu Pan Jezus zawisł jako ofiara, ale także jako nauczyciel, dając wzór prawdziwej miłości. Na tym drzewie, Pan Jezus przywraca przyjaźń pomiędzy Bogiem i ludźmi. Z wysokości drzewa Krzyża, Pan Jezus rządzi swoim królestwem - królestwem bogatszym niż kiedykolwiek był Raj. Na tym Drzewie Nasz Pan Jezus Chrystus ofiaruje samego siebie jako ofiarę i jest to to drzewo, którego owoce mamy pożywać aby otrzymać życie wieczne.
W Księdze Rodzaju czytamy, w jaki sposób owoc z tego drzewa będzie nam dany. Patriarchę Abrahama odwiedziło trzech gości. Odpoczywali oni w cieniu drzewa. Mężowie ci mówili o jego synu, Izaaku, którego miał on ofiarować na tej samej górze, na którą Pan Jezus dźwigał swój krzyż - drzewo życia. Abraham stoczył już uprzednio walkę z mieszkańcami Sodomy, a Melchizedech złożył ofiarę jako dziękczynienie za to zwycięstwo. Jako król Salemu, to jest pokoju, Melchizedech, kapłan najwyższego Boga, błogosławił Abrahama składając ofiarę z chleba i wina. Podobnie Chrystus, w dziękczynieniu za zwycięstwo nad grzechem i śmiercią, na tym ołtarzu ofiaruje za nas, pod postaciami chleba i wina, swoje własne Ciało i Krew.
I tak, Drodzy Wierni, czcimy dzisiaj ten wielki sakrament który jest wypełnieniem wszystkich obietnic Pana Jezusa. Pan Nasz Jezus Chrystus obdarowuje nas w tym sakramencie Swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem, prawdziwie i substancjalnie obecnymi, mimo że ukrytymi pod postaciami chleba i wina. Postacie te jednocześnie symbolizują ich moc karmienia naszych dusz. Są też znakiem nieskończonej miłości Boga do nas, który używał tych samych symboli przez całe wieki aby oznajmić nadejście tej jedynej Ofiary odnawianej na naszych ołtarzach.
A zatem po Mszy adorować będziemy ten sakrament, jako że w nim Pan Jezus, prawdziwy Bóg, mieszka między nami. Pan Nasz Jezus Chrystus jest tam, obecny, jako źródło światłości i łaski dla nas wszystkich. Każda Komunia Święta którą przyjmujemy, Drodzy Wierni, jest fontanną olbrzymich łask a także obietnicą. Obietnicą, że jeśli pożywać będziemy z Drzewa Życia, otrzymamy żywot wieczny.
Amen.
Nasz Pan Jezus Chrystus w wigilię swojej Męki, w Wielki Czwartek, rzekł uczniom, których umiłował: “Pożądaniem pożądałem pożywać tę Paschę z wami, zanimbył cierpiał”. Tak wielkie było to pragnienie, że Pan Jezus przepowiedział, przewidział i dokonał samego dzieła, aby pouczyć nas o wielkości tego sakramentu.
Czytamy w Księdze Rodzaju o tym jak Bóg zasadził drzewo w Rajskim Ogrodzie. W zasadzie istniały dwa drzewa specjalnie stworzone przez Boga: Drzewo poznania Dobra i Zła oraz Drzewo Życia (Rdz 2, 9). Adam i Ewa, stworzeni w stanie Łaski, byli przeznaczeni do czerpania z tego drzewa w celu zachowania swojej nieśmiertelności. Owoc Drzewa Życia nie był zakazany, przeciwnie, był im potrzebny dając życie i ochronę przed zepsuciem. To owoc Drzewa poznania Dobra i Zła był zakazany, jako że prowadził do zniszczenia niewinności oraz do grzechu.
Niestety, jak wiemy, nasi pierwsi rodzice nie byli posłuszni i zamiast zbierać owoce z drzewa, które dawało im życie, wybrali wiarę w kłamstwa diabła tracąc jednocześnie niewinność. Wraz z utratą Łaski stracili także prawo do korzystania z owoców Drzewa Życia. Bramy raju zamknęły się, a ludzkość, przez nieprzyjaźń z Bogiem, została poddana bólowi, cierpieniom, chorobom i śmierci. Bóg wygnał ich z Raju, aby nie mogli jeść owoców Drzewa Życia i żyć wiecznie (Rdz 3, 22)
Złożona została jednak obietnica, że dany nam będzie Ten, który przybędzie aby przywrócić to utracone przez grzech życie. Nasz Pan Jezus Chrystus, gdy wypełnił się czas, przyjął człowieczeństwo i zamieszkał między nami. A zatem, aby przywrócić porządek, utracony przez zerwanie owocu z drzewa, On sam poddał się cierpieniu, bólowi oraz śmierci, kiedy przybity został do drzewa Krzyża. Na Krzyżu Pan Jezus zawisł jako ofiara, ale także jako nauczyciel, dając wzór prawdziwej miłości. Na tym drzewie, Pan Jezus przywraca przyjaźń pomiędzy Bogiem i ludźmi. Z wysokości drzewa Krzyża, Pan Jezus rządzi swoim królestwem - królestwem bogatszym niż kiedykolwiek był Raj. Na tym Drzewie Nasz Pan Jezus Chrystus ofiaruje samego siebie jako ofiarę i jest to to drzewo, którego owoce mamy pożywać aby otrzymać życie wieczne.
W Księdze Rodzaju czytamy, w jaki sposób owoc z tego drzewa będzie nam dany. Patriarchę Abrahama odwiedziło trzech gości. Odpoczywali oni w cieniu drzewa. Mężowie ci mówili o jego synu, Izaaku, którego miał on ofiarować na tej samej górze, na którą Pan Jezus dźwigał swój krzyż - drzewo życia. Abraham stoczył już uprzednio walkę z mieszkańcami Sodomy, a Melchizedech złożył ofiarę jako dziękczynienie za to zwycięstwo. Jako król Salemu, to jest pokoju, Melchizedech, kapłan najwyższego Boga, błogosławił Abrahama składając ofiarę z chleba i wina. Podobnie Chrystus, w dziękczynieniu za zwycięstwo nad grzechem i śmiercią, na tym ołtarzu ofiaruje za nas, pod postaciami chleba i wina, swoje własne Ciało i Krew.
I tak, Drodzy Wierni, czcimy dzisiaj ten wielki sakrament który jest wypełnieniem wszystkich obietnic Pana Jezusa. Pan Nasz Jezus Chrystus obdarowuje nas w tym sakramencie Swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem, prawdziwie i substancjalnie obecnymi, mimo że ukrytymi pod postaciami chleba i wina. Postacie te jednocześnie symbolizują ich moc karmienia naszych dusz. Są też znakiem nieskończonej miłości Boga do nas, który używał tych samych symboli przez całe wieki aby oznajmić nadejście tej jedynej Ofiary odnawianej na naszych ołtarzach.
A zatem po Mszy adorować będziemy ten sakrament, jako że w nim Pan Jezus, prawdziwy Bóg, mieszka między nami. Pan Nasz Jezus Chrystus jest tam, obecny, jako źródło światłości i łaski dla nas wszystkich. Każda Komunia Święta którą przyjmujemy, Drodzy Wierni, jest fontanną olbrzymich łask a także obietnicą. Obietnicą, że jeśli pożywać będziemy z Drzewa Życia, otrzymamy żywot wieczny.
Amen.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Na 3 Niedzielę po Wielkanocy
Drodzy Wierni,
W lekcji czytanej podczas dzisiejszej Mszy, będącej krótkim fragmentem pierwszego listu św. Piotra, święty autor przedstawia nam zwięzłe streszczenie zasad całego chrześcijańskiego życia. Św. Piotr zwraca się do nas słowami „Umiłowani”, ponieważ posiadając prawdziwą wiarę i obdarzeni Bożą łaską nosimy też w sobie znamię Jego miłości. Jako chrześcijanie, jako katolicy, otrzymaliśmy wielki dar: dar zjednoczenia z naszym Panem Jezusem Chrystusem dzięki Jego łasce i za pośrednictwem Jego Mistycznego Ciała, którym jest Kościół. Jako dzieciom Bożym przeznaczone jest nam nie ziemskie dziedzictwo, ale życie wieczne. A św. Piotr prosi nas usilnie, byśmy byli godni powołania, które otrzymaliśmy.
Zwraca się do nas jako do „przechodniów i gości”. Jesteśmy na tej ziemi jedynie przechodniami, ponieważ przeznaczeni jesteśmy do innego świata. Jesteśmy pielgrzymami, ponieważ nasza wędrówka przez to życie jest krótka, zmierzamy ku innemu celowi. Podobnie jak pielgrzymi znajdujemy się w drodze do miejsca świętego, jesteśmy w drodze do oglądania Boga. Nasze przemijające życie doczesne jest więc jedynie drogą pielgrzymowania, drogą pokuty i modlitwy, prowadzącą do naszego właściwego przeznaczenia. Św. Piotr nazywa nas przechodniami, obcymi, gdyż chrześcijanin rzeczywiście powinien być obcy zwyczajom i praktykom światowym. Podczas gdy świat poszukuje swej własnej czci, bogactwa i pychy, chrześcijanin powinien praktykować pokorę, ubóstwo i posłuszeństwo.
Jak mówi św. Piotr, powinniśmy „wstrzymać się od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy”. Dusza z samej swojej natury upodabnia się do tego, co kocha. Jeśli kocha rzeczy duchowe, rzeczy dobre, stawać się będzie dobrą. Stanie się, jak Bóg tego pragnął, Jego podobieństwem, które niesiemy w naczyniach glinianych. Jeśli dusza przywiąże się do tego, co jest dobre, będzie szczęśliwa. Jeśli jednak zajmować się będzie jedynie rzeczami doczesnymi i materialnymi, ulegnie zepsuciu, stawać się będzie coraz bardziej podobna do nikczemnych rzeczy tego świata co jednak nie da jej szczęścia, ponieważ rzeczy te nigdy nie będą w stanie jej zaspokoić. Z powodu rany zadanej naszej naturze przez grzech pierworodny, jest ona osłabiona i nieuoporządkowana – z trudnością przychodzi jej zajęcie się rzeczami duchowymi i wiele wysiłku trzeba, by zapanowała nad własnymi wrodzonymi władzami. Tę wojnę pomiędzy duszą a pożądliwością chrześcijanin ma obowiązek wytrwale prowadzić, zwłaszcza w tym świecie atakowanym przez grzech i błąd. Musimy starać się ze wszystkich naszych sił wygrać tę wojnę, toczoną przeciwko naszej duszy, gdyż pokój i szczęście możemy osiągnąć jedynie pokonawszy tych nieprzyjaciół naszej duszy – czyli pożądliwości.
Następnie św. Piotr wzywa nas do praktykowania cnót społecznych, prosi: „niech obcowanie wasze wśród pogan będzie dobre”. Nie ma tu na myśli jedynie rozmów, całe nasze zachowanie powinno być bez zarzutu wobec pogan, czyli tych, którzy jeszcze nie posiedli prawdziwej wiary. Rozmowa chrześcijan powinna być budująca, czyli powinna być zachętą i światłem przewodnim dla ludzi dobrej woli. Św. Piotr ma tu na myśli nie tylko nasze rozmowy, ale również wynikające z nich zachowanie.
Jakie to przygnębiające – widzieć chrześcijan używających danej im przez Boga zdolności do mówienia jedynie o rzeczach bezużytecznych, a niekiedy nawet grzesznych, do kłamania, wygłaszania oszczerstw i przeklinania. Będziemy sądzeni – Drodzy Przyjaciele – na podstawie tego, co mówimy: Zbawiciel mówi, że w dniu sądu zdamy rachunek z każdego niepotrzebnie wypowiedzianego słowa. Nasze rozmowy powinny odpowiadać łasce, jaką otrzymaliśmy. To właśnie w rozmowach ujawniamy najskrytsze pragnienia naszych serc: „Z obfitości serca mówią usta” [Mt 12,34], jak powiedział sam Pan Jezus. Posługując się konkretnymi słowami człowiek ujawnia, co najbardziej go zajmuje, swe pragnienia i zamiary. Różnica pomiędzy rurami wodociągowymi a kanalizacyjnymi polega na tym, co z nich wypływa – również dusza odkrywa swe wnętrze poprzez słowa, które wypowiada.
Niech więc nasze rozmowy, zwłaszcza z wyznawcami naszej wiary, będą zawsze budujące. Jednak św. Piotr mówi nawet więcej: niech nasze obcowanie (w tym i rozmowy) będzie dobre między poganami, nawet względem tych, którzy mówią złe rzeczy przeciwko nam. Wszyscy z nas, niezależnie od naszego powołania i miejsca życia, jesteśmy często narażeni na kontakt z ludźmi, których rozmowy nie są budujące, często natomiast niegodne i nieczyste, skażone przez ten świat. Musimy nie tylko wystrzegać się, byśmy nie zostali zbrukani przez ten rodzaj złych rozmów, musimy je również aktywnie zwalczać. Nie można pozwolić na używanie Imienia Boga nadaremno – dobrze jest przypomnieć duszy moc jej słów, a zwrócenie komuś uwagi, by nie mówił takich a takich rzeczy jest w istocie komplementem, gdyż oznacza, że słucha się tego, co mówi i bierze jego słowa poważnie. Chrześcijanin ma obowiązek zmienić temat rozmowy, której tematem stało się zgorszenie czy grzech. Kłamstw nie można tolerować, i lepiej nie rozpoczynać nawet rozmowy z osobą, która usiłuje zniesławić dobre imię osoby trzeciej. „Złe rozmowy psują dobre obyczaje” [1Kor 15,33] mówi św. Paweł, a często jedynym, czego potrzeba do zniszczenia duszy to zezwolenie jej by mówiła o rzeczach, o których mówić nie powinna. Nasze słowa stanowią bowiem często wstęp do uczynków, a o tym, o czym się najpierw mówi, myśli się następnie często, często też wciela się w życie to, co jest uprzednio przedmiotem rozmowy.
Prowadząc prawdziwie chrześcijańskie rozmowy zwalczamy zło wokół nas i równocześnie kładziemy fundament pod przyszłe dobro, jak mówi św. Piotr o poganach: „Aby przypatrzywszy się dobrym uczynkom waszym, chwalili Boga w ‘dzień nawiedzenia’”. Bóg udziela łaski wszystkim, każdemu zgodnie ze swą wszechmocną Opatrznością. To przez tę łaskę: łaskę natchnienia, dobrych myśli, dobrej intencji, skruchy – Bóg nawiedza nasze dusze. Ów moment łaski jest często bardzo krótki i nie powróci po raz kolejny – jest jak wizyta gościa, którego przyjmiemy, albo pozostawimy przed zamkniętymi drzwiami. Jeśli poganie zobaczą u nas owo „dobre obcowanie”, co z kolei doprowadzi ich do dobrych uczynków, wówczas ta wizyta Ducha Bożego nie będzie daremna, ale ku chwale Jego łaski. Mamy obowiązek – Drodzy Przyjaciele – być narzędziami tej łaski w stosunku do żyjących wokół nas ludzi. Tak, jak Bóg nie daje nam światła i ciepła bez słońca, tak również wedle swej odwiecznej woli posługuje się nami jako swymi narzędziami, każdym odpowiednio do jego stanu i miejsca życia. Jest wielu ludzi, którzy być może od wielu lat nie widzieli kapłana, wy ich jednak spotykacie, w miejscu waszej pracy, w centrach handlowych, czy nawet jako gości w domach waszych lub waszych krewnych. Podobnie jak paralityk z Ewangelii nie są oni już w stanie się poruszyć – z tego czy innego powodu nie chodzą do kościoła, rzadko przyjmują sakramenty, nie widują się w księżmi. Jednak wy możecie wpłynąć na tych ludzi. Możecie być odpowiednikami tych, którzy przynieśli owego paralityka do Chrystusa Pana, aby mógł zostać uleczony. Ale jedynym sposobem, byście naprawdę mieli na nich wpływ, jest wasz własny przykład, dawany poprzez wasze słowa i uczynki.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, podążajmy za radą św. Piotra odnośnie naszych rozmów i obcowania z bliźnimi. Udziela nam on dziś również wielu innych nauk, nauczmy się jednak wpierw praktykować tę pierwszą cnotę, a inne przyjdą z czasem. Niech nasze „obcowanie będzie w niebie”, jak prosi św. Paweł, abyśmy mogli już podczas tego doczesnego życia cieszyć się w naszych duszach tą radością, która płynie z czystego sumienia, a która będzie naszym udziałem przez całą wieczność, jeśli tylko pozostaniemy wierni Chrystusowi Panu. Amen.
W lekcji czytanej podczas dzisiejszej Mszy, będącej krótkim fragmentem pierwszego listu św. Piotra, święty autor przedstawia nam zwięzłe streszczenie zasad całego chrześcijańskiego życia. Św. Piotr zwraca się do nas słowami „Umiłowani”, ponieważ posiadając prawdziwą wiarę i obdarzeni Bożą łaską nosimy też w sobie znamię Jego miłości. Jako chrześcijanie, jako katolicy, otrzymaliśmy wielki dar: dar zjednoczenia z naszym Panem Jezusem Chrystusem dzięki Jego łasce i za pośrednictwem Jego Mistycznego Ciała, którym jest Kościół. Jako dzieciom Bożym przeznaczone jest nam nie ziemskie dziedzictwo, ale życie wieczne. A św. Piotr prosi nas usilnie, byśmy byli godni powołania, które otrzymaliśmy.
Zwraca się do nas jako do „przechodniów i gości”. Jesteśmy na tej ziemi jedynie przechodniami, ponieważ przeznaczeni jesteśmy do innego świata. Jesteśmy pielgrzymami, ponieważ nasza wędrówka przez to życie jest krótka, zmierzamy ku innemu celowi. Podobnie jak pielgrzymi znajdujemy się w drodze do miejsca świętego, jesteśmy w drodze do oglądania Boga. Nasze przemijające życie doczesne jest więc jedynie drogą pielgrzymowania, drogą pokuty i modlitwy, prowadzącą do naszego właściwego przeznaczenia. Św. Piotr nazywa nas przechodniami, obcymi, gdyż chrześcijanin rzeczywiście powinien być obcy zwyczajom i praktykom światowym. Podczas gdy świat poszukuje swej własnej czci, bogactwa i pychy, chrześcijanin powinien praktykować pokorę, ubóstwo i posłuszeństwo.
Jak mówi św. Piotr, powinniśmy „wstrzymać się od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy”. Dusza z samej swojej natury upodabnia się do tego, co kocha. Jeśli kocha rzeczy duchowe, rzeczy dobre, stawać się będzie dobrą. Stanie się, jak Bóg tego pragnął, Jego podobieństwem, które niesiemy w naczyniach glinianych. Jeśli dusza przywiąże się do tego, co jest dobre, będzie szczęśliwa. Jeśli jednak zajmować się będzie jedynie rzeczami doczesnymi i materialnymi, ulegnie zepsuciu, stawać się będzie coraz bardziej podobna do nikczemnych rzeczy tego świata co jednak nie da jej szczęścia, ponieważ rzeczy te nigdy nie będą w stanie jej zaspokoić. Z powodu rany zadanej naszej naturze przez grzech pierworodny, jest ona osłabiona i nieuoporządkowana – z trudnością przychodzi jej zajęcie się rzeczami duchowymi i wiele wysiłku trzeba, by zapanowała nad własnymi wrodzonymi władzami. Tę wojnę pomiędzy duszą a pożądliwością chrześcijanin ma obowiązek wytrwale prowadzić, zwłaszcza w tym świecie atakowanym przez grzech i błąd. Musimy starać się ze wszystkich naszych sił wygrać tę wojnę, toczoną przeciwko naszej duszy, gdyż pokój i szczęście możemy osiągnąć jedynie pokonawszy tych nieprzyjaciół naszej duszy – czyli pożądliwości.
Następnie św. Piotr wzywa nas do praktykowania cnót społecznych, prosi: „niech obcowanie wasze wśród pogan będzie dobre”. Nie ma tu na myśli jedynie rozmów, całe nasze zachowanie powinno być bez zarzutu wobec pogan, czyli tych, którzy jeszcze nie posiedli prawdziwej wiary. Rozmowa chrześcijan powinna być budująca, czyli powinna być zachętą i światłem przewodnim dla ludzi dobrej woli. Św. Piotr ma tu na myśli nie tylko nasze rozmowy, ale również wynikające z nich zachowanie.
Jakie to przygnębiające – widzieć chrześcijan używających danej im przez Boga zdolności do mówienia jedynie o rzeczach bezużytecznych, a niekiedy nawet grzesznych, do kłamania, wygłaszania oszczerstw i przeklinania. Będziemy sądzeni – Drodzy Przyjaciele – na podstawie tego, co mówimy: Zbawiciel mówi, że w dniu sądu zdamy rachunek z każdego niepotrzebnie wypowiedzianego słowa. Nasze rozmowy powinny odpowiadać łasce, jaką otrzymaliśmy. To właśnie w rozmowach ujawniamy najskrytsze pragnienia naszych serc: „Z obfitości serca mówią usta” [Mt 12,34], jak powiedział sam Pan Jezus. Posługując się konkretnymi słowami człowiek ujawnia, co najbardziej go zajmuje, swe pragnienia i zamiary. Różnica pomiędzy rurami wodociągowymi a kanalizacyjnymi polega na tym, co z nich wypływa – również dusza odkrywa swe wnętrze poprzez słowa, które wypowiada.
Niech więc nasze rozmowy, zwłaszcza z wyznawcami naszej wiary, będą zawsze budujące. Jednak św. Piotr mówi nawet więcej: niech nasze obcowanie (w tym i rozmowy) będzie dobre między poganami, nawet względem tych, którzy mówią złe rzeczy przeciwko nam. Wszyscy z nas, niezależnie od naszego powołania i miejsca życia, jesteśmy często narażeni na kontakt z ludźmi, których rozmowy nie są budujące, często natomiast niegodne i nieczyste, skażone przez ten świat. Musimy nie tylko wystrzegać się, byśmy nie zostali zbrukani przez ten rodzaj złych rozmów, musimy je również aktywnie zwalczać. Nie można pozwolić na używanie Imienia Boga nadaremno – dobrze jest przypomnieć duszy moc jej słów, a zwrócenie komuś uwagi, by nie mówił takich a takich rzeczy jest w istocie komplementem, gdyż oznacza, że słucha się tego, co mówi i bierze jego słowa poważnie. Chrześcijanin ma obowiązek zmienić temat rozmowy, której tematem stało się zgorszenie czy grzech. Kłamstw nie można tolerować, i lepiej nie rozpoczynać nawet rozmowy z osobą, która usiłuje zniesławić dobre imię osoby trzeciej. „Złe rozmowy psują dobre obyczaje” [1Kor 15,33] mówi św. Paweł, a często jedynym, czego potrzeba do zniszczenia duszy to zezwolenie jej by mówiła o rzeczach, o których mówić nie powinna. Nasze słowa stanowią bowiem często wstęp do uczynków, a o tym, o czym się najpierw mówi, myśli się następnie często, często też wciela się w życie to, co jest uprzednio przedmiotem rozmowy.
Prowadząc prawdziwie chrześcijańskie rozmowy zwalczamy zło wokół nas i równocześnie kładziemy fundament pod przyszłe dobro, jak mówi św. Piotr o poganach: „Aby przypatrzywszy się dobrym uczynkom waszym, chwalili Boga w ‘dzień nawiedzenia’”. Bóg udziela łaski wszystkim, każdemu zgodnie ze swą wszechmocną Opatrznością. To przez tę łaskę: łaskę natchnienia, dobrych myśli, dobrej intencji, skruchy – Bóg nawiedza nasze dusze. Ów moment łaski jest często bardzo krótki i nie powróci po raz kolejny – jest jak wizyta gościa, którego przyjmiemy, albo pozostawimy przed zamkniętymi drzwiami. Jeśli poganie zobaczą u nas owo „dobre obcowanie”, co z kolei doprowadzi ich do dobrych uczynków, wówczas ta wizyta Ducha Bożego nie będzie daremna, ale ku chwale Jego łaski. Mamy obowiązek – Drodzy Przyjaciele – być narzędziami tej łaski w stosunku do żyjących wokół nas ludzi. Tak, jak Bóg nie daje nam światła i ciepła bez słońca, tak również wedle swej odwiecznej woli posługuje się nami jako swymi narzędziami, każdym odpowiednio do jego stanu i miejsca życia. Jest wielu ludzi, którzy być może od wielu lat nie widzieli kapłana, wy ich jednak spotykacie, w miejscu waszej pracy, w centrach handlowych, czy nawet jako gości w domach waszych lub waszych krewnych. Podobnie jak paralityk z Ewangelii nie są oni już w stanie się poruszyć – z tego czy innego powodu nie chodzą do kościoła, rzadko przyjmują sakramenty, nie widują się w księżmi. Jednak wy możecie wpłynąć na tych ludzi. Możecie być odpowiednikami tych, którzy przynieśli owego paralityka do Chrystusa Pana, aby mógł zostać uleczony. Ale jedynym sposobem, byście naprawdę mieli na nich wpływ, jest wasz własny przykład, dawany poprzez wasze słowa i uczynki.
Tak więc, Drodzy Przyjaciele, podążajmy za radą św. Piotra odnośnie naszych rozmów i obcowania z bliźnimi. Udziela nam on dziś również wielu innych nauk, nauczmy się jednak wpierw praktykować tę pierwszą cnotę, a inne przyjdą z czasem. Niech nasze „obcowanie będzie w niebie”, jak prosi św. Paweł, abyśmy mogli już podczas tego doczesnego życia cieszyć się w naszych duszach tą radością, która płynie z czystego sumienia, a która będzie naszym udziałem przez całą wieczność, jeśli tylko pozostaniemy wierni Chrystusowi Panu. Amen.
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Poniedziałek Wielkanocny
Drodzy wierni,
W ten dzień, dzień po Zmartwychwstaniu Pańskim, będącym niejako blaskiem zwycięstwa Zbawiciela nad grzechem i śmiercią, jesteśmy świadkami jednego z najbardziej poruszających spotkań Zmartwychwstałego Pana z uczniami. Jak mówi nam dziś święty Piotr, Pan Jezus nie objawił się po swym Zmartwychwstaniu całemu ludowi, ale wybranym świadkom, zwłaszcza duszom Mu najbliższym i tym, którzy mieli zostać przez Niego posłani. Podobnie jak podczas swej Męki, Chrystus będzie uczył swych przyjaciół najgłębszych tajemnic swego Serca, jednak względem swych wrogów zachowa milczenie - po Zmartwychwstaniu ukaże więc przyjaciołom swe chwalebne rany, do swych wrogów nie wypowie jednak ani słowa, by ich serca nie stały się jeszcze bardziej zatwardziałe w grzechu.
Jak Zbawiciel zapowiedział, Jego Męka stała się wielkim szokiem i zgorszeniem dla uczniów, dwóch spośród nich, którzy udawali się w podróż do Emaus, nie stanowiło bynajmniej wyjątku. Oczywiście wierzyli oni w Chrystusa, jednak ich wiara nadal daleka była od doskonałości. Byli tak przyzwyczajeni do widoku mocy Zbawiciela dokonującego na ich oczach cudów, że brutalna i upokarzająca śmierć krzyżowa wydawała się im niemożliwością. A przecież nie mieli powodu by wątpić w Zmartwychwstanie – Pan Jezus wskrzesił przecież uprzednio Łazarza i wielu innych, mieli też świadectwo świętych niewiast. Jednak ich serca były tak przywiązane do światowej chwały, że nie mogli zaakceptować tajemnicy Krzyża.
Dlatego Zbawiciel gani ich łagodnie i w sposób pełen miłości: „O głupi a leniwego serca do wierzenia temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy!” [Łk 24]. Chrystus nazywa ich głupimi, ponieważ nie wierzyli świadectwu wiarygodnych świadków, są leniwego serca, ponieważ ich serca obciążone są doczesnymi troskami. Jednak Pan Jezus widzi w nich słabą wiarę, która może być doprowadzona do doskonałości, więc poucza ich: „Czyż nie było potrzeba, aby to cierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej?”
Przez te słowa Chrystus Pan poucza swych uczniów oraz nas o konieczności swej Męki. Z pewnością Bóg nie musiał nas zbawiać i Pan Jezus ofiarował się na Krzyżu za nasze zbawienie w sposób wolny. Nasze Odkupienie jest w całości aktem miłosierdzia – jest jednak również aktem sprawiedliwości. Dla naszego zbawienia konieczne było, by Chrystus został wywyższony na Krzyżu. Ewangelia nawiązuje do tego, wspominając, że „Począwszy od Mojżesza i wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich pismach o Nim było”. Wyjaśnił już wcześniej Nikodemowi, że „tak jak Mojżesz podwyższył węża na pustyni, tak trzeba, aby podwyższony był Syn Człowieczy, aby wszelki, który weń uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” [J3,14-15].
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Zbawiciel musiał cierpieć, a było to - jak to wyjaśnił swym uczniom - wstąpienie do Jego chwały. Pan Jezus pouczył nas, że kto się uniża, będzie wywyższony, było więc czymś odpowiednim, by pouczył nas o tym przez własne upokorzenie, podobnie jak ukazuje nam nagrodę poprzez własne Zmartwychwstanie. Jak mówi święty Paweł „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci, a śmierci krzyżowej. Dlatego i Bóg wywyższył go i darował mu imię, przewyższające wszelkie imię. (..) żeby wszelki język wyznawał, że Pan Jezus jest w chwale Boga Ojca” [Fil 2,8].
Jednak Zbawiciel cierpiał swą Mękę dlatego, że taka była wola Jego Ojca, stając się posłusznym aż do śmierci. W ten sposób zmazał nieposłuszeństwo grzechu i współdziałał w wypełnianiu wszystkiego, co Bóg obiecał.
Z dnia dzisiejszego musimy wyciągnąć jednak jeszcze jedna naukę, drodzy wierni, musimy zrozumieć, że również my jesteśmy wezwani do uczestnictwa w tej tajemnicy. Przez chrzest stajemy się członkami Chrystusa, a nawet, jak mówi święty Paweł, jesteśmy w Niego wszczepieni: „Jeśli bowiem zostaliśmy wszczepieni w podobieństwo jego śmierci, to będziemy i w zmartwychwstanie (…) żebyśmy i my chodzili w nowości życia” [Rz 6].To właśnie przez tę tajemnicę nasze uczynki i cierpienia zyskują wartość wieczną. Nasze krzyże, nasze codzienne cierpienia dokonują tej samej tajemnicy w nas, byśmy mogli powstać do nowego, wspanialszego życia. Bez tego zjednoczenia z Chrystusem, pozostaje nam jedynie smutek, śmierć i tragedia. Jak mówi święty Paweł „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest wiara wasza, bo jeszcze jesteście w grzechach waszych” [1Kor 15,17]. A jednak Chrystus powstał z martwych, dając nawet naszemu codziennemu umieraniu nową nadzieję, czyniąc cierpienie narzędziem pomagającym wkroczyć do Jego chwały.
Tak więc, drodzy wierni, rozpoczynając ten święty okres, miejmy zawsze przed oczyma naszego Zmartwychwstałego Zbawiciela. Jego chwała, Jego nieśmiertelność, staną się również naszym udziałem, jeśli tylko pozostaniemy Mu wierni, zwłaszcza w rzeczach będących ceną Jego chwały, Jego cierpieniach. Błagajmy więc Tę, która stała u stóp Krzyża, którą Zbawiciel pozostawił nam jako Matkę zwłaszcza w naszych cierpieniach, byśmy za Jej wstawiennictwem mogli cieszyć się kiedyś chwałą i szczęściem wiecznego życia, na wieki wieków. Amen.
W ten dzień, dzień po Zmartwychwstaniu Pańskim, będącym niejako blaskiem zwycięstwa Zbawiciela nad grzechem i śmiercią, jesteśmy świadkami jednego z najbardziej poruszających spotkań Zmartwychwstałego Pana z uczniami. Jak mówi nam dziś święty Piotr, Pan Jezus nie objawił się po swym Zmartwychwstaniu całemu ludowi, ale wybranym świadkom, zwłaszcza duszom Mu najbliższym i tym, którzy mieli zostać przez Niego posłani. Podobnie jak podczas swej Męki, Chrystus będzie uczył swych przyjaciół najgłębszych tajemnic swego Serca, jednak względem swych wrogów zachowa milczenie - po Zmartwychwstaniu ukaże więc przyjaciołom swe chwalebne rany, do swych wrogów nie wypowie jednak ani słowa, by ich serca nie stały się jeszcze bardziej zatwardziałe w grzechu.
Jak Zbawiciel zapowiedział, Jego Męka stała się wielkim szokiem i zgorszeniem dla uczniów, dwóch spośród nich, którzy udawali się w podróż do Emaus, nie stanowiło bynajmniej wyjątku. Oczywiście wierzyli oni w Chrystusa, jednak ich wiara nadal daleka była od doskonałości. Byli tak przyzwyczajeni do widoku mocy Zbawiciela dokonującego na ich oczach cudów, że brutalna i upokarzająca śmierć krzyżowa wydawała się im niemożliwością. A przecież nie mieli powodu by wątpić w Zmartwychwstanie – Pan Jezus wskrzesił przecież uprzednio Łazarza i wielu innych, mieli też świadectwo świętych niewiast. Jednak ich serca były tak przywiązane do światowej chwały, że nie mogli zaakceptować tajemnicy Krzyża.
Dlatego Zbawiciel gani ich łagodnie i w sposób pełen miłości: „O głupi a leniwego serca do wierzenia temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy!” [Łk 24]. Chrystus nazywa ich głupimi, ponieważ nie wierzyli świadectwu wiarygodnych świadków, są leniwego serca, ponieważ ich serca obciążone są doczesnymi troskami. Jednak Pan Jezus widzi w nich słabą wiarę, która może być doprowadzona do doskonałości, więc poucza ich: „Czyż nie było potrzeba, aby to cierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej?”
Przez te słowa Chrystus Pan poucza swych uczniów oraz nas o konieczności swej Męki. Z pewnością Bóg nie musiał nas zbawiać i Pan Jezus ofiarował się na Krzyżu za nasze zbawienie w sposób wolny. Nasze Odkupienie jest w całości aktem miłosierdzia – jest jednak również aktem sprawiedliwości. Dla naszego zbawienia konieczne było, by Chrystus został wywyższony na Krzyżu. Ewangelia nawiązuje do tego, wspominając, że „Począwszy od Mojżesza i wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich pismach o Nim było”. Wyjaśnił już wcześniej Nikodemowi, że „tak jak Mojżesz podwyższył węża na pustyni, tak trzeba, aby podwyższony był Syn Człowieczy, aby wszelki, który weń uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” [J3,14-15].
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Zbawiciel musiał cierpieć, a było to - jak to wyjaśnił swym uczniom - wstąpienie do Jego chwały. Pan Jezus pouczył nas, że kto się uniża, będzie wywyższony, było więc czymś odpowiednim, by pouczył nas o tym przez własne upokorzenie, podobnie jak ukazuje nam nagrodę poprzez własne Zmartwychwstanie. Jak mówi święty Paweł „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci, a śmierci krzyżowej. Dlatego i Bóg wywyższył go i darował mu imię, przewyższające wszelkie imię. (..) żeby wszelki język wyznawał, że Pan Jezus jest w chwale Boga Ojca” [Fil 2,8].
Jednak Zbawiciel cierpiał swą Mękę dlatego, że taka była wola Jego Ojca, stając się posłusznym aż do śmierci. W ten sposób zmazał nieposłuszeństwo grzechu i współdziałał w wypełnianiu wszystkiego, co Bóg obiecał.
Z dnia dzisiejszego musimy wyciągnąć jednak jeszcze jedna naukę, drodzy wierni, musimy zrozumieć, że również my jesteśmy wezwani do uczestnictwa w tej tajemnicy. Przez chrzest stajemy się członkami Chrystusa, a nawet, jak mówi święty Paweł, jesteśmy w Niego wszczepieni: „Jeśli bowiem zostaliśmy wszczepieni w podobieństwo jego śmierci, to będziemy i w zmartwychwstanie (…) żebyśmy i my chodzili w nowości życia” [Rz 6].To właśnie przez tę tajemnicę nasze uczynki i cierpienia zyskują wartość wieczną. Nasze krzyże, nasze codzienne cierpienia dokonują tej samej tajemnicy w nas, byśmy mogli powstać do nowego, wspanialszego życia. Bez tego zjednoczenia z Chrystusem, pozostaje nam jedynie smutek, śmierć i tragedia. Jak mówi święty Paweł „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest wiara wasza, bo jeszcze jesteście w grzechach waszych” [1Kor 15,17]. A jednak Chrystus powstał z martwych, dając nawet naszemu codziennemu umieraniu nową nadzieję, czyniąc cierpienie narzędziem pomagającym wkroczyć do Jego chwały.
Tak więc, drodzy wierni, rozpoczynając ten święty okres, miejmy zawsze przed oczyma naszego Zmartwychwstałego Zbawiciela. Jego chwała, Jego nieśmiertelność, staną się również naszym udziałem, jeśli tylko pozostaniemy Mu wierni, zwłaszcza w rzeczach będących ceną Jego chwały, Jego cierpieniach. Błagajmy więc Tę, która stała u stóp Krzyża, którą Zbawiciel pozostawił nam jako Matkę zwłaszcza w naszych cierpieniach, byśmy za Jej wstawiennictwem mogli cieszyć się kiedyś chwałą i szczęściem wiecznego życia, na wieki wieków. Amen.
czwartek, 4 marca 2010
Mit o interpretacji Vaticanum II zgodnie z Tradycją
[Slide 1] :
Czy możliwe jest interpretowanie
Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji?
Drodzy wierni, drodzy organizatorzy,
Chciałbym rozpocząć tę konferencję od krótkiego zadeklarowania mojej intencji. Jej tytuł jest w zasadzie pytaniem: „Czy możliwe jest interpretowanie Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji?”. Jest to pytanie, które samo w sygnalizuje istnienie pewnych problemów. Nigdy nie słyszymy o interpretacji, dajmy na to, Soboru Trydenckiego, w świetle Tradycji. Wręcz przeciwnie, Sobór Trydencki, podobnie jak zwołany w roku 1870 Pierwszy Sobór Watykański, są raczej częścią Tradycji w tym sensie, że definiują wiele dogmatów wiary koniecznych do zbawienia.
Na przykład dogmat o nieomylności papieskiej zdefiniowany został podczas Pierwszego Soboru Watykańskiego, podobnie jak różne kwestie dotyczące Objawienia. Różne dekrety Soboru Trydenckiego zdefiniowały po wsze czasy, wbrew tezom protestanckich rewolucjonistów, dogmaty dotyczące natury łaski oraz wiary, podobnie jak określiły definitywnie liczbę sakramentów. Moglibyśmy wymienić również inne sobory, których dekrety i definicje stanowią część magisterium Kościoła. Tak więc w odniesieniu do innych soborów powszechnych Kościoła nie mówimy o ich interpretowaniu w świetle Tradycji, ale że tworzą one część Tradycji.
Dlatego już tytuł niniejszej konferencji stanowi poważne oskarżenie pod adresem Soboru – jeśli w ogóle musimy zastanawiać się nad taką możliwością, implikujemy przez to, że sam Sobór nie stwierdził, że stanowi magisterium Kościoła czy echo Tradycji. Na takie pytanie można by odpowiedzieć, że sam Sobór nie stanowi części Depozytu Objawienia – ponieważ Objawienie wymaga przylgnięcia wiary, a nie interpretacji. Sobory Poprzedzające Vaticanum II definiowały wiarę, w odniesieniu do niego natomiast można jedynie powiedzieć, że - wedle słów samego Ojca Świętego - po dziś dzień trwają próby jego poprawnej interpretacji.
[Slide 2] :
Mit o interpretacji Vaticanum IIzgodnie z Tradycją
W trakcie tej konferencji chciałbym przede wszystkim przedstawić historyczne tło Soboru, rzucające światło na to, w jaki sposób powinien on być interpretowany. Ograniczymy się przy tym do mów papieskich oraz oficjalnych dokumentów mówiących o autorytecie, czy randze teologicznej Soboru. Przekonamy się, że tak zwana interpretacja Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji jest po prostu niemożliwa, ponieważ byłoby to sprzeczne z intencją samych Ojców Soborowych.
Później, na koniec tej konferencji, chciałbym powiedzieć parę słów na temat mających aktualnie miejsce dyskusji doktrynalnych pomiędzy Bractwem Świętego Piusa X a Kongregacją Nauki Wiary. Jak z pewnością dobrze wiecie, dyskusje te mają ścisły związek z poruszanym dziś tematem, kwestią, czy Vaticanum II może być interpretowane w świetle Tradycji, a jeśli tak, to w jaki sposób. Chciałbym poprzedzić tę konferencję uwagą, iż pomimo, że jestem kapłanem Bractwa i znam osobiście niemal wszystkich członków komisji reprezentujących Bractwo w Rzymie, nie biorę w nich jednak udziału i mogę przekazać jedynie informacje, znane już opinii publicznej. Większość przedstawicieli występujących z ramienia Bractwa poznałem podczas pracy duszpasterskiej w Genewie, gdzie zajmowałem się tez tłumaczeniem z francuskiego wewnętrznego biuletynu Bractwa oraz kilku krytycznych analiz nowej Mszy i ekumenizmu, zwłaszcza książki „Od ekumenizmu do milczącej apostazji”, za które byłem osobiście odpowiedzialny. Obowiązkiem tłumacza jest maksymalna wierność oryginalnemu tekstowi, podobnie więc chciałbym przedstawić wam wiernie stanowisko Bractwa względem Soboru. Nie pełnię jednak żadnych funkcji kierowniczych w Bractwie, nie posiadam też bezpośredniej wiedzy na temat negocjacji, sugeruję więc, by w przypadku wystąpienia pewnych różnic w sposobie wyrażania się, jak to często bywa w przypadku tłumaczeń, jako autorytatywne źródło traktować oficjalne komunikaty Domu Generalnego Bractwa Świętego Piusa X.
Rozpocznijmy więc od przedstawienia kilku faktów historycznych.
Istnieje powszechny consensus co do tego, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat Kościół katolicki cierpi z powodu tego, co określa się zazwyczaj jako kryzys tożsamości. Nieustannie pogarszają się wskaźniki jego wzrostu i żywotności. Każdy nowy dzień przynosi doniesienia o kolejnych skandalach i co za tym idzie upadek autorytetu Kościoła – w umysłach zwykłych, szeregowych katolików panują ignorancję i błąd. Nawet niekatolicy dostrzegają ten spadek żywotności Kościoła.
Wydaje się stanowić rażący kontrast ze stanem Kościoła bezpośrednio przed soborem. Na powyższych slajdach mogą Państwo zobaczyć rozmaite statystyki, oddające w pewnym stopniu żywotność Kościoła przed i po Vaticanum II.
[Slide 3]
[Slide 4]
[Slide 5]
W roku 1958 Instytut Gallupa donosił, że trzech na czterech katolików uczestniczy w Mszy świętej niedzielnej. Obecne badania przeprowadzone przez University of Notre Dame wykazały, że w Mszy niedzielnej uczestniczy jedynie jedna czwarta katolików. Jedynie 10% świeckich nauczycieli religii akceptuje katolickie nauczanie dotyczące antykoncepcji. Pięćdziesiąt trzy procent uważa, że można dokonać aborcji i pozostać dobrym katolikiem. Sześćdziesiąt pięć procent wierzy, że katolicy mogą rozwodzić się i zawierać nowe związki małżeńskie. Siedemdziesiąt siedem procent uważa, że można być dobrym katolikiem nie uczestnicząc w niedzielnej Mszy. Według sondażu przeprowadzonego przez New York Times siedemdziesiąt procent wszystkich katolików w grupie wiekowej miedzy osiemnaście a czterdzieści cztery lata uważa, że Eucharystia jest jedynie „symbolicznym wspominaniem” Jezusa.Pat Buchanan 11 grudnia 2002, Town Hall magazine
Co się stało? Co stało się z ową nową wiosną Kościoła , którą przynieść miała soborowa odnowa? Myślę, że niemal wszyscy podzielają odczucia papieża, który w roku 1984, jeszcze jako kar. Ratzinger, powiedział:
[Slide 6]
Jaka jest więc przyczyna tego bezprecedensowego kryzysu w Kościele? Nie ulega wątpliwości, że w pewien sposób źródłem problemu musi być sam sobór, jako że okres powolnego upadku rozpoczyna się czasu, gdy zakończył on swe obrady. W oczywisty sposób problemy, z jakimi mamy obecnie do czynienia, są w jakiś sposób powiązane z soborem, z tym w jaki sposób jest on interpretowany oraz wdrażany w życie. Bujny wzrost życia katolickiego, i to pomimo dwóch wojen światowych, został nagle zahamowany, zastopowany i przeobraził się w bezprecedensowy upadek.„Z pewnością rezultaty (II Soboru Watykańskiego] wydają się być w okrutny sposób sprzeczne z oczekiwaniami wszystkich, począwszy od Jana XXIII i Pawła VI: oczekiwano nowej katolickiej jedności, a zamiast staliśmy się świadkami konfliktów które – by posłużyć się słowami Pawła VI – wydają się prowadzić od samokrytyki do autodestrukcji. Oczekiwano nowego entuzjazmu, a tak wielu popadło w zniechęcenie i znudzenie. Oczekiwano wielkiego kroku naprzód, a zamiast tego znaleźliśmy się w obliczu postępującego procesu rozkładu, i to dokonującego się wielkiej mierze pod przykrywką realizacji postanowień soboru, co stało się dla wielu sposobnością do jego dyskredytowania. Rezultat końcowy wydaje się więc być negatywny. Powtarzam w tym miejscu to, co powiedziałem dziesięć lat po zakończeniu prac [przez sobór]: nie ulega wątpliwości, że okres ten był dla Kościoła zdecydowanie niekorzystny”.Kard. Joseph Ratzinger,prefekt Kongregacji Nauki WiaryL’Osservatore Romano (wydanie angielskie) 24 grudnia 1984.
Sam papież w mowie wygłoszonej z okazji świąt Bożego Narodzenia w roku 2005 wspomniał problemy, jakie pojawiły się po soborze i zadał fundamentalne pytanie: dlaczego wdrażanie postanowień soboru napotykało na wielkich obszarach Kościoła takie trudności? W dalszej części swego wystąpienia Benedykt XVI mówił o zderzeniu dwóch sprzecznych interpretacji soboru, z których pierwszą określił jako „hermeneutykę zerwania”, a drugą jako „hermeneutykę ciągłości”. Panujące zamieszanie i kryzys tożsamości katolickiej są wedle papieża skutkiem konfliktu pomiędzy tymi dwoma interpretacjami Vaticanum II. Nasza konferencja będzie więc w znacznej mierze komentarzem tego orędzia Benedykta VI.
Przyjrzyjmy się pokrótce obu „hermeneutykom”, o których mówi papież.
„Hermeneutyka zerwania”
Hermeneutyka braku ciągłości lub też zerwania zdobyła sobie uznanie mass mediów oraz przedstawicieli współczesnej teologii, podkreślających konieczność „aktualizacji” czy „aggiornamento” Kościoła do czasów współczesnych. Przyznają oni, że w pewnych dokumentach sobór potwierdza dawne nauki i praktyki, równocześnie jednak twierdzą, że „teksty Soboru jako takie nie są jeszcze prawdziwym wyrazem ducha Soboru, ale rezultatem kompromisów, które trzeba było zawierać w celu osiągnięcia jednomyślności, cofając się do przeszłości i zachowując wiele elementów przestarzałych i dziś już bezużytecznych. Jednak nie w tych kompromisach miałby się objawiać prawdziwy duch Soboru, ale w dążeniach do tego, co nowe, które są u podstaw tych dokumentów. Właśnie dlatego, że dokumenty są rzekomo jedynie niedoskonałym odzwierciedleniem ducha Soboru i jego nowości, należy śmiało wychodzić poza nie, stwarzając przestrzeń dla nowości, w której wyraża się ponoć najgłębszy, chociaż nadal jeszcze nie do końca określony, zamysł Soboru”.
Interpretacja zerwania kładzie zasadniczy nacisk na to, co jest w soborze nowe, zwłaszcza w odniesieniu do reform przez niego zainicjowanych i jego otwarcia się na świat współczesny. Na tym właśnie, zgodnie z hermeneutyką „zerwania” polega prawdziwa natura soboru i w taki sposób powinien być on interpretowany oraz wdrażany w życie. Sobór nauczał nowych rzeczy, które mają, wedle tej interpretacji, zasadnicze znaczenie dla dalszego istnienia Kościoła w naszych czasach i bez których katolicyzm stałby się „oderwany od rzeczywistości” lub (wedle nich) „niewierny swej misji”.
Logicznie więc rzecz biorąc, dla hermeneutyki „zerwania” problem z jakim zmaga się obecnie Kościół polega na tym, że duch soboru został wyhamowany i zanegowany poprzez przywiązanie do przestarzałych sformułowań dogmatycznych, które czynią Kościół nieprzystającym do naszych czasów, z tego zaś wynika zanik katolickich praktyk religijnych. Aby więc dotrzeć do współczesnego człowieka i zapewnić Kościołowi znaczenie w czasach współczesnych niezbędne jest więc „odważniejsze” wychodzenie poza dokumenty soboru.
Oczywiście owa „hermeneutyka zerwania” opiera się na fundamentalnym błędzie filozoficznym wedle którego prawda podlega nieustannej zmianie, jak również na bardzo poważnych błędach dogmatycznych, o których za moment będziemy mówili. Teraz powiemy jeszcze parę słów na temat „hermeneutyki ciągłości”, która stanowi temat dzisiejszej konferencji.
„Hermneutyka ciągłości”
Z drugiej strony mamy to, co nazywa się obecnie „hermeneutyką ciągłości” i co papież definiuje jako całkowite przeciwieństwo „hermeneutyki zerwania”. Wedle tej interpretacji Ojcowie Soboru nie mieli prawa zmieniać natury Kościoła, a sam sobór starał się raczej wyrazić to samo przesłanie Ewangelii na nowy sposób. Nie ma więc zerwania z przeszłością, ale raczej ciągłość, kontynuacja. Nowe owoce soboru nie mogą być wedle tej interpretacji rozumiane bez odniesienia do przeszłości.
Sobór musi być więc interpretowany jako kontynuacja tego, co Kościół zawsze czynił, jako „rewitalizacja” depozytu wiary dla obecnego pokolenia. Sobór nie zmienił Kościoła w żadnym znaczącym dla niego aspekcie, nadał raczej nowy impuls i dynamikę przesłaniu Ewangelii.
W rzeczywistości, jeśli w można mówić o jakichkolwiek „pozytywnych” owocach soboru, jest tak rzekomo właśnie dzięki owej „hermeneutyce ciągłości”, która do tej pory pracowała wedle papieża „w ukryciu”, by wydać dobre owoce soboru. Według Benedykta XVI owa „ukryta praca” hermeneutyki staje się coraz bardziej widoczna w miarę jak Kościół rozwija się”. „Wszędzie tam jednak, gdzie ta interpretacja stała się drogowskazem w procesie recepcji Soboru, rozwinęło się nowe życie i dojrzały nowe owoce”.
Oczywiście nigdy nie sprecyzowano, na czym miałyby konkretnie polegać owe dobre owoce – nieustannie słyszymy o nich, mówi się nam, że są one bardzo pozytywne – nigdy jednak nie wskazuje się, o co konkretnie chodzi.
Wedle owej hermeneutyki II Sobór Watykański nie poczynił w istocie żadnych zmian w Kościele, że jedynie „dostosował” go do współczesnych warunków, pozostając przy tym wiernym swej misji. Owa „adaptacje” ukazywane są jako „wierne” poprzez wykazywanie ich rzekomej ciągłości z tym, czego Kościół nauczał w przeszłości. Widać to wyraźnie w pracach licznych autorów, usiłujących przedstawiać dokumenty Vaticanum II jako wynik „rozwoju teologicznego”. Wedle tej hermeneutyki jest czymś niemożliwym, by Kościół nauczał czegoś nowego, dlatego używa się wszelkich dostępnych sposobów by obronić „reformy” i przedstawić je w możliwie najlepszym świetle. Stąd hasło tak zwanych konserwatystów najlepiej oddają słowa: „II Sobór Watykański interpretowany zgodnie z Tradycją”. Oznacza to, że sobór powinien być interpretowany w oparciu o Tradycję, albo nawet przedstawiany jako przejaw jej rozwoju.
Trzeba przede wszystkim powiedzieć, że owa „interpretacja zgodnie z Tradycją” jest czymś raczej nowym. Wedle słów Ojca Świętego aż do naszych czasów działała ona „w ukryciu”. Jest to z pewnością opinia mniejszości, mająca do tej pory bardzo mały wpływ na praktyczne reformy będące następstwem soboru. Jest próbą legitymizacji Vaticanum II poprzez wiązanie go w jakiś sposób z Tradycją Kościoła, stwarza się w ten sposób wrażenie, że stanowi to autentyczną interpretację soboru.
Jak interpretować sobór?
Twierdzenie, że czterdzieści lat po zakończeniu soboru powszechnego, który zamierzał uczynić naukę o wierze i moralności bardziej atrakcyjnymi dla człowieka współczesnego, który miał uczynić wyrazistszym przesłanie Ewangelii, w dalszym ciągu zastanawiamy się nad tym, co tak w istocie zamierzał on powiedzieć, wydaje się być nieco nieszczere. Sam fakt, że papież osobiście mówi o dwóch hermeneutykach jest wyraźnym dowodem na to, że sobór sam sobie stanowi problem. Mętność i niejednoznaczność tekstów soborowych jest sama w sobie wystarczającym dowodem, że Vaticanum II nie wywiązał się ze swego fundamentalnego obowiązku: nauczania prawdy w sposób jasny i jednoznaczny.
W jaki więc sposób mamy interpretować sobór? Czy jest on naprawdę „nowym początkiem Kościoła”, czymś nowym i odmiennym od tego, z czym mieliśmy do czynienia aż do tej pory? A może da się go w jakiś sposób interpretować „zgodnie z Tradycją”, czy taka interpretacja „ciągłości” jest możliwa? Tak właśnie brzmi zasadnicze pytanie, na które mam nadzieję odpowiedzieć podczas tej konferencji: czy II Sobór Watykański może być interpretowany zgodnie z Tradycją?
Jest to pytanie niezwykle istotne i mające wiele praktycznych konsekwencji, zwłaszcza w odniesieniu do naszego stanowiska wobec reform zainicjowanych przez sobór.
Kryteria interpretacji
Co to znaczy „interpretować sobór”? II Sobór Watykański czy raczej dokumenty przez niego promulgowane, to zasadniczo akt prawny nauczycielskiego urzędu Kościoła. Jak każdy akt prawny jest on przedmiotem interpretacji oraz stosowania. Poprzez interpretację rozumiemy zazwyczaj intencję, interpretację samego prawodawcy, czyli to, co zamierza osiągnąć władza promulgująca prawo a także sens tekstu samego prawa. Sobór nie powinien być interpretowany przez osobę prywatną, ale raczej przez władzę promulgującą prawo. W przypadku soboru to sam papież, jako Następca św. Piotra, posiada powszechną władzę nad całym Kościołem, to on jest władzą promulgującą prawo. Sobór powszechny, ze swej definicji, jest zgromadzeniem wszystkich biskupów świata i to papież jako Najwyższy Pasterz posiada władzę zwołania soboru powszechnego oraz promulgowania jego dekretów.
Tak więc by ustalić, jakiej interpretacji soboru powinniśmy się trzymać, musimy ograniczyć się do dekretów papieskich. Oczywiście możemy przytaczać opinie teologów oraz uczestników soboru, mają one jednak znaczenie o tyle, o ile odnoszą się one do aktów samej Stolicy Apostolskiej. Gdy sens tych dekretów jest oczywisty, na ich podstawie możemy również wnioskować, jaka powinna być właściwa interpretacja.
Sobór prowadził swe obrady podczas pontyfikatu dwóch papieży: Jana XXIII, który go zwołał, oraz Pawła VI, który promulgował jego postanowienia. Mamy więc dwa bardzo ważne dokumenty, które mogą stanowić dla nas klucz do interpretacji soboru, dokumenty autorstwa samych papieży. Dzięki nim będziemy mogli poznać autentyczną interpretację Vaticanum II.
Pierwszym jest dokument Jana XXIII z ceremonii otwarcia soboru, mowa, którą wygłosił on do zgromadzonych Ojców, w której podał zasadniczy powód zwołania soboru oraz przedstawił co sobór zamierza przedyskutować i przeprowadzić. Dokument ten nosi tytuł Gaude Mater Ecclesiae i opublikowany został w Aktach Stolicy Apostolskiej 11 października 1962 roku. Służyć więc może za punkt wyjścia, określający czego powinno się spodziewać po dokumentach soboru i jak należy je interpretować.
Drugim dokumentem jest mowa Pawła VI z 7 grudnia 1965, wygłoszona podczas ostatniej sesji generalnej, gdy dokumenty były oficjalnie promulgowane. Jest w niej mowa o tym, co sobór dokonał i w jaki sposób dokumenty jego powinny być wdrażane w życie. Jest to więc interpretacja soboru autorstwa samego papieża z dnia promulgacji dokumentów soborowych.
Możemy również powoływać się na same dokumenty soboru w takim zakresie, w jakim mówią one o ich interpretacji i woli Ojców.
Zwołanie soboru
[Slide 7]
Jakie były rezultaty Soboru? Czy został on dobrze przyjęty? Co było dobre w recepcji Soboru, a co nieodpowiednie lub błędne? Co pozostaje jeszcze do zrobienia? Nikt nie może zaprzeczyć, że w wielu częściach Kościoła recepcja Soboru następowała z niemałym trudem, (…)
Otóż wszystko zależy od właściwej interpretacji Soboru lub też — jak powiedzielibyśmy dzisiaj — od jego prawidłowej hermeneutyki, od właściwego klucza do zrozumienia i wprowadzania w życie jego postanowień. Problemy z recepcją wzięły się stąd, że doszło do konfrontacji i przeciwstawienia sobie dwóch sprzecznych hermeneutyk i sporu na tym tle. Jedna wywołała zamieszanie, druga zaś — w sposób dyskretny, ale coraz bardziej widoczny — zaczęła przynosić i nadal przynosi owoce.
Z jednej strony istnieje interpretacja, którą nazwałbym «hermeneutyką nieciągłości i zerwania z przeszłością»; nierzadko zyskiwała ona sympatie środków przekazu, a także części współczesnej teologii. Z drugiej strony istnieje «hermeneutyka reformy», odnowy zachowującego ciągłość jedynego podmiotu-Kościoła, który dał nam Pan; ten podmiot w miarę upływu czasu rośnie i rozwija się, zawsze jednak pozostaje tym samym, jedynym podmiotem — Ludem Bożym w drodze.
Papież Benedikt XVI, 22 grudnia 2005
Przyjrzyjmy się więc słowom papieża wypowiedzianym w dniu zwołania soboru –dostarczy nam to paru ciekawych faktów na temat II Soboru Watykańskiego. Najbardziej niepokojąca jest już pozornie wewnętrznie sprzeczna natura tej mowy. Na samym początku papież stwierdza, że sobór jest „manifestacją urzędu nauczycielskiego Kościoła” a zaledwie kilka ustępów dalej podaje powód jego zwołania, którym „nie jest dyskusja nad którymś z artykułów podstawowej doktryny Kościoła”. Tak więc sobór nie miał intencji dyskutować kwestii doktrynalnych, ponieważ są one ponoć wszystkim „dobrze znane”.
[Slide 8]
Obecny sobór jest szczególnym, ogólnoświatowym znakiem obecności Kościoła w jego urzędzie nauczycielskim, wykonywanym ze względu na błędy, potrzeby i wymagania naszych czasów.
...
Punctum saliens tego soboru nie jest więc dyskusja nad którymś z artykułów podstawowej doktryny Kościoła, powtarzającej się w nauczaniu Ojców i Teologów, zarówno dawnych, jak i współczesnych, którą zakładamy jako dobrze znaną i stale obecną przed oczyma ducha.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.
Co jeszcze bardziej zdumiewające, papież posuwa się do twierdzenia, że błędy przeszłości nie wymagają już potępienia , że powtarzanie ich nie jest już konieczne. Obecnie, jak mówi błędy te są w tak oczywisty sposób sprzeczne z prawdą, że w jakiś sposób współcześni „wykazują skłonność do samodzielnego ich potępienia”. Wydaje się czymś dziwnym, by heretycy nagle potępili swe własne opinie, taka jest jednak opinia papieża.
Pamiętając, że świat doświadczył niedawno dwóch wojen światowych oraz mordu na blisko 100 milionach ludzi zgładzonych dla urzeczywistnienia idei materialistycznego raju na ziemi, moglibyśmy nawet powiedzieć, że owa opinia Jana XXIII jest nie tylko zbyt optymistyczna, ale że jest czystą iluzją. Kiedy wspomni się o tysiącach męczenników w krajach okupowanych przez reżimy komunistyczne twierdzenie, że „ludzie coraz bardziej przekonują się o najwyższej cenie godności ludzkiej osoby” brzmi co najmniej sarkastycznie. Zignorowanie przez sobór cierpień tak wielu wiernych trudno nazwać postawą duszpasterską.
Kiedy pomyśli się o dominującym na świecie przez ostatnich 50 lat materializmie, o tej „przesadnej ufności w postępie technicznym i dobrobycie wyłącznie materialnym” można by oczekiwać, że sobór powinien pouczyć wiernych o niebezpieczeństwach z tego wynikających. Uznał on to jednak za niepotrzebne, za coś oczywistego. Jeśli ostatnie 40 lat jakie minęły od soboru czegoś nas nauczyły, to właśnie tego, że owe „samodzielne potępienie” nigdy nie stało się faktem.
Tak więc od samego początku możemy zauważyć, że sobór nigdy nie miał intencji nauczania czy definiowania katolickiej prawdy. Wszelkie jego interpretacje, które przypisywałyby mu definiowanie wiary lub formuły dogmatyczne nie byłyby więc autentyczne. Sam sobór nigdy nie pragnął być soborem dogmatycznym, podobnie żadne z jego dekretów nie są wiążące w sumieniu. Potwierdzają to słowa Pawła VI, wypowiedziane podczas zamknięcia soboru, o czym będziemy jeszcze mówili.
Sam papież wyjaśnia, czego potrzeba Kościołowi: nowego entuzjazmu, nowej radości, nowego badania niezmiennej doktryny we współczesnych warunkach. Sobór ten miał zająć się kwestiami duszpasterskimi.
Jest to co prawda dość dziwne i obce samej naturze soboru powszechnego. Normalnie sobór zwoływany jest dlatego, że wśród biskupów mają miejsce jakieś kontrowersje dotyczące nauki wiary. Aby zapewnić powszechność wiary, czyli by Kościół zachowywał i przekazywał prawdziwą wiarę pochodzącą od Apostołów, zwoływane były sobory powszechne, by zdrowie całego Kościoła mogło posłużyć uleczeniu jego chorym członków. Cel wszystkich soborów zawsze dotyczył w jakiś sposób kwestii odnoszących się do życia całego Kościoła, przede wszystkim prawa będącego nauką wiary, jednoczącego ludzi wszystkich ras, wszystkich czasów i krajów.
Z drugiej strony kwestie pastoralne zawsze dotyczą bardzo konkretnych okoliczności, tego jak zastosować prawdy powszechne do szczególnej grupy ludzi. Z tego właśnie powodu Kościół podzielony jest na diecezje, w których biskupi posiadają władzę w stosunku do grupy ludzi powierzonych ich opiece, podobnie jak pasterze w stosunku do trzody. Duszpasterstwo dotyczy trudności z jakimi spotykają się jednostki usiłujące żyć zgodnie z prawem Bożym w swym codziennym życiu, w swym środowisku. Tak więc sam z siebie sobór ekumeniczny może uczynić bardzo niewiele w kwestii duszpasterstwa, ponieważ odnosi się ono do trudności konkretnej diecezji lub ludzi, którzy posiadają swe własne zwyczaje, żyją w określonym środowisku, posiadają swe własne talenty i napotykają na konkretne trudności. Roztropne rządzenie i kierowanie trzodą zgodnie z udzielaną w tym celu łaską Bożą jest powołaniem biskupów.
Widzimy więc, że od samego początku sobór ma charakter rewolucyjny – nawet w tym co dotyczy jego koncepcji. Wszyscy biskupi świata zostali zaproszeni do Rzymu na dyskusje, jednak nie o tym, co jest dla nich wspólne, czyli o wierze, ale o czymś, co łączyło ich w bardzo niewielkim stopniu. Troski duszpasterskie biskupa Warszawy są inne od tych, z jakimi zmagać się musi biskup pracujący w Afryce. Biskup żyjący w systemie komunistycznym napotyka wiele trudności obcych biskupowi pracującemu w kraju misyjnym lub protestanckim, nie mówiąc już o ogromnych różnicach językowych i kulturowych, dzielących rozmaite rasy. Owe znaczne różnice językowe, kulturowe oraz rasowe są jednym z powodów, dla których dokumenty soborowe pozbawione są wszelkiej precyzji, ponieważ każdy z biskupów miał swe własne troski duszpasterskie – stąd dokumenty te wspominają o mającej później powstać komisji, która miałaby wyjaśniać i wdrażać dwuznaczne postanowienia Vaticanum II.
[Slide 9]
Kościół stale się przeciwstawieniał tym błędom. Wielokrotnie nawet potępiał je z największą surowością. Dzisiaj jednakże Oblubienica Chrystusa woli posługiwać się raczej lekarstwem miłosierdzia, aniżeli surowością. Woli wyjść naprzeciw dzisiejszym potrzebom, wskazując raczej na skuteczność swojej nauki, aniżeli występując z potępieniem.
...
Nie jest tak dlatego, że konieczność odrzucania i czujności wobec błędnych nauk i niebezpiecznych ideologii była dziś mniej paląca niż do tej pory. Jednak wszelki taki błąd jest w tak jawny sposób sprzeczny ze słusznością i dobrem i wywołuje tak fatalne skutki, że ludzi nam współcześni wykazują skłonność do samodzielnego ich potępiania – dotyczy to zwłaszcza sposobu życia odrzucającego Boga oraz Jego prawo, pokładającego nadmierną ufność w postępie technicznym oraz dobrobycie czysto materialnym. Coraz powszechniej rozumiane jest, że godność osoby ludzkiej oraz prawdziwa samorealizacja posiadają zasadnicze znaczenie i ich osiągnięcie warte jest wszelkich wysiłków.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.
Bardzo poważną konsekwencją unikania poruszania wszelkich kwestii doktrynalnych jest poszukiwanie jedności w czym innym, niż doktryna. W swej mowie papież wyznacza soborowi konkretny cel duszpasterski: poszukiwanie jedności. Wypowiada dość zagadkowe słowa: „Niestety cała rodzina chrześcijańska jeszcze nie osiągnęła w pełni widzialnej jedności w prawdzie”. Wiemy jednak z katechizmu, że Kościół katolicki jest już jeden, ponieważ posiada jedną wiarę, jedną doktrynę. Tak więc słowa te albo sugerują, że heretycy są w jakiś sposób częścią „rodziny chrześcijańskiej”, albo też że Kościół w jakiś sposób utracił tę jedność i przestał być w ten sposób jedynym prawdziwym Kościołem. Jeszcze większy niepokój budzi opis tej poszukiwanej jedności jako wypełnienie słów modlitwy Zbawiciela:
„Owszem, kiedy rozważy się samą jedność, wymodloną przez Chrystusa dla Kościoła, wydaje się, jakoby jaśniała potrójnym promieniem dobroczynnego światła, zstępującego z niebios: jedności między katolikami, która winna być wzorowo silna; jedności modlitw i gorących pragnień, dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się z nami; jedności wreszcie szacunku i poważania dla Kościoła Katolickiego tych, którzy sal wyznawcami religii niechrześcijańskich”.
[Slide 10]
Troska Kościoła o krzewienie i obronę prawdy wywodzi się faktu, że według zamiaru Boga, "który chce, żeby wszyscy ludzie byli zbawieni i przyszli do poznania prawdy" (1 Tm 2, 4), ludzie bez pomocy całej nauki objawionej nie mogą osiągnąć pełnej i trwałej jedności, z którą związany jest prawdziwy pokój i wieczne zbawienie. Niestety cała rodzina chrześcijańska jeszcze nie osiągnęła w pełni widzialnej jedności w prawdzie.
Kościół Katolicki bardzo ceni swój obowiązek aktywnego oddziaływania w celu spełniania się wielkiej tajemnicy jedności, o jaką Jezus Chrystus prosił w żarliwej modlitwie Ojca Niebieskiego w przeddzień Swej krwawej Ofiary. Cieszy się Kościół błogim pokojem, wiedząc dobrze, że jest głęboko złączony z ową modlitwą; następnie cieszy się wielce widząc, że modlitwa o jedność przynosi zbawienne owoce także wśród tych, którzy znajdą się poza Nim.
[Jedność według soboru] :
Owszem, kiedy rozważy się samą jedność, wymodloną przez Chrystusa dla Kościoła, wydaje się, jakoby jaśniała potrójnym promieniem dobroczynnego światła, zstępującego z niebios: jedności między katolikami, która winna być wzorowo silna; jedności modlitw i gorących pragnień, dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się z nami; jedności wreszcie szacunku i poważania dla Kościoła Katolickiego tych, którzy są wyznawcami religii niechrześcijańskich.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.
Ten „szacunek i poważanie” są tu przedstawiane jako coś nadprzyrodzonego, zbawczego w swej istocie, co potępione jest słowami samego Pisma Świętego:
„Quoniam omnes dii Gentium daemonia: Dominus autem caelos fecit”
„Albowiem wszyscy bogowie pogańscy - to czarci, ale Pan niebiosa uczynił” (Ps 95,5).
Również św. Paweł uczy:
„Ale co poganie ofiarują, "czartom ofiarują, a nie Bogu." Nie chcę zaś, żebyście byli wspólnikami czartów. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha czartowskiego. Nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu czartowskiego” (1Kor 10,20).
Konkluzja mniejsza: wśród intencji zwołania soboru nie sposób doszukać się „interpretacji zgodnej z Tradycją”.
Naszym celem nie jest jednak ukazywanie wszystkich błędów II Soboru Watykańskiego, wymagałoby to zresztą całego cyklu konferencji. Chcemy się jedynie w tym miejscu przyjrzeć intencji prawodawcy, intencji zwołania soboru, by ustalić, w jaki sposób powinien on być interpretowany.
[Slide 11] [Katechizm o jedności:]
Q 14: Dlaczego mówimy, że Kościół jest jeden?
Odp.: Prawdziwy Kościół jest jeden, ponieważ jego dzieci żyjące w każdym czasie i miejscu zjednoczone są w wyznawaniu tej samej wiary, w tym samym kulcie i tym samym prawie oraz w uczestnictwie w tych samych sakramentach, podlegli tej samej widzialnej głowie, którą jest Biskup Rzymu.
Katecheza św. Piusa X
„Albowiem wszyscy bogowie pogańscy - to czarci, ale Pan niebiosa uczynił” (Ps 95,5)
„Ale co poganie ofiarują, "czartom ofiarują, a nie Bogu." Nie chcę zaś, żebyście byli wspólnikami czartów. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha czartowskiego. Nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu czartowskiego” (1Kor 10,20).
Przedstawmy więc kilka konkluzji jakie możemy wyciągnąć z lektury wspomnianego wyżej dokumentu, wyrażającego intencje Vaticanum II:
1. Sobór nie miał intencji definiowania dogmatów katolickich, ponieważ traktował je jako „dobrze wszystkim znane”. Nie miał również intencji bliższego określania tych dogmatów poprzez potępienie herezji, ponieważ nie było to rzekomo właściwe ze względów duszpasterskich.
2. Sobór pragnął wzbudzić nowy bodziec i entuzjazm w Kościele poprzez wyjaśnianie Ewangelii w nowy sposób, stosowny do potrzeb współczesnego człowieka.
3. Sobór miał zająć się w sposób szczególny poszukiwaniem jedności między chrześcijanami, choć był dość nieprecyzyjny w określeniu, na czym owa jedność miałaby polegać.
Przyjrzyjmy się teraz w kontekście owych intencji wymienionych przez papieża opinii, że sobór powinien być interpretowany „w świetle Tradycji”. Kwestie duszpasterskie dotyczą ludzi żyjących w określonym czasie i określonych warunkach. Na przykład kapłan, posługując się kapłańską roztropnością, będzie pomagał powierzonemu jego opiece wiernemu osiągnąć zbawienie wykorzystując przy tym optymalnie swe zdolności stosownie do warunków, w jakich osoba ta żyje. Skoro okoliczności te ulegną zmianie, inne będą też rady, jakich kapłan ów będzie udzielał. Byłoby na przykład czymś niezwykle nierozsądnym dawać ludziom znajdującym się w związku małżeńskim rady odpowiednie dla siostry zakonnej. Tak więc generalnie powiedzieć trzeba, że warunki duszpasterstwa zmieniają się z pokolenia na pokolenie. Jest to w sposób szczególny prawdziwe obecnie, widzimy bowiem że na przestrzeni zaledwie 40 lat świat zmienił bardziej niż w trakcie wielu stuleci. Warunki, w jakich żyjemy obecnie są całkowicie różne od warunków w latach sześćdziesiątych, kiedy obradował sobór, zwłaszcza w wyniku komputeryzacji i wpływu nowych technologii. Można by nawet twierdzić, że w wyniku tego ogromu zmian jakich byliśmy świadkami na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat, sam sobór wydaje się niemal nie przystający do dzisiejszych czasów.
Czy możemy więc mówić o „interpretacji soboru zgodnie z Tradycją”?
Kiedy mówimy o Tradycji mamy na myśli element Kościoła, który jest niezmienny, a który stanowi część depozytu wiary, otrzymany od Apostołów i przekazywany aż do naszych czasów. Ze swej natury jest on ponadczasowy, wieczny, podobnie jak wieczny jest sam Zbawiciel: ten sam wczoraj, dziś i na wieki (Żyd 13,8).
Tak więc mówienie o interpretacji soboru „zgodnie z Tradycją” jest zasadniczo sprzecznością. Co gorsza, usiłowania nadania soborowi duszpasterskiemu wartości wiecznej czy też „tradycyjnego znaczenia” doprowadziłoby do zredukowania samej Tradycji do czegoś zmiennego i ograniczonego do konkretnych warunków oraz okoliczności. Usiłowanie dogmatyzacji inicjatywy czysto duszpasterskiej doprowadziłoby niechybnie do postrzegania wszelkich dogmatów jedynie jako kwestii troski duszpasterskiej.
Ponieważ zaś sobór pragnął jedynie nadać nowy „impet i entuzjazm” powinien być osądzany na podstawie tego, czy osiągnął owe cele, czy też nie. „Impet” i „entuzjazm” nie są czymś, co można by oceniać w „tradycyjnym sensie”, ocena ta powinna opierać się na owocach. Widzieliśmy już, że „entuzjazm” na który sobór miał nadzieję jest – wedle słów samego papieża – „w okrutny sposób sprzeczny z rezultatami”. Jeśli chcielibyśmy interpretować sobór w tradycyjnym sensie, byłoby to podejście bardzo krytyczne, byłoby ukazaniem, czego kolejne pokolenia nie powinny robić.
Co do trzeciego celu soboru, czyli upragnionej przez niego jedności, nie ma możliwości interpretowania go zgodnie z Tradycją, a to z tego prostego powodu, że owa jedność jest czymś całkowicie sprzecznym z nauczaniem Kościoła katolickiego. Kościół katolicki jest jeden z samej swej natury, jak tego uczy nasz katechizm. Jedność nie jest więc czymś, czego należy poszukiwać, ale cechą, którą Kościół posiada od samego momentu swego ustanowienia przez naszego jedynego Pan i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Tradycja mówi raczej o nawracaniu heretyków do jedynego prawdziwego Kościoła, o głoszeniu Ewangelii poganom w celu doprowadzenia ich do jedności, którą Kościół posiada w swej doktrynie oraz sakramentach. Jedność nie jest czymś, czego Kościół poszukuje, ale raczej czymś czego udziela on tym narodom, które przyjmują jego zbawczą naukę. Mówienie więc o „tradycyjnej interpretacji” owego „poszukiwania jedności” jest nonsensowne i niekatolickie. Ów fundamentalny błąd dotyczący jedności Kościoła ma bardzo dalekosiężne i niezwykle poważne konsekwencje, to jednak będzie musiało być przedmiotem innej konferencji.
Zamknięcie soboru
Widzimy więc, że od samego początku sobór nie aspirował do rangi soboru doktrynalnego, miał być raczej rodzajem „odnowy” Kościoła stosownie do obecnych czasów. Przyjrzyjmy się teraz mowie wygłoszonej przez Pawła VI do Ojców Soborowych podczas ostatniej sesji plenarnej II Soboru Watykańskiego, w której mówił on o tym, co sobór dokonał. Pomoże nam to odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób mamy interpretować Vaticanum II.
[Slide 12]
Wydaje się słuszne odnotowanie w tym miejscu rzeczy następującej: Magisterium Kościoła, chociaż unikało wypowiadania się w formie nadzwyczajnych sentencji dogmatycznych, rozciągnęło swoje nauczanie na pewną ilość kwestii, które dotyczą bezpośrednio sfery świadomości i aktywności człowieka . Doprowadziło to do dialogu. Zachowując wciąż swój nauczycielski autorytet i rangę Magisterium przemówiło głosem przyjaznym, nie wyszukanym, przepełnionym duszpasterską troską i pragnieniem być słyszanym i rozumianym przez każdego człowieka. Powołując się na doświadczenie, odwołując się do uczuć, dodając słowom wdzięku i siły perswazji, Magisterium przemawiało do człowieka dnia dzisiejszego, takiego jakim on jest.
[Optimizm]
„(…) Trzeba przyznać, że Sobór więcej uwagi poświecił człowiekowi szczęśliwemu niż człowiekowi postrzeganemu jako istota nieszczęśliwa i sposób jaskrawy roztaczał wizję zdecydowanie optymistyczną.”.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Po pierwsze widzimy, iż papież potwierdza, że sobór „nie pragnął realizować się w formie nadzwyczajnych aktów dogmatycznych”, ale raczej „przejść do dialogu” z człowiekiem współczesnym. Jego pragnienie miało stać się „słyszane i rozumiane przez wszystkich”. Jak na ironię owo pragnienie, by być zrozumianym, doprowadziło nas do trwających przez ponad 40 lat poszukiwań właściwego znaczenia soboru. Widzimy więc, że sobór wierny był intencji papieża, który zwołał go nie w tym celu, by definiował jakiekolwiek prawdy dogmatyczne. Raz jeszcze potwierdza to, że żadne interpretacje soboru nie mogą twierdzić, że ma on znamiona nieomylności, albo że miał intencję definiowania czegoś obowiązującego sumienia chrześcijan.
Widzimy w tej mowie również dość naiwny optymizm w stosunku do błędu. Podczas gdy uprzednio cytowany dokument stwierdzał, że „Prawda jest oczywista dla wszystkich” i że minione błędy nie muszą już być potępiane, obecna mowa papieża idzie jeszcze dalej, aż do krańca logicznych konsekwencji tego twierdzenia. Na początek Paweł VI stwierdza:
„(…) Trzeba przyznać, że Sobór więcej uwagi poświecił człowiekowi szczęśliwemu niż człowiekowi postrzeganemu jako istota nieszczęśliwa i sposób jaskrawy roztaczał wizję zdecydowanie optymistyczną.”.
[Slide 13]
Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który czyni siebie Bogiem. Co wyniknęło z tego spotkania, z tej konfrontacji? Czy wyniknął wstrząs? Czy wyniknęła walka? Czy wyniknęła anatema? Mogło się tak zdarzyć, ale jednak nie miało to miejsca. (…) Sobór został w pełni przesiąknięty bezgranicznym współczuciem dla świata. Odkrycie potrzeb ludzkich, a są one tym większe, im większy staje się człowiek, przykuło uwagę Soboru i Kościoła. Odkrycie potrzeb ludzkich, pochylenie się nad ranami człowieka - jak Samarytanin - oto jest duchowość współczesnego Kościoła. Wy, współcześni humaniści, którzy odrzucacie transcendencję rzeczy Boskich, uznajcie przynajmniej tę zasługę i doceńcie nasz nowy humanizm, gdyż my bardziej niż ktokolwiek inny wyznajemy kult człowieka.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Konsekwencje tego optymistycznego poglądu na naturę ludzką były ogromne i dalekosiężne. Nawet „humanizm laicki i bezbożny, który pojawił się w swojej strasznej postaci w pewnym sensie postawił Soborowi wyzwanie” nie został przez niego potępiony. Posługując się słowami samego papieża religia „Boga, który stał się człowiekiem”napotkała na swej drodze religię „człowieka, który uczynił się bogiem”(…) „Jakież tego następstwa? Szok, walka, anatema? - Mogło to mieć miejsce - lecz nie miało. Stara historia o dobrym Samarytaninie okazała się reguła soborowej duchowości. Bezgraniczna sympatia ku człowiekowi bez reszty zawładnęła Soborem”
[Slide 14]
Człowiek całkowicie fenomenalny - jak teraz mawiają - człowiek o swoich niezliczonych aparycjach, zaprezentowany tutaj wobec Zgromadzenia Ojców soborowych - istot ludzkich: duszpasterzy i braci, czułych i kochających, byłby to człowiek tragiczny - ofiara własnych dramatów, człowiek, który nieustannie usiłując wynieść się ponad wszystkich staje się wrażliwy i sztuczny, egoistyczny i okrutny lub niezadowolony z siebie, który śmieje się i płacze; człowiek zmienny, gotowy zagrać każdą rolę, i człowiek zatwardziały - naukowy realista; człowiek taki jaki jest, który myśli, kocha, pracuje, nieustannie oczekujący, " dorastające dziecko" (Gen,49,22). Byłby to człowiek, do którego powinno się odnosić z pewną czcią ze względu na jego niewinność w dzieciństwie, misterium jego ubóstwa i cierpienie; człowiek indywidualista i społecznik; człowiek wychwalający czas który minął i człowiek pokładający swe nadzieje w przyszłości, grzesznik i człowiek święty, itp.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Kiedy Pan Jezus modli się do Ojca, aby «wszyscy byli jedno... jako i my jedno jesteśmy» (J 17, 21-22), otwierając przed rozumem ludzkim niedostępne perspektywy, daje znać o pewnym podobieństwie między jednością osób boskich a jednością synów Bożych zespolonych w prawdzie i miłości. To podobieństwo ukazuje, że człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego.
Vatican II Gaudium et spes 24,3
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak, że sobór, porzuciwszy obronę wiary, odwrócił się od Boga i zwrócił ku człowiekowi. Wedle słów samego papieża „my także, bardziej niż ktokolwiek inny, mamy kult człowieka”. Co więcej, owo studium człowieka jest całkowicie pozbawione jakiegokolwiek odniesienia do Boga. Człowiek jest „święty”nie z powodu tego, co uczynił dla niego Bóg, ale raczej „ze względu na jego niewinność w dzieciństwie, misterium jego ubóstwa i poświęcenie w cierpieniu”. Człowiek, wedle dokumentów samego soboru, jest autonomiczny. Jest jedynym stworzeniem, którego Bóg pragnął dla niego samego, które może „odnaleźć się” jedynie poprzez dar z samego siebie. Nawet podobieństwo, jakiego Bóg udziela człowiekowi (czyli łaska) dane jest właśnie w tym celu, by człowiek mógł „odnaleźć samego siebie”.
[Slide 15]
W naszej analizie religijnego znaczenia soboru nie wolno nam pominąć pewnego znaczącego faktu: otóż zaangażował się on głęboko w studiowanie współczesnego świata. Być może nigdy w przeszłości Kościół nie odczuwał takiej potrzeby by poznać, zbliżyć się, zrozumieć, przeniknąć, służyć i ewangelizować społeczeństwo, w którym żyje, by objąć je a nawet podążać za nim, w szybkich i nieustannych zmianach jakim ono podlega. Stanowisko to, będące odpowiedzią na rozdźwięki i podziały pomiędzy Kościołem a społeczeństwem świeckim, których świadkami byliśmy w minionych wiekach, a zwłaszcza w wieku minionym i bieżącym, stanowiło przedmiot stałej i usilnej pracy soboru; i to do tego stopnia, że skłoniło to niektórych ludzi do podejrzeń, że wyrozumiałość i ogromna wrażliwość na świat zewnętrzny, na zmienne wydarzenia, trendy kulturowe, doczesne potrzeby, obcy sposób myślenia (…) mogą wypłynąć na uczestników i akty soboru powszechnego [w taki sposób, że odbędzie się to] kosztem wierności Tradycji i wyrządzić szkodę religijnej orientacji samego soboru. Nie uważamy jednak, by można wysuwać oskarżenia takie wobec soboru, wobec jego prawdziwych i głębokich intencji, jego autentycznych manifestacji.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Twierdzenia te są tak sprzeczne z wiarą katolicką, że sam papież wspomina o tym, iż „obce sposoby myślenia” oraz „nadmierna wrażliwość na [problemy] świata zewnętrznego” mogą wpłynąć na akty soboru powszechnego, kosztem wierności Tradycji i ze szkodą dla orientacji religijnej samego soboru. Sam papież wyraża opinię, że sugestia taka byłaby błędna, nie podaje jednak żadnego na to żadnego przekonującego dowodu. W rzeczywistości jak to widzieliśmy z poprzednich cytatów, - właśnie z tym mieliśmy do czynienia. Religia „człowieka, który uczynił siebie bogiem” nigdy nie została potępiona, gdyż jest to w istocie religia soboru. Człowiek stał się autonomicznym, stał się jedynym przedmiotem zainteresowania soboru i to do tego stopnia, że kwestie religijne poruszane są w jego dokumentach jedynie o tyle, o ile mają odniesienie do niego.
Cytaty te, do których moglibyśmy dodać wiele innych, powinny wystarczyć by wykazać, że nie da się interpretować słów papieża zgodnie z Tradycją po prostu dlatego, że zmianie uległ cały przedmiot wiary. W całej wspomnianej mowie nie ma nawet jednej wzmianki o Bożym Objawieniu, poza miejscami, w których jest to użyteczne dla rodzaju ludzkiego. Nawet Kościół postrzegany jest jako rodzaj społeczności „zastanawiającej się nad sobą” , jak gdyby był on czymś zagubionym, nie znającym samego siebie i dochodzącym ostatecznie do „głębszej świadomości duchowej”, nie kłopoczącym się nawet tym, by potwierdzać i wyjaśniać swe prawa - jak to przyznaje sam papież. Tak więc sobór, mówiąc ściśle, nie miał w ogóle nic wspólnego z wiarą katolicką. Był on raczej próbą wprowadzenia do Kościoła nowego ideału świeckiego humanizmu.
[Slide 16]
Ludzie zdadzą sobie sprawę, że sobór poświęcił swą uwagę nie tyle prawdom Boskim, co raczej i zasadniczo Kościołowi – jego naturze i składowi, jego ekumenicznemu powołaniu, jego apostolskiej i misyjnej działalności. Społeczność religijna którą jest Kościół usiłowała wypracować refleksję na swój własny temat, by lepiej poznać siebie samego, by lepiej się zdefiniować i w konsekwencji, lepiej wyrazić to, co czuje i co nakazuje. Taka jest prawda. (…) Kościół zgromadził się w głębokiej duchowej świadomości nie po to, by wypracować uczoną analizę psychologii religii ani ze względu na swe własne doświadczenia, ani nawet po to, by potwierdzić i wyjaśnić swe własne prawa.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Biorąc więc pod uwagę tę mowę Pawła VI, wygłoszoną podczas ostatniej sesji plenarnej, podczas której ratyfikowane i promulgowane zostały dokumenty II Soboru Watykańskiego, należy stwierdzić, że nie ma możliwości interpretacji dokumentów Vaticanum II „zgodnie z Tradycją”.
[Slide 17]
Benedykt XVI
II Sobór Watykański, uznając i przyjmując dekret o wolności religijnej za własną zasadę funkcjonowania współczesnego państwa, odkrył zarazem najgłębsze dziedzictwo Kościoła.
...
II Sobór Watykański ze swą nową definicją stosunku pomiędzy wiarą Kościoła a zasadniczymi elementami myśli współczesnej, zrewidował czy nawet skorygował pewne decyzje historyczne, jednak w tej pozornej nieciągłości zachował i pogłębił jego najskrytszą naturę oraz prawdziwą tożsamość.
Benedykt XVI do kurii rzymskiej 22 grudnia 2005
Nawet Benedykt XVI przyznaje, że ta mowa Pawła VI jest źródłem poważnych problemów w interpretacji soboru. „Paweł VI w przemówieniu zamykającym Sobór wskazał też na inny jeszcze konkretny powód, dla którego hermeneutyka nieciągłości może się wydawać przekonująca”. Co ciekawe jednak w mowie swej obecny papież sam w niezamierzony sposób dostarcza argumentów na rzecz „hermeneutyki zerwania”. Stwierdza, że II Sobór Watykański stworzył nową definicję relacji pomiędzy wiarą Kościoła a elementami współczesnego światopoglądu. Więcej nawet, uczynił „swoją własną”doktrynę o wolności religijnej i w ten sposób „powrócił do najgłębszego dziedzictwa Kościoła”, jak gdyby Kościół utracił to dziedzictwo na dwa tysiące lat.
Wydawać by się więc mogło, że nawet Benedykt XVI nie jest całkowicie przekonany do „hermeneutyki ciągłości”i konsekwentny w jej obronie. Nie mają więc racji ci, którzy powołują się na papieża dowodząc, że autentyczna interpretacja Vaticanum II to interpretacja „w świetle Tradycji”.
Wydawać by się więc mogło, że nawet Benedykt XVI nie jest całkowicie przekonany do „hermeneutyki ciągłości”i konsekwentny w jej obronie. Nie mają więc racji ci, którzy powołują się na papieża dowodząc, że autentyczna interpretacja Vaticanum II to interpretacja „w świetle Tradycji”.
[Slide 18][Nowa Hermeneutyka]
Właśnie to połączenie ciągłości i nieciągłości na różnych płaszczyznach jest naturą prawdziwej reformy. W tym procesie odnowy zachowującej ciągłość mieliśmy się nauczyć widzieć w sposób bardziej konkretny niż dawniej, że decyzje Kościoła dotyczące kwestii doraźnych — na przykład pewnych konkretnych form liberalizmu lub privatnej interpretacji Biblii — musiały siłą rzeczy również mieć charakter doraźny, właśnie dlatego, że odnosiły się do określonej rzeczywistości, która sama w sobie jest zmienna. Trzeba było nauczyć się dostrzegać, że w tego rodzaju decyzjach tylko zasady są elementem trwałym, stanowiąc podłoże decyzji i ich głębokie uzasadnienie. Nie są natomiast równie trwałe konkretne formy, które są uzależnione od sytuacji historycznej, a zatem mogą ulegać zmianom.
Benedykt XVI do kurii rzymskiej 22 grudnia 2005
Prawdziwa hermeneutyka proponowana przez Benedykta XVI jest czymś całkowicie odmiennym: jest raczej syntezą tych dwóch nurtów interpretacji, usiłujących przeprowadzić reformy będące wola soboru. Zgodnie z tą ideą to właśnie tarcie pomiędzy ciągłością i jej brakiem da nam syntezę, dzięki której Kościół uczyni krok naprzód. Jest to całkowicie heglistowskie i modernistyczne pojmowanie postępu i rozwoju. A co jeszcze bardziej niepokojące, wspomina się również o możliwości reinterpretacji nauki o wolnej interpretacji Pisma św., którą Kościół zdefiniował de fide i w którą wszyscy katolicy zobowiązani są w sumieniu wierzyć, nie mówiąc już o tym, że idea taka sprzeczna jest z samym Pismem św. (2 P 1,20; 3,15). To jednak również mogłoby być tematem osobnej konferencji.
[Slide 19][Doktryna Katolicka]
Interpretacja Wolna Biblii
Gdyby ktoś wyżej wymienionych ksiąg nie przyjął za święte i kanoniczne w całości i ze wszystkimi częściami, tak jak je Kościół katolicki zwykł czytać i jak się zawierają w starym rozpowszechnionym wydaniu łacińskim, albo gdyby ktoś świadomie i z całą rozwagą wzgardził wyżej wspomnianą Tradycją – niech będzie wyklęty.
(…)
Ponadto dla powściągnięcia [niektórych] zuchwałych umysłów oświadcza, by nikt, kto polega na własnej roztropności w rzeczach dotyczących wiary i moralności, a wchodzących w skład nauki chrześcijańskiej i kto nagina Pismo św. Do swoich poglądów – nie ośmielił się dawać objaśnień Pisma św. Wbrew sensowi, który utrzymywała i utrzymuje święta Matka Kościół. Rzeczą bowiem Kościoła jest sądzić o prawdziwym sensie i tłumaczeniu Pisma św.
Sobór Trydencki sesja IV
(…) żadnego z proroctw Pisma nie wykłada się własnym tłumaczeniem. Gdyż proroctwo nie przez wolę ludzką zostało kiedyś przyniesione, ale ludzie święci boży mówili natchnieni Duchem Świętym.
2 list św. Piotra 1,20-21
I nieskwapliwość Pana naszego uważajcie za zbawienie, jak i najmilszy brat nasz Paweł według danej sobie mądrości do was napisał, jak i we wszystkich listach, w których o tym mówi; są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają, jak i inne Pisma, na swoją własną zgubę.
(ibid. 3,15-16)
Konkluzja
Przejdźmy więc do konkluzji: ani w dokumentach zwołujących sobór, ani w dokumentach promulgujących jego postanowienia, ani nawet w słowach Benedykta XVI nie sposób znaleźć dowodu przemawiającego za tym, że możliwa jest interpretacja soboru „zgodnie z Tradycją”.
Podobnie możemy powiedzieć, że żadne reformy zainicjowane przez sobór nie stanowią poparcia dla tezy, że Vaticanum II powinien być interpretowany zgodnie z Tradycją. Gdyby sobór był po prostu kontynuacją tego, w co Kościół zawsze wierzył i co praktykował, reformy przez niego zapoczątkowane polegałyby jedynie na stosunkowo niewielkich adaptacjach tego, co istniało do tej pory. Stało się jednak inaczej: zmianie uległo całe życie liturgiczne i duchowe. Wprowadzone zostały praktyki całkowicie obce Kościołowi, a rzeczy które do tej pory potępiał, na przykład spotkania międzyreligijne, są obecnie przez niego popierane. Nie można mówić o ciągłości pomiędzy tym, co było uprzednio potępiane i praktykowaniem tego.
Jedyną interpretacją soboru, z jaką stykaliśmy się przez minionych 40 lat była właśnie hermeneutyka zerwania. Nigdy nie doświadczyliśmy ze strony Rzymu interpretacji innej niż ta właśnie, przynajmniej w praktyce. Wbrew wszystkim deklaracjom, że sobór „zachowuje depozyt wiary”w praktyce widzimy jedynie podkopywanie tej wiary. Są teologowie, którzy chcieliby interpretować dokument Dignitatis humanae o wolności religijnej w tradycyjnym sensie – jednak sam papież interpretował go w sensie nadanym przez spotkania w Asyżu. Samo pojęcie „re-interpretacji”zgodnie z Tradycją jest całkowicie nonsensowne, gdyż nawet najwyższa władza nauczycielska w Kościele interpretuje to jako zerwanie z Tradycją.
Mówi się obecnie o „reformie reformy” w odniesieniu do liturgii, o próbach przywrócenia celebracjom liturgicznym pewnego zmysłu godności, o interpretowaniu nowej Mszy zgodnie z tradycyjnymi normami. Jednak nowa Msza wdrożona została właśnie przez sobór. Samo mówienie o reformie nowej Mszy jest w zasadzie uznaniem, że stanowi ona zerwanie, że jest w jakiś sposób ułomna, daleka od tego, czym być powinna.
Mówiąc krótko, sam fakt, że musimy poszukiwać tradycyjnego rozumienia II Soboru Watykańskiego jest wystarczającym dowodem na to, że stanowił on w życiu Kościoła niezwykle głębokie pęknięcie.
Propozycja, by był on interpretowany w taki sposób, nie znajduje oparcia w żadnych jego dokumentach. Interpretacja taka nigdy nie istniała i nie może istnieć z tego prostego powodu, że sam sobór pragnął odejść od Tradycji, aby dostosować Kościół do współczesnego świata. Interpretowanie jego dokumentów zgodnie z Tradycją wymagałoby bardziej ćwiczenia wyobraźni niż prób właściwego ich odczytania. Taka interpretacja jest w istocie mitem: czymś, co nigdy nie istniało, a jest jedynie produktem imaginacji. Jest wytworem ludzi o wierze zbyt słabej, by pogodzić się z faktem, który należy określić jako największą tragedię dwudziestego wieku.
[Slide 20][Stanowisko Bractwo Piusa X]
Deklaracja Abp. Lefebvre'a
A jeżeli w słowach lub czynach, albo też w aktach dykasteriów dałoby się dostrzec jakieś sprzeczności, to wybieramy wówczas to, czego zawsze nauczano i zamykamy uszy na niszczące Kościół nowinki.
Nie można poważnie zmienić lex orandi nie zmieniając jednocześnie lex credenti. Nowej Mszy odpowiada nowy katechizm, nowe kapłaństwo, nowe seminaria i uniwersytety, charyzmatyczny kościół zielonoświątkowy, wszystko to, co jest sprzeczne z katolicką prawowiernością i odwiecznym magisterium. Reforma ta, tkwiąca korzeniami w liberalizmie i protestantyzmie, jest całkowicie zatruta ; z herezji się wywodzi i do herezji prowadzi, nawet jeżeli nie wszystkie jej czyny są formalnie heretyckie. Jest zatem niemożliwe , by świadomy i wierny katolik miał te reformę przyjąć lub poddać się jej w jakikolwiek sposób. Jedyna droga wierności Kościołowi i doktrynie katolickiej, dla dobra naszych dusz, to kategoryczne odrzucenie reformy.
Dlatego tez bez buntu, goryczy ni urazy kontynuujemy nasze dzieło formacji kapłańskiej w świetle odwiecznego magisterium w przekonaniu , że jest to największa przysługa jaką możemy oddać Kościołowi, Papieżowi i przyszłym pokoleniom. Z tej to przyczyny, w oczekiwaniu na chwilę, kiedy prawdziwe światło Tradycji rozproszy ciemności zakrywające niebo nad wiecznym Rzymem (…)
Abp Lefebvre Deklaracja z 21 listopada 1974
Zarzut: Co Bractwo rozumie poprzez „interpretację w świetle Tradycji”?
Można wysunąć zastrzeżenie, że sam arcybiskup Lefebvre akceptował sobór „w świetle Tradycji”. Należy jednak zauważyć, że nie mówił on „zgodnie z Tradycją” ale „w świetle Tradycji”. To dwie całkowicie różne rzeczy.
„Zgodnie z Tradycją”mogłoby oznaczać akceptację soboru jako elementu Tradycji, czyli uznanie, że sobór jest w jakiś sposób wyrazem tradycyjnej wiary. Jak już powiedzieliśmy, tezy tej nie da się obronić i arcybiskup Lefebvre zawsze odmawiał akceptacji soboru w tym rozumieniu.
„W świetle Tradycji” oznacza natomiast akceptację soboru w takim zakresie, w jakim pozostaje on w zgodzie z Tradycją , nie oznacza próby interpretowania go zgodnie z Tradycją. „W świetle”odnosi się do podmiotu formalnego quo lub przez który widzimy lub poznajemy coś. Na przykład widzimy dzięki światłu słonecznemu, światło jest w tym przypadku przedmiotem dzięki któremu widzimy. W przypadku wiary przedmiotem formalnym jest Boże Objawienie, zawarte w Tradycji oraz Piśmie św, tworzących razem depozyt wiary. Jako katolicy dzięki światłu wiary wiemy, co nam Bóg objawił. Poznajemy naszą wiarę poprzez Tradycję oraz Pismo św., oraz poprzez orzeczenia Kościoła. W tym, co dotyczy spraw Boskich, wszystko jest na pewien sposób poznawane dzięki światłu Tradycji. Tak więc światło wiary określa w jaki sposób mamy osądzać i przyjmować wszelkie rzeczy dotyczące spraw Boskich.
[Slide 21]
Ks. Biskup Fellay, Przełożony Generalny Bractwo św. Piusa X
Istotnie, Kościół przechodzi poważny kryzys, który można przezwyciężyć jedynie na drodze całkowitego powrotu do nieskażonej wiary. Wspólnie ze św. Atanazym wyznajemy, że „ktokolwiek pragnie być zbawiony, musi się przede wszystkim trzymać katolickiej wiary: jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie” (Quicumque).
Dalecy jesteśmy od chęci “zamrożenia” Tradycji w roku 1962, lecz chcemy patrzeć na
II Sobór Watykański oraz na nauczanie posoborowe w świetle Tradycji, którą św. Wincenty z Lerynu definiował jako to, “w co wszędzie, w co zawsze, w co wszyscy wierzyli” (Commonitorium), Tradycji będącej owocem doskonale jednolitego rozwoju, w którym nie ma miejsca na brak ciągłości. W ten właśnie sposób będziemy mogli skutecznie przyczynić się do ewangelizacji, do której wzywa nas Zbawiciel (por. Mt 28, 19-20).
Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X zapewnia Benedykta XVI o woli uczestnictwa w dyskusjach doktrynalnych, które dekret z 21 stycznia br. postrzega jako “niezbędne” jak również o pragnieniu dalszej służby Objawionej Prawdzie. Ta służba jest podstawowym aktem miłosierdzia, jakie należy okazywać wszystkim ludziom, tak chrześcijanom, jak i niechrześcijanom. Bractwo zapewnia również papieża o swych modlitwach, by jego wiara nie osłabła i by mógł umacniać wszystkich swych braci (por. Łk 22, 32).
Powierzamy te dyskusje doktrynalne wstawiennictwu Matki Bożej Zawierzenia (Madonna della Fiducia), ufając, że wyprosi nam Ona łaskę wiernego przekazywania tego, co otrzymaliśmy, tradidi quod et accepi (1 Kor 15, 3).
Ks. Biskup Bernard Fellay, 12 marca 2009 r.
Sam II Sobór Watykański jest faktem historycznym – tak więc akceptacja soboru jako faktu historycznego nie jest problemem. Jest jednak faktem, że sobór ten obiektywnie naucza doktryn sprzecznych z wiarą katolicką. Z tego właśnie powodu światło Tradycji odrzuca te nauki, podobnie musi postąpić każdy katolik. Większość tekstów soborowych jest jednak rozmyślnie dwuznacznych i tak naprawdę trudno nawet domyślić się, co potencjalnie mogą one oznaczać – nie mówiąc już o wewnętrznie sprzecznych twierdzeniach, które można znaleźć we wszystkich tych dokumentach. Nie może być w ogóle mowy o uznaniu ich za kryterium wiary, ponieważ są całkowicie wieloznaczne, całkowicie obcej pewności, jaką daje nam wiara. Gdzie brak jest definicji nie może być przylgnięcia intelektu, brak jest więc formalnego przedmiotu dla cnoty wiary. Tam jednak, gdzie tekst pozwala na ortodoksyjną i jednoznaczną interpretację, można mówić o akceptacji, która jest po prostu powtórzeniem tego, czego Kościół zawsze nauczał.
Jeśli jednak nawet niektóre teksty soboru pozwalają na ortodoksyjną interpretację nie oznacza to, że możemy akceptować sobór,. Zupa która została zatruta może zawierać wiele składników, które same w sobie są zdrowe i pożywne, jednak trucizna czyni ją całkowicie niejadalną. Podobnie sobór, przez swe rewolucyjne doktryny, dwuznaczności i brak jasności musi być w całości odrzucony.
Nie chodzi więc o powrót do soboru by odkryć jego „prawdziwą interpretację” lub o usiłowanie naprawienia w jakiś sposób wynikłych z niego nadużyć, poprzez próby pogodzenia ich z Tradycją. Pomysł, który moglibyśmy określić jako „ratowanie” soboru poprzez odkrywanie w nim tradycyjnego nauczania przypomina próbę odnalezienia jakiegoś mitycznego stworzenia. Wszelkie takie próby skazane są na niepowodzenie i są zasadniczo stratą czasu. Jeśli sam sobór nie chciał wyrazić jasno wiary katolickiej, żadne nasze wysiłki tego nie naprawią. Jedynym, co naprawdę trzeba uczynić, to systematyczne potępienie rozpowszechnionych dziś błędów, przezwyciężenie potwornego zamieszania będącego owocem tego właśnie soboru. Taki jest właśnie powód dyskusji doktrynalnych Bractwa z władzami rzymskimi, stanowiących kontynuację dzieła arcybiskupa Lefebvre.
Musimy zrozumieć jedno: dyskusje doktrynalne z Rzymem nie są rodzajem dialogu mającego na celu osiągnięcie jakiegoś konsensusu w kwestii soboru. To absolutnie nie o to chodzi, nie chodzi bowiem o osiągnięcie rozwiązania praktycznego. Chodzi o doktrynę, o depozyt wiary. Dyskusje te są raczej sposobnością, by pokazać władzom rzymskim, całkowicie pogrążonym w bagnie modernizmu i dwuznaczności, błędów będących skutkami soboru, które muszą zostać potępione, o ile Kościół ma odzyskać zdrowie. Tak jak przesłaliśmy do Rzymu naszą krytykę nowej Mszy, wolności religijnej oraz ekumenizmu, które sami możecie sobie przeczytać, tak również mamy obecnie sposobność mówić z nimi bezpośrednio, sposobność, jakiej do tej pory nigdy nie mieliśmy.
II Sobór Watykański, zgodnie ze słowami samego Pawła VI ogłosił, że występuje w służbie rodzaju ludzkiego. A jednak sam Zbawiciel mówi, że człowiek „nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował, albo przy jednym stać będzie, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Mt 6,24). W innym zaś miejscu Pismo św. mówi: „Przyjaźń tego świata jest nieprzyjaciółką Boga”(Jk 4,4). Tak więc sobór, nastawiając się na służbę ludzkości, usiłując stać się przyjacielem współczesnego, świeckiego i ateistycznego społeczeństwa, postawił się po stronie wrogów Boga, a kryzys w Kościele jest po prostu logiczną tego konsekwencją. Może on zostać przezwyciężony jedynie wówczas, gdy Kościół powróci do swego fundamentalnego obowiązku i potępi te błędy, które potępiał już w przeszłości i służyć będzie Bogu troszcząc się o zbawienie powierzonych sobie dusz.
[Slide 22]
Ks. Biskup Tissier de Mallerais, [członkiem Komisji Doktrynalnej Bractwa św. Piusa X]
Jakie jednak praktyczne kroki uważa Ekscelencja za konieczne?
„Będą miały dyskusje teologiczne pomiędzy nami a przedstawicielami Stolicy Apostolskiej - odnośnie doktryny II Soboru Watykańskiego”
Czy możemy jednak oczekiwać wycofanie przez was zastrzeżeń?
„Nie, absolutnie nie. Nie zmieniamy naszego stanowiska, mamy intencję nawrócić Rzym, to jest doprowadzić go do przyjęcia naszego punktu widzenia”.
Bp Tissier de Mallerais, wywiad 1 lutego 2009
Zakończenie
Tak więc, drodzy Przyjaciele, kończę tę konferencję prośbą o modlitwę, by owe dyskusje doktrynalne z Rzymem mogły przynieść jakieś owoce. Patrząc na to po ludzku, nie ma większej nadziei, że cokolwiek z nich wyniknie. Bractwo będzie jednak kontynuowało swą misję niezależnie od ich wyniku, nie prowadziliśmy bowiem walki przez czterdzieści lat po to jedynie, by dojść do jakiegoś sztucznego porozumienia, które zniszczyłoby nie tylko owoce naszej pracy, ale również sam Kościół. Ludzie potrzebują obecnie bardziej niż kiedykolwiek jasności i jednoznaczności, pewne też jest że pewnego dnia Kościół powróci do swej Tradycji zgodnie z obietnicą daną nam przez Chrystusa Pana, że bramy piekielne go nie przemogą. Jak to jednak często bywa w sprawach Bożych, musimy być cierpliwi - jak powiedział Zbawiciel „Czuwajcie i módlcie się”. Proszę was też o szczególną modlitwę w intencji Ojca Świętego Benedykta XVI, o tę samą modlitwę której słowa wypowiedział Pan Jezus prosząc za św. Piotra, by nawróciwszy się utwierdzał swoich braci we wierze (Łk 22, 32).
Dziękuję za waszą uwagę i błogosławię +
Subskrybuj:
Posty (Atom)

