Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 lipca 2011

3 niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego

Drodzy wierni,
Ta niedziela, następująca po święcie Najświętszego Serca Jezusa, jest jak gdyby wyjaśnieniem miłosierdzia Boga wcielonego w Najświętszym Sercu. Pan Jezus w swojej dobroci wyjaśnia nam wielkie miłosierdzie Boga dla grzeszników i dzisiaj otwiera nam Serce Boga, pełne tego, czego Bóg pragnie dla grzeszników, czyli ich nawrócenia.
Grzesznicy przyszli do Pana Jezusa, jak mówi Ewangelia “Zbliżali się też do niego celnicy i grzesznicy, aby go słuchać”. Przychodzili, żeby słuchać Jezusa, to znaczy że nie byli zbyt zajęci sprawami tego świata ani własnymi fałszywymi przekonaniami, po prostu przyszli go posłuchać. Przyszli, może z ciekawości, może szukając uzdrowienia, a być może dlatego, że ktoś z przyjaciół im to zasugerował. Są to być może ludzie, którzy przyjęliby z radością Słowo Boże, ale potem przygniotą ich troski tego świata. Są może jednak tacy, którzy wytrwają. Ale najistotniejsze jest to, że - jak mówi Ewangelia - przystąpili do Pana Jezusa.
To wydarzenie z życia Pana Jezusa powtarza się w całej historii Kościoła, chociaż niektóre szczegóły są różne, tak, jak różnią się między sobą poszczególne dusze. Jest wielu ludzi, którzy mogli słyszeć o Tradycyjnej Mszy, którzy być może mają przyjaciela, który zaprosił ich na niedzielną Mszę Świętą Wszechczasów, lub którzy po prostu zauważają, że na świecie pewne rzeczy nie wyglądają tak jak powinny. Przychodzą więc do Pana Jezusa, przychodzą na Mszę. Przystępują do Pana Naszego Jezusa Chrystusa.
Są oni jednak wciąż dalecy o doskonałości. Ewangelia wymienia dwie grupy ludzi: celników i grzeszników. Celnicy byli więcej niż tylko złodziejami. Często byli zdrajcami własnego narodu, jawnogrzesznikami, którzy nie tylko popełniali grzechy, ale poprzez swoją pracę mieli okazję do wielu nadużyć, wyłudzając pieniądze od własnych rodaków. Ale nawet takie dusze mogą uzyskać łaskę widzenia Pana Jezusa. Byli tam także inni grzesznicy. Grzesznicy, którzy doświadczyli najgorszego i pragnęli łaski zerwania z przeszłością i rozpoczęcia wszystkiego od nowa.
Często i my, drodzy wierni, spotykamy na Mszy ludzi dalekich od doskonałości i nierozumiejących, na czym w ogóle polega Msza Święta. W Ewangelii czytamy, że przychodzą oni słuchać Pana Jezusa, ale nie wiemy nic o tym, czy Go rozumieją. Istnieją dusze, które przychodzą po uzdrowienie, nawet jeśli nie wiedzą co im właściwie dolega. W rzeczywistości każdy z nas, uczęszczających na Mszę, jest grzesznikiem, niektórzy bardziej od innych, tak samo jak każdy kto chodzi do lekarza jest w jakiś sposób chory. W tym życiu Pan Jezus jest bardziej lekarzem dusz niż sędzią.  Teraz jest czas miłosierdzia, czas pokuty, czas zdążania do doskonałości - jeśli nie jej osiągnięcia.
Niestety są także i oburzeni. To ci, którzy nie zrozumieli miłosierdzia Pana Jezusa, lub nie chcieli zrozumieć. To właśnie są ci, którzy odrzucą miłosierdzie ofiarowane przez Pana Jezusa, a nawet Jego samego i domagać się będą Jego ukrzyżowania. Są to faryzeusze. Uważają się za wzór doskonałości, mimo, że przez swoje uczynki są jak najdalsi od Pana Jezusa. Ewangelia nie wspomina o faryzeuszach słuchających Pana Jezusa, ale mówi, że szemrali, sprzeciwiali się Jemu. W rzeczywistości, szukali oni tylko okazji do wykazania swojej wyższości nad Nim: ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Nie tylko nie rozumieli Pana Jezusa, ale też nie chcieli Go zrozumieć. Jedynym ich pragnieniem było pokazanie, że są ważniejsi, że są lepsi niż ich bliźni, że - inaczej niż inni - zachowują przykazania.
To są ci, którzy skorzy będą do krytykowania najdrobniejszego szczegółu życia swoich bliźnich, którzy wyobrażają sobie, że są policją parafii, którzy po Mszy sprawdzać będą, czy wszyscy mają ubrania odpowiedniej długości, którzy jako pierwsi poinformują wszystkich o najnowszej teorii spiskowej, lub czymkolwiek, co nie wygląda tak, jak powinno. Mają oni nadzieję, że wszyscy będą pod wrażeniem ich doskonałości, tego, że  - inaczej niż inni - wiedzą o tym, o czym nikt nie ma pojęcia i nie nawrócą innych, dopóki ci nie dostosują się do ich standardów.
Ale nawet w stosunku do tych złośliwych faryzeuszy Pan Jezus nie traci nadziei. Jego miłosierdzie jest tak wielkie, że pragnie On zbawienia dla tych biednych dusz zaślepionych pychą. Specjalnie dla nich Pan Jezus daje przypowieść, że mogą być nawróceni do jedności z myśleniem Pana Jezusa, do sądzenia, nie skazywania, ale do ocalenia i nawrócenia.
Dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, które są bezpieczne, to te dusze, które pozostają w niewiedzy. Są często sprowadzane na złą drogę przez zły przykład lub złych przywódców. Zagubione są nie przez złą wolę, ale raczej słabość. Pasterz pójdzie więc, i będzie ich szukał w puszczy - czyli w świecie - żeby tylko je znaleźć. Tak samo prawdziwy apostoł, dusza prawdziwie oddana Kościołowi, nie będzie siedzieć w domu aby prowadzić krucjatę na każdym forum internetowym krytykując i obrażając każdą pojawiającą się osobę. Przeciwnie, dusza gorliwa pójdzie do swoich przyjaciół i sąsiadów, jak człowiek z przypowieści o zgubionej owcy, mówiąc aby radowali się z nim, bo odnalazł to, czego szukał: a więc łaskę od Boga, łaskę nawrócenia. Prawdziwie gorliwa dusza będzie tą, która chce dzielić się cudem Mszy ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi, z kolegami z pracy, aby pokazać im łaskę czystego sumienia. Z kolei faryzeusz, jak mówi Pan Jezus, nakładać będzie brzemię na swojego bliźniego, składając na jego barki problemy i troski, w sprawie których sam nie ma zamiaru kiwnąć palcem.
Zagubiona drachma to grzesznik, który świadomy jest tego, co zrobił. Moneta nosi na sobie wizerunek  władcy, który ją wybił, tak jak dusza która nosi na sobie obraz Boga ze zrozumieniem i wolną wolą.  Dusze takie wiedzą, co czynią i dobrowolnie popadają w grzech.  Spędzali oni czas i energię na rzeczach nie wartych ich godności, marnowali ten pieniądz, za który otrzymać mogli wieczność - swoją wiedzę i miłość. Złamali Dziesięć Przykazań, bo, jak mówi Święty Jakub, kto w jednym by upadł, stał się winnym wszystkiego  - nie ma dziesięciu drachm, gdy jedna jest zgubiona. I tak jak niewiasta z Ewangelii, Kościół zapala światło doktryny, aby pokazać duszom ich błędy, oraz wymiata dom przez sakrament pokuty, znajdując dla tych dusz nieocenioną łaskę Boga.
W obu przypadkach wielka jest radość w niebie, bo dzięki łasce Boga, dusze odwracają się od zła i przyjmują dobro. Mimo że są niedoskonali, mimo że muszą jeszcze wiele zrobić aby umocnić się w dobru, i nawet jeśli ich złe nawyki wymagają jeszcze dużo czasu aby je wykorzenić, jeśli tylko otrzymali łaskę od Boga, mają szansę osiągnąć wieczną szczęśliwość. I tak, w całkowitym przeciwieństwie do faryzeuszy i sekciarzy, którzy podążają ich śladem, my także powinniśmy cieszyć się z każdej duszy, która zbliży się do prawdy. Powinniśmy radować się i pomagać tym, którzy przychodzą na Mszę, nawet jeśli pozostają w niewiedzy, lub nawet grzechu.
Przyjdzie czas, w którym Pan Jezus oczyści świątynie z tych, którzy ją plamią. Są czasy, w których bicz musi ochronić niewinnych, którzy mogliby zostać zepsuci lub splamieni, ale dzieje się to wtedy, gdy zakwestionowany jest autorytet Pana Jezusa, lub Jego świątynia jest w niebezpieczeństwie, kiedy z miejsca modlitwy i miłosierdzia staje się jaskinią zbójców. Nie czytamy o nawróceniu tych zbójców. Nie czytamy o ich skrusze ani radości. W rzeczywistości tymi wyrzuconymi ze świątyni będą faryzeusze, którzy nie modlili się o nawrócenie grzeszników, ale wymieniali się krytyką innych. Przyjdzie czas, jak mówi Pan Jezus, w którym osądzeni będą tą samą miarą, którą sądzili innych.
I tak, Drodzy Wierni, uczmy się z przypowieści danych nam przez Pana Jezusa oraz jego przykładu, jak najlepiej zwyciężać dusze dla prawdy. Czytamy w Ewangelii, że Pan Jezus począł czynić i uczyć, co znaczy, że uczył najpierw przez przykład, a potem przez wskazówki. Powinniśmy być więc skorzy nie do wypowiedzenia słowa potępienia, ale raczej zachęty, aby prowadzić i uczyć raczej naszym przykładem niż krytyką. Powinniśmy móc mówić za Świętym Pawłem “Bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja Chrystusa”.
Większość dusz, moi Drodzy Wierni, potrzebuje raczej słowa zachęty i rady, niż potępienia. Większość dusz jest podobnych Samarytance, która doszła do łaski, którą jest Msza. A jak Pan Jezus przyciąga tę kobietę, tak daleką od łaski Boga? Nie przybywa, aby ją potępić, ale czyni się nawet jej dłużnikiem mówiąc: Daj mi pić. Ten, który jest Panem życia i śmierci, jej Sędzią na sądzie ostatecznym, prosi o wodę. Prosi, zaciąga dług u kobiety, z którą, wedle jej własnych słów, Żydzi nie chcieli obcować. Ale Pan Jezus, widząc w niej te słowa pokory, słowa potwierdzające jej niski status, ofiaruje jej w zamian żywą wodę łaski tryskającej ku życiu wiecznemu.
Pan Nasz Jezus Chrystus stopniowo będzie pokazywał jej różnicę pomiędzy wodą ziemską, która może jedynie czasowo zaspokoić nasze pragnienie, a wodą życia, która napoić może na wieczność. I, być może niedokładnie rozumiejąc wszystkiego, co Pan Jezus mówił, kobieta ta pragnęła tego, co jej oferował.
Wtedy, i tylko wtedy, Pan Jezus wspomina o wielkiej przeszkodzie stojącej na drodze tej łasce. Idź, i zawołaj męża twego. Z zakłopotaniem i fałszywym wstydem odpowiada ona, że nie ma męża. Z jaką delikatnością Pan Jezus pokazuje jej jak daleko jest ona od Boga! Dobrześ powiedziała, że nie masz męża. Albowiem ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. I zobaczyć możemy owoce delikatności, taktu i cierpliwości Pana Jezusa. Niewiasta spowiada się Panu Jezusowi, i to wyznanie grzechów obraca ją w apostoła. Apostoła dla całego miasta, które otrzyma Pana Jezusa przez jej świadectwo.
Drodzy Wierni, naśladujmy Pana Jezusa szczególnie w naszym stosunku do innych.
Jest tyle dusz, które cierpią niewolę grzechu i niewiedzy, które mogły przez specjalną łaskę usłyszeć o Tradycji, dowiedzieć się o Mszy Świętej. Które, dzięki łasce Pana Jezusa, przychodzą aby Go zobaczyć i usłyszeć w jego Świętym Kościele. Przychodzą, być może pierwszy raz, i prośmy Pana Boga, aby nie był to też ostatni raz. Dusze te są jak dzieci, młode i być może jeszcze nie narodzone dla wiary - i biada temu, kto będzie dla nich zgorszeniem, kto zahamuje, albo nawet zniszczy łaskę, którą inni wywalczyli dla tych dusz. W dniu sądu odpowiedzieć będą musieli za to, że przeszkodzili w powrocie zagubionych owiec do owczarni, że pilnowali, aby drachma się nie odnalazła.
I tak, z posłuszeństwa Matce Bożej, Matce Bożej Fatimskiej, która prosiła o modlitwy w intencji nawrócenia grzeszników, módlmy się za nich, pracujmy dla ich nawrócenia przez naśladowanie miłosierdzia Pana Jezusa, abyśmy mogli radować się z powrotu zagubionego i odnalezienia brakującego. Radości w której udział biorą niebiosa, na wieki wieków, Amen

niedziela, 28 listopada 2010

na 1 niedzielę Adwentu

Drodzy Wierni,

Mamy dzisiaj pierwszą niedzielę Adwentu, początek nowego roku liturgicznego, roku łaski, podczas którego obchodzimy tajemnice Zbawiciela, a Kościół czyta nam stosowne ustępy Pisma świętego, mające pomóc nam żyć w zgodzie z nauką Chrystusa. Czas Adwentu jest czasem oczekiwania na wielkie łaski, które spłyną na nas podczas świąt Narodzenia Pańskiego.

Co ciekawe w niedzielę tą, w którą rozpoczynamy nowy rok liturgiczny, Pan Jezus mówi nam o końcu czasów. Właśnie wówczas, gdy mamy rozpocząć od nowa rozważanie Jego tajemnic, Kościół czyta nam Ewangelię, w której Zbawiciel mówi o swym przyjściu w chwale, kiedy będzie sądził żywych i umarłych. Dlaczego mamy mówić o końcu czasów, skoro rozpoczynamy właśnie nowy rok liturgiczny?

By jakiekolwiek nasze przedsięwzięcie uwieńczone zostało powodzeniem, musimy nieustannie pamiętać o ostatecznym celu naszych wysiłków. Jeśli wybieramy się w długą podróż, musimy cały czas pamiętać, do jakiego miasta czy też miejsca chcemy dotrzeć –gdybyśmy o tym zapomnieli, moglibyśmy nieoczekiwanie znaleźć się w miejscu bardzo odległym od celu naszej podróży. Również w naszym życiu moralnym musimy zawsze pamiętać o celu, dla którego zostaliśmy stworzeni: by kochać Boga, służyć Mu i radować się Nim przez całą wieczność. Nie istniejemy jedynie po to, by przeżyć na ziemi zaledwie kilka lat bez żadnego szczególnego powodu. Nie, mamy cel, dla którego zostaliśmy stworzeni, cel, który zawsze powinniśmy starać się osiągnąć: szczęście wieczne.

Życie nie jest jedynie ciągiem zdarzeń prowadzących do choroby i śmierci, jest ono w istocie czasem próby. Nasza wieczność uzależniona będzie od tego, jak żyliśmy tu, w doczesności. Bóg w swej nieskończonej mądrości nie tylko przeznaczył nas do stanu, przewyższającego nasze najśmielsze marzenia – do życia wiecznego, ale też chce, byśmy pracowali dla osiągnięcia tego celu, ponieważ wie, że większe szczęście daje nam nie tyle dar, co nagroda. Wieczna szczęśliwość jest dla nas tym wspanialsza, że wiemy, iż mamy swój udział w osiągnięciu naszego wiecznego przeznaczenia. Obdarzając nas swą łaską Bóg chce, byśmy wykorzystali to, co nam daje, do postępu w dobrym, tak jak dobry sługa w Ewangelii, który wykorzystując pięć otrzymanych talentów zyskał kolejnych pięć, by wejść do radości swego Pana. Pod koniec naszego doczesnego życia Zbawiciel będzie nas sądził z tego, jak używaliśmy Jego darów, zarówno naturalnych jak i nadprzyrodzonych. Jeśli źle je wykorzystaliśmy, zostaniemy ukarani, jeśli jednak wykorzystaliśmy je dobrze, czeka nas wieczna nagroda.

Musimy o tym zawsze pamiętać, drodzy Wierni. Pod koniec naszego ziemskiego życia będziemy sądzeni z każdego naszego uczynku. Każdy nasz uczynek zbliża nas do wiecznej nagrody, albo też oddala nas od niej, podobnie jak każdy zakręt na autostradzie przybliża nas lub oddala od celu podróży. W momencie naszej śmierci zobaczymy z całkowitą jasnością stan naszej duszy – poznamy, czy znajdujemy się blisko naszego celu, czy też daleko od niego. Tak jak pod koniec jazdy widzicie, czy przybliżyliście się do celu podróży, czy też nie, tak również gdy wasza dusza oddzieli się od ciała, natychmiast poznacie jej prawdziwy stan– czy jest ona przygotowana do życia wiecznego, czy też nie.

Dla tych, którzy zgubili drogę, albo pomimo ostrzeżeń innych zabłąkali się daleko od drogi szczęśliwości, chwila ta będzie straszliwa – w jednym momencie poznają, że pozostaną z dala od Boga przez całą wieczność, skazani na wieczny smutek i cierpienia, ponieważ będą na zawsze odłączeni od Tego, który jest źródłem wszelkiego życia i szczęścia. Ci, którzy niekiedy zbaczali daleko od drogi do Boga, ale ostatecznie ponownie ją odnaleźli, będą musieli spędzić pewien czas w czyśćcu, gdzie dusze ich oczyszczone zostaną z wszelkich plam i skaz. Ci natomiast, którzy mieli szczęście i łaskę pozostać na dobrej drodze, wstąpią od razu do radości, którą daje tylko Bóg. Ta błogosławiona nagroda czeka tych, którzy nigdy nie zapomnieli, dla jakiego celu zostali stworzeni i trzymali się wąskiej drogi dzięki czujności i modlitwie.

Tak więc, drodzy wierny, rozmyślajmy często o tym ostatnim dniu, jaki dane nam będzie przeżyć na tej ziemi. Każdy z nas pewnego dnia umrze. Takie jest prawo natury i nikt nie może przed tym uciec. Wszyscy umrzemy i umrzemy tylko raz. Może się zdarzyć, że wielokrotnie będziemy bliscy śmierci, jednak dla każdego z nas chwila śmierci przyjdzie tylko raz. Może to być nagle, np. podczas wypadku samochodowego, albo po długiej i bolesnej chorobie, jednak przyjdzie i nie ma sposobu, by tego uniknąć. Ponieważ jest to nieuniknione, nie ma nic bardziej roztropnego i zbawczego, niż rozmyślanie o tym dniu, w którym przejdziemy do wieczności, o dniu, który będzie ostatnim naszym dniem na ziemi, o dniu naszego sądu.

Kiedy dusza rozłączona zostanie ze swoją ziemską powłoką, zobaczy swój prawdziwy stan bez niepewności, z jaką postrzegają świat nasze cielesne oczy. Ujrzymy każdy z naszych uczynków, od powszechnie znanych do najbardziej skrytych, wraz w ich konsekwencjami dla naszej duszy. Każdy z naszych uczynków wywiera bowiem skutek na naszej duszy, nadając jej pewną skłonność do dobra albo do zła. Ujrzymy je wszystkie w jednej chwili, widząc również samą duszę obciążoną grzechami lub uszlachetnioną przez dobre uczynki.

Potem zaś objawi się Zbawiciel oraz Jego prawo - i zobaczymy różnicę pomiędzy tym, co nakazał nam czynić, a tym, co uczyniliśmy. Osądzi nas wedle tego, czego nauczał, a następnie udamy się na miejsce naszego wiecznego przeznaczenia: do życia wiecznego, jeśli byliśmy wierni, do czyśćca – jeśli okaże się to konieczne, albo do piekła - i będziemy tam przez całą wieczność. Sąd wydany przez Chrystusa będzie szybki i nieodwołalny, ponieważ będzie nas sądził wedle swej nieskończonej mądrości i miłosierdzia, znając tajniki serc i uczynki każdego człowieka. Dusze nie będą miały możliwości apelacji, zwłoki ani protestu, ponieważ zrozumieją w pełni co uczyniły i na co zasłużyły.

Tak więc, drodzy wierni, pamiętajmy zawsze o tym dniu, który będzie naszym ostatnim dniem na tym świecie, gdyż tylko pamięć o nim nadaje sens wszystkim pozostałym dniom naszego życia. Tak wiele zła ma miejsce właśnie dlatego, że ludzie zapominają, iż to co czynią, ma konsekwencje, konsekwencje trwające całą wieczność. Jeśli jednak pamiętamy, że jesteśmy przeznaczeni do życia wiecznego, nawet najbardziej przyziemne czynności nabierają całkowicie innego znaczenia. Zamiast stanowić element monotonnej rutyny, stają się one narzędziami służącymi do zdobywania zasług. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy bogaci czy biedni, czy jesteśmy chorzy czy też cieszymy się dobrym zdrowiem, czy jesteśmy sławni czy pogardzani – jeśli pełnimy wolę Boga, wszystko służyć będzie naszemu zbawieniu. Tego ostatniego dnia skończą się wszelkie cierpienia, podobnie jak wszelka ziemska chwała. Tych jednak, którzy żyli zgodnie z wolą Boga, czekać będzie wieczna szczęśliwość przewyższająca wszelkie ziemskie i materialne sukcesy, natomiast ludzi, którzy wolę tę ignorowali, jedynie rozpaczliwa świadomość, że w rzeczywistości zmarnowali cały dany im czas.

Pomyślcie, drodzy Wierni, o tych duszach, których ziemskie życie dobiegło już kresu, za które modliliśmy się w miesiącu listopadzie. Gdyby dano im jeszcze jeden dzień życia, co zmieniliby, wiedząc to, co wiedzą obecnie? Co nam przyjdzie z lepszego stanowiska, lepszego domu czy samochodu, jeśli by to uzyskać musielibyśmy oszukiwać i kraść? Cóż da nam zdobycie całego nawet świata, jeśli oznaczałoby to zgubę naszej duszy? Gdyby umarli mogli mówić, powiedzieliby nam: żyjcie tak, jakbyście mieli jutro umrzeć. Gdybyście wiedzieli, że dzień jutrzejszy będzie ostatnim waszym dniem na ziemi, co zmienilibyście w swoim życiu? Dlaczego więc zwlekacie, skoro wiecie, że i tak musicie umrzeć, nawet jeśli nie będzie to jutro?

Zacznijmy więc nowy rok liturgiczny od wspomnienia tego straszliwego dnia, tego dnia sądu, który nadejdzie dla nas i dla całego rodzaju ludzkiego. Miejmy nadzieję, że nie nadejdzie on gdy będziemy nieprzygotowani, ale że zawsze będziemy gotowi zdać Zbawicielowi sprawę ze wszystkich łask, którymi nas obdarzył. Odrzućmy pokusy, które ociągają nas od prostej drogi do wiecznego szczęścia. Żyjmy pobożnie, oczekując przyjścia Zbawiciela na sąd z lękiem i drżeniem, ale również z radością i nadzieją, że będziemy cieszyć się Nim przez całą wieczność. Amen.

niedziela, 31 października 2010

na święto Chrystusa Króla


Drodzy wierni,

W dniu dzisiejszym przypada uroczystość Chrystusa Króla, dzień, w którym publicznie potwierdzamy władzę Chrystusa nad całym stworzeniem, całym społeczeństwem, wszystkimi narodami i systemami prawnymi. On jest Stwórcą Wszechrzeczy, Zbawicielem rodzaju ludzkiego, a więc dla naszego własnego szczęścia, dla dobra i pomyślności naszego społeczeństwa, musi On panować, ponieważ jest Królem.

Na każdej niemal karcie Ewangelii widzimy, jak Chrystus Pan głosi nam naukę o Królestwie. Rozpoczyna swe nauczanie wezwaniem do pokuty „albowiem przybliżyło się Królestwo Niebieskie” (Mt 4,17). Mówi nam o swoim Królestwie, Królestwie które prowadzi nas do Nieba, a więc koniecznym do naszego zbawienia, gdyż ci, którzy wyrzuceni zostaną z niego, wpadną w ogień piekielny „gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 8,12). Wkraczamy do tego Królestwa łaski i prawdy podporządkowując się Jego prawu, Jego nakazom, Jego władzy. On sam nauczył nas się modlić słowami, które powtarzamy każdego dnia, by Jego Królestwo mogło zapanować na ziemi, tak jak istnieje ono w Niebie (Mt 6,10).

A ponieważ Chrystus jest Panem tego Królestwa, jest też Królem. Tego samego dnia, w którym oddał życie za poddanych swego Królestwa, odpowiedział Piłatowi: „Ty mówisz, że jestem ja królem” (J 18,37). Chrystus jest Królem, ponieważ sprawuje rządy monarsze, jako jedyny prawdziwy Władca, rządzący wszelkimi innymi, jako Ten, od którego pochodzi wszelka władza. Co więcej, Chrystus jest Królem nie dlatego, iż my akceptujemy Jego panowanie, jak to często bywa na tym świecie – Jego Królestwo nie jest z tego świata, ponieważ przychodzi z Nieba, od samego Boga. Nie jest więc zależne od akceptacji ze strony ludzi, jego natura jest bowiem Boska. Słusznie nazywane jest Królestwem Niebieskim, ponieważ jest to Królestwo ustanowione przez samego Boga dla zbawienia rodzaju ludzkiego, Królestwo, poza którym nikt nie może być zbawiony. A ponieważ Królestwo to pochodzi od samego Boga, jest równie jak On wieczne - obiecuje też życie wieczne wszystkim swym poddanym.

W dniu dzisiejszym chcemy uczcić jednak nie tyle Królestwo Chrystusa Pana, co fakt, że On sam jest Królem, rządcą wszystkich narodów. Posiada On wszystkie prawa i przywileje królewskie, ponieważ jest Bogiem. Święty Jan pisze w swej Ewangelii o Słowie: „Wszystko przez nie się stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało” (J 1,3). Dlatego Zbawiciel, jako stwórca ludzkiej natury, jest z konieczności Królem wszystkich rzeczy i wszystkich narodów. Jako Bóg ma prawo do posłuszeństwa w każdej dziedzinie ludzkiego życia. To Jemu podporządkowane muszą być i z Jego wolą muszą zgadzać się wszelkie prawa, to dla Niego zarezerwowana jest wszelka władza sądzenia i to w Nim źródło swe ma wszelka władza wykonawcza.

Logiczną tego konsekwencją jest więc, drodzy wierni, że aby społeczeństwo cieszyło się pomyślnością, by rządy mogły spełniać swe zadanie polegające na budowaniu wspólnego dobra, państwo musi uznawać królewską władzę Chrystusa. Odmowa posłuszeństwa wobec Zbawiciela czy próba stworzenia państwa nie uznającego Jego nauki za prawdziwą, równoznaczne jest z brakiem wiary w Niego i odrzuceniem Jego słusznych praw względem nas. Ludzie, którzy opowiadają się za niezależnością Królestwa Chrystusa, czyli Kościoła, oraz państwa, w rzeczywistości nie mają ochoty podporządkowywać się prawom Jezusa Chrystusa. Domaganie się, by prawa jakiegoś państwa niezależne były od moralności nauczanej przez Zbawiciela, oznacza w istocie skazanie przeważającej większości obywateli na ogień wieczny, uniemożliwia tez państwu osiągnięcie nawet czysto naturalnej doskonałości.

Każda istota ludzka stworzona została przez Boga, by osiągnąć szczęście, szczęście wieczne. Szczęśliwość tę dać nam może jednak jedynie coś, co uczyni nas szczęśliwymi przez cała wieczność, czyli doskonałe dobro. Jest tylko jedno nieskończone i wiecznie doskonałe dobro, jest nim sam Bóg. Boga jednak nie można osiągnąć bez łaski, a łaska ta przychodzi jedynie poprzez naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jak więc państwo może mieć choćby nadzieję, że zapewni swym obywatelom szczęście, jeśli równocześnie odmawia podporządkowania się Chrystusowi? Jak może cieszyć się pomyślnością choćby tylko materialną, jeśli nie chce postępować wedle nakazów Zbawiciela? Jak może łudzić się, że zachowa niezależność, odmawiając przy tym posłuszeństwa źródłu wszelkiej władzy?

Odpowiedź jest prosta: to niemożliwe. Dlatego właśnie, drodzy wierni, zarówno w historii jak i czasach nam współczesnych, widzimy tak wiele przykładów sytuacji, w których państwo odmawiające uznania królewskiej władzy Chrystusa traci swą własną niepodległość i tożsamość. Państwo, które nie chce uznać ograniczeń swej własnej władzy, szybko staje się narzędziem służącym nie tyle do budowy wspólnego dobra, co do powszechnego zniszczenia. Podczas gdy powinno być opiekunem słabych, staje się narzędziem zgorszenia i tyranii. Dokonuje się to zresztą na naszych oczach, nie oszczędza się bowiem obecnie nawet dzieci – gorsząc je od najmłodszych ich lat poprzez edukację seksualną i zboczenia, pozbawiając przy tym elementarnej nawet edukacji i poddawając kolejnym arbitralnym reformom narzucanym przez państwo. Widzimy też, jak na ulicach naszych miast pod ochroną prawa odbywają się parady zboczeńców, podczas gdy ludzie, którzy wychowali swych synów w bojaźni Bożej i duchu gotowości oddania życia za swój kraj, wyszydzani są i lekceważeni.

W rzeczywistości, drodzy wierni, istnieją tylko dwie opcje, gdyż jak powiedział sam Zbawiciel: „Kto nie jest ze Mną, przeciwko Mnie jest” (Mt 12,30). Albo podporządkujemy się królewskiej władzy Chrystusa, albo popadniemy ponownie, powoli lecz w sposób nieunikniony, w niewolę diabła. Chrystus Pan jest Królem nie tylko dlatego, że jest naszym Stwórcą, ale również dlatego, że jest naszym Odkupicielem. Ofiarował swe życie na Krzyżu za nasze zbawienie, za nasze odkupienie – byliśmy bowiem niewolnikami grzechu. Nie należymy do siebie samych, zostaliśmy wykupieni za wielką cenę, za cenę Przenajświętszej Krwi Chrystusa.

Jezus Chrystus jest więc Królem nie tylko przez naturę, przez swą Boską naturę, ale również na prawach zwycięzcy. Ziemscy królowie dziedziczą swój tytuł lub zdobywają go na polu walki. Chrystus jest Królem Królów, ponieważ ma prawa do tego tytułu zarówno z natury, jako Bóg i Stwórca, jak i na prawach zwycięzcy, ponieważ wykupił nas i nabył naszą wolność w bitwie, jaką stoczył na Kalwarii. Poprzez swą Mękę i Śmierć ma do nas wszelkie prawa, a dzięki Jego łasce należymy do Niego.

Tak więc, drodzy wierni, niech przynajmniej ten dzień, w którym świętujemy majestat i prawa naszego Pana i Króla, rozproszy iluzje i omamy diabła, syreni śpiew, mający zwabić nas na skały grzechu. To, co głoszone jest obecnie jako tolerancja, multikulturalizm czy wolność, oznacza w rzeczywistości jedynie: „Nie chcemy, by ten nad nami panował” „Poza cezarem nie mamy króla”. (J 19,25). Wszelkie prawa legalizujące aborcję, tak zwane małżeństwa homoseksualne, promowanie fałszywych religii, są w istocie odrzuceniem Królestwa Chrystusa, świadomym odrzuceniem Jego władzy i Jego prawa. Chaos, smutek, uczucie pustki, utrata suwerenności, są jedynie logicznymi konsekwencjami tego stanu rzeczy. Albo będziemy mieli Chrystusa za Króla, albo diabła za pana. O ile uczniowie diabła dobrze wiedzą, czemu służy ich praca, ci, którzy kochają Zbawiciela, nie powinni ulegać iluzjom.

Pewnym jest, że Chrystus Pan zatryumfuje nad swymi wrogami, tryumf ten może nadejść jedynie poprzez zwycięstwo odniesione w naszych sercach. Każdy z nas poprzez chrzest należy do Królestwa Niebieskiego, do Królestwa Chrystusa Pana, musimy więc uznawać Jego władzę królewską w naszym codziennym życiu. Niewielu z nas zajmuje wybitne i odpowiedzialne stanowiska, prawdopodobnie żaden z nas nie stoi u sterów nawy państwowej, każdy z nas jest jednak odpowiedzialny za własne czyny. Niech więc każdy z nas odpowie na wezwanie Zbawiciela, na wezwanie do obrony Jego praw w dziedzinie, za jaką jesteśmy odpowiedzialni. Musicie uczynić co w waszej mocy, by przynajmniej wasza rodzina uznawała królewską władzę Chrystusa, a najlepszym ku temu środkiem jest prawdopodobnie Intronizacja Najświętszego Serca Pana Jezusa w waszych domach. Zobaczycie wówczas, w jaki sposób zobowiązania te, będące również źródłem wielkiej radości, ściągną na was morze łask Zbawiciela. Każdy król broni bowiem swej własności, jeśli więc pozostaniemy wierni naszemu Panu, naszemu królowi i Zbawicielowi, pewnego dnia powie On do nas: „Pójdźcie błogosławieni Ojca Mego, posiądźcie królestwo zgotowane wam od założenia świata” (Mt 25,34).

niedziela, 26 września 2010

18 Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego

Drodzy wierni,
Wszystko, co robi dla nas Pan Jezus jest dla naszego uświęcenia i dla naszego zbudowania. Każde słowo ewangelii, każdy czyn Pana Jezusa jest dla naszego odkupienia. Na końcu ewangelii św. Jana jest napisane, że tylko część tego, co Chrystus Pan zdziałał na ziemi została zapisana w ewangelii dlatego, że nawet gdyby księga była wielka jak ziemia, a kałamarz jak ocean, nie dałoby się spisać wszystkiego, co powinno być napisane o Panu Naszym Jezusie Chrystusie. Św. Jan Chryzostom mówił, że każda pojedyncza sylaba Pisma Świętego ma w sobie taka głębię znaczenia jak ocean. Problem w tym, że jesteśmy tak ociężali w rozumieniu, tak słabi, tak chorzy.
Każda ułomność, którą Pan Jezus leczy w ewangelii, każda choroba, którą uzdrawia oznacza jakąś duchową ułomność, którą chce On uleczyć w naszych duszach. Dobroć Pana Jezusa jest tak wielka, że nie wystarcza Mu tylko uleczenie ciała, lecz pragnie On aby cały człowiek został uzdrowiony.
Ci, którzy pragną zostać uzdrowieni, ale nie wiedzą, co mają robić są podobni do tego nieszczęśnika, który siedział przy brzegu sadzawki przez 38 lat. Próbował wiele razy wejść do sadzawki, ale nie miał nikogo, kto by mu pomógł zmyć słabości ze swego ciała. Dopiero Pan Jezus przychodzi do niego aby go uleczyć.
Ale człowiek z dzisiejszej ewangelii, paralityk, jest znacznie poważniejszym przypadkiem. Nawet nie może się poruszyć. To dusza, która została sparaliżowana przez grzech, która ma głębokie przywiązanie do grzechu, takie, że nawet nie może zbliżyć się do Pana Jezusa bez pomocy innych. Znajdują się jednak tacy, którzy przynoszą go do Pana Jezusa. Widzą ogromny tłum, tłoczący się wokół Niego. Widzą wielki tłum Żydów, którzy przyszli zobaczyć tylko doczesnego mesjasza. Ale wiara przyjaciół chorego jest taka, że robią otwór w dachu i opuszczają go obok Pana Jezusa. Otwierają swoje serca dla nieba, nie szukają lekarstwa dla swego przyjaciela nisko przy ziemi, ale u źródeł życia.
I Pan Jezus pochwala ich wiarę, a grzechy tego nieszczęśnika zostają odpuszczone.
Drodzy wierni, musicie się modlić za grzeszników. Zwłaszcza dziś, kiedy jest tylu ludzi podobnych do paralityka z dzisiejszej ewangelii, ludzi sparaliżowanych duchowo. Sami nie mogą się poruszać, nawet nie mają dość siły aby pragnąć poprawy. Biedne dusze, które nie odróżniają białego  od  czarnego. Pan Jezus chce je uzdrowić, ale nie może, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto przyniesie nieszczęśnika do Niego. Nie uleczy ich, o ile nie będzie tych, którzy otworzą swe serca na Jego łaskę, nie zbawi tych, za których nikt się nie modli. módlcie się za grzeszników, drodzy wierni. Nie ma nic pilniejszego, aniżeli modlić się i cierpieć za grzeszników. Módlcie się za Kościół. 
Jest też inna nauka, którą Pan Jezus chce nam dziś przekazać. W dzisiejszej ewangelii mówi o Sobie: „Abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę, aby odpuszczać grzechy – mówię ci wstań”. Pan Jezus używa cudu uzdrowienia paralityka do udowodnienia bez żadnej wątpliwości, że jest Bogiem. Ale także, że jest Człowiekiem, Synem Człowieczym. Dwie skrajności złączone w jednej osobie, każda z właściwą jej naturą i mocą. 
To jest istota tajemnicy chrześcijaństwa. Jesteśmy chrześcijanami, bo wierzymy w Jezusa Chrystusa. Wierzymy, że Jezus człowiek jest Drugą Osobą Przenajświętszej Trójcy. Wierzymy, że ta jedyna ludzka natura jest istotowo zjednoczona ze Słowem Bożym. Nie dzielimy Jego osoby, nie rozróżniamy dwóch natur, wierzymy w Jednego Chrystusa, Boga i Człowieka. 
Ale są tacy, którzy chcieliby podzielić Pana Jezusa, którzy sądzą, że jest On tylko człowiekiem, jak inni ludzie. Tak jak Faryzeusze z dzisiejszej ewangelii, którzy oskarżają Go o bluźnierstwo, bo wiedzą, że tylko Bóg ma władzę odpuszczania grzechów. I Pan Jezus dokonuje cudu, żeby udowodnić, że jest równy Bogu.
Są też inni, którzy twierdzą, że Pan Jezus jest tylko Bogiem, a więc nie cierpiał naprawdę, a Jego męka była tylko złudzeniem, że Jego ludzka natura była tylko na pokaz, dla naszego zbudowania. Pan Jezus umiera na krzyżu i zostaje złożony do grobu, żeby rozwiać te wątpliwości. Czysta rzeczywistość historyczna wystarcza, aby przeciwstawić się temu poglądowi.
Kościół Katolicki jest kontynuacją Wcielenia. Jest kontynuacją zjednoczenia z Panem Jezusem, które nazywamy mistycznym ciałem. Kościół jest mistycznym Ciałem Jezusa Chrystusa, którego On jest głową, a my członkami. I podobnie jak Pan Jezus Chrystus, tak Jego mistyczne ciało jest zarówno boskie jak i ludzkie.
Ludzkie, ponieważ wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi. Boskie, ponieważ ma w sobie wewnętrzne życie samego Boga, łaskę uświęcającą jak skarb w glinianym naczyniu. Boskie, ponieważ słudzy Kościoła mają władzę odpuszczania grzechów. Ludzkie, ponieważ ci słudzy wzięci są spośród ludu i podlegają każdej ludzkiej słabości.
Współczesny świat odrzucił Pana Naszego Jezusa Chrystusa i tak, jak odrzuca Jego, odrzuca Jego Kościół, Jego mistyczne ciało. 
Niektórzy przeczą, że Kościół jest boski. Myślą, że mogą robić z Kościołem i jego instytucjami co im się podoba, że mogą zmienić Mszę św. i sakramenty według swoich błędnych poglądów. Tacy są moderniści, którzy zredukowali sakramenty do najniższego możliwego do zaakceptowania poziomu jako tylko ludzkie symbole pozbawione Łaski. To są dzisiejsi Saduceusze, zaprzeczający zmartwychwstaniu i boskości Jezusa Chrystusa.
Inni przeczą, że Kościół jest ludzki. Widzą wszystkie współczesne skandale i sądzą, że takie osoby nie mogą być żadną miarą katolikami. Mówią, że to niemożliwe, aby Kościół miał takie sługi, aby Boski Kościół miał tak nędzne członki. Tacy są sedewakantyści, którzy obserwują wydarzenia ostatnich 40 lat surowym okiem, osądzając wszystko według swoich poglądów na to, czym jest życie Boże. To są dzisiejsi Faryzeusze, którzy drwią z Pana Jezusa zawieszonego na krzyżu mówiąc: „Niech zejdzie z krzyża, to w Niego uwierzymy”.
Drodzy wierni, nie możemy być ani modernistami, ani sedewakantystami. Musimy być po prostu katolikami. Katolicki znaczy powszechny, a to oznacza, że wierzymy we wszystkie dogmaty Kościoła, a nie w ten lub inny, według naszego uznania. Musimy wierzyć zarówno w człowieczeństwo i w bóstwo Pana Jezusa. Musimy wierzyć w człowieczeństwo i boskość Jego Kościoła. To nie my doprowadziliśmy do obecnej sytuacji. Musimy po prostu kontynuować to, co Kościół czynił zawsze, nie zważając na nic.
Módlcie się moi drodzy, módlcie się. Żyjemy w mrocznych czasach, w czasach zamieszania i trudności, ale również w czasach wielkiego pocieszenia bo wiemy, że Jezus Chrystus jest Bogiem. Ten człowiek, który został ukrzyżowany jest tym samym, który powstał z martwych trzeciego dnia. Podobnie my o tyle będziemy mieć udział w Jego Zmartwychwstaniu, o ile cierpieliśmy z Jezusem i dla Jezusa. I powie nam „wstań i chodź, wejdź do mieszkania, które zostało przygotowane dla ciebie na wieczność”.      

niedziela, 30 maja 2010

Na Uroczystość Trójcy Przenajświętszej

Drodzy wierni,

Na początku Księgi Rodzaju czytamy, w jaki sposób Bóg stworzył rodzaj ludzki: „I rzekł: Uczyńmy człowieka na obraz i na podobieństwo nasze (Gen 1,26). Człowiek stworzony został na obraz i podobieństwo Boże.

Gdy mówimy, że coś jest obrazem czegoś innego, przywodzi nam to na myśl portret lub obraz. Artysta musi mieć w swym umyśle pejzaż lub postać i by namalować obraz naniesie odpowiednie kolory na płótno. Obraz powinien być kopią czy też raczej przeniesieniem czegoś z jednego środka wyrazu do innego. Wizerunek nie jest oczywiście człowiekiem, może być jednak obrazem człowieka. Wizerunek jest czymś całkowicie różnym, nieskończenie niższym niż istota ludzka, pomimo to jednak może być obrazem danej osoby. Może pokazać nam, jak osoba ta wygląda, nie jest jednak człowiekiem. Kiedy więc Pismo Święte mówi, że człowiek stworzony został na obraz Boga, oznacza to, że człowiek posiada w pewien sposób wyciśnięte na sobie znamię, dające do pewnego stopnia wyobrażenie o tym, kim jest Bóg. Choć istota ludzka jest oczywiście całkowicie różna od Boga, podobnie jak portret jest całkowicie różny od żywej osoby, niemniej jednak istnieje pewne podobieństwo, coś co mówi nam, że ten obraz jest obrazem Boga, tak jak możemy powiedzieć że ta figura nad ołtarzem jest figurą Matki Bożej – jest to obraz Matki Bożej. Oczywiście nie jest to osoba Matki Bożej, ale obraz, wyobrażenie, możemy więc patrząc na tę figurę rozpoznać rysy Matki Bożej.

Dlatego jeśli człowiek jest obrazem Boga, jest w nim coś, co odzwierciedla to, kim jest Bóg. Gdy patrzymy na portret widzimy, że tym, co tworzy obraz i sprawia, iż odzwierciedla on cechy danej osoby, są kolory i kształty, jakie artysta nanosi na płótno. Podobnie w Księdze Rodzaju widzimy dzieło artysty: „Utworzył tedy Pan Bóg człowieka z mułu ziemi i tchnął w oblicze jego dech żywota: i stał się człowiek istotą żyjącą” (Gen 2,7). To właśnie dusza żyjąca, którą tchnął Bóg w muł ziemi sprawia, że człowiek jest obrazem Boga.

Rozważania te doprowadzają nas, drodzy wierni, do kontemplacji tajemnicy, którą wspominamy w dniu dzisiejszym, tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. To właśnie to święto uczy nas w sposób najdobitniejszy, kim jest Bóg: jest On jednym Bogiem w Trzech Osobach Boskich. Bóg jest jeden, gdyż istnieje tylko jedna natura Boska, jest tylko jedna Istota doskonała. Wiemy, że istnieć może tylko jeden Bóg, gdyż gdyby było dwóch, musieliby różnić się od siebie w jakikolwiek sposób. Jeden z nich musiałby posiadać coś, czego nie posiadałby drugi, a z powodu tego braku nie byłby doskonały. Dlatego też może być tylko jeden Bóg. A jednak Bóg jest w Trzech Osobach Boskich, które są od siebie odrębne: Ojciec nie jest Synem, a żaden z nich nie jest Duchem Świętym.

Być może najlepszym sposobem na prawdziwe zrozumienie tej tajemnicy jest zwrócenie oczu na obraz Boga, obraz, który On sam stworzył. Podobnie jak możecie zacząć poznawać daną osobę na podstawie jej portretu, tak też możemy dowiedzieć się czegoś o Bogu na podstawie obrazu, który On sam stworzył – czyli duszy ludzkiej.

Dusza ludzka należy do jednej istoty ludzkiej – podobnie jak istnieje tylko jedna natura Boska, tak też na każdą istotę ludzką przypada tylko jedna dusza nieśmiertelna. A jednak dusza ludzka, będąc rzeczywistością duchową, posiada dwie władze: władzę intelektu i władzę kochania. Władza intelektu czyni duszę uniwersalną w tym sensie, że możemy poznawać rzeczy, inne rzeczy, znajdujące się poza nami, mogą wkraczać do naszego umysłu, a my możemy pojąc ich naturę i je zrozumieć. A co jeszcze bardzie zdumiewające, możemy również poznać siebie samych, zrozumieć kim jesteśmy i pojąć naszą własną ludzką naturę. Mowa istnieje właśnie po to, by wyrazić tę wewnętrzną wiedzę o sobie i przekazać ją innym. Zdolność do kochania jest z kolei siłą pociągającą nas ku bytom kochanym – chcemy być z nimi zjednoczeni, pragniemy dla nich dobra, chcemy je posiadać. Człowiek posiada również wiele innych zdolności i władz, jednak to te dwie czynią go istotą ludzką, stworzoną na obraz Boga.

Bóg jest duchem, a ponieważ jest istotą duchową, również On poznaje i kocha, jednak w sposób nieskończenie doskonalszy niż my. Bóg zna wszystkie rzeczy, zna również siebie samego w stopniu doskonałym. Wyraża się również, wyraża wiedzę, jaką ma o sobie samym, jednak w sposób nieskończenie doskonalszy, niż potrafi to nasz biedny język. Podczas gdy my musimy używać wielu słów i fraz, by wyrazić własne życie wewnętrzne, Bóg czyni to poprzez jedno Jedyne Słowo, Słowo Boże. To Słowo jest Kimś różnym od Osoby, która je wyraża – a jednak wyraża Ono dokładnie naturę Boga. Słowo to jest wieczne jak sam Bóg i ma tę samą co On naturę, istniejąc jednak w odrębnej Osobie. Jest to Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej – Syn Boży.

A pomiędzy Ojcem i Synem istnieje podobnie nieskończona miłość, nieskończone wzajemne przyciąganie, wynikające z faktu, że posiadają Oni tę samą naturę. Dobro, jakiego pragną dla siebie wzajemnie, to owo nieskończone i doskonałe Dobro, Boska natura. Miłość ta jest jednak w jakiś sposób odrębna od Ojca i Syna, jak to wyraził sam Zbawiciel: „Pocieszyciel przyjdzie, którego ja wam poślę od Ojca” (J 15, 26). Będąc Miłością Bożą, pochodzi od Ojca i Syna jako od jednej zasady. Ta odrębna Osoba to Duch Święty, Boska miłość pochodząca od Ojca i Syna.

Co jednak najbardziej zdumiewające i bardziej jeszcze tajemnicze, drodzy wierni, w Księdze Rodzaju czytamy też, że Bóg stworzył człowieka nie tylko na swój obraz, ale też na swoje podobieństwo. Podobieństwo jest czymś więcej, niż obraz. Podobieństwo zakłada istnienie pewnej równości, równości natury. Możecie na przykład powiedzieć, że wasza córka podobna jest do waszej żony, a syn podobny do waszego dziadka. Nie powiedzielibyście jednak, że pies jest podobny do kota. W podobieństwie mamy do czynienia z pewną równorzędnością natury, to co jest podobne do czegoś innego, musi posiadać z nim coś wspólnego.

A Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. To podobieństwo Boże wlane zostało w duszę Adama w samej chwili jego stworzenia. To właśnie to podobieństwo czyniło Adama miłym Bogu oraz dawało mu tytuł do życia wiecznego, to znaczy do życia podobnego do życia Boga. To podobieństwo to właśnie to, co nazywamy łaską uświęcającą, łaską, która czyni nas dziećmi Bożymi. To właśnie ta łaska czyni nas miłymi Bogu, a nawet zdolnymi do radowania się Nim przez całą wieczność, jak mówi święty Jan: „Gdy się ukaże, podobni Mu będziemy, gdy Go ujrzymy, jak jest” (1J 3,2). Z tego właśnie powodu otrzymujemy łaskę i jesteśmy chrzczeni, zgodnie z poleceniem Chrystusa Pana, zawartym w czytanej dziś Ewangelii: „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (Mt 28,19).

To właśnie życie Boże, drodzy wierni, to wieczna szczęśliwość Boga, jest celem, dla którego zostaliśmy stworzeni, gdyż uczynieni zostaliśmy pierwotnie nie tylko na Jego obraz, ale i na Jego podobieństwo. Podobieństwo to możemy jednak utracić poprzez grzech. Grzech niszczy to podobieństwo Boże w naszych duszach i sprawia, że jesteśmy niezdolni do cieszenia się Bożym szczęściem przez całą wieczność. Chrystus Pan cierpiał swą Mękę i Śmierć, by spłacić cenę za utratę przez nas tej łaski – ponieważ owo podobieństwo Boże jest czymś tak drogocennym, że sam Syn Boży musiał zapłacić jego cenę własnym życiem. Na tym świecie istnieje tak naprawdę tylko jedno zło, drodzy wierni, nieskończone zło grzechu, gdyż to poprzez grzech tracimy podobieństwo Boże. Tracimy w ten sposób samego Boga, gdyż podobieństwo Boże jest niczym innym jak tylko mieszkaniem Trójcy Przenajświętszej w naszych duszach.

Zbawiciel powiedział do nas: „Jeśli mię kto miłuje, będzie strzegł słów moich, a Ojciec mój umiłuje go i do niego przyjdziemy i mieszkanie u niego uczynimy” (J 14,23). Trójca Przenajświętsza, Ojciec, Syn i Duch Święty, którego posyłają Oni do naszych serc wołającego: „Abba, Ojcze” (Rz 8,15), mieszka w nas, gdy jesteśmy w stanie łaski. Tajemnicą, którą dziś czcimy, nieskończone wewnętrzne życie Boga, jest czymś dostępnym dla nas, drodzy wierni, staje się nawet częścią nas, jeśli strzeżemy słów Chrystusa Pana.

Dlatego, mając w pamięci te rozważania, szukajmy zawsze tego, co najcenniejsze, co najważniejsze. Stan łaski jest w istocie jedyną prawdziwą rzeczywistością, jedyną prawdziwie ważną rzeczą w naszym życiu. Będąc w stanie łaski posiadamy wszystko, nawet samego Boga. Czyńmy więc wszystko, co w naszej mocy, by pozostać w stanie łaski, a jeśli mieliśmy nieszczęście go utracić, starajmy się odzyskać go jak najszybciej przez dobrą spowiedź. Zachowujmy zawsze w naszych sercach, w naszych umysłach, w poznawaniu i kochaniu, tę obecność Trójcy Przenajświętszej, by mogła ona zaowocować w dniu naszego przejścia do wieczności, byśmy mogli radować się nią na wieki wieków. Amen.

poniedziałek, 3 maja 2010

Kazanie na uroczystość Matki Bożej Królowej Polski (3 maja)

W Piśmie Świętym, w Księdze Genesis czytamy, jak Bóg stworzył pierwszego człowieka. Najpierw Bóg stworzył niebo i ziemię, drzewa i rośliny, słońce i księżyc oraz wszystkie zwierzęta i stworzenia żyjące w morzu. I Bóg błogosławił je wszystkie, ponieważ widział, że były dobre. I Bóg powiedział im, by rozmnażały się i napełniały ziemię (Gen 1,22).

Bóg stworzył wszystkie rzeczy z niczego. Ex nihilo creavit eos. Przez prosty akt swej woli, Bóg zadecydował, że będą one istniały. A ostatniego dnia Stworzenia powiedział: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!” (Gen 1,26). „Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi (…)” (Gen 2,7).

Podczas, gdy wszystkie rzeczy stworzył Bóg z niczego, człowieka, koronę stworzenia, stworzył z prochu ziemi. Prochem jesteśmy i w proch się obrócimy (Gen 3,19).

Człowiek jest więc niejako centrum stworzenia. Posiada nieśmiertelną duszę, dzięki której ma możność poznawać, rozumieć i kochać. Posiada zdolność poznania i miłowania Boga. Jest niewiele mniejszy od aniołów i Bóg ustanowił go władcą nad dziełami swych rąk (Ps 8,6). Człowiek jest niższy od aniołów ponieważ jest również materialny – jego dusza zjednoczona jest z ciałem, ciałem uformowanym z prochu ziemi.

Widzimy więc, drodzy wierni, że począwszy od pierwszego człowieka, ludzie zobowiązani są okazywać miłość względem swego kraju.

Ojczyzna, drodzy wierni, wasza ojczyzna, nie jest pojęciem abstrakcyjnym, rodzajem systemu politycznego czy ładem konstytucyjnym, którego zobowiązani jesteście bronić. Nie. Wasza ojczyzna jest przede wszystkim krajem, w którym urodziliście się i wychowali. Ta ziemia, ten proch ziemi, oddał wam swoje owoce. Tym powietrzem oddychaliście. Woda, którą Bóg zsyłał na ziemię ,utrzymywała was przy życiu, pozwalając waszemu ciału żyć i wzrastać. Nikt nie nienawidzi własnego ciała, ale kocha je i pielęgnuje (Ef 5,29). Nikt nie może też nienawidzić swej ojczyzny, ponieważ tak jak Adam uformowany został z prochu ziemi, tak również my pochodzimy z tej cząstki ziemi, w której urodziliśmy się i wychowali. Ojczyzna jest częścią osoby, jej bardzo osobistą częścią, podobnie jak częścią jej jest ciało.

I oddał Bóg Adamowi władzę nad ziemią, by strzegł jej i uprawiał ją (Gen 2,15). Jeszcze zanim powstało społeczeństwo ludzkie, człowiek ustanowiony został, by rządził i panował nad ziemią. Człowiek musi strzec i bronić swej ojczyzny, musi strzec i bronić ziemi, z której został stworzony, podobnie jak musimy strzec i bronić własnego ciała.

By jednak podołać temu zadaniu, nie było właściwe, by człowiek był sam (Gen 2,18). W osobie Adama rodzaj ludzki był doskonały jako jednostka, brak mu jednak było doskonałości odpowiedniej dla gatunku – nie było na ziemi nikogo podobnego do niego, jak to czytamy w Genesis (Gen 2,20). Tak więc Bóg stworzył Ewę, aby z pierwszej rodziny ludzkiej uformowane mogło zostać ludzkie społeczeństwo. Ewa nie została stworzona z prochu ziemi, ale z boku Adama. Nie została uformowana z materii nieożywionej, ale z elementu żywego - boku mężczyzny. Jej powołanie jest więc różne, radykalnie różne od powołania mężczyzny. Ponieważ mężczyzna pochodzi z ziemi, często zwraca się do niej, by zrozumieć ją i zapanować nad nią. Kobieta natomiast pochodzi z elementu żywego, jej myśli kierują się więc zawsze ku temu, co związane jest z życiem. Podczas gdy mężczyzna jest głową i obrońcą rodziny, kobieta jest jej sercem. Jedynie poprzez realizowanie tych właściwych dla danej płci powołań kontynuowany może być rodzaj ludzki.

A ponieważ pojedyncza rodzina nie jest w stanie zapewnić sobie wszystkiego, co jest jej konieczne do utrzymania i osiągnięcia doskonałości, istnieje naturalna konieczność, by rodziny tworzyły szerszą społeczność, aby nawzajem mogły uzupełniać to, czego poszczególnym rodzinom brakuje.

Widzimy więc, że każdy człowiek żyjący na ziemi jest członkiem trzech społeczności, którym winien jest miłość i wdzięczność. Człowiek musi kochać nie tylko swoją ojczyznę jako źródło swego naturalnego życia, powinien również kochać swą rodzinę oraz zrzeszenie rodzin, które nazywamy narodem lub państwem. Każda z tych trzech społeczności posiada właściwe sobie dobra i swe własne prawa, które muszą być przestrzegane, by mogły one osiągnąć właściwą sobie doskonałość. Każdej z tych trzech społeczności winni jesteśmy miłość.

Człowiek musi kochać ziemię, gdyż to z niej otrzymał życie. Kobieta musi kochać mężczyznę, gdyż to z niego wzięła początek. Dzieci muszą kochać swych rodziców, ponieważ to oni je karmili, chronili i przede wszystkim wychowywali. A rodziny muszą kochać swoją ojczyznę, jak członki ciała – znajdujące się w różnych miejscach i posiadających różne funkcje - kochają całe ciało. Dobro wspólne nie jest pojęciem sprzecznym z dobrem jednostki, jest dobrem, które przekracza i dopełnia wszelkie dobro, jakie człowiek może osiągnąć.

Jednak diabeł zazdroszcząc dobra, które może stać się naszym udziałem, usiłuje zniszczyć rodzaj ludzki. Od samego początku ludzkości kusi człowieka do samowystarczalności, do zanegowania źródła jego istnienia. Nade wszystko zaś usiłuje zniszczyć związki pomiędzy ludźmi, ponieważ jak wszyscy wie, że są one źródłem siły.

Człowiek upadł przez własne nieposłuszeństwo, a w wyniku tego nieposłuszeństwa, tego buntu przeciwko Bogu, całe stworzenie zbuntowało się przeciwko niemu. Ziemia i zwierzęta jedynie pod przymusem okazują mu posłuszeństwo. Pojawiły się nieporozumienia między mężczyzną a kobietą. Jedne rodziny występują przeciwko innym, naród występuje przeciwko narodowi. Sam człowiek, ponieważ nie był posłuszny, nosi znamię swego grzechu, jako istota niezdolna do posłuszeństwa sobie samemu. Pożądliwość oraz śmierć toczą wojnę nawet wewnątrz człowieka, utrudniając mu osiągnięcie dobra, którego pragnie i osłabiając jego opór wobec atakującego go zła.

Bóg więc, by uleczyć to zło, stworzył dla człowieka nową społeczność. Stworzył Kościół. Zbawiciel, dokonując swej Ofiary na Krzyżu, dał życie Kościołowi, narodzonego z Jego przebitego boku. Podobnie jak podczas snu Adama uformowana została Ewa, tak podczas śmierci Chrystusa Pana na Krzyżu, Zbawiciel stworzył Kościół, obmywając go w swej własnej Krwi.

Chrystus daje nam tę nową społeczność, mającą moc naprawić wszelkie zło, wyrządzone przez rodzaj ludzki. Daje nam nową rodzinę, w której nieustannie stwarza nowe dusze, rodzinę zrodzoną we krwi ofiarowanej na tym ołtarzu. Społeczność ta nie niszczy jednak innych społeczności, którym człowiek winien jest miłość i posłuszeństwo, uzdrawia je raczej i udoskonala. Zbawiciel i Jego łaska nie niszczą natury, ale leczą ją i wynoszą na wyższy poziom.

Drodzy wierni, kochajcie waszą ojczyznę. Pomimo wszystkich jej słabości i braków, to ona dała wam życie. Z tej ziemi bierzecie swój początek – i jesteście jej winni waszą miłość. W naszych czasach diabeł prowadzi nieustanną wojnę przeciwko naturze, przeciwko wszystkim naturalnym uczuciom i naturalnej miłości. Wie dobrze, że łaska buduje na naturze. Łaska jest jak woda wlewana w szklankę. Przez wiele wieków szatan próbował na wszelkie sposoby utrudnić jej napełnianie. Zatwardzał serca chrześcijan, mówiąc im, żeby się nie nawracali. Obecnie jednak diabeł atakuje same korzenie natury – atakuje samą ludzką naturę, ponieważ wie dobrze, że jeśli uda mu się ją zniszczyć, nie będzie mogła rozprzestrzeniać się łaska. Oczywiście nie jest on w stanie zmienić natury ludzkiej, z pewnością jednak może ją zepsuć. Nie jest w stanie pozbawić nas zdolności myślenia, może jednak sprawić, byśmy myśleli jedynie o rzeczach bezwartościowych.

Z tego właśnie powodu szatan podburza do manifestacji na rzecz grzechów przeciwko naturze – manifestacji na rzecz tak zwanych małżeństw homoseksualnych. Usiłuje zniszczyć rodzinę, źródło ludzkiego życia. Usiłuje zniszczyć narody poprzez Organizację Narodów Zjednoczonych i inne tego rodzaju organizacje odbierające państwom suwerenność.

Ojczyzna nie jest rodzajem marzenia, ale czymś, z czym macie realny kontakt. Jeśli nie znacie osób odpowiedzialnych za konkretne rzeczy, jak mogą one mieć nad wami jakąkolwiek władzę? Nie słuchajcie tych biednych ludzi, żyjących iluzją zjednoczonej ludzkości. To co oni nazywają jednością, jest w istocie destrukcją jedności – destrukcją porządku naturalnego. Nie można być zjednoczonym przez poglądy polityczne czy utopie, ale jedynie przez miłość, przez nadprzyrodzoną miłość, której źródłem jest jedynie Bóg.

Drodzy wierni, kochajcie waszą ojczyznę całym sercem. Brońcie jej ze wszystkich sił, módlcie się o Bożą siłę do obrony waszej ojczyzny przed wszelkimi atakami diabła. Liberalizm, niczym rak, niszczy każdy naród na ziemi. Jest jak czarna śmierć, zabijająca wszystkich, jeden po drugim dostawały się one pod wpływ rewolucji, buntu przeciwko Bogu.

Mówiąc po ludzku, siły polityczne będące na usługach diabła są zbyt potężne, by się im opierać. Mówiąc po ludzku. Istnieje jednak ratunek, ten sam co zawsze – Moc Boża. Moc Matki Bożej, potężniejszej niż armie [Litanie]. 90 lat temu przepowiedziała Ona pojawienie się błędów dotyczących owej fałszywej materialistycznej jedności, która niszczyć będzie wszystkie narody. Obiecała nam też zwycięstwo, tryumf Jej Niepokalanego Serca. Musimy się jednak o to modlić, musimy pragnąć tego tryumfu. Zachowujmy więc te intencje Najświętszej Maryi Panny w naszych sercach, a przede wszystkim pamiętajmy o nich w naszych codziennych modlitwach.

Niech Matka Boża chroni was i prowadzi. Módlcie się do Niepokalanej, której zwycięstwo będzie naszym zwycięstwem o ile tylko pozostaniemy wierni, byśmy mogli radować się nim na wieki wieków. Amen.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Niedziela Dobrego Pasterza

Drodzy wierni,

Dzień dzisiejszy, dzisiejsza niedziela, nosi tradycyjnie nazwę Niedzieli Dobrego Pasterza, od tekstu Ewangelii, w którym Pan Jezus mówi: „Jam jest pasterz dobry”. Również święty Piotr mówi dziś o Zbawicielu jako o „pasterzu i biskupie dusz naszych”, „którego sinością jesteśmy uzdrowieni”, cytując w tym miejscu słowa wielkiego proroka Izajasza. Chrystus Pan jest naszym wzorem, jest Tym, kogo powinniśmy naśladować i za kim powinniśmy podążać, a odnosi się to zwłaszcza do tych, którzy mają udział w Jego władzy. Dlatego w kontekście tragicznego losu tak wielu przywódców, najlepiej możemy uczcić ich pamięć nie przez samą tylko modlitwę, ale przez nasze życie, a zwłaszcza przez modlitwę o przyszłość. Módlmy się w sposób szczególny, byśmy mogli mieć dobrych przywódców i dobrych pasterzy, ukształtowanych przez przykład brany ze Zbawiciela.

Chrystus Pan jest Pasterzem i jest to fakt dość oczywisty, gdyż my jesteśmy Jego trzodą, karmioną i prowadzoną przez Niego samego. Jesteśmy przez Niego karmieni Jego własnym Ciałem oraz Krwią. A jednak Pan Jezus nazywa sam siebie Dobrym Pasterzem, by ukazać różnicę pomiędzy sobą, a złym pasterzem i najemnikiem. Niestety, nie musiałby tego czynić, gdyby źli pasterze nie istnieli. Jest On Dobrym Pasterzem, ponieważ sprawuje swój urząd w sposób doskonały. Istotą urzędu dobrego pasterza jest miłość, gdyż jak Zbawiciel dodaje: „Dobry pasterz duszę swoją daje za owce swoje”. Na tym właśnie polega różnica pomiędzy dobrym a złym pasterzem, dobry stara się o dobro swej trzody, a zły o swój własny interes. Zły pasterz nie jest chętny do ponoszenia żadnych cierpień dla dobra swej trzody, ponieważ chodzi mu jedynie o siebie. Dobry pasterz przeciwnie, znosi wiele niedogodności dla swej trzody, której dobro nosi w sercu.

Dobry pasterz duszę swoją daje za owce swoje, mówi Pan Jezus, mając przez to na myśli, że oddaje swe doczesne życie, poddając się cierpieniu i śmierci, by owce mogły żyć życiem duchowym. Dotyczy to zwłaszcza tych pasterzy, którzy troszczą się o nasze dusze, ponieważ dusza jest czymś cenniejszym, niż ciało. Tak więc dobry pasterz daje swe życie, czyli swoją energię, swój czas, swoje dobra, swoje uczucia – by jego trzoda miała życie. Prowadzi ją na bujne pastwiska, na miejsce, gdzie będzie bezpieczna i gdzie w spokoju będzie mogła zaspokoić głód.

Dobry pasterz daje przede wszystkim swe uczucia, gdyż żaden pasterz musi kochać swą trzodę. Kocha ją, ponieważ ją zna, jak powie dalej Pan Jezus. Oznacza to, że zna jej nędzę, jej bezradność, jej potrzebę kierownictwa. Chrystus porównuje nasze dusze do owiec, gdyż są to zwierzęta posiadające mało naturalnych środków obrony. Stąd prawdziwy pasterz musi kochać swą trzodę nie tyle dlatego, że jest doskonała, ale dlatego, że walczy o osiągnięcie doskonałości. To właśnie dlatego owce znają swego pasterza, ponieważ wiedzą, że damim On tego, czego potrzebują, czyli Bożej łaski oraz doktryny Zbawiciela. Ta nauka oraz łaską prowadzą je na bujne pastwiska, czyli do życia wiecznego, gdzie będą bezpieczne na wieki.

Dobry pasterz prowadzi swe owce, to znaczy nie tylko zachęca je do dalszej drogi, ale też upomina i gani, gdy zbaczają ze ścieżki. Dobry pasterz ma ze sobą zawsze kij pasterski, którego jednym końcem chroni owce, a drugim zmusza oporne do uległości. Pasterz, którego kij jest za lekki, nie może przewodzić, ani zapewnić owcom w potrzebie bezpieczeństwa. Władza jaką posiada jest absolutnie konieczna dla prowadzenia stada i biada owcom, które lekceważyłyby pasterza. Władza ta, która tak surowa wydaje się Jego wrogom, dla trzody jest błogosławieństwem, jak mówi Dawid w swym psalmie: „Laska twoja i kij twój, te mię pocieszyły” (Ps 22,4). Surowość z jaką pasterz karni swą trzodę jest również znakiem siły, jakiej użyje, gdy trzoda zostanie zagrożona przez wilki.

Zły pasterz przeciwnie, nie troszczy się o owce. Jest najemnikiem, co oznacza, że zatrudniając się miał na względzie jedynie swój własny zysk. Nie zna owiec, co oznacza, że jego uczucia skierowane są gdzie indziej, że czas traktuje jako swą własność, a nie dla dobra trzody. Nie nosi kija, więc owce mogą przez jakiś czas czuć się komfortowo i tolerować go. Stara się raczej o aprobatę swego stada, niż o jego doskonałość. Nie karci swej trzody, gdyż jak mówi Ewangelia, nie tylko ucieka w niebezpieczeństwie, ale i porzuca wpierw trzodę. Porzuca trzodę bez opieki, pozwalając, by się rozbiegła. Pozostawia ją nie ganiąc i nie potępiając złych. Pozostawia ją nie wynagradzając dobrych. Pozostawia ją nie kierując jej ku doskonałości. A gdy pojawia się wilk, ucieka.

Wiele jest wilków, które mogą zagrozić życiu owiec: diabeł i grzesznicy, którzy jako kusiciele, chcą ściągnąć owce z dobrej drogi. Pasterz musi walczyć z nimi, posługując się napominaniem zdrowej nauki i uwalniać owce od tych niebezpieczeństw. Później są heretycy, fałszywi prorocy, będący wedle słów Zbawiciela, drapieżnymi wilkami, przychodzącymi w owczych skórach. Nie są więc dobrymi pasterzami ci, którzy lekceważyliby wpływ herezji. Drapieżnymi wilkami są również ci, którzy sugerują, że wszystkie religie mają taką samą wartość, czyli współcześni ekumeniści. Dobry pasterz musi być zawsze człowiekiem posiadającym stosowną wiedzę, człowiekiem, który potrafi zauważyć i zedrzeć z wilka owczą skórę. Pozostawienie błędu bez potępienia oznacza pozostawienie trzody na pastwę drapieżnych wilków, ukrytych pod owczymi skórami.

Wilk wyrządza owcom dwojaką krzywdę. Najpierw „porywa je” jak mówi Pan Jezus. Oznacza to, że bierze sobie to, co należy do kogoś innego. Przywódcy sekt porywają owce, gdy przyciągają wiernych Chrystusowi do swego własnego nauczania. Nie chodzi im o wierność Chrystusowi i Kościołowi, ale o wierność swym własnym systemom i ideom. Owce zostają więc porwane od Chrystusa, ponieważ wedle prawa należą do Niego, a jedynie ukradzione zostają przez głosicieli fałszywych doktryn. Wilki rozpraszają również owce, powodując zamęt i podziały. Głównym przedmiotem troski wilka jest sprowokowanie nieufności, braku zgody pomiędzy wiernymi, by mógł porywać owce, które zejdą z właściwej drogi. Tak więc zawsze będą też między nami fałszywi bracia, prowokujący niezgodę i podziały.

Dobry pasterz musi być jednak przed wszystkim człowiekiem modlitwy i ofiary, wzorującym się na przykładzie Zbawiciela. Pan Jezus mówi, że owce Go znają, tak jak On zna Ojca, a Ojciec Jego. Oznacza to, że dobry pasterz musi być przepojony mądrością Bożą, która jest owocem modlitwy. To właśnie duch modlitwy popychał będzie dobrego pasterza do ofiarowania siebie za owce, za przykładem Chrystusa Pana. Najemnik natomiast zapomina o modlitwie i poszukując jedynie zysku materialnego, lekceważy owce i ich Pana.

I na koniec Pan Jezus podaje nam ostatnią cechę, którą powinien wyróżniać się dobry pasterz, zwłaszcza obecnie: „I inne owce mam, które nie są z tej owczarni; i te trzeba mi przyprowadzić i słuchać będą głosu mego”. Prawdziwy pasterz nie tylko troszczy się o bezpieczeństwo i pożywienie dla swej trzody, stara się też nieustannie o jej rozrost, by również inne owce dołączyły do jego stada. Musi być misjonarzem, nie może zadowalać się swym własnym bezpieczeństwem, musi starać się nawracać innych i doprowadzać je na bujne pastwiska. Zwłaszcza dziś jest to znamieniem dobrego pasterza, w odróżnieniu od najemnika, który pragnie jedynie swej zapłaty.

Dlatego, drodzy wierni, w tych trudnych czasach musimy nieustannie prosić Boga o prawdziwych i świętych pasterzy. O dobrych pasterzy, którzy dadzą swe życie za owce. Tak wiele dusz grzęźnie w herezji i ignorancji, porywanych przez wilki! W ten dzień, w tę Niedzielę Dobrego Pasterza, módlmy się w szczególny sposób o wiele świętych powołań, o wiele świętych powołań kapłańskich i zakonnych. Pracujmy niestrudzenie dla nawrócenia grzeszników, dla nawrócenia naszego społeczeństwa, dla uformowania dobrych przywódców. Módlmy się szczególnie o przywódców, cechujących się gorliwością we wierze i prawdziwie misjonarską żarliwością, gdyż zwłaszcza w naszych czasach jedynym sposobem na zachowanie wiary jest pragnienie przekazania jej innym.

To właśnie ta wiara oraz łaska Boża dadzą nam jedność i siłę. To właśnie ta wiara jest zwycięstwem nad światem, nad śmiercią , to ona doprowadzi nas do wiecznej chwały, która stanie się naszym udziałem na wieki wieków. Amen.

czwartek, 4 marca 2010

Mit o interpretacji Vaticanum II zgodnie z Tradycją

[Slide 1] :
Czy możliwe jest interpretowanie 
 Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji?

Drodzy wierni, drodzy organizatorzy,
Chciałbym rozpocząć tę konferencję od krótkiego zadeklarowania mojej intencji.  Jej tytuł jest w zasadzie pytaniem: „Czy możliwe jest interpretowanie Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji?”. Jest to pytanie, które samo w sygnalizuje istnienie pewnych problemów. Nigdy nie słyszymy o interpretacji, dajmy na to, Soboru Trydenckiego, w świetle Tradycji. Wręcz przeciwnie, Sobór Trydencki, podobnie jak zwołany w roku 1870 Pierwszy Sobór Watykański, są raczej częścią Tradycji w tym sensie, że definiują wiele dogmatów wiary koniecznych do zbawienia.
Na przykład dogmat o nieomylności papieskiej zdefiniowany został podczas Pierwszego Soboru Watykańskiego, podobnie jak różne kwestie dotyczące Objawienia. Różne dekrety Soboru Trydenckiego zdefiniowały po wsze czasy, wbrew tezom protestanckich rewolucjonistów, dogmaty dotyczące natury łaski oraz wiary, podobnie jak określiły definitywnie liczbę sakramentów. Moglibyśmy wymienić również inne sobory, których dekrety i definicje stanowią część magisterium Kościoła. Tak więc w odniesieniu do innych soborów powszechnych Kościoła nie mówimy o ich interpretowaniu w świetle Tradycji, ale że tworzą one część Tradycji.
Dlatego już tytuł niniejszej konferencji stanowi poważne oskarżenie pod adresem Soboru – jeśli w ogóle musimy zastanawiać się nad taką możliwością, implikujemy przez to, że sam Sobór nie stwierdził, że stanowi magisterium Kościoła czy echo Tradycji. Na takie pytanie można by odpowiedzieć, że sam Sobór nie stanowi części Depozytu Objawienia – ponieważ Objawienie wymaga przylgnięcia wiary, a nie interpretacji. Sobory Poprzedzające Vaticanum II definiowały wiarę, w odniesieniu do niego natomiast można jedynie powiedzieć, że - wedle słów samego Ojca Świętego - po dziś dzień trwają próby jego poprawnej interpretacji.

[Slide 2] :
Mit o interpretacji Vaticanum II 
zgodnie z Tradycją 
 
W trakcie tej konferencji chciałbym przede wszystkim przedstawić historyczne tło Soboru, rzucające światło na to, w jaki sposób powinien on być interpretowany. Ograniczymy się przy tym do mów papieskich oraz oficjalnych dokumentów mówiących o autorytecie, czy randze teologicznej Soboru. Przekonamy się, że tak zwana interpretacja Drugiego Soboru Watykańskiego w świetle Tradycji jest po prostu niemożliwa, ponieważ byłoby to sprzeczne z intencją samych Ojców Soborowych.
Później, na koniec tej konferencji, chciałbym powiedzieć parę słów na temat mających aktualnie miejsce dyskusji doktrynalnych pomiędzy Bractwem Świętego Piusa X a Kongregacją Nauki Wiary. Jak z pewnością dobrze wiecie, dyskusje te mają ścisły związek z poruszanym dziś tematem, kwestią, czy Vaticanum II może być interpretowane w świetle Tradycji, a jeśli tak, to w jaki sposób. Chciałbym poprzedzić tę konferencję uwagą, iż pomimo, że jestem kapłanem Bractwa i znam osobiście niemal wszystkich członków komisji reprezentujących Bractwo w Rzymie, nie biorę w nich jednak udziału i mogę przekazać jedynie informacje, znane już opinii publicznej. Większość przedstawicieli występujących z ramienia Bractwa poznałem podczas pracy duszpasterskiej w Genewie, gdzie zajmowałem się tez tłumaczeniem z francuskiego wewnętrznego biuletynu Bractwa oraz kilku krytycznych analiz nowej Mszy i ekumenizmu, zwłaszcza książki „Od ekumenizmu do milczącej apostazji”, za które byłem osobiście odpowiedzialny. Obowiązkiem tłumacza jest maksymalna wierność oryginalnemu tekstowi, podobnie więc chciałbym przedstawić wam wiernie stanowisko Bractwa względem Soboru. Nie pełnię jednak żadnych funkcji kierowniczych w Bractwie, nie posiadam też bezpośredniej wiedzy na temat negocjacji, sugeruję więc, by w przypadku wystąpienia pewnych różnic w sposobie wyrażania się, jak to często bywa w przypadku tłumaczeń, jako autorytatywne źródło traktować oficjalne komunikaty Domu Generalnego Bractwa Świętego Piusa X. 
Rozpocznijmy więc od przedstawienia kilku faktów historycznych.
Istnieje powszechny consensus co do tego, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat Kościół katolicki cierpi z powodu tego, co określa się zazwyczaj jako kryzys tożsamości. Nieustannie pogarszają się wskaźniki jego wzrostu i żywotności. Każdy nowy dzień przynosi doniesienia o kolejnych skandalach i co za tym idzie upadek autorytetu Kościoła – w umysłach zwykłych, szeregowych katolików panują ignorancję i błąd. Nawet niekatolicy dostrzegają ten spadek żywotności Kościoła.
Wydaje się stanowić rażący kontrast ze stanem Kościoła bezpośrednio przed soborem. Na powyższych slajdach mogą Państwo zobaczyć rozmaite statystyki, oddające w pewnym stopniu żywotność Kościoła przed i po Vaticanum II.
[Slide 3] 
[Slide 4]
[Slide 5] 
W roku 1958 Instytut Gallupa donosił, że trzech na czterech katolików uczestniczy w Mszy świętej niedzielnej. Obecne badania przeprowadzone przez University of Notre Dame wykazały, że w Mszy niedzielnej uczestniczy jedynie jedna czwarta katolików. Jedynie 10% świeckich nauczycieli religii akceptuje katolickie nauczanie dotyczące antykoncepcji. Pięćdziesiąt trzy procent uważa, że można dokonać aborcji i pozostać dobrym katolikiem. Sześćdziesiąt pięć procent wierzy, że katolicy mogą rozwodzić się i zawierać nowe związki małżeńskie. Siedemdziesiąt siedem procent uważa, że można być dobrym katolikiem nie uczestnicząc w niedzielnej Mszy. Według sondażu przeprowadzonego przez New York Times siedemdziesiąt procent wszystkich katolików w grupie wiekowej miedzy osiemnaście a czterdzieści cztery lata uważa, że Eucharystia jest jedynie „symbolicznym wspominaniem” Jezusa.
Pat Buchanan 11 grudnia 2002, Town Hall magazine


Co się stało? Co stało się z ową nową wiosną Kościoła , którą przynieść miała soborowa odnowa? Myślę, że niemal wszyscy podzielają odczucia papieża, który w roku 1984, jeszcze jako kar. Ratzinger, powiedział:
[Slide 6] 
„Z pewnością rezultaty (II Soboru Watykańskiego]  wydają się być w okrutny sposób sprzeczne z oczekiwaniami wszystkich, począwszy od Jana XXIII i Pawła VI: oczekiwano nowej katolickiej jedności, a zamiast staliśmy się świadkami konfliktów które – by posłużyć się słowami Pawła VI – wydają się prowadzić od samokrytyki do autodestrukcji. Oczekiwano nowego entuzjazmu, a tak wielu popadło w zniechęcenie i znudzenie. Oczekiwano wielkiego kroku naprzód, a zamiast tego znaleźliśmy się w obliczu postępującego procesu rozkładu, i to dokonującego się wielkiej mierze pod przykrywką realizacji postanowień soboru, co stało się dla wielu sposobnością do jego dyskredytowania. Rezultat końcowy wydaje się więc być negatywny. Powtarzam w tym miejscu to, co powiedziałem dziesięć lat po zakończeniu prac [przez sobór]: nie ulega wątpliwości, że okres ten był dla Kościoła zdecydowanie niekorzystny”.
Kard. Joseph Ratzinger, 
prefekt Kongregacji Nauki Wiary
L’Osservatore Romano (wydanie angielskie) 24 grudnia 1984.
Jaka jest więc przyczyna tego bezprecedensowego kryzysu w Kościele? Nie ulega wątpliwości, że w pewien sposób źródłem problemu musi być sam sobór, jako że okres powolnego upadku rozpoczyna się czasu, gdy zakończył on swe obrady. W oczywisty sposób problemy, z jakimi mamy obecnie do czynienia, są  w jakiś sposób powiązane z soborem, z tym w jaki sposób jest on interpretowany oraz wdrażany w życie. Bujny wzrost życia katolickiego, i to pomimo dwóch wojen światowych, został nagle zahamowany, zastopowany i przeobraził się w bezprecedensowy upadek.


 Sam papież w mowie wygłoszonej z okazji świąt Bożego Narodzenia w roku 2005  wspomniał problemy, jakie pojawiły się po soborze i zadał fundamentalne pytanie: dlaczego wdrażanie postanowień soboru napotykało na wielkich obszarach Kościoła takie trudności? W dalszej części swego wystąpienia Benedykt XVI mówił o zderzeniu dwóch sprzecznych interpretacji soboru, z których pierwszą określił jako „hermeneutykę zerwania”, a drugą jako „hermeneutykę ciągłości”. Panujące zamieszanie i kryzys tożsamości katolickiej są wedle papieża skutkiem konfliktu pomiędzy tymi dwoma interpretacjami Vaticanum II. Nasza konferencja będzie więc w znacznej mierze komentarzem tego orędzia Benedykta VI.
Przyjrzyjmy się pokrótce obu „hermeneutykom”, o których mówi papież.
„Hermeneutyka zerwania”
Hermeneutyka braku ciągłości lub też zerwania zdobyła sobie uznanie mass mediów oraz przedstawicieli współczesnej teologii, podkreślających konieczność „aktualizacji” czy „aggiornamento” Kościoła do czasów współczesnych. Przyznają oni, że w pewnych dokumentach sobór potwierdza dawne nauki i praktyki, równocześnie jednak twierdzą, że „teksty Soboru jako takie nie są jeszcze prawdziwym wyrazem ducha Soboru, ale rezultatem kompromisów, które trzeba było zawierać w celu osiągnięcia jednomyślności, cofając się do przeszłości i zachowując wiele elementów przestarzałych i dziś już bezużytecznych. Jednak nie w tych kompromisach miałby się objawiać prawdziwy duch Soboru, ale w dążeniach do tego, co nowe, które są u podstaw tych dokumentów. Właśnie dlatego, że dokumenty są rzekomo jedynie niedoskonałym odzwierciedleniem ducha Soboru i jego nowości, należy śmiało wychodzić poza nie, stwarzając przestrzeń dla nowości, w której wyraża się ponoć najgłębszy, chociaż nadal jeszcze nie do końca określony, zamysł Soboru”.
Interpretacja zerwania kładzie zasadniczy nacisk na to, co jest w soborze nowe, zwłaszcza w odniesieniu do reform przez niego zainicjowanych i jego otwarcia się na świat współczesny. Na tym właśnie, zgodnie z hermeneutyką „zerwania” polega prawdziwa natura soboru i w taki sposób powinien być on interpretowany oraz wdrażany w życie. Sobór nauczał nowych rzeczy, które mają, wedle tej interpretacji, zasadnicze znaczenie dla dalszego istnienia Kościoła w naszych czasach i bez których katolicyzm stałby się „oderwany od rzeczywistości” lub (wedle nich) „niewierny swej misji”.
Logicznie więc rzecz biorąc, dla hermeneutyki „zerwania” problem z jakim zmaga się obecnie Kościół polega na tym, że duch soboru został wyhamowany i zanegowany poprzez przywiązanie do przestarzałych sformułowań dogmatycznych, które czynią Kościół nieprzystającym do naszych czasów, z tego zaś wynika zanik katolickich praktyk religijnych. Aby więc dotrzeć do współczesnego człowieka i zapewnić Kościołowi znaczenie w czasach współczesnych niezbędne jest więc „odważniejsze” wychodzenie poza dokumenty soboru.
Oczywiście owa „hermeneutyka zerwania” opiera się na fundamentalnym błędzie filozoficznym wedle którego prawda podlega nieustannej zmianie, jak również na bardzo poważnych błędach dogmatycznych, o których za moment będziemy mówili. Teraz powiemy jeszcze parę słów na temat „hermeneutyki ciągłości”, która stanowi temat dzisiejszej konferencji. 
„Hermneutyka ciągłości”
Z drugiej strony mamy to, co nazywa się obecnie „hermeneutyką ciągłości” i co papież definiuje jako całkowite przeciwieństwo „hermeneutyki zerwania”. Wedle tej interpretacji Ojcowie Soboru nie mieli prawa zmieniać natury Kościoła, a sam sobór starał się raczej wyrazić to samo przesłanie Ewangelii na nowy sposób. Nie ma więc zerwania z przeszłością, ale raczej ciągłość, kontynuacja. Nowe owoce soboru nie mogą być wedle tej interpretacji rozumiane bez odniesienia do przeszłości.
Sobór musi być więc interpretowany jako kontynuacja tego, co Kościół zawsze czynił, jako „rewitalizacja” depozytu wiary dla obecnego pokolenia. Sobór nie zmienił Kościoła w żadnym znaczącym dla niego aspekcie, nadał raczej nowy impuls i dynamikę przesłaniu Ewangelii.
W rzeczywistości, jeśli w można mówić o jakichkolwiek „pozytywnych” owocach soboru, jest tak rzekomo właśnie dzięki owej „hermeneutyce ciągłości”, która do tej pory pracowała wedle papieża „w ukryciu”, by wydać dobre owoce soboru. Według Benedykta XVI owa „ukryta praca” hermeneutyki staje się coraz bardziej widoczna w miarę jak Kościół rozwija się”. „Wszędzie tam jednak, gdzie ta interpretacja stała się drogowskazem w procesie recepcji Soboru, rozwinęło się nowe życie i dojrzały nowe owoce”.
Oczywiście nigdy nie sprecyzowano, na czym miałyby konkretnie polegać owe dobre owoce – nieustannie słyszymy o nich, mówi się nam, że są one bardzo pozytywne – nigdy jednak nie wskazuje się, o co konkretnie chodzi.
Wedle owej hermeneutyki II Sobór Watykański nie poczynił w istocie żadnych zmian w Kościele, że jedynie „dostosował” go do współczesnych warunków, pozostając przy tym wiernym swej misji. Owa „adaptacje” ukazywane są jako „wierne” poprzez wykazywanie ich rzekomej ciągłości z tym, czego Kościół nauczał w przeszłości. Widać to wyraźnie w pracach licznych autorów, usiłujących przedstawiać dokumenty Vaticanum II jako wynik „rozwoju teologicznego”. Wedle tej hermeneutyki jest czymś niemożliwym, by Kościół nauczał czegoś nowego, dlatego używa się wszelkich dostępnych sposobów by obronić „reformy” i przedstawić je w możliwie najlepszym świetle. Stąd hasło tak zwanych konserwatystów najlepiej oddają słowa: „II Sobór Watykański interpretowany zgodnie z Tradycją”. Oznacza to, że sobór powinien być interpretowany w oparciu o Tradycję, albo nawet przedstawiany jako przejaw jej rozwoju.
Trzeba przede wszystkim powiedzieć, że owa „interpretacja zgodnie z Tradycją” jest czymś raczej nowym. Wedle słów Ojca Świętego aż do naszych czasów działała ona „w ukryciu”. Jest to z pewnością opinia mniejszości, mająca do tej pory bardzo mały wpływ na praktyczne reformy będące następstwem soboru. Jest próbą legitymizacji Vaticanum II poprzez wiązanie go w jakiś sposób z Tradycją Kościoła, stwarza się w ten sposób wrażenie, że stanowi to autentyczną interpretację soboru.
Jak interpretować sobór?
Twierdzenie, że czterdzieści lat po zakończeniu soboru powszechnego, który zamierzał uczynić naukę o wierze i moralności bardziej atrakcyjnymi dla człowieka współczesnego, który miał uczynić wyrazistszym przesłanie Ewangelii, w dalszym ciągu zastanawiamy się nad tym, co tak w istocie zamierzał on powiedzieć, wydaje się być nieco nieszczere. Sam fakt, że papież osobiście mówi o dwóch hermeneutykach jest wyraźnym dowodem na to, że sobór sam sobie stanowi problem. Mętność i niejednoznaczność tekstów soborowych jest sama w sobie wystarczającym dowodem, że Vaticanum II nie wywiązał się ze swego fundamentalnego obowiązku: nauczania prawdy w sposób jasny i jednoznaczny.
W jaki więc sposób mamy interpretować sobór? Czy jest on naprawdę „nowym początkiem Kościoła”, czymś nowym i odmiennym od tego, z czym mieliśmy do czynienia aż do tej pory? A może da się go w jakiś sposób interpretować „zgodnie z Tradycją”, czy taka interpretacja „ciągłości” jest możliwa? Tak właśnie brzmi zasadnicze pytanie, na które mam nadzieję odpowiedzieć podczas tej konferencji: czy II Sobór Watykański może być interpretowany zgodnie z Tradycją?
Jest to pytanie niezwykle istotne i mające wiele praktycznych konsekwencji, zwłaszcza w odniesieniu do naszego stanowiska wobec reform zainicjowanych przez sobór.
Kryteria interpretacji
Co to znaczy „interpretować sobór”? II Sobór Watykański czy raczej dokumenty przez niego promulgowane, to zasadniczo akt prawny nauczycielskiego urzędu Kościoła. Jak każdy akt prawny jest on przedmiotem interpretacji oraz stosowania. Poprzez interpretację rozumiemy zazwyczaj intencję, interpretację samego prawodawcy, czyli to, co zamierza osiągnąć władza promulgująca prawo a także sens tekstu samego prawa. Sobór nie powinien być interpretowany przez osobę prywatną, ale raczej przez władzę promulgującą prawo. W przypadku soboru to sam papież, jako Następca św. Piotra, posiada powszechną władzę nad całym Kościołem, to on jest władzą promulgującą prawo. Sobór powszechny, ze swej definicji, jest zgromadzeniem wszystkich biskupów świata i to papież jako Najwyższy Pasterz posiada władzę zwołania soboru powszechnego oraz promulgowania jego dekretów.
Tak więc by ustalić, jakiej interpretacji soboru powinniśmy się trzymać, musimy ograniczyć się do dekretów papieskich. Oczywiście możemy przytaczać opinie teologów oraz uczestników soboru, mają one jednak znaczenie o tyle, o ile odnoszą się one do aktów samej Stolicy Apostolskiej. Gdy sens tych dekretów jest oczywisty, na ich podstawie możemy również wnioskować, jaka powinna być właściwa interpretacja.
Sobór prowadził swe obrady podczas pontyfikatu dwóch papieży: Jana XXIII, który go zwołał, oraz Pawła VI, który promulgował jego postanowienia. Mamy więc dwa bardzo ważne dokumenty, które mogą stanowić dla nas klucz do interpretacji soboru, dokumenty autorstwa samych papieży. Dzięki nim będziemy mogli poznać autentyczną interpretację Vaticanum II.
Pierwszym jest dokument Jana XXIII z ceremonii otwarcia soboru, mowa, którą wygłosił on do zgromadzonych Ojców, w której podał zasadniczy powód zwołania soboru oraz przedstawił co sobór zamierza przedyskutować i przeprowadzić. Dokument ten nosi tytuł Gaude Mater Ecclesiae i opublikowany został w Aktach Stolicy Apostolskiej 11 października 1962 roku. Służyć więc może za punkt wyjścia, określający czego powinno się spodziewać po dokumentach soboru i jak należy je interpretować.
Drugim dokumentem jest mowa Pawła VI z 7 grudnia 1965, wygłoszona podczas ostatniej sesji generalnej, gdy dokumenty były oficjalnie promulgowane. Jest w niej mowa o tym, co sobór dokonał i w jaki sposób dokumenty jego powinny być wdrażane w życie. Jest to więc interpretacja soboru autorstwa samego papieża z dnia promulgacji dokumentów soborowych.
Możemy również powoływać się na same dokumenty soboru w takim zakresie, w jakim mówią one o ich interpretacji i woli Ojców.
Zwołanie soboru
[Slide 7]
Jakie były rezultaty Soboru? Czy został on dobrze przyjęty? Co było dobre w recepcji Soboru, a co nieodpowiednie lub błędne? Co pozostaje jeszcze do zrobienia? Nikt nie może zaprzeczyć, że w wielu częściach Kościoła recepcja Soboru następowała z niemałym trudem, (…)
Otóż wszystko zależy od właściwej interpretacji Soboru lub też — jak powiedzielibyśmy dzisiaj — od jego prawidłowej hermeneutyki, od właściwego klucza do zrozumienia i wprowadzania w życie jego postanowień. Problemy z recepcją wzięły się stąd, że doszło do konfrontacji i przeciwstawienia sobie dwóch sprzecznych hermeneutyk i sporu na tym tle. Jedna wywołała zamieszanie, druga zaś — w sposób dyskretny, ale coraz bardziej widoczny — zaczęła przynosić i nadal przynosi owoce.
Z jednej strony istnieje interpretacja, którą nazwałbym «hermeneutyką nieciągłości i zerwania z przeszłością»; nierzadko zyskiwała ona sympatie środków przekazu, a także części współczesnej teologii. Z drugiej strony istnieje «hermeneutyka reformy», odnowy zachowującego ciągłość jedynego podmiotu-Kościoła, który dał nam Pan; ten podmiot w miarę upływu czasu rośnie i rozwija się, zawsze jednak pozostaje tym samym, jedynym podmiotem — Ludem Bożym w drodze.
Papież Benedikt XVI, 22 grudnia 2005


Przyjrzyjmy się więc słowom papieża wypowiedzianym w dniu zwołania soboru –dostarczy nam to paru ciekawych faktów na temat II Soboru Watykańskiego. Najbardziej niepokojąca jest już pozornie wewnętrznie sprzeczna natura tej mowy. Na samym początku papież stwierdza, że sobór jest „manifestacją urzędu nauczycielskiego Kościoła” a zaledwie kilka ustępów dalej podaje powód jego zwołania, którym „nie jest dyskusja nad którymś z artykułów podstawowej doktryny Kościoła”. Tak więc sobór nie miał intencji dyskutować kwestii doktrynalnych, ponieważ są one ponoć wszystkim „dobrze znane”.
[Slide 8]
Obecny sobór jest szczególnym, ogólnoświatowym znakiem obecności Kościoła w jego urzędzie nauczycielskim, wykonywanym ze względu na błędy, potrzeby i wymagania naszych czasów.
... 
Punctum saliens tego soboru nie jest więc dyskusja nad którymś z artykułów podstawowej doktryny Kościoła, powtarzającej się w nauczaniu Ojców i Teologów, zarówno dawnych, jak i współczesnych, którą zakładamy jako dobrze znaną i stale obecną przed oczyma ducha.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.


Co jeszcze bardziej zdumiewające, papież posuwa się do twierdzenia, że błędy przeszłości nie wymagają już potępienia , że powtarzanie ich nie jest już konieczne. Obecnie, jak mówi błędy te są w tak oczywisty sposób sprzeczne z prawdą, że w jakiś sposób współcześni „wykazują skłonność do samodzielnego ich potępienia”. Wydaje się czymś dziwnym, by heretycy nagle potępili swe własne opinie, taka jest jednak opinia papieża.
Pamiętając, że świat doświadczył niedawno dwóch wojen światowych oraz mordu na blisko 100 milionach ludzi zgładzonych dla urzeczywistnienia idei materialistycznego raju na ziemi, moglibyśmy nawet powiedzieć, że owa opinia Jana XXIII jest nie tylko zbyt optymistyczna, ale że jest czystą iluzją. Kiedy wspomni się o tysiącach męczenników w krajach okupowanych przez reżimy komunistyczne twierdzenie, że „ludzie coraz bardziej przekonują się o najwyższej cenie godności ludzkiej osoby” brzmi co najmniej sarkastycznie. Zignorowanie przez sobór cierpień tak wielu wiernych trudno nazwać postawą duszpasterską.
 Kiedy pomyśli się o dominującym na świecie przez ostatnich 50 lat materializmie, o tej „przesadnej ufności w postępie technicznym i dobrobycie wyłącznie materialnym” można by oczekiwać, że sobór powinien pouczyć wiernych o niebezpieczeństwach z tego wynikających. Uznał on to jednak za niepotrzebne, za coś oczywistego. Jeśli ostatnie 40 lat jakie minęły od soboru czegoś nas nauczyły, to właśnie tego, że owe „samodzielne potępienie” nigdy nie stało się faktem.
Tak więc od samego początku możemy zauważyć, że sobór nigdy nie miał intencji nauczania czy definiowania katolickiej prawdy. Wszelkie jego interpretacje, które przypisywałyby mu definiowanie wiary lub formuły dogmatyczne nie byłyby więc autentyczne. Sam sobór nigdy nie pragnął być soborem dogmatycznym, podobnie żadne z jego dekretów nie są wiążące w sumieniu. Potwierdzają to słowa Pawła VI, wypowiedziane podczas zamknięcia soboru, o czym będziemy jeszcze mówili.
Sam papież wyjaśnia, czego potrzeba Kościołowi: nowego entuzjazmu, nowej radości, nowego badania niezmiennej doktryny we współczesnych warunkach. Sobór ten miał zająć się kwestiami duszpasterskimi.
Jest to co prawda dość dziwne i obce samej naturze soboru powszechnego. Normalnie sobór zwoływany jest dlatego, że wśród biskupów mają miejsce jakieś kontrowersje dotyczące nauki wiary. Aby zapewnić powszechność wiary, czyli by Kościół zachowywał i przekazywał prawdziwą wiarę pochodzącą od Apostołów, zwoływane były sobory powszechne, by zdrowie całego Kościoła mogło posłużyć uleczeniu jego chorym członków. Cel wszystkich soborów zawsze dotyczył w jakiś sposób kwestii odnoszących się do życia całego Kościoła, przede wszystkim prawa będącego nauką wiary, jednoczącego ludzi wszystkich ras, wszystkich czasów i krajów.
Z drugiej strony kwestie pastoralne  zawsze dotyczą bardzo konkretnych okoliczności, tego jak zastosować prawdy powszechne do szczególnej grupy ludzi. Z tego właśnie powodu Kościół podzielony jest na diecezje, w których biskupi posiadają władzę w stosunku do grupy ludzi powierzonych ich opiece, podobnie jak pasterze w stosunku do trzody. Duszpasterstwo dotyczy trudności z jakimi spotykają się jednostki usiłujące żyć zgodnie z prawem Bożym w swym codziennym życiu, w swym środowisku. Tak więc sam z siebie sobór ekumeniczny może uczynić bardzo niewiele w kwestii duszpasterstwa, ponieważ odnosi się ono do trudności konkretnej diecezji lub ludzi, którzy posiadają swe własne zwyczaje, żyją w określonym środowisku, posiadają swe własne talenty i napotykają na konkretne trudności. Roztropne rządzenie i kierowanie trzodą zgodnie z udzielaną w tym celu łaską Bożą jest powołaniem biskupów.
Widzimy więc, że od samego początku sobór ma charakter rewolucyjny – nawet w tym co dotyczy jego koncepcji. Wszyscy biskupi świata zostali zaproszeni do Rzymu na dyskusje, jednak nie o tym, co jest dla nich wspólne, czyli o wierze, ale o czymś, co łączyło ich w bardzo niewielkim stopniu. Troski duszpasterskie biskupa Warszawy są inne od tych, z jakimi zmagać się musi biskup pracujący w Afryce. Biskup żyjący w systemie komunistycznym napotyka wiele trudności obcych biskupowi pracującemu w kraju misyjnym lub protestanckim, nie mówiąc już o ogromnych różnicach językowych i kulturowych, dzielących rozmaite rasy. Owe znaczne różnice językowe, kulturowe oraz rasowe są jednym z powodów, dla których dokumenty soborowe pozbawione są wszelkiej precyzji, ponieważ każdy z biskupów miał swe własne troski duszpasterskie – stąd dokumenty te wspominają o mającej później powstać komisji, która miałaby wyjaśniać i wdrażać dwuznaczne postanowienia Vaticanum II.
[Slide 9]
Kościół stale się przeciwstawieniał tym błędom. Wielokrotnie nawet potępiał je z największą surowością. Dzisiaj jednakże Oblubienica Chrystusa woli posługiwać się raczej lekarstwem miłosierdzia, aniżeli surowością. Woli wyjść naprzeciw dzisiejszym potrzebom, wskazując raczej na skuteczność swojej nauki, aniżeli występując z potępieniem.
...
Nie jest tak dlatego, że konieczność odrzucania i czujności wobec błędnych nauk i niebezpiecznych ideologii była dziś mniej paląca niż do tej pory. Jednak wszelki taki błąd jest w tak jawny sposób sprzeczny ze słusznością i dobrem i wywołuje tak fatalne skutki, że ludzi nam współcześni wykazują skłonność do samodzielnego ich potępiania – dotyczy to zwłaszcza sposobu życia odrzucającego Boga oraz Jego prawo, pokładającego nadmierną ufność w postępie technicznym oraz dobrobycie czysto materialnym. Coraz powszechniej rozumiane jest, że godność osoby ludzkiej oraz prawdziwa samorealizacja posiadają zasadnicze znaczenie i ich osiągnięcie warte jest wszelkich wysiłków.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.


Bardzo poważną konsekwencją unikania poruszania wszelkich kwestii doktrynalnych jest poszukiwanie jedności w czym innym, niż doktryna. W swej mowie papież wyznacza soborowi konkretny cel duszpasterski: poszukiwanie jedności. Wypowiada dość zagadkowe słowa: „Niestety cała rodzina chrześcijańska jeszcze nie osiągnęła w pełni widzialnej jedności w prawdzie”. Wiemy jednak z katechizmu, że Kościół katolicki jest już jeden, ponieważ posiada jedną wiarę, jedną doktrynę. Tak więc słowa te albo sugerują, że heretycy są w jakiś sposób częścią „rodziny chrześcijańskiej”, albo też że Kościół w jakiś sposób utracił tę jedność i przestał być w ten sposób jedynym prawdziwym Kościołem. Jeszcze większy niepokój budzi opis tej poszukiwanej jedności jako wypełnienie słów modlitwy Zbawiciela:
„Owszem, kiedy rozważy się samą jedność, wymodloną przez Chrystusa dla Kościoła, wydaje się, jakoby jaśniała potrójnym promieniem dobroczynnego światła, zstępującego z niebios: jedności między katolikami, która winna być wzorowo silna; jedności modlitw i gorących pragnień, dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się z nami; jedności wreszcie szacunku i poważania dla Kościoła Katolickiego tych, którzy sal wyznawcami religii niechrześcijańskich”.
[Slide 10]
Troska Kościoła o krzewienie i obronę prawdy wywodzi się faktu, że według zamiaru Boga, "który chce, żeby wszyscy ludzie byli zbawieni i przyszli do poznania prawdy" (1 Tm 2, 4), ludzie bez pomocy całej nauki objawionej nie mogą osiągnąć pełnej i trwałej jedności, z którą związany jest prawdziwy pokój i wieczne zbawienie. Niestety cała rodzina chrześcijańska jeszcze nie osiągnęła w pełni widzialnej jedności w prawdzie.
Kościół Katolicki bardzo ceni swój obowiązek aktywnego oddziaływania w celu spełniania się wielkiej tajemnicy jedności, o jaką Jezus Chrystus prosił w żarliwej modlitwie Ojca Niebieskiego w przeddzień Swej krwawej Ofiary. Cieszy się Kościół błogim pokojem, wiedząc dobrze, że jest głęboko złączony z ową modlitwą; następnie cieszy się wielce widząc, że modlitwa o jedność przynosi zbawienne owoce także wśród tych, którzy znajdą się poza Nim.
[Jedność według soboru] :
Owszem, kiedy rozważy się samą jedność, wymodloną przez Chrystusa dla Kościoła, wydaje się, jakoby jaśniała potrójnym promieniem dobroczynnego światła, zstępującego z niebios: jedności między katolikami, która winna być wzorowo silna; jedności modlitw i gorących pragnień, dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się z nami; jedności wreszcie szacunku i poważania dla Kościoła Katolickiego tych, którzy są wyznawcami religii niechrześcijańskich.
Papież Jan XXIII, Gaude Mater Ecclesiae, 11 października 1962 r.


Ten „szacunek i poważanie” są tu przedstawiane jako coś nadprzyrodzonego, zbawczego w swej istocie, co potępione jest słowami samego Pisma Świętego:
„Quoniam omnes dii Gentium daemonia: Dominus autem caelos fecit”
„Albowiem wszyscy bogowie pogańscy - to czarci, ale Pan niebiosa uczynił” (Ps 95,5).
Również św. Paweł uczy:
„Ale co poganie ofiarują, "czartom ofiarują, a nie Bogu." Nie chcę zaś, żebyście byli wspólnikami czartów. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha czartowskiego. Nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu czartowskiego” (1Kor 10,20).
Konkluzja mniejsza: wśród intencji zwołania soboru nie sposób doszukać się „interpretacji zgodnej z Tradycją”.
Naszym celem nie jest jednak ukazywanie wszystkich błędów II Soboru Watykańskiego, wymagałoby to zresztą całego cyklu konferencji. Chcemy się jedynie w tym miejscu przyjrzeć intencji prawodawcy, intencji zwołania soboru, by ustalić, w jaki sposób powinien on być interpretowany. 
[Slide 11] [Katechizm o jedności:]
Q 14: Dlaczego mówimy, że Kościół jest jeden?
Odp.: Prawdziwy Kościół jest jeden, ponieważ jego dzieci żyjące w każdym czasie i miejscu zjednoczone są w wyznawaniu tej samej wiary, w tym samym kulcie i tym samym prawie oraz w uczestnictwie w tych samych sakramentach, podlegli tej samej widzialnej głowie, którą jest Biskup Rzymu.
Katecheza św. Piusa X
„Albowiem wszyscy bogowie pogańscy - to czarci, ale Pan niebiosa uczynił” (Ps 95,5)
„Ale co poganie ofiarują, "czartom ofiarują, a nie Bogu." Nie chcę zaś, żebyście byli wspólnikami czartów. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha czartowskiego. Nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu czartowskiego” (1Kor 10,20).


Przedstawmy więc kilka konkluzji jakie możemy wyciągnąć z lektury wspomnianego wyżej dokumentu, wyrażającego intencje Vaticanum II:
1. Sobór nie miał intencji definiowania dogmatów katolickich, ponieważ traktował je jako „dobrze wszystkim znane”. Nie miał również intencji bliższego określania tych dogmatów poprzez potępienie herezji, ponieważ nie było to rzekomo właściwe ze względów duszpasterskich.
2. Sobór pragnął wzbudzić nowy bodziec i entuzjazm w Kościele poprzez wyjaśnianie Ewangelii w nowy sposób, stosowny do potrzeb współczesnego człowieka.
3. Sobór miał zająć się w sposób szczególny poszukiwaniem jedności między chrześcijanami, choć był dość nieprecyzyjny w określeniu, na czym owa jedność miałaby polegać.
Przyjrzyjmy się teraz w kontekście owych intencji wymienionych przez papieża opinii, że sobór powinien być interpretowany „w świetle Tradycji”. Kwestie duszpasterskie dotyczą ludzi żyjących w określonym czasie i określonych warunkach. Na przykład kapłan, posługując się kapłańską roztropnością, będzie pomagał powierzonemu jego opiece wiernemu osiągnąć zbawienie wykorzystując przy tym optymalnie swe zdolności stosownie do warunków, w jakich osoba ta żyje. Skoro okoliczności te ulegną zmianie, inne będą też rady, jakich kapłan ów będzie udzielał. Byłoby na przykład czymś niezwykle nierozsądnym dawać ludziom znajdującym się w związku małżeńskim rady odpowiednie dla siostry zakonnej. Tak więc generalnie powiedzieć trzeba, że warunki duszpasterstwa zmieniają się z pokolenia na pokolenie. Jest to w sposób szczególny prawdziwe obecnie, widzimy bowiem że na przestrzeni zaledwie 40 lat świat zmienił bardziej niż w trakcie wielu stuleci.  Warunki, w jakich żyjemy obecnie są całkowicie różne od warunków w latach sześćdziesiątych, kiedy obradował sobór, zwłaszcza w wyniku komputeryzacji i wpływu nowych technologii. Można by nawet twierdzić, że w wyniku tego ogromu zmian jakich byliśmy świadkami na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat, sam sobór wydaje się niemal nie przystający do dzisiejszych czasów.
Czy możemy więc mówić o „interpretacji soboru zgodnie z Tradycją”?
Kiedy mówimy o Tradycji mamy na myśli element Kościoła, który jest niezmienny, a który stanowi część depozytu wiary, otrzymany od Apostołów i przekazywany aż do naszych czasów. Ze swej natury jest on ponadczasowy, wieczny, podobnie jak wieczny jest sam Zbawiciel: ten sam wczoraj, dziś i na wieki (Żyd 13,8).
Tak więc mówienie o interpretacji soboru „zgodnie z Tradycją” jest zasadniczo sprzecznością. Co gorsza, usiłowania nadania soborowi duszpasterskiemu  wartości wiecznej czy też „tradycyjnego znaczenia” doprowadziłoby do zredukowania samej Tradycji do czegoś zmiennego i ograniczonego do konkretnych warunków oraz okoliczności. Usiłowanie dogmatyzacji inicjatywy czysto duszpasterskiej doprowadziłoby niechybnie do postrzegania wszelkich dogmatów jedynie jako kwestii troski duszpasterskiej.  
Ponieważ zaś sobór pragnął jedynie nadać nowy „impet i entuzjazm” powinien być osądzany na podstawie tego, czy osiągnął owe cele, czy też nie. „Impet” i „entuzjazm” nie są czymś, co można by oceniać w „tradycyjnym sensie”, ocena ta powinna opierać się na owocach. Widzieliśmy już, że „entuzjazm” na który sobór miał nadzieję jest – wedle słów samego papieża – „w okrutny sposób sprzeczny z rezultatami”. Jeśli chcielibyśmy interpretować sobór w tradycyjnym sensie, byłoby to podejście bardzo krytyczne, byłoby ukazaniem, czego kolejne pokolenia nie powinny robić.
Co do trzeciego celu soboru, czyli upragnionej przez niego jedności, nie ma możliwości interpretowania go zgodnie z Tradycją, a to z tego prostego powodu, że owa jedność jest czymś całkowicie sprzecznym z nauczaniem Kościoła katolickiego. Kościół katolicki jest jeden z samej swej natury, jak tego uczy nasz katechizm. Jedność nie jest więc czymś, czego należy poszukiwać, ale cechą, którą Kościół posiada od samego momentu swego ustanowienia przez naszego jedynego Pan i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Tradycja mówi raczej o nawracaniu heretyków do jedynego prawdziwego Kościoła, o głoszeniu Ewangelii poganom w celu doprowadzenia ich do jedności, którą Kościół posiada w swej doktrynie oraz sakramentach. Jedność nie jest czymś, czego Kościół poszukuje, ale raczej czymś czego udziela on tym narodom, które przyjmują jego zbawczą naukę. Mówienie więc o „tradycyjnej interpretacji” owego „poszukiwania jedności” jest nonsensowne i niekatolickie. Ów fundamentalny błąd dotyczący jedności Kościoła ma bardzo dalekosiężne i niezwykle poważne konsekwencje, to jednak będzie musiało być przedmiotem innej konferencji.
Zamknięcie soboru
Widzimy więc, że od samego początku sobór nie aspirował do rangi soboru doktrynalnego, miał być raczej rodzajem „odnowy” Kościoła stosownie do obecnych czasów. Przyjrzyjmy się teraz mowie wygłoszonej przez Pawła VI do Ojców Soborowych podczas ostatniej sesji plenarnej II Soboru Watykańskiego, w której mówił on o tym, co sobór dokonał. Pomoże nam to odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób mamy interpretować Vaticanum II.
[Slide 12]
Wydaje się słuszne odnotowanie w tym miejscu rzeczy następującej: Magisterium Kościoła, chociaż unikało wypowiadania się w formie nadzwyczajnych sentencji dogmatycznych, rozciągnęło swoje nauczanie na pewną ilość kwestii, które dotyczą bezpośrednio sfery świadomości i aktywności człowieka . Doprowadziło to do dialogu. Zachowując wciąż swój nauczycielski autorytet i rangę Magisterium przemówiło głosem przyjaznym, nie wyszukanym, przepełnionym duszpasterską troską i pragnieniem być słyszanym i rozumianym przez każdego człowieka. Powołując się na doświadczenie, odwołując się do uczuć, dodając słowom wdzięku i siły perswazji, Magisterium przemawiało do człowieka dnia dzisiejszego, takiego jakim on jest.
[Optimizm]
„(…) Trzeba przyznać, że Sobór więcej uwagi poświecił człowiekowi szczęśliwemu niż człowiekowi postrzeganemu jako istota nieszczęśliwa i sposób jaskrawy roztaczał wizję zdecydowanie optymistyczną.”.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Po pierwsze widzimy, iż papież potwierdza, że sobór „nie pragnął realizować się w formie nadzwyczajnych aktów dogmatycznych”,  ale raczej „przejść do dialogu” z człowiekiem współczesnym. Jego pragnienie miało stać się „słyszane i rozumiane przez wszystkich”. Jak na ironię owo pragnienie, by być zrozumianym, doprowadziło nas do trwających przez ponad 40 lat poszukiwań właściwego znaczenia soboru. Widzimy więc, że sobór wierny był intencji papieża, który zwołał go nie w tym celu, by definiował jakiekolwiek prawdy dogmatyczne. Raz jeszcze potwierdza to, że żadne interpretacje soboru nie mogą twierdzić, że ma on znamiona nieomylności, albo że miał intencję definiowania czegoś obowiązującego sumienia chrześcijan.
Widzimy w tej mowie również dość naiwny optymizm w stosunku do błędu. Podczas gdy uprzednio cytowany dokument stwierdzał, że „Prawda jest oczywista dla wszystkich” i że minione błędy nie muszą już być potępiane, obecna mowa papieża idzie jeszcze dalej, aż do krańca logicznych konsekwencji tego twierdzenia. Na początek Paweł VI stwierdza:
„(…) Trzeba przyznać, że Sobór więcej uwagi poświecił człowiekowi szczęśliwemu niż człowiekowi postrzeganemu jako istota nieszczęśliwa i sposób jaskrawy roztaczał wizję zdecydowanie optymistyczną.”.
[Slide 13]
Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który czyni siebie Bogiem. Co wyniknęło z tego spotkania, z tej konfrontacji? Czy wyniknął wstrząs? Czy wyniknęła walka? Czy wyniknęła anatema? Mogło się tak zdarzyć, ale jednak nie miało to miejsca. (…) Sobór został w pełni przesiąknięty bezgranicznym współczuciem dla świata. Odkrycie potrzeb ludzkich, a są one tym większe, im większy staje się człowiek, przykuło uwagę Soboru i Kościoła. Odkrycie potrzeb ludzkich, pochylenie się nad ranami człowieka - jak Samarytanin - oto jest duchowość współczesnego Kościoła. Wy, współcześni humaniści, którzy odrzucacie transcendencję rzeczy Boskich, uznajcie przynajmniej tę zasługę i doceńcie nasz nowy humanizm, gdyż my bardziej niż ktokolwiek inny wyznajemy kult człowieka.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Konsekwencje tego optymistycznego poglądu na naturę ludzką były ogromne i dalekosiężne. Nawet „humanizm laicki i bezbożny, który pojawił się w swojej strasznej postaci w pewnym sensie postawił Soborowi wyzwanie” nie został przez niego potępiony. Posługując się słowami samego papieża religia „Boga, który stał się człowiekiem”napotkała na swej drodze religię „człowieka, który uczynił się bogiem”(…) „Jakież tego następstwa? Szok, walka, anatema? - Mogło to mieć miejsce - lecz nie miało. Stara historia o dobrym Samarytaninie okazała się reguła soborowej duchowości. Bezgraniczna sympatia ku człowiekowi bez reszty zawładnęła Soborem”
[Slide 14]
Człowiek całkowicie fenomenalny - jak teraz mawiają - człowiek o swoich niezliczonych aparycjach, zaprezentowany tutaj wobec Zgromadzenia Ojców soborowych - istot ludzkich: duszpasterzy i braci, czułych i kochających, byłby to człowiek tragiczny - ofiara własnych dramatów, człowiek, który nieustannie usiłując wynieść się ponad wszystkich staje się wrażliwy i sztuczny, egoistyczny i okrutny lub niezadowolony z siebie, który śmieje się i płacze; człowiek zmienny, gotowy zagrać każdą rolę, i człowiek zatwardziały - naukowy realista; człowiek taki jaki jest, który myśli, kocha, pracuje, nieustannie oczekujący, " dorastające dziecko" (Gen,49,22). Byłby to człowiek, do którego powinno się odnosić z pewną czcią ze względu na jego niewinność w dzieciństwie, misterium jego ubóstwa i cierpienie; człowiek indywidualista i społecznik; człowiek wychwalający czas który minął i człowiek pokładający swe nadzieje w przyszłości, grzesznik i człowiek święty, itp. 
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Kiedy Pan Jezus modli się do Ojca, aby «wszyscy byli jedno... jako i my jedno jesteśmy» (J 17, 21-22), otwierając przed rozumem ludzkim niedostępne perspektywy, daje znać o pewnym podobieństwie między jednością osób boskich a jednością synów Bożych zespolonych w prawdzie i miłości. To podobieństwo ukazuje, że człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego.
Vatican II Gaudium et spes 24,3
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak, że sobór, porzuciwszy obronę wiary, odwrócił się od Boga i zwrócił ku człowiekowi. Wedle słów samego papieża „my także, bardziej niż ktokolwiek inny, mamy kult człowieka”. Co więcej, owo studium człowieka jest całkowicie pozbawione jakiegokolwiek odniesienia do Boga. Człowiek jest „święty”nie z powodu tego, co uczynił dla niego Bóg, ale raczej „ze względu na jego niewinność w dzieciństwie, misterium jego ubóstwa i poświęcenie w cierpieniu”. Człowiek, wedle dokumentów samego soboru, jest autonomiczny. Jest jedynym stworzeniem, którego Bóg pragnął dla niego samego, które może „odnaleźć się” jedynie poprzez dar z samego siebie. Nawet podobieństwo, jakiego Bóg udziela człowiekowi (czyli łaska) dane jest właśnie w tym celu, by człowiek mógł „odnaleźć samego siebie”.
[Slide 15]
W naszej analizie religijnego znaczenia soboru nie wolno nam pominąć pewnego znaczącego faktu: otóż zaangażował się on głęboko w studiowanie współczesnego świata. Być może nigdy w przeszłości Kościół nie odczuwał takiej potrzeby by poznać, zbliżyć się, zrozumieć, przeniknąć, służyć i ewangelizować społeczeństwo, w którym żyje, by objąć je a nawet podążać za nim, w szybkich i nieustannych zmianach jakim ono podlega. Stanowisko to, będące odpowiedzią na rozdźwięki i podziały pomiędzy Kościołem a społeczeństwem świeckim, których świadkami byliśmy w minionych wiekach, a zwłaszcza w wieku minionym i bieżącym, stanowiło przedmiot stałej i usilnej pracy soboru; i to do tego stopnia, że skłoniło to niektórych ludzi do podejrzeń, że wyrozumiałość i ogromna wrażliwość na świat zewnętrzny, na zmienne wydarzenia, trendy kulturowe, doczesne potrzeby, obcy sposób myślenia (…) mogą wypłynąć na uczestników i akty soboru powszechnego [w taki sposób, że odbędzie się to] kosztem wierności Tradycji i wyrządzić szkodę religijnej orientacji samego soboru. Nie uważamy jednak, by można wysuwać oskarżenia takie wobec soboru, wobec jego prawdziwych i głębokich intencji, jego autentycznych manifestacji.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Twierdzenia te są tak sprzeczne z wiarą katolicką, że sam papież wspomina o tym, iż „obce sposoby myślenia” oraz „nadmierna wrażliwość na [problemy] świata zewnętrznego” mogą wpłynąć na akty soboru powszechnego, kosztem wierności Tradycji i ze szkodą dla orientacji religijnej samego soboru. Sam papież wyraża opinię, że sugestia taka byłaby błędna, nie podaje jednak żadnego na to żadnego przekonującego dowodu. W rzeczywistości jak to widzieliśmy z poprzednich cytatów, - właśnie z tym mieliśmy do czynienia. Religia „człowieka, który uczynił siebie bogiem” nigdy nie została potępiona, gdyż jest to w istocie religia soboru. Człowiek stał się autonomicznym, stał się jedynym przedmiotem zainteresowania soboru i to do tego stopnia, że kwestie religijne poruszane są w jego dokumentach jedynie o tyle, o ile mają odniesienie do niego.
Cytaty te, do których moglibyśmy dodać wiele innych, powinny wystarczyć by wykazać, że nie da się interpretować słów papieża zgodnie z Tradycją po prostu dlatego, że zmianie uległ cały przedmiot wiary. W całej wspomnianej mowie nie ma nawet jednej wzmianki o Bożym Objawieniu, poza miejscami, w których jest to użyteczne dla rodzaju ludzkiego. Nawet Kościół postrzegany jest jako rodzaj społeczności „zastanawiającej się nad sobą” , jak gdyby był on czymś zagubionym, nie znającym samego siebie i dochodzącym ostatecznie do „głębszej świadomości duchowej”, nie kłopoczącym się nawet  tym, by potwierdzać i wyjaśniać swe prawa -  jak to przyznaje sam papież. Tak więc sobór, mówiąc ściśle, nie miał w ogóle nic wspólnego z wiarą katolicką. Był on raczej próbą wprowadzenia do Kościoła nowego ideału świeckiego humanizmu.
[Slide 16]
Ludzie zdadzą sobie sprawę, że sobór poświęcił swą uwagę nie tyle prawdom Boskim, co raczej i zasadniczo Kościołowi – jego naturze i składowi, jego ekumenicznemu powołaniu, jego apostolskiej i misyjnej działalności. Społeczność religijna którą jest Kościół usiłowała wypracować refleksję na swój własny temat, by lepiej poznać siebie samego, by lepiej się zdefiniować i w konsekwencji, lepiej wyrazić to, co czuje i co nakazuje. Taka jest prawda. (…) Kościół zgromadził się w głębokiej duchowej świadomości nie po to, by wypracować uczoną analizę psychologii religii ani ze względu na swe własne doświadczenia, ani nawet po to, by potwierdzić i wyjaśnić swe własne prawa.
Papież Paweł VI, 7 grudnia 1965
Biorąc więc pod uwagę tę mowę Pawła VI, wygłoszoną podczas ostatniej sesji plenarnej, podczas której ratyfikowane i promulgowane zostały dokumenty II Soboru Watykańskiego, należy stwierdzić, że nie ma możliwości interpretacji dokumentów Vaticanum II „zgodnie z Tradycją”.


[Slide 17]
Benedykt XVI
II Sobór Watykański, uznając i przyjmując dekret o wolności religijnej za własną zasadę funkcjonowania współczesnego państwa, odkrył zarazem najgłębsze dziedzictwo Kościoła.
...
II Sobór Watykański ze swą nową definicją stosunku pomiędzy wiarą Kościoła a zasadniczymi elementami myśli współczesnej, zrewidował czy nawet skorygował pewne decyzje historyczne, jednak w tej pozornej nieciągłości zachował i pogłębił jego najskrytszą naturę oraz prawdziwą tożsamość.
Benedykt XVI do kurii rzymskiej 22 grudnia 2005

Nawet Benedykt XVI przyznaje, że ta mowa Pawła VI jest źródłem poważnych problemów w interpretacji soboru. „Paweł VI w przemówieniu zamykającym Sobór wskazał też na inny jeszcze konkretny powód, dla którego hermeneutyka nieciągłości może się wydawać przekonująca”. Co ciekawe jednak w mowie swej obecny papież sam w niezamierzony sposób dostarcza argumentów na rzecz „hermeneutyki zerwania”. Stwierdza, że II Sobór Watykański stworzył nową definicję relacji pomiędzy wiarą Kościoła a elementami współczesnego światopoglądu. Więcej nawet, uczynił „swoją własną”doktrynę o wolności religijnej i w ten sposób „powrócił do najgłębszego dziedzictwa Kościoła”, jak gdyby Kościół utracił to dziedzictwo  na dwa tysiące lat.


Wydawać by się więc mogło, że nawet Benedykt XVI nie jest całkowicie przekonany do „hermeneutyki ciągłości”i konsekwentny w jej obronie. Nie mają więc racji ci, którzy powołują się na papieża dowodząc, że autentyczna interpretacja Vaticanum II to interpretacja „w świetle Tradycji”.
[Slide 18][Nowa Hermeneutyka]
Właśnie to połączenie ciągłości i nieciągłości na różnych płaszczyznach jest naturą prawdziwej reformy. W tym procesie odnowy zachowującej ciągłość mieliśmy się nauczyć widzieć w sposób bardziej konkretny niż dawniej, że decyzje Kościoła dotyczące kwestii doraźnych — na przykład pewnych konkretnych form liberalizmu lub privatnej interpretacji Biblii — musiały siłą rzeczy również mieć charakter doraźny, właśnie dlatego, że odnosiły się do określonej rzeczywistości, która sama w sobie jest zmienna. Trzeba było nauczyć się dostrzegać, że w tego rodzaju decyzjach tylko zasady są elementem trwałym, stanowiąc podłoże decyzji i ich głębokie uzasadnienie. Nie są natomiast równie trwałe konkretne formy, które są uzależnione od sytuacji historycznej, a zatem mogą ulegać zmianom.
Benedykt XVI do kurii rzymskiej 22 grudnia 2005
Prawdziwa hermeneutyka proponowana przez Benedykta XVI jest czymś całkowicie odmiennym: jest raczej syntezą tych dwóch nurtów interpretacji, usiłujących przeprowadzić reformy będące wola soboru. Zgodnie z tą ideą to właśnie tarcie pomiędzy ciągłością i jej brakiem da nam syntezę, dzięki której Kościół uczyni krok naprzód. Jest to całkowicie heglistowskie i modernistyczne pojmowanie postępu i rozwoju. A co jeszcze bardziej niepokojące, wspomina się również o możliwości reinterpretacji nauki o wolnej interpretacji Pisma św., którą Kościół zdefiniował de fide i w którą wszyscy katolicy zobowiązani są w sumieniu wierzyć, nie mówiąc już o tym, że idea taka sprzeczna jest z samym Pismem św. (2 P 1,20; 3,15). To jednak również mogłoby być tematem osobnej konferencji.
[Slide 19][Doktryna Katolicka]
Interpretacja Wolna Biblii 
Gdyby ktoś wyżej wymienionych ksiąg nie przyjął za święte i kanoniczne w całości i ze wszystkimi częściami, tak jak je Kościół katolicki zwykł czytać i jak się zawierają w starym rozpowszechnionym wydaniu łacińskim, albo gdyby ktoś świadomie i z całą rozwagą wzgardził wyżej wspomnianą Tradycją – niech będzie wyklęty.
(…)
Ponadto dla powściągnięcia [niektórych] zuchwałych umysłów oświadcza, by nikt, kto polega na własnej roztropności w rzeczach dotyczących wiary i moralności, a wchodzących w skład nauki chrześcijańskiej i kto nagina Pismo św. Do swoich poglądów – nie ośmielił się dawać objaśnień Pisma św. Wbrew sensowi, który utrzymywała i utrzymuje święta Matka Kościół. Rzeczą bowiem Kościoła jest sądzić o prawdziwym sensie i tłumaczeniu Pisma św.
Sobór Trydencki sesja IV
(…) żadnego z proroctw Pisma nie wykłada się własnym tłumaczeniem. Gdyż proroctwo nie przez wolę ludzką zostało kiedyś przyniesione, ale ludzie święci boży mówili natchnieni Duchem Świętym.
2 list św. Piotra 1,20-21
 I nieskwapliwość Pana naszego uważajcie za zbawienie, jak i najmilszy brat nasz Paweł według danej sobie mądrości do was napisał, jak i we wszystkich listach, w których o tym mówi; są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają, jak i inne Pisma, na swoją własną zgubę.
(ibid. 3,15-16)
Konkluzja
Przejdźmy więc do konkluzji: ani w dokumentach zwołujących sobór, ani w dokumentach promulgujących jego postanowienia, ani nawet w słowach Benedykta XVI nie sposób znaleźć dowodu przemawiającego za tym, że możliwa jest interpretacja soboru „zgodnie z Tradycją”. 
Podobnie możemy powiedzieć, że żadne reformy zainicjowane przez sobór nie stanowią poparcia dla tezy, że Vaticanum II powinien być interpretowany zgodnie z Tradycją. Gdyby sobór był po prostu kontynuacją tego, w co Kościół zawsze wierzył i co praktykował, reformy przez niego zapoczątkowane polegałyby jedynie na stosunkowo niewielkich adaptacjach tego, co istniało do tej pory. Stało się jednak inaczej: zmianie uległo całe życie liturgiczne i duchowe. Wprowadzone zostały praktyki całkowicie obce Kościołowi, a rzeczy które do tej pory potępiał, na przykład spotkania międzyreligijne, są obecnie przez niego popierane.  Nie można mówić o ciągłości pomiędzy tym, co było uprzednio potępiane i praktykowaniem tego.
Jedyną interpretacją soboru, z jaką stykaliśmy się przez minionych 40 lat była właśnie hermeneutyka zerwania. Nigdy nie doświadczyliśmy ze strony Rzymu interpretacji innej niż ta właśnie, przynajmniej w praktyce. Wbrew wszystkim deklaracjom, że sobór „zachowuje depozyt wiary”w praktyce widzimy jedynie podkopywanie tej wiary. Są teologowie, którzy chcieliby interpretować dokument Dignitatis humanae o wolności religijnej w tradycyjnym sensie – jednak sam papież interpretował go w sensie nadanym przez spotkania w Asyżu. Samo pojęcie „re-interpretacji”zgodnie z Tradycją jest całkowicie nonsensowne, gdyż nawet najwyższa władza nauczycielska w Kościele interpretuje to jako zerwanie z Tradycją.
Mówi się obecnie o „reformie reformy” w odniesieniu do liturgii, o próbach przywrócenia celebracjom liturgicznym pewnego zmysłu godności, o interpretowaniu nowej Mszy zgodnie z tradycyjnymi normami. Jednak nowa Msza wdrożona została właśnie przez sobór. Samo mówienie o reformie nowej Mszy jest w zasadzie uznaniem, że stanowi ona zerwanie, że jest w jakiś sposób ułomna, daleka od tego, czym być powinna.
Mówiąc krótko, sam fakt, że musimy poszukiwać tradycyjnego rozumienia II Soboru Watykańskiego jest wystarczającym dowodem na to, że stanowił on w życiu Kościoła niezwykle głębokie pęknięcie.  
Propozycja, by był on interpretowany w taki sposób, nie znajduje oparcia w żadnych jego dokumentach. Interpretacja taka nigdy nie istniała i nie może istnieć z tego prostego powodu, że sam sobór pragnął odejść od Tradycji, aby dostosować Kościół do współczesnego świata. Interpretowanie jego dokumentów zgodnie z Tradycją wymagałoby bardziej ćwiczenia wyobraźni niż prób właściwego ich odczytania. Taka interpretacja jest w istocie mitem: czymś, co nigdy nie istniało, a jest jedynie produktem imaginacji. Jest wytworem ludzi o wierze zbyt słabej, by pogodzić się z faktem, który należy określić jako największą tragedię dwudziestego wieku.
[Slide 20][Stanowisko Bractwo Piusa X]
Deklaracja Abp. Lefebvre'a
A jeżeli w słowach lub czynach, albo też w aktach dykasteriów dałoby się dostrzec jakieś sprzeczności, to wybieramy wówczas to, czego zawsze nauczano i zamykamy uszy na niszczące Kościół nowinki. 
Nie można poważnie zmienić lex orandi nie zmieniając jednocześnie lex credenti. Nowej Mszy odpowiada nowy katechizm, nowe kapłaństwo, nowe seminaria i uniwersytety, charyzmatyczny kościół zielonoświątkowy, wszystko to, co jest sprzeczne z katolicką prawowiernością i odwiecznym magisterium. Reforma ta, tkwiąca korzeniami w liberalizmie i protestantyzmie, jest całkowicie zatruta ; z herezji się wywodzi i do herezji prowadzi, nawet jeżeli nie wszystkie jej czyny są formalnie heretyckie. Jest zatem niemożliwe , by świadomy i wierny katolik miał te reformę przyjąć lub poddać się jej w jakikolwiek sposób. Jedyna droga wierności Kościołowi i doktrynie katolickiej, dla dobra naszych dusz, to kategoryczne odrzucenie reformy. 
Dlatego tez bez buntu, goryczy ni urazy kontynuujemy nasze dzieło formacji kapłańskiej w świetle odwiecznego magisterium w przekonaniu , że jest to największa przysługa jaką możemy oddać Kościołowi, Papieżowi i przyszłym pokoleniom. Z tej to przyczyny, w oczekiwaniu na chwilę, kiedy prawdziwe światło Tradycji rozproszy ciemności zakrywające niebo nad wiecznym Rzymem (…) 
Abp Lefebvre Deklaracja z 21 listopada 1974
Zarzut: Co Bractwo rozumie poprzez „interpretację w świetle Tradycji”?
Można wysunąć zastrzeżenie, że sam arcybiskup Lefebvre akceptował sobór „w świetle Tradycji”. Należy jednak zauważyć, że nie mówił on „zgodnie z Tradycją” ale „w świetle Tradycji”. To dwie całkowicie różne rzeczy.
„Zgodnie z Tradycją”mogłoby oznaczać akceptację soboru jako elementu Tradycji, czyli uznanie, że sobór jest w jakiś sposób wyrazem tradycyjnej wiary. Jak już powiedzieliśmy, tezy tej nie da się obronić i arcybiskup Lefebvre zawsze odmawiał akceptacji soboru w tym rozumieniu.
„W świetle Tradycji” oznacza natomiast akceptację soboru w takim zakresie, w jakim pozostaje on w zgodzie z Tradycją , nie oznacza próby interpretowania go zgodnie z Tradycją. „W świetle”odnosi się do podmiotu formalnego quo lub przez który widzimy lub poznajemy coś. Na przykład widzimy dzięki światłu słonecznemu, światło jest w tym przypadku przedmiotem dzięki któremu widzimy. W przypadku wiary przedmiotem formalnym jest Boże Objawienie, zawarte w Tradycji oraz Piśmie św, tworzących razem depozyt wiary. Jako katolicy dzięki światłu wiary wiemy, co nam Bóg objawił. Poznajemy naszą wiarę poprzez Tradycję oraz Pismo św., oraz poprzez orzeczenia Kościoła. W tym, co dotyczy spraw Boskich, wszystko jest na pewien sposób poznawane dzięki światłu Tradycji. Tak więc światło wiary określa w jaki sposób mamy osądzać i przyjmować wszelkie rzeczy dotyczące spraw Boskich.
[Slide 21]
Ks. Biskup Fellay, Przełożony Generalny Bractwo św. Piusa X
Istotnie, Kościół przechodzi poważny kryzys, który można przezwyciężyć jedynie na drodze całkowitego powrotu do nieskażonej wiary. Wspólnie ze św. Atanazym wyznajemy, że „ktokolwiek pragnie być zbawiony, musi się przede wszystkim trzymać katolickiej wiary: jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie” (Quicumque).
Dalecy jesteśmy od chęci “zamrożenia” Tradycji w roku 1962, lecz chcemy patrzeć na
II Sobór Watykański oraz na nauczanie posoborowe w świetle Tradycji, którą św. Wincenty z Lerynu definiował jako to, “w co wszędzie, w co zawsze, w co wszyscy wierzyli” (Commonitorium), Tradycji będącej owocem doskonale jednolitego rozwoju, w którym nie ma miejsca na brak ciągłości. W ten właśnie sposób będziemy mogli skutecznie przyczynić się do ewangelizacji, do której wzywa nas Zbawiciel (por. Mt 28, 19-20).
Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X zapewnia Benedykta XVI o woli uczestnictwa w dyskusjach doktrynalnych, które dekret z 21 stycznia br. postrzega jako “niezbędne” jak również o pragnieniu dalszej służby Objawionej Prawdzie. Ta służba jest podstawowym aktem miłosierdzia, jakie należy okazywać wszystkim ludziom, tak chrześcijanom, jak i niechrześcijanom. Bractwo zapewnia również papieża o swych modlitwach, by jego wiara nie osłabła i by mógł umacniać wszystkich swych braci (por. Łk 22, 32).
Powierzamy te dyskusje doktrynalne wstawiennictwu Matki Bożej Zawierzenia (Madonna della Fiducia), ufając, że wyprosi nam Ona łaskę wiernego przekazywania tego, co otrzymaliśmy, tradidi quod et accepi (1 Kor 15, 3).
Ks. Biskup Bernard Fellay, 12 marca 2009 r.
Sam II Sobór Watykański jest faktem historycznym – tak więc akceptacja soboru jako faktu historycznego nie jest problemem. Jest jednak faktem, że sobór ten obiektywnie naucza doktryn sprzecznych z wiarą katolicką. Z tego właśnie powodu światło Tradycji odrzuca te nauki, podobnie musi postąpić każdy katolik. Większość tekstów soborowych jest jednak rozmyślnie dwuznacznych i tak naprawdę trudno nawet domyślić się, co potencjalnie mogą one oznaczać – nie mówiąc już o wewnętrznie sprzecznych twierdzeniach, które można znaleźć we wszystkich tych dokumentach. Nie może być w ogóle mowy o uznaniu ich za kryterium wiary, ponieważ są całkowicie wieloznaczne, całkowicie obcej pewności, jaką daje nam wiara. Gdzie brak jest definicji nie może być przylgnięcia intelektu, brak jest więc formalnego przedmiotu dla cnoty wiary. Tam jednak, gdzie tekst pozwala na ortodoksyjną i jednoznaczną interpretację, można mówić o akceptacji, która jest po prostu powtórzeniem tego, czego Kościół zawsze nauczał.
Jeśli jednak nawet niektóre teksty soboru pozwalają na ortodoksyjną interpretację nie oznacza to, że możemy akceptować sobór,. Zupa która została zatruta może zawierać wiele składników, które same w sobie są zdrowe i pożywne, jednak trucizna czyni ją całkowicie niejadalną. Podobnie sobór, przez swe rewolucyjne doktryny, dwuznaczności i brak jasności musi być w całości odrzucony.
Nie chodzi więc o powrót do soboru by odkryć jego „prawdziwą interpretację” lub o usiłowanie naprawienia w jakiś sposób wynikłych z niego nadużyć, poprzez próby pogodzenia ich z Tradycją. Pomysł, który moglibyśmy określić jako „ratowanie” soboru poprzez odkrywanie w nim tradycyjnego nauczania przypomina próbę odnalezienia jakiegoś mitycznego stworzenia. Wszelkie takie próby skazane są na niepowodzenie i są zasadniczo stratą czasu. Jeśli sam sobór nie chciał wyrazić jasno wiary katolickiej, żadne nasze wysiłki tego nie naprawią. Jedynym, co naprawdę trzeba uczynić, to systematyczne potępienie rozpowszechnionych dziś błędów, przezwyciężenie potwornego zamieszania będącego owocem tego właśnie soboru. Taki jest właśnie powód dyskusji doktrynalnych Bractwa z władzami rzymskimi, stanowiących kontynuację dzieła arcybiskupa Lefebvre.
Musimy zrozumieć jedno: dyskusje doktrynalne z Rzymem nie są rodzajem dialogu mającego na celu osiągnięcie jakiegoś konsensusu w kwestii soboru. To absolutnie nie o to chodzi, nie chodzi bowiem o osiągnięcie rozwiązania praktycznego. Chodzi o doktrynę, o depozyt wiary. Dyskusje te są raczej sposobnością, by pokazać władzom rzymskim, całkowicie pogrążonym w bagnie modernizmu i dwuznaczności, błędów będących skutkami soboru, które muszą zostać potępione, o ile Kościół ma odzyskać zdrowie. Tak jak przesłaliśmy do Rzymu naszą krytykę nowej Mszy, wolności religijnej oraz ekumenizmu, które sami możecie sobie przeczytać, tak również mamy obecnie sposobność mówić z nimi bezpośrednio, sposobność, jakiej do tej pory nigdy nie mieliśmy.
II Sobór Watykański, zgodnie ze słowami samego Pawła VI ogłosił, że występuje w służbie rodzaju ludzkiego. A jednak sam Zbawiciel mówi, że człowiek „nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował, albo przy jednym stać będzie, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Mt 6,24).  W innym zaś miejscu Pismo św. mówi: „Przyjaźń tego świata jest nieprzyjaciółką Boga”(Jk 4,4). Tak więc sobór, nastawiając się na służbę ludzkości, usiłując stać się przyjacielem współczesnego, świeckiego i ateistycznego społeczeństwa, postawił się po stronie wrogów Boga, a kryzys w Kościele jest po prostu logiczną tego konsekwencją. Może on zostać przezwyciężony jedynie wówczas, gdy Kościół powróci do swego fundamentalnego obowiązku i potępi te błędy, które potępiał już w przeszłości i służyć będzie Bogu troszcząc się o zbawienie powierzonych sobie dusz.
[Slide 22]
Ks. Biskup Tissier de Mallerais, [członkiem Komisji Doktrynalnej Bractwa św. Piusa X]
Jakie jednak praktyczne kroki uważa Ekscelencja za konieczne?
„Będą miały dyskusje teologiczne pomiędzy nami a przedstawicielami Stolicy Apostolskiej - odnośnie doktryny II Soboru Watykańskiego”
Czy możemy jednak oczekiwać wycofanie przez was zastrzeżeń?
„Nie, absolutnie nie. Nie zmieniamy naszego stanowiska, mamy intencję nawrócić Rzym, to jest doprowadzić go do przyjęcia naszego punktu widzenia”.
Bp Tissier de Mallerais, wywiad 1 lutego 2009
 Zakończenie
Tak więc, drodzy Przyjaciele, kończę tę konferencję prośbą o modlitwę, by owe dyskusje doktrynalne z Rzymem mogły przynieść jakieś owoce. Patrząc na to po ludzku, nie ma większej nadziei, że cokolwiek z nich wyniknie. Bractwo będzie jednak kontynuowało swą misję niezależnie od ich wyniku, nie prowadziliśmy bowiem walki przez czterdzieści lat po to jedynie, by dojść do jakiegoś sztucznego porozumienia, które zniszczyłoby nie tylko owoce naszej pracy, ale również sam Kościół. Ludzie potrzebują obecnie bardziej niż kiedykolwiek jasności i jednoznaczności, pewne też jest że pewnego dnia Kościół powróci do swej Tradycji zgodnie z obietnicą daną nam przez Chrystusa Pana, że bramy piekielne go nie przemogą. Jak to jednak często bywa w sprawach Bożych, musimy być cierpliwi  -  jak powiedział Zbawiciel „Czuwajcie i módlcie się”. Proszę was też o szczególną modlitwę w intencji Ojca Świętego Benedykta XVI, o tę samą modlitwę której słowa wypowiedział Pan Jezus prosząc za św. Piotra, by nawróciwszy się utwierdzał swoich braci we wierze (Łk 22, 32).
Dziękuję za waszą uwagę i błogosławię +