Drodzy Wierni,
Chciałbym w dniu dzisiejszym mówić o kwestii, dotykającej całości życia Kościoła katolickiego. Konferencja ta zatytułowana jest „Dlaczego Kościół powinien powrócić do Mszy łacińskiej?” i koncentrować się będzie zasadniczo na dwóch zagadnieniach: na znaczeniu języka Mszy oraz – jako tego konsekwencji, na niezbędności powrotu do Mszy łacińskiej dla dalszego istnienia Kościoła. Celowo użyłem sformułowania „dalszego istnienia”, ponieważ stawką jest tu samo istnienie Kościoła katolickiego.
Jak z pewnością sami Państwo wiedzą, jednym z pierwszych symptomów świadczących o tym, że dany kraj znajduje się pod okupacją, jest zmiana języka. Zaledwie jedno pokolenie wstecz doświadczyło w waszym kraju okupacji przez obce siły i celowego niszczenia waszej kultury. Dla kultury zaś język ma znaczenie szczególne, ponieważ to dzięki niemu jest ona przekazywana z pokolenia na pokolenie. Aby więc zniszczyć kulturę, należy przede wszystkim zniszczyć język, jakim dany lud się posługuje. Często, aby zniszczyć język wystarczy wyśmiewać posługiwanie się nim, traktować go jako coś „niemodnego”, czy po prostu zaprzestać nauczania go. Skoro język kraju stanie się nierozpoznawalny, w krótkim czasie można posunąć się nawet do zmiany jego nazwy, staje się ono zasadniczo innym państwem czy też terytorium okupowanym.
Możemy dowieść, że to właśnie przydarzyło się Kościołowi katolickiemu w czasie jaki minął od zakończenia II Soboru Watykańskiego. Język Kościoła został odrzucony, ośmieszony i jest obecnie praktycznie nieznany, można więc wysunąć tezę że to, co obecnie nazywane jest kościołem różni się zasadniczo od tego, czym jest w istocie Kościół rzymskokatolicki. W trakcie niniejszej konferencji nie będziemy w stanie przeanalizować wszystkich zmian, jakie miały miejsce podczas II Soboru Watykańskiego, ani też wszystkich błędów, jakie ten sobór rozpowszechnił, z którego to powodu Kościół znajduje się obecnie w tak opłakanym położeniu. Wyciąganie wniosków z przeszłości jest pożyteczne, ważniejsze i bardziej konstruktywne jest jednak patrzenie w przyszłość, rozważanie co należy uczynić, by zapewnić przetrwanie Królestwa Bożego na ziemi. Z pewnością możemy dostrzec w niezwykle poważnych błędach soboru podkopywanie i osłabianie Kościoła od wewnątrz, co doprowadziło do stanu praktycznego paraliżu, w jakim znajduje się on obecnie, myślę jednak, że ważniejsze jest obecnie spoglądanie w przyszłość, czyli rozważanie: co powinniśmy uczynić, by zapewnić przyszłość Kościołowi.
Obecna konferencja dzielić się będzie na trzy zasadnicze części, które dostarczą nam dowodu na poparcie tezy, jaką stawia jej tytuł: że Kościół musi powrócić do Mszy łacińskiej i że powrót ten nie jest czymś o znaczeniu drugorzędnym, ale że ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości Kościoła.
Na początku chciałbym przypomnieć w sposób ogólny katolicką doktrynę dotyczącą Mszy, uwydatniając zwłaszcza te jej aspekty, które mają zasadnicze znaczenie dla zrozumienia istoty Mszy. Należy tu podkreślić, że poza faktem, iż stanowią one niejako jądro naszej wiary, posiadają również praktyczne konsekwencje dla całego życia Kościoła.
Dalej przeanalizujemy naturę Kościoła, zatrzymując się zwłaszcza nad tym, w jaki sposób realizuje on swą misję oraz nad praktycznymi tego konsekwencjami. Zobaczymy, że Kościół ma swój oficjalny język oraz poznamy rolę, jaką język ten spełnić musi w oficjalnej modlitwie Kościoła czyli w liturgii, a zwłaszcza w Najświętszej Ofierze Mszy. Przypomnimy też autorytatywne rozporządzenia Kościoła dotyczące języka liturgii, będące logiczną konsekwencją jego doktryny dotyczącej Mszy.
Na koniec, podsumowując, zastanowimy się nad tym, co rozumiemy poprzez Mszę łacińską i zobaczymy, że Kościół nie może wypełnić swej misji bez oficjalnego języka liturgicznego i że obecny stan Kościoła mógłby ulec zdecydowanej poprawie w wyniku egzekwowania rozporządzeń dotyczących łaciny jako oficjalnego języka liturgicznego.
Doktryna Kościoła dotycząca Najświętszej Ofiary Mszy
Wiara mówi nam, że w Wielki Czwartek Chrystus Pan ustanowił Ofiarę swego Ciała oraz Krwi. Gdy Zbawiciel, biorąc w swe ręce chleb, wypowiedział nad nim słowa „To jest ciało moje”, substancja chleba zmieniła się w substancję Jego Ciała. Podobnie wziął kielich w winem, wypowiadając nad nim słowa „To jest Krew Moja”. Dokonał wówczas cudu, który Sobór Trydencki nazywa transsubstancjacją – cudu zmiany substancji chleba w swoje Ciało, oraz substancji wina w swoją Krew. Pan Jezus złożył w ten sposób prawdziwą ofiarę, gdyż obecne tam były wszystkie elementy, które się na ofiarę składają: ofiarowanie, immolacja oraz Komunia.
Ofiarowanie wskazuje na cel wykonywania akcji liturgicznej. Chrystus Pan, podczas konsekracji chleba powiedział, wedle słów św. Łukasza: „To jest ciało moje, które się za was daje” (Hoc est enim Corpus Meum, quod pro vobis tradetur). Podobnie nad winem powiedział: „Ten jest kielich, Nowy Testament we krwi mojej, który za was będzie wylany” (Hic est calix Novum Testamentum in sanguine meo quod pro vobis funditur) Łk 22,19-20. Święty Mateusz dodaje: „i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (qui pro multis effundetur in remissionem peccatorum )Mt 26,28. Tak więc Ciało i Krew ofiarowane są za nas, jako Przymierze i dla odpuszczenia grzechów.
Immolacja zawiera się w samym akcie konsekracji dwóch postaci, ponieważ podczas tej dwustopniowej konsekracji Ciało oraz Krew zostają w sposób sakramentalny rozdzielone. Jest to zasadnicza część Mszy, w której poprzez owo rozłączenie spełniana jest sama Najświętsza Ofiara - przez ręce celebrującego kapłana.
Komunia jest tym elementem, który stosuje owoce Mszy do obecnych, w jej trakcie Pan Jezus daje naszym duszom swe Ciało oraz Krew jako pokarm. Do tego, by Ofiara była kompletna, konieczne jest, by kapłan uczestniczył w jej spożywaniu, ponieważ w chwili tej reprezentuje on Kościół, jako wyznaczony przez niego szafarz, również dla wiernych stosowne jest i pożyteczne (choć nie niezbędne), by spożywali z tej ofiary.
Publicznym kultem Kościoła jest Najświętsza Ofiara Mszy, będąca niczym innym, jak tylko Ofiarą Kalwarii. Na Kalwarii Chrystus Pan ofiarował swe Ciało i Krew jako ofiarę wynagrodzenia, ofiarę przebłagalną, przez którą oddał swemu Ojcu chwałę będąc Mu posłusznym aż po śmierć krzyżową. Na Krzyżu Jego Ciało oraz Krew zostały rozłączone, został On złożony jako żertwa, ofiarując sam siebie – jak to powiedział – pełniąc wolę Ojca oraz dla zbawienia świata. Podobnie we Mszy, mamy do czynienia z tym samym ofiarowaniem, z tą samą immolacją i tym samym kapłanem, choć podczas gdy na Kalwarii immolacja dokonana została z sposób krwawy, gdy sam Chrystus oddał się w ręce swych prześladowców, we Mszy dokonuje się ona w sposób sakramentalny, pod postaciami chleba i wina, za pośrednictwem kapłana, który ma moc czynienia tego „na moją pamiątkę”.
Przypomniawszy sobie te fundamentalne prawdy odnoszące się do Mszy, możemy przejść do kilku bardzo ważnych konkluzji.
Ofiara Krzyża jest wieczna, powszechna i dla wszystkich narodów
Ofiara, którą Zbawiciel złożył na Kalwarii jest więc jednym aktem, jedną ofiarą, która odnawiana jest w Kościele aż do końca czasów. Chrystus Pan polecił swym Apostołom: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Polecenie to wyraźnie pokazuje, iż Pan Jezus pragnął, by ofiara ta była odnawiana. Ów jeden wyjątkowy akt, który miał miejsce na Kalwarii, jest więc odnawiany na każdej Mszy św., choć w odmienny sposób. Ta sama akcja ofiarna wykonywana jest przez wyświęconego sługę ołtarza w imieniu całego Kościoła. W ten sposób ofiara jest wieczną ofiarą, o czym mówi nam tekst mszalny: „novi et aeterni testamenti” (Kanon rzymski). Jedyna i niepowtarzalna Ofiara Kalwarii jest wieczna, jednak jej owoce udzielane są nam w czasie, poprzez celebrację Mszy, będącej w istocie tą samą ofiarą.
Fakt ten potwierdzają też same słowa Chrystusa Pana, wypowiadane podczas konsekracji wina: „Qui pro vobis et pro multis effundetur”. Zbawiciel nie mówi jedynie „za was” – czyli za Apostołów obecnych tam w określonym momencie, ale również „za wielu”, rozumiejąc przez to wszystkie te pokolenia, które również uczestniczyć będą w Ofierze sprawowanej na „na moją pamiątkę”. Ofiara Mszy jest więc nie tylko wieczna, jest również powszechna, czy raczej jest powszechna pod każdym względem.
Msza jest powszechna pod względem czasu, ma być bowiem sprawowana po wszystkie wieki, aż do końca czasów. Jest również powszechna w odniesieniu do wszystkich ludów i miejsc, stanowiąc spełnienie proroctwa Malachiasza, który tam pisał o ofierze Mesjasza:
„Albowiem od wschodu słońca aż do jego zachodu wielkie będzie imię moje między narodami, a na każdym miejscu dar kadzielny będzie składany imieniu memu i ofiara czysta. Albowiem wielkie będzie imię moje między narodami - mówi Pan Zastępów”.
Słowo „katolicki” pochodzi od greckiego „katolikos”, co znaczy powszechny. Widzimy więc, że Msza jest czymś zasadniczo katolickim w pełnym znaczeniu tego słowa: jest powszechna, obejmująca wszystkie ludy, wszystkie rasy, wszystkie czasy.
Ofiara Mesjasza nie jest więc jak ofiary Starego Przymierza. Z rozporządzenia Opatrzności ofiary Starego Przymierza ograniczone były do określonych miejsc, określonego ludu, ponieważ były one jedynie figurami i zapowiedziami jedynej ofiary złożonej przez Mesjasza, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie było możliwe ukazanie wyjątkowości ofiary bez przypisania tego, co ona prefigurowała, do jednego konkretnego ludu. Wcielenie samo z siebie wymaga, by Bóg przyjął ciało i narodził się z kobiety, a kobieta ta z konieczności musi żyć w określonym czasie, miejscu i wśród określonego ludu. Podobnie ofiary Starego Przymierza ograniczone były do pewnego czasu, miejsca i ludu.
To właśnie Wcielenie i konsekwencje faktu, iż sam Bóg wcielony składa siebie w ofierze, nadają ofierze Mesjasza znamię powszechności, jak to mówi święty Paweł w Liście do Efezjan. To sam Chrystus „pojednał obydwu w jednym ciele z Bogiem przez krzyż” (Ef 2,16) tak, że nie jesteśmy już gośćmi i przychodniami, lecz domownikami Boga „zbudowani na fundamencie Apostołów i proroków, gdzie głównym kamieniem węgielnym jest sam Jezus Chrystus” (Ef 2,20). Św. Paweł podkreśla też znaczenie tego faktu w liście do Żydów, pisząc: „Mamy ołtarz, z którego nie mają prawa jeść ci, co przybytkowi służą” (Żyd 13,10), chodzi tu o kapłanów przybytku, czyli Starego Przymierza, nie posiadających władzy komunikowania „we krwi testamentu wiecznego, Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Żyd 13,20).
Wyjątkowość ofiary Chrystusa Pana oraz powszechność jej stosowania do wszystkich czasów i wszystkich ludów stanowi niejako samo serce doktryny Kościoła, posiada też niezwykle głębokie i daleko idące konsekwencje. Nawet sam ustrój Kościoła, w tym co dotyczy jego struktury, jest głębokim sensie konsekwencją owej wyjątkowej ofiary składanej przez jego wyświęcone sługi. Jak mówi święty Tomasz z Akwinu, kapłani Kościoła otrzymują swą jurysdykcję nad Mistycznym Ciałem Zbawiciela w konsekwencji posiadania władzy, jaką mają nad Jego fizycznym Ciałem i Krwią. Hierarchia Kościoła jest w pewien sposób rezultatem owej jedynej ofiary Chrystusa Pana zastosowanej do wszystkich miejsc i czasów: Kościół posiada jedną głowę: Chrystusa Pana, a Jego Wikariusz, czyli biskup Rzymu i jego następcy posiadają powszechną jurysdykcję nad całym Kościołem. Mówimy nawet o pozostawaniu w komunii z Kościołem, podobnie jak mówimy o przystępowaniu do Komunii podczas Mszy – sama Msza jest więc znakiem i przyczyną jedności, którą cieszy się Kościół.
Nauka o ofiarnym charakterze Mszy doprowadza nas do kilku konkretnych wniosków:
Ofiara Mszy jest wieczna, powszechna i przeznaczona dla wszystkich narodów, a więc niezmienna w swej istocie czy też naturze.
Ofiara Mszy jest oficjalnym kultem Kościoła, ofiarą składaną przez jego sługi, a więc wypełnieniem oficjalnego obowiązku oddawania czci należnej Bogu.
Moglibyśmy oczywiście powiedzieć znacznie więcej rozwijając te dwa punkty, wróćmy jednak do tego, o czym mówiliśmy na początku tej konferencji. Przyjrzyjmy się pewnym niezwykle praktycznym konsekwencjom natury Mszy, takim jak język, w którym powinna być ona celebrowana.
Język Kościoła
Dowiedliśmy więc, że Msza jest ofiarą powszechną. Nie jest to ofiara konkretnych ludów, ras czy czasów, ale ofiara powszechna, ofiara całego Kościoła. Możemy teraz postawić sobie pytanie: jaka jest rola języka w sprawowaniu Mszy?
Język, sam z siebie, jest narzędziem: narzędziem za pomocą którego porozumiewamy się ze sobą. Każdy z nas posiada nie tylko odrębne ciało, ale również coś, coś co moglibyśmy nazwać życiem wewnętrznym. Do pewnego stopnia jesteśmy jak zwierzęta, przypominamy je w tym, że posiadamy ciało, które może się poruszać oraz zmysły, dostarczające nam informacji o naszym otoczeniu, możemy też rosnąć etc. My jednak posiadamy coś o wiele wspanialszego, niż tylko życie ciała oraz zmysły, posiadamy ponadto inne, wewnętrzne życie, życie umysłu. W odróżnieniu od zwierząt obdarzeni jesteśmy intelektem, posiadamy też wolną wolę, umożliwiającą nam dokonywanie wyboru pomiędzy różnymi środkami prowadzącymi do urzeczywistnienia konkretnego celu. Istoty ludzkie obdarzone są więc życiem wewnętrznym, na wiele sposobów znacznie bogatszym niż samo tylko życie ciała.
W świecie materialnym również zwierzęta potrafią komunikować się w pewien ograniczony sposób – na przykład dzieląc się pożywieniem lub gromadząc je, czy też roztaczając opiekę nad potomstwem. Jednak zjawisko to ograniczone jest od miejsca i czasu: skoro pokarm zostanie zjedzony nie może być już dzielony, a skoro niebezpieczeństwo minie, nie będzie już potrzeby ochrony. Istnieje jednak wiele możliwości przekazywania życia wewnętrznego. Życie rozumne istnieje na pewien sposób poza czasem: możemy myśleć o rzeczach minionych, o rzeczach które niegdyś istniały, obecnie jednak ich już nie ma. Możemy myśleć o rzeczach przyszłych, o rzeczach, które chcielibyśmy robić, możemy też myśleć o teraźniejszości jako rezultacie przeszłości, a zarazem tym, co czyni możliwym przyszłość. Możemy pomyśleć niemal o wszystkim, co jesteśmy w stanie zobaczyć czy odczuć, możemy nawet myśleć o rzeczach, których nigdy nie odczujemy, takich jak temperatura gwiazd oddalonych od nas o miliony lat świetlnych. Wszystkie te rzeczy istnieją w pewien sposób w naszym umyśle i mają w bardzo realnym sensie swe własne życie – możemy zamknąć oczy, zatkać uszy i nadal o nich myśleć. Jak jednak możemy przekazywać czy też dzielić się tym, co myślimy, z innymi przedstawicielami rodzaju ludzkiego?
To właśnie dar mowy czyni możliwym przekazywanie innym naszego życia wewnętrznego. Dar artykułowanej mowy i języka pozwala ideom skrystalizować się w dźwięk lub obraz i poprzez przekazanie go innym daje życie tym samym ideom w wewnętrznym życiu innych istot ludzkich. To właśnie język, bardziej niż cokolwiek innego, jest fundamentem ludzkiej kultury i cywilizacji, umożliwiając przekazywanie tego, co odkryliśmy i czego się nauczyliśmy innym. Język jest w pewnym sensie żywym i najbardziej wyraźnym dowodem, że człowiek posiada rozumną, nieśmiertelną duszę przeznaczoną do posiadania nieskończonego dobra.
Językiem nazywamy więc system znaków czy symboli jakimi posługujemy się dla przekazania tego życia wewnętrznego innym. Ponieważ jednak są to jedynie symbole tego, co myślimy, a nie same myśli, uzależnione są one od pewnej konwencji czy też reguł. Ponieważ znaki te mogą się w znacznym stopniu różnić, istnieje konieczność istnienia wielu systemów znaków i symboli dla wyrażenia tych samych idei, a każdy z nich stanowi odrębny język. Różne dźwięki oraz symbole rzeczy oraz idei nazywamy zazwyczaj słownictwem, natomiast zbiór reguł porządkujących czasy i odmiany - gramatyką danego języka. Różne języki świata posiadają różne zasady wprowadzone przez poprzez zwyczaj, tradycję i rozporządzenia na przestrzeni wieków, by uczynić wzajemną komunikację między ludźmi bardziej precyzyjną i elegancką – stosownie do ducha różnych narodów.
Skoro więc mamy tak wiele języków, tak wiele możliwości wyrażania nas samych, jakim językiem powinien posługiwać się Kościół w trakcie składania Najświętszej Ofiary? By odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy pamiętać o tym, co powiedzieliśmy wcześniej na temat samej natury Kościoła i Mszy:
Po pierwsze: Msza jest niezmienna w tym sensie, że jest ona kontynuacją jednej jedynej ofiary, ofiary, która jest niezmienna.
Po drugie: ponieważ Najświętsza Ofiara składana jest za pośrednictwem Kościoła i jest jego oficjalnym aktem, powinna być sprawowana w języku, który najlepiej reprezentuje Kościół czy raczej w oficjalnym języku Kościoła, o ile język taki istnieje.
Możemy też zastanowić się nas naturą samego języka i wyciągnąć z tego pewne wnioski:
Ponieważ język na wyrażać idee, język Mszy powinien być dostatecznie precyzyjny, by wyrazić doktrynę Mszy. Oznacza to, że powinien on być w stanie wyrazić te idee wierni i dokładnie.
Po drugie, ponieważ język jest ze swej natury systemem umownych znaków, których znaczenie determinowane jest przez zwyczaj, tradycję lub rozporządzenia, język Mszy, aby mógł przekazać te idee oraz wyrazić niezmienną naturę Mszy, powinien sam być w jak największym stopniu stabilny i niezmienny.
Przyjrzyjmy się teraz każdemu z tych punktów, najpierw jednak skoncentrujmy się na najprostszym z nich: czy Kościół posiada swój własny język?
Odpowiedź na to pytanie jest łatwa, gdyż Kościół zadekretował to już w przeszłości w licznych swych dokumentach. Cała Tradycja Kościoła traktuje łacinę jako o swe prawowite dziedzictwo. Możemy tu przytoczyć motu proprio świętego Piusa X o muzyce sakralnej z 22 listopada 1903, które stwierdza: „Językiem Kościoła Rzymskiego jest łacina” (§7). Moglibyśmy mnożyć te cytaty niemal w nieskończoność, przytoczymy jednak jedynie kilka, bardziej nam współczesnych, by pokazać, że zdanie Kościoła w tej kwestii nigdy nie uległo zmianie. Łacina była językiem II Soboru Watykańskiego, interwencje i dekrety Ojców publikowane były w tym języku, a sam sobór zadekretował: „Zgodnie z wiekową tradycją obrządku łacińskiego duchowni mają zachować w oficjum język łaciński” (Sacrosanctum Concilium 101,1) oraz „W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego” (SC 36,1). Nalegał nawet, by „wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim” (SC 54). Nawiasem mówiąc, nie sposób nie zauważyć, że te dyrektywy soboru zostały całkowicie zignorowane – intencja Kościoła była jednak jasna.
Przyjrzyjmy się teraz istotnym powodom, dla których Kościół pragnie, by Msza odprawiana była w języku łacińskim.
Po pierwsze, na podstawie tego, co już powiedzieliśmy widać jasno, że Ofiara Mszy jest tą samą ofiarą co Ofiara Krzyżowa, czyli że jest to jedna ofiara sprawowana na różny sposób, ta sama jednak pod względem wartości i ofiarowanej Żertwy. Aby podkreślić wyjątkowość tej jednej ofiary stosowne jest, by była ona sprawowana w jednym języku, języku poniekąd wspólnym dla wszystkich odprawianych Mszy. Podobnie jak Wieża Babel podzieliła rodzaj ludzki na wiele części, gdyż nie posługuje się on już od tego czasu jednym językiem, tak również podział Mszy na różne języki przysłania jedność ofiary Mszy z ofiarą Krzyża.
Ów jeden język powinien być również językiem będącym wspólnym dla społeczności tworzącej Kościół, czyli powinien to być język Kościoła posiadającego prymat w stosunku do wszystkich Kościołów partykularnych – Kościoła Rzymskiego. To biskup Rzymu – a nie biskup Jerozolimy czy jakiegokolwiek innego miejsca – jest najwyższym pasterzem Kościoła. Język Rzymu, język łaciński, jest więc najbardziej stosowny i odpowiedni do wyrażenia tej jedności, której źródłem jest jedna głowa Kościoła – znajdująca się w Rzymie.
Ofiara Kościoła jest również niezmienna w tym znaczeniu, że jest ona zasadniczo ta sama aż do końca czasów. Byłoby więc stosowne, by również język Mszy był językiem, który nie ulega zmianie. A językiem takim jest łacina, gdyż nie podlega ona już dalszym zmianom, tak jak to jest w przypadku języków współczesnych, jej gramatyka i słownictwo sakralne pozostały praktycznie niezmienione od upadku Rzymu. To właśnie precyzja słownictwa, którego znaczenie nie zmienia się, ocaliła Rzym od straszliwych kryzysów doktrynalnych, nękających Konstantynopol niemal nieprzerwanie w wiekach od piątego do ósmego.
Język, którego używa się do wyrażenia rzeczy pospolitych zawsze będzie ulegał zmianom, co łatwo możemy zaobserwować czytając dzieła literackie napisane zaledwie sto lat temu w naszym ojczystym języku. Słowa, podobnie jak stroje – ulegają modzie – przychodzą i odchodzą. Słowa, które niegdyś były trafnym wyrazem jakiejś idei, mogą być obecnie traktowane z niesmakiem, czy nawet oznaczać coś zupełnie innego. Na przykład w języku angielskim słowo „gay” zaledwie czterdzieści lat temu oznaczało coś szczęśliwego czy radosnego, zwłaszcza w odniesieniu do stroju czy wyglądu zewnętrznego. Obecnie oznacza ono homoseksualistę. Nie trzeba chyba rozwodzić się nad moralnymi implikacjami takich zmian. Kiedy zaś mamy do czynienia z rzeczywistościami nadprzyrodzonymi, tajemnicami wiary, które same w sobie trudne są do zrozumienia, wszelkie próby wypracowania klarownego nauczania w danej kwestii byłyby niemożliwe, gdyby znaczenie słów mogło zmieniać się z taką szybkością.
Moglibyśmy też dodać, że niezmienność jest czymś właściwym dla języka, który traktowany jest jako sakralny. Ponieważ, jak to wiemy w oparciu o samo nawet tylko naturalne światło rozumu, Bóg musi być niezmienny, również to, co powiedział musi być niezmienne. Dlatego właśnie Żydzi odprawiają swe obrzędy w języku hebrajskim, nawet jeśli nie posługują się nim we wzajemnych relacjach. Również Arabowie w swych obrzędach trzymają się języka Koranu, a nie języków narodowych (wbrew powszechnej opinii arabski nie jest jednym językiem, a niektóre jego odmiany różnią się od klasycznego arabskiego w takim stopniu, że ich użytkownikom trudno jest się wzajemnie zrozumieć). Podobnie językiem sakralnym hinduistów jest sanskryt, a nie języki narodowe. Jest więc całkowicie zgodne z ludzką naturą, by język sakralny chrześcijan był również niezmienny, przekazany przez Tradycję i nie używany w codziennym życiu. Jest czymś absolutnie niestosownym, by język biznesu był równocześnie językiem świątyni. Przeciwnie, gdy język świątyni stał się mową potoczną, nie była już ona domem modlitwy, ale – jak to powiedział sam Zbawiciel – jaskinią zbójców.
Widzimy też, że język liturgii powinien być powszechny w tym sensie, że powinien przemawiać do wszystkich narodów, w każdym miejscu i czasie. Łacina zaś jest prawdziwie powszechna nie tylko ze względu na dwie poprzednio wspomniane cechy, ale również z samej natury tego języka – jako nie należącego do żadnego konkretnego narodu.
Po pierwsze, ponieważ był to język Cesarstwa Rzymskiego, już w pierwszych wiekach Kościół mógł jednym głosem wyrażać wieczną wiarę, a biskupi rzymscy mogli zakładać powszechną znajomość łaciny, dzięki czemu cały świat mógł słyszeć i rozumieć ich głos. Nawet po upadku Cesarstwa łacina pozostała językiem uniwersalnym dla tych wszystkich, którzy potrafili czytać i pisać, a wiele narodów przyjęło jako pierwszy swój język pisany nie swą własną mowę, ale łacinę. W Anglii na przykład łacina była językiem urzędowym aż do roku 1733. „Principia” Izaaka Newtona nie zostały napisane po angielsku, ale po łacinie, ponieważ stanowiło to gwarancję, że idee te staną się znane w cywilizowanym świecie. Kartezjusz znany jest ze swych traktatów pisanych po francusku, jednak jego sentencja: „Cogito ergo sum” po dziś dzień cytowana jest po łacinie. Podobnie w wieku dziewiętnastym Gauss napisał swe Disquisitiones Arithemeticae po łacinie. W istocie odejście od łaciny jako uniwersalnego języka nauki było smutną konsekwencją Pierwszej Wojny Światowej, pomimo iż spadek jej znajomości zauważalny był już od czasu Rewolucji Francuskiej. Jednak nawet obecnie podręczniki teologii dogmatycznej czy moralnej pisane są po łacinie.
Łacina, jako język zasadniczo nie ulegający zmianom, jest najbardziej odpowiednia do wyrażania idei precyzyjnych, a równocześnie jest językiem bardzo duszpasterskim z tego prostego powodu, że nie jest językiem narodowym.
Wystarczy posłuchać kogoś przez minutę, by odgadnąć jego pochodzenie. Ponieważ język jest, można by powiedzieć, kanałem, przez który przepływa cała kultura, pozwala on natychmiast powiązać mówcę z konkretnym narodem, kulturą, a w konsekwencji z polityką, historią i rasą. Mówienie w danym języku budzi więc w umysłach słuchaczy nie tylko idee, które pragniemy im przekazać, ale niesie też ze sobą rozmaite konotacje kulturowe. Na przykład mógłbym wygłosić niniejszą konferencję po angielsku, jednak gdybym uczynił to po niemiecku, wzbudziłaby całkowicie inne odczucia. Dzieje języka niemieckiego w Polsce to coś więcej, niż tylko przekazywanie idei, są one również w nierozerwalny sposób związane z wieloma smutnymi epizodami waszej historii. Podobnie języki rosyjski czy francuski, pomimo faktu, że są one całkowicie zdolne do przekazywania idei, niosą za sobą cały bagaż emocji i wydarzeń historycznych, które mogłyby przesłonić rzeczywistą treść tego, o czym się mówi. Czym innym jest znoszenie uwag czy nawet obelg w języku ojczystym, a czym innym wysłuchiwanie tego w języku wroga.
Jednak ponieważ łacina jest językiem, który od dawna oczyszczony został od takich niefortunnych konotacji, a jej używanie nie może nigdy wywołać tego rodzaju negatywnych emocji. Niekiedy jedynym sposobem na spacyfikowanie dwóch stron jest mówienie do nich językiem, który dla obu jest neutralny. W Afryce na przykład Różaniec nie może być odmawiany w języku potocznym z tego prostego powodu, że aby to uczynić trzeba by było wybrać jeden z języków dwóch plemion, co naturalnie wywołałoby natychmiast zawiść drugiego. Jak bowiem Bóg mógłby być Ojcem wszystkich, jeśli musi brać czyjąś stronę? Język to coś więcej, niż tylko wypowiadane słowa, wszystko zależy jeszcze od tego kto i do kogo się zwraca. Dla liturgii, dla Mszy, będącej oficjalnym aktem kultu Kościoła, jest czymś absolutnie koniecznym, by była ona sprawowana w języku będącym źródłem jedności, a nie podziałów, by był to język, który nie będzie wywoływał zawiści, ale zaufanie. Przez całe wieki łacina traktowana była jako język Matki, akceptowany przez niezliczone narody, a to z tego prostego powodu, że nie była ona językiem własnym żadnego z nich.
Można jednak postawić zarzut: czy nie istnieją inne języki liturgiczne, na przykład grecki, aramejski czy starocerkiewnosłowiański?
Prawdą jest, że Kościół posiada kilka „oficjalnych” języków liturgicznych, czyli języków, w których liturgia sprawowana była od niepamiętnych czasów. Na przykład znaczna część Kościoła Wschodniego posiada księgi liturgiczne w języku greckim, w języku, który na przestrzeni wieków pozostał w znaczący sposób stabilny i to do tego stopnia, że współczesny Grek nie ma większych problemów z czytaniem Biblii napisanej dwa tysiące lat temu, w języku oryginalnym. Greka nie podzieliła się nawet z biegiem czasu na różne grupy języków pochodnych, jak się to stało w przypadku łaciny. Wciąż pozostaje językiem ludzi wykształconych, nigdy nie stała się tak powszechna, jak łacina. Można by więc argumentować na rzecz greki jako oficjalnego języka Kościoła i rzeczywiście posiada ona wiele cech, które posiada łacina, brak jej jednak powszechności, a ponadto wolno co prawda ulegając zmianom, jest ona językiem narodowym. Jest językiem ograniczonym do państwa i narodu greckiego, od czasu opanowania Gracji przez Cesarstwo Rzymskie w roku 146 przed Chrystusem. Ponadto, gdy rejony katolickie, w których używana była greka znalazły się pod panowaniem niewiernych, na ziemiach tych doszło do prześladować i wyniszczenia Kościoła. Biorąc więc pod uwagę ten fakt oraz to, że nie jest to język Rzymu widzimy, że greka nie posiada tych samych kwalifikacji na oficjalny język Świętego Kościoła Rzymskokatolickiego co łacina. Niemniej jednak Kościół zawsze wysoko cenił ten język i zachęcał do studiowania go, zwłaszcza przez duchowieństwo.
Liturgia była zawsze głęboko powiązana z Tradycją w tym sensie, że jest ona nie tylko źródłem Tradycji, ale również jej wyrazem. Kościół zawsze darzył szacunkiem wszelkie Tradycje, które mogły dowieść swego pochodzenia od Apostołów. Było tak również w przypadku różnych rytów Kościoła, wywodzących swe pochodzenie od jednego z Apostołów albo Apostołów danego kraju. Ze swej natury są one jednak rytami partykularnymi, przeznaczonymi dla określonego ludu, kraju czy nawet diecezji, nie mogą więc rościć sobie pretensji do powszechności, tak jak to jest w przypadku rytu rzymskiego. Aprobując je i popierając Kościół nigdy nie przewidywał, by miały być one – poza wyjątkowymi okolicznościami - stosowane w innych rejonach. Przeciwnie, w obrębie rytów partykularnych istnieje niekiedy tendencja – jako wyraz pragnienia zademonstrowania jedności z Rzymem – do wprowadzania zmian stosownie do zwyczajów rzymskich – nazywamy to „latynizacją”. Nawet jednak ta latynizacja jest dowodem na rangę rytu łacińskiego i na jego powszechność w porównaniu z innymi rytami partykularnymi.
Widzieliśmy więc znaczenie języka łacińskiego i powody dla których liturgia powinna być sprawowana po łacinie. Przyjrzyjmy się teraz ostatniemu naszemu twierdzeniu, będącemu również wnioskiem końcowym niniejszej konferencji: dlaczego Kościół musi powrócić do Mszy po łacinie, do Mszy łacińskiej.
Konkluzja: Kościół musi powrócić do Mszy łacińskiej
Widzieliśmy, z perspektywy doktrynalnej, znaczenie Mszy łacińskiej. Kościół, ze względu na fakt, że obejmuje wszystkie narody i ma trwać aż do końca czasów, z samej swej natury potrzebuje języka, który byłby powszechny, niezmienny i nie-narodowy. Nawet jeśli sam w sobie język jest czymś obojętnym – gdyż te same idee można wyrazić w wielu językach – dla Kościoła łacina jest najodpowiedniejsza tak ze względu na jego szczególną misję, jak i ze względu na możliwości szerzenia kultury chrześcijańskiej. Jest ona ściśle związana z Kościołem, podobnie jak wasz język związany jest z waszą tożsamością narodową. Podobnie jak obumarcie języka jest podzwonnym dla kultury danego kraju, tak również lekceważenie łaciny i zarzucenie posługiwania się nią w Kościele skutkuje niezdolnością do przekazywania jego doktryny i kultury chrześcijańskiej.
Ten właśnie brak zdolności do przekazywania doktryny stanowi dziś szczególnie palący problem. Nawet mając do dyspozycji wszystkie najbardziej zaawansowane środki komunikacji, masmedia oraz elektronikę, która pozwala nam na niemal natychmiastowe przekazywanie informacji, głos Kościoła pozostaje w wielkiej mierze niesłyszany, jest błędnie interpretowany czy nawet całkowicie ignorowany. W wyniku zastąpienia łaciny językami narodowymi stał się on nie tyle latarnią morską wskazującą drogę wszystkim ludom, co raczej wieżą Babel. W dzień Pięćdziesiątnicy Apostołowie rozumiani byli przez przedstawicieli wszystkich narodów, oni sami jednak pochodzili z Galilei – cud polegał nie na tym, że mówili oni wszystkimi językami równocześnie, ale na tym, że wszyscy w Jeruzalem mogli ich zrozumieć. Dziś mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Nie mówi się już o jednym Kościele, ale raczej o Kościele w różnych krajach. Niegdyś mieliśmy Kościół rzymskokatolicki, a obecnie mamy Kościół w Niemczech, Kościół w Polsce, Kościół w Stanach Zjednoczonych etc. Co więcej, wraz z podziałem Kościoła rzymskokatolickiego na Kościoły w poszczególnych państwach, przestał on być narzędziem jedności, a stał się instrumentem podziałów i niezgody. Niegdyś mówiło się: Roma locuta, causa finita. Obecnie nie jest wcale pewne, czy dany kraj będzie chciał w ogóle wysłuchać, co ma do powiedzenia papież – a całe narody, jak na przykład Niemcy, znajdują się de facto w stanie schizmy z pochodzącym z tego kraju papieżem.
Nawet na poziomie naturalnym, przyjęcie języków narodowych zniszczyło doktrynalną jedność Kościoła. Credo i katechizm nie są dziełem jednego papieża, ale dziedzictwem całej Tradycji Kościoła, który oczyścił i udoskonalił definicje posługując się językiem łacińskim. Weźmy na przykład słowo „transsubstancjacja”, opisujące w sposób doskonały cud dokonujący się podczas Eucharystii. Słowo takie nie istnieje w innych językach i często jedynym sposobem na jego użycie jest posłużenie się terminem łacińskim. To samo można powiedzieć o wielu innych terminach, takich jak „suppositum” i „substance” odnośnie do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Kościół zawsze starał się o maksymalną jasność i precyzję w definiowaniu swej nauki – skoro jednak został pozbawiony narzędzia, służącego mu do przekazywania tej nauki, odbiło się to w sposób widoczny na wyrazistości doktryny.
Niech mi będzie wolno w tym miejscu przytoczyć jednen przykład z życia św. Jana de Brebeuf, jezuity i jednego z pierwszych męczenników kanadyjskich, pracującego wśród Indian z grupy Huron. Jezuici przybywający na terytorium Kanady stosunkowo łatwo potrafili przyswoić sobie język tubylców, w istocie pierwsze dokumenty w tym języku spisane zostały przez jezuitów – Indianie ci bowiem nie wynaleźli nawet pisma, podobnie jak koła. Ich język posiadał pewną cechę charakterystyczną, nie posiadał rodzajników, zamiast tego poszczególnym rzeczownikom towarzyszyły zaimki dzierżawcze, tak że nie mówiło się po prostu „dom”, ale „jego dom” czy „jej dom”, samo oderwane słowo „dom” byłoby nie tylko mylące, ale wręcz niezrozumiałe. Oczywiście jezuici zaczęli tłumaczyć katechizm na ten język, natychmiast jednak stanęli w obliczu nieprzezwyciężalnej trudności – jak przetłumaczyć znak Krzyża? Nie można powiedzieć po prostu „Ojciec, Syn i Duch Święty”, w stosunku do każdej z Osób trzeba było użyć zaimka dzierżawczego. Zdecydowali się więc na formułę: „W Imię Jego Ojca, Jego Syna i Ich Ducha Świętego” – jako na najbardziej odpowiednią, a po dwóch latach Rzym zdecydował, że a może być ona używana i że nie jest szkodliwa dla wiary. Jednak pomimo wszystkich tych trudności, tysiące Indian zostało międzyczasie ochrzczonych i włączonych do Kościoła, ponieważ Msza i sakramenty nie były zależne od tłumaczenia, gdyż sprawowane było po łacinie.
To zaledwie jeden przykład, wyobraźmy sobie jednak ilość tego rodzaju problemów, jakie rodzą się przy tłumaczeniach na wszystkie języki występujące na ziemi – łatwo wówczas uzmysłowić sobie można, że Rzym zostałby przez nie całkowicie sparaliżowany: i chodzi tu jedynie o potwierdzanie ortodoksji określonych przekładów, nie mówiąc już o wdrażaniu i egzekwowaniu ich stosowania. Wiele obecnych przekładów tekstów liturgicznych zawiera rażące błędy, jednak Rzym nie podjął żadnych kroków w kierunku ich korekty, co prawdopodobnie wynika z faktu, że ludzie za to odpowiedzialni nie są w stanie poradzić sobie z nawałem pracy. Już zwyczajna biurokracja rzymska stanowiła znaczne obciążenie dla rządów Kościoła – wyobraźmy sobie jednak pomnożenie jej w każdym departamencie ze względu języki używane w różnych krajach. Nie robi się nic, niczego się nie poprawia ani nie aprobuje, niczego się nie egzekwuje – niekiedy po prostu z tego powodu, że nie jest to w języku Kościoła. Cały rząd Kościoła, zwłaszcza w tym co dotyczy Mszy i sakramentów, uprościłby się znacznie i był znacznie efektywniejszy, gdyby liturgia i sakramenty sprawowane były wszędzie po łacinie.
Jednak tłumaczenia to nie tylko kwestia praktyczności – stawką jest tu sama prawda, zbawienie dusz. Nikt nie może zbawić swej duszy bez wiary, a każdy katolik ma prawo o jasnej definicji wiary. Tam, gdzie istnieją niejasności i wątpliwości, ludzie tracą wiarę, a w konsekwencji gubią swe dusze.
Mamy dziś wspaniałe środki transportu, które umożliwiają szybkie przemieszczanie się ludzi po świecie. Ktoś może na przykład mieszkać w Warszawie, a pracować w Berlinie. Ludzie znajdują się więc w stałym kontakcie z różnymi językami i różnymi kulturami. Tych, którzy posiadają małe doświadczenie w nauce języków zapewniam, że każdy język, który trzeba dopiero opanować, stanowi ogromną przeszkodę w jakiejkolwiek praktycznej działalności. Jednak dzięki łacinie nadal mogę wykonywać moje funkcje kapłańskie bez znajomości lokalnego języka – wszystkie funkcje posiadające zasadnicze znaczenie dla urzędu kapłańskiego nadal mogą być wykonywane, pomimo faktu, że nie mówię w języku danego narodu. Kapłani podróżują obecnie po świecie częściej niż kiedykolwiek wcześniej, przede wszystkim ze względu na powszechny ich brak. Nigdy w swej historii rodzaj ludzki nie potrzebował wspólnego języka tak bardzo, jak obecnie. Jak na ironię, właśnie w naszych czasach mówi się o roli języków narodowych – podczas gdy bardziej niż kiedykolwiek łacina zwiększyłaby skuteczność apostolatu, tak dla kapłanów jak samych wiernych. Niegdyś można było udać się do Francji, do Australii czy Japonii i uczestniczyć we Mszy odprawianej w tym samym języku, w jakim odprawiana ona była w kraju ojczystym – była to ta sama Msza, Msza łacińska. Ta jedność została całkowicie zniszczona przez wprowadzenie do liturgii języków narodowych.
Patrząc z perspektywy historycznej: wszelkie apele o stosowanie języków narodowych pochodziły zawsze od schizmatyków i heretyków, a każda grupa schizmatycka – na przykład tak zwany Polski Kościół Narodowy, bardzo szybko porzucały łacinę na rzecz języków lokalnych. Każdy apel o stosowanie języków narodowych owocował zawsze podziałami czy nawet herezjami – i dokładnie z tym mamy do czynienia obecnie. Kościół katolicki nie mówi już jednym głosem, stał się jak gdyby domem podzielonym.
Pan Jezus powiedział jednak, że dom podzielony nie może się ostać. Był czas, gdy można było powiedzieć: „Mówię po łacinie i jestem chrześcijaninem” – a świat stał przed wami otworem, mogliście udać się w pokoju gdziekolwiek byście chcieli. Święty Tomasz z Akwinu, największy z nauczycieli, jacy kiedykolwiek żyli, człowiek który uczył w krajach, należących obecnie do Francji, Niemiec i Włoch – potrzebował znajomości jednego tylko języka. Obecnie wszędzie są granice, granice wszelkiego rodzaju, nawet pomiędzy ludźmi nauki. Pius XII powiedział kiedyś, że dzień, w którym Kościół porzuci swój uniwersalny język, będzie dniem poprzedzającym jego powrót do katakumb.
I w takiej właśnie sytuacji znajdujemy się obecnie, drodzy przyjaciele. Naprawdę żyjemy w katakumbach. Podczas, gdy niegdyś mogliśmy myśleć o Kościele jako o czymś powszechnym, czymś przenikającym granice, obecnie pojęcie to ograniczone jest zazwyczaj do małego kraju, w którym dana osoba żyje.
Najwyższy jednak czas, by Kościół wyszedł z katakumb, a można to osiągnąć jedynie poprzez powrót do tego, co czynił on przez długie stulecia, poprzez powrót do Mszy sprawowanej po łacinie czy raczej do Mszy łacińskiej.
Niech więc na koniec tej konferencji wolno mi będzie zwrócić się do was z apelem. Przylgnijcie do Mszy łacińskiej, gdyż jest ona bardziej niż cokolwiek innego, przyszłością Kościoła. Nowa Msza, Msza odprawiana w językach narodowych, nie może się ostać i już zanika w wielu krajach. Na przykład we Francji w zeszłym roku zamknięto ponad dwa tysiące parafii - ze względu na brak kapłanów. W roku bieżącym ponad dwadzieścia pięć procent święceń kapłańskich w tym kraju dokonanych zostanie dla łacińskiej, tradycyjnej Mszy, a liczba ta będzie stopniowo rosła, ponieważ coraz więcej seminariów uczących celebracji nowej Mszy jest zamykanych. Średnia wieku kapłanów we Francji już teraz wynosi sześćdziesiąt jeden lat i szybko rośnie. To samo zjawisko obserwujemy w Polsce, co roku ubywa powołań kapłańskich, być może jednak tutaj minąć musi więcej czasu, nim kryzys osiągnie rozmiary, jakie widzimy w innych częściach świata. Niemniej jednak jasne jest: moda na języki narodowe znajduje się zdecydowanie w odwrocie i nic nie pomoże Kościołowi bardziej, niż porzucenie nowej Mszy i języków narodowych, dzięki którym mogła się ona rozprzestrzeniać.
Być może zwrócili Państwo uwagę, że w trakcie tej konferencji nie mówiłem o nowej Mszy odprawianej po łacinie. Faktem jest, że liturgia ta nie jest prawie nigdy odprawiana po łacinie i taka też była intencja reformatorów, którzy ją stworzyli. Nowa Msza nigdy nie była pomyślana jako kontynuacja tradycyjnej Mszy łacińskiej, i od samego początku narzucana była w językach narodowych, jak to widzimy na podstawie mowy samego Pawła VI wygłoszonej w listopadzie 1969 roku do Kurii Rzymskiej, gdy wspominając o nowym mszale, powiedział on:
„Trzeba też wspomnieć o największej nowości, o nowości dotyczącej języka. Od tej pory normą w sprawowaniu Mszy będzie już nie łacina, a języki narodowe. Wprowadzenie ich będzie z pewnością wielką ofiarą dla tych, którzy znają piękno, moc i sakralny charakter łaciny. Lekko ważymy sobie język, będący przez stulecia językiem chrześcijaństwa, stajemy się podobni do świeckich intruzów w literackim rezerwacie formuł sakralnych. Utracimy [też] wielką część tego wspaniałego i niezrównanego artystycznego oraz duchowego skarbu, chorał gregoriański”.
Tak więc od samego początku, od dnia jej promulgacji, nowa Msza nie była przeznaczona do odprawiania jej po łacinie, niektórzy biskupi będą nawet później mówili o zakazie odprawiania jej w tym języku. Nawet, jeśli nie jest to prawdą pod względem prawno kanonicznym, taka była w sposób oczywisty intencja prawodawcy. Co smutne, sam papież dodał dalej:
„Zaprawdę mamy powód do smutku i konsternacji. Czym bowiem możemy zastąpić język aniołów? Wyrzekamy się czegoś o wartości trudnej do oszacowania. Dlaczego? Cóż jest cenniejszego od tych najwznioślejszych skarbów Kościoła?”
I rzeczywiście, słusznie można by zadawać sobie pytanie: dlaczego? Papież odpowiada niemal sarkastycznie: „Ponieważ udział człowieka współczesnego [w liturgii] posiada większą wartość”. Statystyki pokazują jednak, że nie był to najlepszy interes – współczesny człowiek uczestniczy we Mszy z roku na rok coraz rzadziej. Na przykład we Francji we Mszach niedzielnych uczestniczy zaledwie siedem procent ochrzczonych. Jak na ironię, w tych siedmiu procentach niemal dwa procenty to uczestnicy Mszy łacińskich, czyli prawie pół praktykujących. Msza w językach narodowych we Francji zanika. Miała tam krótki lecz burzliwy i tragiczny w skutkach żywot, obecnie jednak możemy powiedzieć, że jesteśmy świadkami jej agonii.
Tak więc, drodzy przyjaciele, dla przyszłości Kościoła, podejmijmy krucjatę na rzecz Mszy łacińskiej, krucjatę na rzecz Mszy wiecznej, sprawowanej w języku Kościoła. Zrzućmy jarzmo władzy okupacyjnej, obcy język, który wdarł się do sanktuarium. Powróćmy do Mszy po łacinie, Mszy naszych przodków.
Wówczas staniemy się świadkami odnowy Kościoła, jego odrodzenia się z popiołów powszechnego zniszczenia, będącego owocem reform liturgicznych. Naprawdę ujrzymy nową wiosnę Kościoła – Kościoła powracającego do szat swej młodości, do języka i liturgii, które dał nam biskup Rzymu. Zobaczymy Kościół odzyskujący dawne siły, przeobrażony jak sam Zbawiciel na Górze Tabor, jego szaty staną się znów nieskalane, lśniące jak słońce, gdy obleczony będzie w język, który zawsze był jej własnym językiem, plenum gratiae et veritatis, pełen łaski i prawdy.
Dziękuję za Państwa uwagę i zapewniam o pamięci w memento każdej Mszy. Niech Wam Bóg błogosławi+
Post scriptum
Ktoś mógłby wysunąć zarzut: ale ja nie rozumiem łaciny. W odpowiedzi można zwrócić uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze – nic nie stoi na przeszkodzie, by uczyć się tego języka. Jan Paweł II zwracając się w roku 1978 do młodych, przytoczył znane słowa Cycerona: „Nie tyle chwalebne jest znać łacinę, co godne ubolewania jej nie znać” (Brutus 23,140). W minionych czasach łacina stanowiła sam rdzeń programu nauczania każdej katolickiej szkoły średniej, dostarczając w ten sposób wychowankom klucz do zrozumienia nie tylko liturgii, ale również całej cywilizacji łacińskiej.
Po drugie, sam ten argument sugeruje, że z jakiegoś powodu dla uczestnictwa we Mszy konieczna jest znajomość łaciny. Jest to po prostu nieprawda – można doskonale wiedzieć, czym jest Msza święta i w jaki sposób dusza czerpie z niej korzyść, nie znając wcale łaciny. Ważniejsza jest wiedza odnośnie tego, co się wówczas dokonuje, niż zrozumienie znaczenia wypowiadanych słów. Znajomość tekstu Mszy jest bardzo korzystna, dlatego zresztą Kościół zawsze oferował go wiernym w językach, które mogli zrozumieć, nawet jeśli nie jest im to mówić ściśle konieczne. Msza ta uświęciła przecież niezliczone rzesze świętych, nie posiadających nawet umiejętności czytania.
niedziela, 20 grudnia 2009
4 Niedziela Adwentu
Drodzy wierni,
W dzisiejszej Lekcji święty Paweł pisze do Koryntian, grupy wiernych, którym niósł prawdziwą wiarę w bardzo trudnym i pogańskim środowisku. W czasach świętego Pawła Korynt był miastem wielkim i bardzo bogatym, miastem portowym, w którym spotykały się szlaki handlowe całego Cesarstwa Rzymskiego i w którym przenikało się wiele kultur. Było to miasto bardzo światowe i wiemy z listów świętego Pawła, że ta grupa wiernych stwarzała wielkie trudności – stanowili ją ludzie nie nawróceni jeszcze w pełni z pogańskich zwyczajów i ekscesów. W dzisiejszej Lekcji święty Paweł rozpoczyna swą naukę od usprawiedliwienia swojej posługi wobec tych, którzy go lekceważą. W kolejnym rozdziale ekskomunikuje nawet pewnego wiernego za popełnione przez niego wykroczenia. Wiemy, że te środki były skuteczne, trudno jednak wykorzenić stare nawyki i wiemy skądinąd, że trzydzieści lat po śmierci świętego Pawła sam papież, święty Klemens, zmuszony był napisać dwa kolejne listy, by zaprowadzić porządek w gminie korynckiej.
Dlatego ten list świętego Pawła daje nam ważną naukę – dotyka istoty misji i posługi Apostoła w chwili, gdy był on atakowany przez ludzi bezbożnych. Również w dzisiejszej Ewangelii czytamy o misji świętego Jana Chrzciciela, miał on stać się głosem przygotowującym drogę Panu. Ta niedziela jest niedzielą następującą po Suchych Dniach zimowych, dniach przeznaczonych tradycyjnie na udzielanie święceń kapłańskich. Rozważenie czytanych dziś słów świętego Pawła będzie więc dla nas budujące i pożyteczne.
Wszechmocny Bóg, zgodnie z obietnicą udzieloną pierwszym rodzicom po ich upadku, stał się Człowiekiem i umarł na Krzyżu dla naszego zbawienia. Co jednak bardziej jeszcze zdumiewające – Bóg chciał nie tylko ofiarować sam siebie dla naszego zbawienia, ale też chciał, by również inni uczestniczyli w tym akcie Odkupienia, przez składanie tej samej ofiary, jako jego wyświęceni słudzy. Tak niezgłębione jest miłosierdzie Boże – chce udzielać nam darów swej łaski za pośrednictwem ludzi do nas podobnych.
Bóg mógłby udzielić nam swej łaski w jakikolwiek inny sposób, mógłby to uczynić za pośrednictwem aniołów, jako istot Mu bliższych, mógłby też udzielić jej bezpośrednio. A jednak zechciał udzielić nam łaski za pośrednictwem swych wyświęconych sług, powołanych spośród ludzi. Ludzie, którzy posiadać będą tak wzniosłą godność, będąc narzędziami zbawienia, wyświęceni do składania w Jego imieniu tej samej co On Ofiary, będą kontynuować Jego misję na ziemi, by jako alter Christus nieść dary Boże ludziom, aby doprowadzić ich na powrót do Boga.
Święty Paweł rozpoczyna tak: „Niech ludzie nas uważają jako sługi Chrystusowe”. To dziwne, że święty Paweł w krytycznym momencie, gdy cała jego posługa w Koryncie kwestionowana jest i atakowana, nie rozpoczyna swej obrony od przypomnienia wiernym całego dobra, jakie im wyświadczył. Nie mówi o swych cnotach, ani nawet o swej władzy apostolskiej. Mówi w sposób prosty, przypominając kim jest przed Bogiem – po prostu sługą Chrystusa. Nie mówi, że jest Apostołem, nie wspomina o żadnej innej posiadanej przez siebie godności, mówi jedynie, że jest sługą, jednak sługą Chrystusa. Sam jednak fakt, że jest on sługą, nie świadczy absolutnie o niczym.
Jest sługą. Kapłan jest sługą, czyli kimś, kto służy komu innemu. Kapłan jest sługą Chrystusa. Wobec ludzi reprezentuje Boga, wobec Boga reprezentuje natomiast interesy i potrzeby ludzi. Święty Paweł mówi, że jest „szafarzem tajemnic Bożych”. Oznacza to, że pierwszym obowiązkiem kapłana jest przekazywanie, czy szafarstwo, tajemnic Bożych. Po pierwsze nadprzyrodzonego poznania Boga, a następnie nadprzyrodzonych darów Bożych, czyli sakramentów. To właśnie odróżnia kapłana od każdej innej istoty ludzkiej – władza udzielania darów Bożych.
Jaka to wzniosła godność, przekazywanie ludziom rzeczy, które należą do Boga! Nie ma ziemi większej godności niż kapłaństwo, gdyż kapłanowi powierzone zostają nie sprawy ziemskie, nie ziemska władza, ale raczej władza nad rzeczami, które należą do samego Boga.
A czego wymaga się od sług Bożych? Czego wymaga się od człowieka, by mógł on stać się sługą Boga? Święty Paweł mówi nam: „A to, czego się żąda od szafarzy, aby każdy naleziony był wiernym”. Zauważmy, że święty Paweł nie twierdzi, że szafarz musi być bogaty czy nawet inteligentny, popularny czy przystojny, ale by „znaleziony był wiernym”. Wierny tym rzeczom, które zostają mu powierzone. Pierwszą i zasadniczą cnotą kapłana musi być wierność temu depozytowi, czyli nauce naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Musi być wiernym strażnikiem tego, co otrzymał, jak każdy sługa, któremu powierzono tę funkcję i skarb.
Bycie wiernym to właśnie cecha najbardziej potrzebna słudze Bożemu. Przede wszystkim musi trzymać się depozytu wiary. Niezależnie od tego, jakie miałby inne przymioty i cnoty, jeśli kapłan nie trzyma się nauki Zbawiciela wiernie, nie wykonuje swojej misji. I odwrotnie, niezależnie od osobistych i moralnych upadków, jeśli zachowuje nienaruszoną wiarę, jego apostolat wyda owoce. Ponieważ jest sługą, jego dzieło ma charakter całkowicie instrumentalny, jest dobre, o ile osiąga cel, dla którego słudze udzielona została władza. W przypadku sługi Bożego, musi ono przekazywać rzeczy Boże. Niezależnie od osobistych upadków, sługa realizuje swój cel jeśli przekazuje to, co otrzymał, jeśli przekazuje nienaruszoną wiarę oraz sakramenty zgodnie z Tradycją Kościoła.
To właśnie mówi nam święty Paweł: „za najmniejszą zaś rzecz poczytuję sobie, bym przez was był sądzony albo przez ludzi”. Sługa musi odpowiadać przed tym, który go mianuje, czyli przed swym panem i mistrzem. Sam tylko Bóg będzie osądzał wierność swego sługi, a nie ludzie. Nasz jedyny osąd może dotyczyć tego, czy zachowywana jest wierność, czyli czy wiernie przekazywany jest depozyt wiary.
Tak więc, drodzy wierni, w dniu dzisiejszym powinniśmy modlić się w sposób szczególny o wierność u sług Boga, czyli o świętość kapłanów. Kapłan wyświęcany jest po to, by udzielał wam rzeczy Bożych, jednak taka misja całkowicie przekracza możliwości człowieka. Kapłani zawsze potrzebować będą modlitw, by mogli pozostać wierni, by mieli siłę i odwagę przekazywać wam naukę i łaskę, których tak bardzo potrzebujecie. Modlitwy w intencji kapłanów będą zawsze owocne również dla waszego własnego uświęcenia, gdyż święci kapłani będą prowadzili również was do świętości.
Jednak ta nauka świętego Pawła stosuje się również do każdego z nas, niezależnie od naszego stanu życia – nie tylko do wyświęconych sług Chrystusa. Każdy z nas otrzymał coś od Boga. Po pierwsze darem jest samo życie. Otrzymaliście również łaski, dary nadprzyrodzone oraz zdolności. Wszystkim tym rzeczom musicie być wierni. Wierność wymagana jest od każdego, kto został w jakiś sposób pokochany, podobnie musimy być wierni tej miłości, którą ślubowaliśmy.
Można by powiedzieć, że najdobitniejszą oznaką świętości jest właśnie wierność temu, co obiecaliśmy i do czego się zobowiązaliśmy. Każdy z nas wie niekiedy, co powinien uczynić, czynimy postanowienia walki z daną wadą lub praktykowania jakiejś cnoty. Jak wielu z nas nie dotrzymuje jednak tych małych postanowień! Sam święty Augustyn powiedział, że rzeczy małe są same w sobie małe, ale wierność w rzeczach małych jest rzeczą wielką. To właśnie wierność naszym postanowieniom i obowiązkom stanu nadaje naszemu życiu ład i a nam szczęście, daje nam siłę do wypełniania największych nawet zobowiązań. Jednak wierność taka jest przede wszystkim owocem łaski, owocem wielu modlitw.
Tak więc, drodzy wierni, ponieważ już za kilka dni otrzymamy największy dar i największą radość w osobie Bożej Dzieciny która się narodzi, pamiętajmy również, że wierność ta wymagana jest w odniesieniu do każdego daru. Bóg kocha nas miłością nieskończoną, jednak również my musimy kochać Jego – a największą oznaką miłości jest nie tyle to, co ofiarujemy Bogu, co nasza wierność w dawaniu tego, co jesteśmy w stanie ofiarować. Prośmy więc o wierność w miłości Tą, która pokazała ową wierność w stopniu najwyższym: Najświętszą Maryję Pannę, Virgo Fidelis, Pannę Wierną. Ona pokaże nam, poprzez miłość jaką okazuje swemu Synowi, jak mamy odpłacać za tę miłość Boga wiernością temu, co nam Bóg dał, byśmy mogli być razem z Nią szczęśliwi przez wszystkie wieki wieków. Amen.
W dzisiejszej Lekcji święty Paweł pisze do Koryntian, grupy wiernych, którym niósł prawdziwą wiarę w bardzo trudnym i pogańskim środowisku. W czasach świętego Pawła Korynt był miastem wielkim i bardzo bogatym, miastem portowym, w którym spotykały się szlaki handlowe całego Cesarstwa Rzymskiego i w którym przenikało się wiele kultur. Było to miasto bardzo światowe i wiemy z listów świętego Pawła, że ta grupa wiernych stwarzała wielkie trudności – stanowili ją ludzie nie nawróceni jeszcze w pełni z pogańskich zwyczajów i ekscesów. W dzisiejszej Lekcji święty Paweł rozpoczyna swą naukę od usprawiedliwienia swojej posługi wobec tych, którzy go lekceważą. W kolejnym rozdziale ekskomunikuje nawet pewnego wiernego za popełnione przez niego wykroczenia. Wiemy, że te środki były skuteczne, trudno jednak wykorzenić stare nawyki i wiemy skądinąd, że trzydzieści lat po śmierci świętego Pawła sam papież, święty Klemens, zmuszony był napisać dwa kolejne listy, by zaprowadzić porządek w gminie korynckiej.
Dlatego ten list świętego Pawła daje nam ważną naukę – dotyka istoty misji i posługi Apostoła w chwili, gdy był on atakowany przez ludzi bezbożnych. Również w dzisiejszej Ewangelii czytamy o misji świętego Jana Chrzciciela, miał on stać się głosem przygotowującym drogę Panu. Ta niedziela jest niedzielą następującą po Suchych Dniach zimowych, dniach przeznaczonych tradycyjnie na udzielanie święceń kapłańskich. Rozważenie czytanych dziś słów świętego Pawła będzie więc dla nas budujące i pożyteczne.
Wszechmocny Bóg, zgodnie z obietnicą udzieloną pierwszym rodzicom po ich upadku, stał się Człowiekiem i umarł na Krzyżu dla naszego zbawienia. Co jednak bardziej jeszcze zdumiewające – Bóg chciał nie tylko ofiarować sam siebie dla naszego zbawienia, ale też chciał, by również inni uczestniczyli w tym akcie Odkupienia, przez składanie tej samej ofiary, jako jego wyświęceni słudzy. Tak niezgłębione jest miłosierdzie Boże – chce udzielać nam darów swej łaski za pośrednictwem ludzi do nas podobnych.
Bóg mógłby udzielić nam swej łaski w jakikolwiek inny sposób, mógłby to uczynić za pośrednictwem aniołów, jako istot Mu bliższych, mógłby też udzielić jej bezpośrednio. A jednak zechciał udzielić nam łaski za pośrednictwem swych wyświęconych sług, powołanych spośród ludzi. Ludzie, którzy posiadać będą tak wzniosłą godność, będąc narzędziami zbawienia, wyświęceni do składania w Jego imieniu tej samej co On Ofiary, będą kontynuować Jego misję na ziemi, by jako alter Christus nieść dary Boże ludziom, aby doprowadzić ich na powrót do Boga.
Święty Paweł rozpoczyna tak: „Niech ludzie nas uważają jako sługi Chrystusowe”. To dziwne, że święty Paweł w krytycznym momencie, gdy cała jego posługa w Koryncie kwestionowana jest i atakowana, nie rozpoczyna swej obrony od przypomnienia wiernym całego dobra, jakie im wyświadczył. Nie mówi o swych cnotach, ani nawet o swej władzy apostolskiej. Mówi w sposób prosty, przypominając kim jest przed Bogiem – po prostu sługą Chrystusa. Nie mówi, że jest Apostołem, nie wspomina o żadnej innej posiadanej przez siebie godności, mówi jedynie, że jest sługą, jednak sługą Chrystusa. Sam jednak fakt, że jest on sługą, nie świadczy absolutnie o niczym.
Jest sługą. Kapłan jest sługą, czyli kimś, kto służy komu innemu. Kapłan jest sługą Chrystusa. Wobec ludzi reprezentuje Boga, wobec Boga reprezentuje natomiast interesy i potrzeby ludzi. Święty Paweł mówi, że jest „szafarzem tajemnic Bożych”. Oznacza to, że pierwszym obowiązkiem kapłana jest przekazywanie, czy szafarstwo, tajemnic Bożych. Po pierwsze nadprzyrodzonego poznania Boga, a następnie nadprzyrodzonych darów Bożych, czyli sakramentów. To właśnie odróżnia kapłana od każdej innej istoty ludzkiej – władza udzielania darów Bożych.
Jaka to wzniosła godność, przekazywanie ludziom rzeczy, które należą do Boga! Nie ma ziemi większej godności niż kapłaństwo, gdyż kapłanowi powierzone zostają nie sprawy ziemskie, nie ziemska władza, ale raczej władza nad rzeczami, które należą do samego Boga.
A czego wymaga się od sług Bożych? Czego wymaga się od człowieka, by mógł on stać się sługą Boga? Święty Paweł mówi nam: „A to, czego się żąda od szafarzy, aby każdy naleziony był wiernym”. Zauważmy, że święty Paweł nie twierdzi, że szafarz musi być bogaty czy nawet inteligentny, popularny czy przystojny, ale by „znaleziony był wiernym”. Wierny tym rzeczom, które zostają mu powierzone. Pierwszą i zasadniczą cnotą kapłana musi być wierność temu depozytowi, czyli nauce naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Musi być wiernym strażnikiem tego, co otrzymał, jak każdy sługa, któremu powierzono tę funkcję i skarb.
Bycie wiernym to właśnie cecha najbardziej potrzebna słudze Bożemu. Przede wszystkim musi trzymać się depozytu wiary. Niezależnie od tego, jakie miałby inne przymioty i cnoty, jeśli kapłan nie trzyma się nauki Zbawiciela wiernie, nie wykonuje swojej misji. I odwrotnie, niezależnie od osobistych i moralnych upadków, jeśli zachowuje nienaruszoną wiarę, jego apostolat wyda owoce. Ponieważ jest sługą, jego dzieło ma charakter całkowicie instrumentalny, jest dobre, o ile osiąga cel, dla którego słudze udzielona została władza. W przypadku sługi Bożego, musi ono przekazywać rzeczy Boże. Niezależnie od osobistych upadków, sługa realizuje swój cel jeśli przekazuje to, co otrzymał, jeśli przekazuje nienaruszoną wiarę oraz sakramenty zgodnie z Tradycją Kościoła.
To właśnie mówi nam święty Paweł: „za najmniejszą zaś rzecz poczytuję sobie, bym przez was był sądzony albo przez ludzi”. Sługa musi odpowiadać przed tym, który go mianuje, czyli przed swym panem i mistrzem. Sam tylko Bóg będzie osądzał wierność swego sługi, a nie ludzie. Nasz jedyny osąd może dotyczyć tego, czy zachowywana jest wierność, czyli czy wiernie przekazywany jest depozyt wiary.
Tak więc, drodzy wierni, w dniu dzisiejszym powinniśmy modlić się w sposób szczególny o wierność u sług Boga, czyli o świętość kapłanów. Kapłan wyświęcany jest po to, by udzielał wam rzeczy Bożych, jednak taka misja całkowicie przekracza możliwości człowieka. Kapłani zawsze potrzebować będą modlitw, by mogli pozostać wierni, by mieli siłę i odwagę przekazywać wam naukę i łaskę, których tak bardzo potrzebujecie. Modlitwy w intencji kapłanów będą zawsze owocne również dla waszego własnego uświęcenia, gdyż święci kapłani będą prowadzili również was do świętości.
Jednak ta nauka świętego Pawła stosuje się również do każdego z nas, niezależnie od naszego stanu życia – nie tylko do wyświęconych sług Chrystusa. Każdy z nas otrzymał coś od Boga. Po pierwsze darem jest samo życie. Otrzymaliście również łaski, dary nadprzyrodzone oraz zdolności. Wszystkim tym rzeczom musicie być wierni. Wierność wymagana jest od każdego, kto został w jakiś sposób pokochany, podobnie musimy być wierni tej miłości, którą ślubowaliśmy.
Można by powiedzieć, że najdobitniejszą oznaką świętości jest właśnie wierność temu, co obiecaliśmy i do czego się zobowiązaliśmy. Każdy z nas wie niekiedy, co powinien uczynić, czynimy postanowienia walki z daną wadą lub praktykowania jakiejś cnoty. Jak wielu z nas nie dotrzymuje jednak tych małych postanowień! Sam święty Augustyn powiedział, że rzeczy małe są same w sobie małe, ale wierność w rzeczach małych jest rzeczą wielką. To właśnie wierność naszym postanowieniom i obowiązkom stanu nadaje naszemu życiu ład i a nam szczęście, daje nam siłę do wypełniania największych nawet zobowiązań. Jednak wierność taka jest przede wszystkim owocem łaski, owocem wielu modlitw.
Tak więc, drodzy wierni, ponieważ już za kilka dni otrzymamy największy dar i największą radość w osobie Bożej Dzieciny która się narodzi, pamiętajmy również, że wierność ta wymagana jest w odniesieniu do każdego daru. Bóg kocha nas miłością nieskończoną, jednak również my musimy kochać Jego – a największą oznaką miłości jest nie tyle to, co ofiarujemy Bogu, co nasza wierność w dawaniu tego, co jesteśmy w stanie ofiarować. Prośmy więc o wierność w miłości Tą, która pokazała ową wierność w stopniu najwyższym: Najświętszą Maryję Pannę, Virgo Fidelis, Pannę Wierną. Ona pokaże nam, poprzez miłość jaką okazuje swemu Synowi, jak mamy odpłacać za tę miłość Boga wiernością temu, co nam Bóg dał, byśmy mogli być razem z Nią szczęśliwi przez wszystkie wieki wieków. Amen.
piątek, 18 grudnia 2009
Rekolekcji Adwentowe - 3
Podczas tej trzeciej i ostatniej konferencji przyjrzymy się trzeciej tajemnicy Matki Bożej, Jej Wniebowzięciu. Jak wiecie, Matka Boża pod koniec swego ziemskiego życia, została wzięta z ciałem i duszą do nieba. Była to niejako kulminacja wszystkich Jej zasług i chwały. Jest Królową Nieba. Bóg zapragnął udzielić Jej tej chwały w nagrodzie za Jej zasługi i Jej współpracę w Bożym planie Wcielenia i Odkupienia.
Powracając ponownie na poziom filozofii, możemy powiedzieć, że w pewien sposób odpowiada to temu, co nazywamy przyczyną ostateczną. Przyczyna ostateczna jest najważniejsza spośród wszystkich przyczyn, ponieważ odpowiada na pytanie: dlaczego? Wracając do naszego przykładu Piety, na pytanie: co to jest? moglibyśmy odpowiedzieć że to marmur, że to wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża i że wykonana została ona przez Michała Anioła. Dlaczego jednak Michał Anioł wykonał tę rzeźbę? Z jakiego powodu? Nie uczyniłby tego bez powodu. Powody, dla których to uczynił, mogą być różne – na przykład wiadomo, że zlecono mu wykonanie grobowca francuskiego kardynała. Jest ona jednak jednym z jego najstaranniej wykończonych i szczegółowych dzieł – poświęcił mu ogromną ilość czasu w porównaniu z innymi swymi pracami, z którymi jego geniusz uporał się dość szybko. W istocie została ona wykonana tak drobiazgowo, że ludzie sądzili, że była dziełem kogo innego – rzeźbiarz usłyszał kiedyś przypadkiem jak Vasari patrząc na niemal gotowy już posąg powiedział, że musi być on dziełem kogo innego. Uwaga ta dotknęła oczywiście Michała Anioła, gdyż wyrzeźbił później na szarfie Matki Bożej: MICHAELA[N]GELUS BONAROTUS FLORENTIN[US] FACIEBA[T], czyli: wykonał to Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk. Jest to jedyne dzieło, jakie kiedykolwiek sygnował, później wielokrotnie powtarzał, że żałuje swego wybuchu pychy, który oszpecił jego najdoskonalsze dzieło. Przysięgał, że już nigdy nie podpisze żadnego dzieła swych rąk – i dotrzymał tej przysięgi aż do śmierci.
Niemniej jednak ów wybuch zranionej dumy pokazuje nam, że Michał Anioł kochał bardzo swe dzieło – był do niego silnie przywiązany, co z kolei pokazuje nam, że pragnął czegoś więcej niż tylko pieniędzy za realizację zamówienia. Jego żal z powodu podpisania rzeźby pokazuje, że nie pragnął światowej sławy. Można być pewnym, że bardzo kochał matkę Bożą. Najprostszym sposobem na dowiedzenie się, czego ktoś chce, jest obserwacja, czemu poświęca najwięcej czasu. Jego zaś głównym celem była cześć i chwała najświętszej Maryi Panny. Spośród wszystkich piet, które kiedykolwiek zostały wyrzeźbione, jego jest pierwszą, która przedstawia Matkę Bożą jako młodą jeszcze kobietę. Inni zawsze przedstawiali Ją jako mającą około pięćdziesięciu lat, gdyż w takim mniej więcej wieku była Matka Boża w chwili śmierci Zbawiciela. Jednak Michał Anioł powiedział w rozmowie ze swym kolegą Ascanio Condivi, który krytykował go za to wyobrażenie, że Najświętsza Maryja Panna nigdy się nie postarzała, ponieważ nigdy nie utraciła swej czystości, a Jej czystość jest niezniszczalna. Powiedział dokładnie: Czy nie wiesz, że czyste niewiasty zachowują świeżość swej młodości znacznie dłużej niż pozostałe? O ile bardziej jest tak w przypadku Dziewicy, która nigdy nie doświadczyła najsłabszego nawet pragnienia, którego mogłoby zmienić Jej ciało?”.
Tajemnica Wniebowzięcia jest dogłębnie powiązana z tą czystością Matki Bożej – ponieważ Jej ciało nie zostało nigdy dotknięte przez grzech. Było ono czyste i niepokalane, czymś niestosownym byłoby więc, gdyby podlegało ono zepsuciu śmierci. Bóg wziął Ją do nieba, ponieważ jest Ona Niepokalana. Widzimy więc już jeden z powodów, dla których jest Ona tym, kim jest, czy też raczej Jej przyczynę ostateczną: uwielbienie kobiety, która jest Matką Zbawiciela.
Kiedy więc mówimy o przyczynie ostatecznej, mówimy o celu, dla którego coś zostało uczynione. Niekiedy możemy mówić o intencji, oznacza to jednak zasadniczo cel który jest osiągnięty. W istocie, gdy coś osiąga swój cel, jest kompletne, jest spełnione, jest doskonałe. Gdy zastanowimy się nad tym dobrze, cel jest pierwszą rzeczą, jakiej pragniemy. Na przykład chcemy zjeść ciastko – idziemy więc do sklepu, kupujemy składniki, pieczemy i w efekcie mamy ciastko, które możemy zjeść. Wszystkie te czynności wykonujemy dlatego, że prowadzą nas one do celu, czyli ciastka. Chcemy iść do sklepu, ponieważ chcemy ciastka – w innym przypadku nie udawalibyśmy się tam. Zauważmy jednak, że ciastko jest ostatnią rzeczą, jaką mamy. By je zdobyć musimy wykonać wiele czynności. Ciastko mogłoby być pierwszą rzeczą, jaką chcemy uczynić, by jednak osiągnąć ten cel, musimy wykonać po drodze wiele czynności. Wszystkie te inne rzeczy to to, co nazywamy środkami, środkami do celu, którego pragniemy.
To bardzo ważne w dziedzinie edukacji. Wszyscy pragniemy być doskonałymi. Wszyscy pragniemy być dorośli, wolni, potężni i bogaci i jakie tam jeszcze ambicje moglibyśmy mieć. Musimy jednak wiedzieć, że wszystkie te rzeczy muszą być ukierunkowane na nasz cel ostateczny, czyli na szczęście – doskonałe szczęście, które można osiągnąć jedynie w posiadaniu jedynego prawdziwego dobra, którym jest Bóg. Stąd wszystko czego się uczymy, wszystko co robimy, musi być w pewien sposób ukierunkowane na tę szczęśliwość. Jest to w istocie cały powód, dla którego żyjemy na ziemi, by być szczęśliwymi – a owo szczęście może pochodzić jedynie od tego, co nieskończenie doskonałe, czyli od Boga.
Dlatego Matka Boża, wzięta do nieba, jest wzorem tego celu ostatecznego edukacji: jest uwielbiona i szczęśliwa na cała wieczność w niebie. Osiągnęła swój cel, swe przeznaczenie, przeznaczenie które będzie również naszym, jeśli będziemy wierni danej nam łasce. Musimy zawsze pamiętać o tym podczas nauki, podczas zabawy, niezależnie od tego, co akurat czynimy. Najświętsza Maryja Panna będzie zawsze w Niebie, by nam o tym przypominać.
Funkcja Matki Bożej jako educatrix w tym aspekcie, przypomina o Jej udziale w dźwiganiu Krzyża wraz ze Zbawicielem. Widzieliśmy, że jest Ona jak każda inna matka, tak więc w stosunku do nas, jako do dzieci Bożych, pełni funkcję matki w porządku duchowym. Często musi nas poprawiać, napominać byśmy byli ostrożni, byśmy trzymali z dala od rzeczy niebezpiecznych, jak to czynią wasze matki w porządku doczesnym. Jednak w tym aspekcie, w aspekcie swego Wniebowzięcia, czyni coś co jest dla nas rodzajem zachęty, ukazuje nam chwałę, która stanie się naszym udziałem, o ile tylko pozostaniemy wierni. Niejako pociąga nas do doskonałości przez swój przykład i nagrodę którą osiągnęła.
I nie tylko to, ukazuje nam Ona też pełnię miłości. Bóg tak umiłował Najświętszą Dziewicę, że w pewnym sensie nie mógł czekać na koniec czasów, by wziąć Jej ciało i duszę do nieba. Reszta rodzaju ludzkiego również dostąpi uwielbienia dusz i ciał, ale dopiero po Sądzie Ostatecznym i Zmartwychwstaniu Umarłych. Jednak Bóg umiłował tę Niewiastę tak bardzo, że w pewnym sensie dzieła zbawienia Niebo nie dokonuje bez Jej udziału.
Sama obecność osoby ukochanej wystarcza, by nas uszczęśliwić. Mówi się, że największą oznaką przyjaźni jest, gdy można po prostu być razem z przyjacielem i nic nie mówić – sama obecność jest pokarmem dla i zachętą do dobrego. I odwrotnie, posiadanie czegokolwiek innego, pieniędzy, majątku czy władzy, jest niczym bez obecności ukochanej osoby. Podobnie można powiedzieć, że w niebie brakowałoby czegoś, gdyby nie było tam Matki Bożej z ciałem i duszą, witającej dusze przekraczające bramy raju, które pozostawały zamknięte przez tak długi czas, zanim nie dokonało się dzieło naszego Odkupienia.
W Ewangeliach widzimy obecność Matki Bożej w każdej niemal chwili życia Zbawiciela. Widzimy Ją w Kanie Galilejskiej i u stóp Krzyża. Była tam jako ta, która najbardziej ukochała Chrystusa Pana i którą On sam najbardziej umiłował. Sama Jej obecność wystarczyła do skłonienia Go do dokonania pierwszego cudu, a Jej obecność przy Krzyżu pozwoliła Mu powiedzieć: Consummatum Est – dokonało się. Być może tę obecność Matki Bożej pozwoli wam lepiej zrozumieć krótka opowieść o pewnych znanych mi duszach. Każdy kapłan czy zakonnik styka się nieustannie z wielką liczbą ludzi. Rodzina, niezależnie od tego, jak ważna, będzie zawsze ograniczała się do krewnych czy najbliższych przyjaciół. Jako kapłan lub zakonnik stykacie się z mnóstwem ludzi, których w innym przypadku nigdy byście nie spotkali. Może to brzmieć ironicznie, lecz jeśli kiedykolwiek chcę dowiedzieć się, co dzieje się w jakiejś części świata, nie pytam polityka, ponieważ bardzo często mają oni zawężone spojrzenie - widzą jedynie to, co ich interesuje. Nie pytam dziennikarzy, ponieważ oni z kolei usiłują zawsze sprzedać to, co wiedzą. Kogo więc pytam? Może się to wydawać dziwne, ale najlepszą osobą jest w takim przypadku siostra z zakonu karmelitanek. To śmieszne, by ktoś, kto całkowicie porzucił świat, wyrzekł się wszelkich doczesnych ambicji i żyje w ścisłej klauzurze, wiedział o tym co się dzieje na świecie więcej, niż polityk – jednak wielokrotnie tego doświadczyłem. Bez gazet, bez radia czy telewizji, zdają się one wiedzieć więcej o problemach w Zimbabwe i innych odległych miejscach niż ktokolwiek inny. Skąd? Cóż, wszędzie gdzie ludzie mają problemy, potrzebują łaski – i dlatego potrzebują modlitw. W języku angielskim jest powiedzenie, że jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć masz dwa wyjścia, albo oglądać telewizję albo porozmawiać z kobietą, a ten drugi środek jest zazwyczaj bardziej skuteczny. A najodpowiedniejszą kobietą, z którą moglibyście porozmawiać, jest taka, która będzie się również za was modlić.
Spośród wielu ludzi, których miałem zaszczyt poznać, poznałem również pewne bardzo wiekowe małżeństwo, którego życie ilustruje bardzo dobrze, czym była obecność Matki Bożej dla Jej Syna. Choć w znacznie mniejszym stopniu, być może lepiej do nas przemówi poprzez wzięty z życia i budujący przykład heroizmu.
Ludzie ci byli małżeństwem od ponad pięćdziesięciu lat i mieszkali w Genewie. Nie znałem ich wówczas dobrze poza tym, że mąż uczył mnie nieco szwajcarskiego systemu księgowego, gdy byłem kwestorem dla przeoratu jednego z małych zgromadzeń Tradycji. Niestety należał on do kategorii osób, które naprawdę poznaje się dopiero po ich śmierci. Cieszył się wielkim szacunkiem w Tradycji. Należał do wiernych, którzy założyli pierwszą kaplicę w Genewie na początku lat siedemdziesiątych, gdy postać arcybiskupa Lefebvre nie była jeszcze znana większości ludzi. Znany był z tego, że żył w wielkim ubóstwie podczas niemieckiej okupacji Belgii, i to do tego stopnia, że w pewnym momencie jego rodzina została resztowana za wykopywanie ziemniaków, które używane były jako sadzonki – wykopywali je, by mieć cokolwiek do jedzenia. Wielu z jego sąsiadów zmarło z głodu podczas surowej zimy na przełomie lat 1941/1942. A jednak osiągnął on niewiarygodny sukces i biegłość w bankowości. Wszystkie te talenty okazały się bardzo użyteczne na początku istnienia Bractwa Świętego Piusa X w latach siedemdziesiątych. Był jedną z zaufanych osób arcybiskupa Lefebvre i jego osobistym kierowcą we wschodniej Francji. Był bardzo prostym człowiekiem, jednak inteligentnym na bardzo ludzki sposób – nie jako filozof, ale raczej ktoś, kto ma własną filozofię życiową. Bóg pobłogosławił ich małżeństwo trójką dzieci i możecie sobie wyobrazić jaka atmosfera pobożności panowała w ich domu – dwoje z nich zostało bowiem siostrami karmelitankami Tradycji.
Gdy go poznałem był już dość stary, a jednak pełny energii, bardzo lubił podróżować by przyglądać się różnym dziełom Tradycji. Jednak starość dała w końcu o sobie znać i przeszedł rozległy zawał serca. Został przewieziony do szpitala w Genewie, w którym ja sam spędziłem ponad miesiąc czasu. Jest w tym szpitalu miejsce zwane „Aux soins intensifs” (intensywna terapia), przeznaczone dla tych pacjentów, którzy znajdują się w poważnym niebezpieczeństwie śmierci i potrzebują wszelkich środków, jakie może dać współczesna medycyna, by utrzymać ich przy życiu. Jest jednak w tym szpitalu również inne miejsce, w dolnej jego części, miejsce którego nigdy nie zobaczycie, jeśli nie jesteście lekarzem, członkiem najbliższej rodziny lub kapłanem. Jest ono przeznaczone dla tych, którzy pomimo wszystkich starań lekarzy rokują małą nadzieję na powrót do zdrowia i prawdopodobnie pozostało im jedynie kilka godzin życia. Byłem tam już wcześniej i usłyszawszy wiadomość że tam go umieszczono, byłem pewien, że umrze w przeciągu kilku godzin – miejsce to znane było z tego, że nikt nigdy nie opuścił go żywy.
Kiedy przybyłem na miejsce, jego żona była przy nim. Był podłączony do wszelkiego rodzaju aparatury, jednak pomimo całego zamieszania wokół niego wydawał się być spokojny. Nie mógł mówić, ale jego oczy wciąż pozostawały bardzo żywe, próbował się nawet poruszyć by mnie powitać. Udzieliłem mu Ostatniego Namaszczenia i powiedziałem, że następnego dnia po Mszy przyniosę Komunię świętą. Obecna przy tym pielęgniarka spojrzała jednak na mnie znacząco, dając do zrozumienia, że prawdopodobnie nie dożyje on następnego dnia.
Gdy jednak przyszedłem rano, wciąż żył. Sami lekarze byli zdziwieni, gdyż nie potrafili tego wytłumaczyć – całe jego ciało było wypełnione krwią, doszło do zakażenia i trudno było sobie wyobrazić ból, jaki musiał odczuwać. A jednak nadal żył. Jego żona była wciąż obok niego – nie spała całą noc, wyglądała na bardzo wyczerpaną i zmęczoną. Niestety nie mógł przyjąć Komunii świętej ze względu na rurki podpięte do aparatury. Nie mógł się poruszyć, jednak jego oczy ukazywały, że wciąż pozostaje przytomny, choć bardzo cierpi. Jego żona przyjęła więc Komunię za niego, chciała jednak się wyspowiadać.
Po spowiedzi, nadal klęcząc, zaczęła użalać się na los męża. Była zmartwiona, nie potrafiłaby go opuścić, czuła jednak, że nie wytrzyma tam jeszcze jednej nocy. Ich córki zostały poinformowane, nie mogły jednak przybyć, gdyż rozpoczynał się Wielki Tydzień i nie mogły w tym czasie opuścić klasztoru. Zamartwiała się wszystkimi materialnymi problemami, zwykłymi w takich okolicznościach – sprawą ubezpieczenia, kosztów operacji i całą resztą. A gdy mówiła, widziałem że oczy jej męża są cały czas w niej utkwione. I zrozumiałem. Jedynym powodem, dla którego wciąż pozostawał przy życiu, pomimo straszliwych cierpień fizycznych, był fakt, że ona wciąż była przy nim. To sama jej obecność utrzymywała go przy życiu. Jego pragnienie bycia z nią było tak wielkie, że nie mógł pogodzić się z pozostawieniem jej samej.
Moja ostatnia rada dla niej była bardzo prosta. Musiała w rzeczywistości uczynić tylko jedno, ofiarować swego męża Bogu. Musiał usłyszeć jej pozwolenie, jej zgodę na to, by odszedł po swą wieczną nagrodę. Potrzebował tylko, by ofiarowała go Bogu. Poleciłem jej więc odmówić w jego intencji modlitwę Stabat Mater. Zrozumiała, co musi uczynić. Zostawiłem ich, by pożegnali się ze sobą. Jak mi powiedziano, zmarł pół godziny po moim odejściu.
Być może historia ta pozwoli wam nieco lepiej zrozumieć uczucia przepełniające Zbawiciela podczas Jego Drogi Krzyżowej. Wiemy z Ewangelii, że już wcześnie cierpiał ponad ludzką wytrzymałość. Biczowanie normalnie zabiłoby człowieka – nie mówiąc już o cierpieniach zadanych przez koronę z cierni. Widzimy to na stacjach Drogi Krzyżowej, po pierwszym upadku żołnierze zmuszają Szymona z Cyreny by pomógł Mu nieść Krzyż. Obawiają się, że mógłby umrzeć przed ukrzyżowaniem. Mówiąc po ludzku, już wówczas wycierpiał męki ponad ludzką wytrzymałość.
I to właśnie po pierwszym upadku pojawia się Matka Boża, aby przynieść Mu ulgę, ale też co ważniejsze, by dodać Mu siły i można nawet powiedzieć, motywacji do dalszej drogi. Miłość jest silniejsza niż śmierć. Można by powiedzieć, że miłość Zbawiciela do Jego Matki utrzymuje Go przy życiu przez cała drogę aż do ukrzyżowania, gdyż również Ona musi uczestniczyć w Jego ofierze, ofiarując Go Ojcu Niebieskiemu. Utrzymuje Go na tym świecie aż do chwili, gdy powierzy Ją nam z Krzyża, w osobie świętego Jana.
Tak więc, drodzy przyjaciele, możemy być pewni, że w ciężkich dla nas chwilach Matka Boża jest również przy nas. Dzieło edukacji jest trudne, jest prawdziwą drogą krzyżową, znoszeniem ludzkich słabości i niedoskonałości. Mówiąc po ludzku, biorąc pod uwagę słabość ludzkiej natury i skutki grzechu pierworodnego, moglibyśmy powiedzieć, że edukacja jest czymś niewykonalnym. Jest jednak przy nas Najświętsza Maryja Panna, która przez swa miłość i przykład daje nam siłę dzięki której możemy kontynuować to dzieło, aż osiągniemy wieczną chwałę, o ile tylko wytrwamy na naszej drodze.
Drodzy przyjaciele, gdybyście mieli wynieść z tych rozważań jeden tylko owoc, niech to będzie pamięć o obecności Matki Bożej, świadomość Jej chwały i tego, że również my możemy chwałę tę osiągnąć, jeżeli naśladować będziemy Jej przykład. Jeśli będziemy prowadzili życie wedle łaski Boga, jak to czyniła Ona, również my będziemy wzięci do nieba, by cieszyć się szczęściem wiecznym na wieki wieków. Amen.
Powracając ponownie na poziom filozofii, możemy powiedzieć, że w pewien sposób odpowiada to temu, co nazywamy przyczyną ostateczną. Przyczyna ostateczna jest najważniejsza spośród wszystkich przyczyn, ponieważ odpowiada na pytanie: dlaczego? Wracając do naszego przykładu Piety, na pytanie: co to jest? moglibyśmy odpowiedzieć że to marmur, że to wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża i że wykonana została ona przez Michała Anioła. Dlaczego jednak Michał Anioł wykonał tę rzeźbę? Z jakiego powodu? Nie uczyniłby tego bez powodu. Powody, dla których to uczynił, mogą być różne – na przykład wiadomo, że zlecono mu wykonanie grobowca francuskiego kardynała. Jest ona jednak jednym z jego najstaranniej wykończonych i szczegółowych dzieł – poświęcił mu ogromną ilość czasu w porównaniu z innymi swymi pracami, z którymi jego geniusz uporał się dość szybko. W istocie została ona wykonana tak drobiazgowo, że ludzie sądzili, że była dziełem kogo innego – rzeźbiarz usłyszał kiedyś przypadkiem jak Vasari patrząc na niemal gotowy już posąg powiedział, że musi być on dziełem kogo innego. Uwaga ta dotknęła oczywiście Michała Anioła, gdyż wyrzeźbił później na szarfie Matki Bożej: MICHAELA[N]GELUS BONAROTUS FLORENTIN[US] FACIEBA[T], czyli: wykonał to Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk. Jest to jedyne dzieło, jakie kiedykolwiek sygnował, później wielokrotnie powtarzał, że żałuje swego wybuchu pychy, który oszpecił jego najdoskonalsze dzieło. Przysięgał, że już nigdy nie podpisze żadnego dzieła swych rąk – i dotrzymał tej przysięgi aż do śmierci.
Niemniej jednak ów wybuch zranionej dumy pokazuje nam, że Michał Anioł kochał bardzo swe dzieło – był do niego silnie przywiązany, co z kolei pokazuje nam, że pragnął czegoś więcej niż tylko pieniędzy za realizację zamówienia. Jego żal z powodu podpisania rzeźby pokazuje, że nie pragnął światowej sławy. Można być pewnym, że bardzo kochał matkę Bożą. Najprostszym sposobem na dowiedzenie się, czego ktoś chce, jest obserwacja, czemu poświęca najwięcej czasu. Jego zaś głównym celem była cześć i chwała najświętszej Maryi Panny. Spośród wszystkich piet, które kiedykolwiek zostały wyrzeźbione, jego jest pierwszą, która przedstawia Matkę Bożą jako młodą jeszcze kobietę. Inni zawsze przedstawiali Ją jako mającą około pięćdziesięciu lat, gdyż w takim mniej więcej wieku była Matka Boża w chwili śmierci Zbawiciela. Jednak Michał Anioł powiedział w rozmowie ze swym kolegą Ascanio Condivi, który krytykował go za to wyobrażenie, że Najświętsza Maryja Panna nigdy się nie postarzała, ponieważ nigdy nie utraciła swej czystości, a Jej czystość jest niezniszczalna. Powiedział dokładnie: Czy nie wiesz, że czyste niewiasty zachowują świeżość swej młodości znacznie dłużej niż pozostałe? O ile bardziej jest tak w przypadku Dziewicy, która nigdy nie doświadczyła najsłabszego nawet pragnienia, którego mogłoby zmienić Jej ciało?”.
Tajemnica Wniebowzięcia jest dogłębnie powiązana z tą czystością Matki Bożej – ponieważ Jej ciało nie zostało nigdy dotknięte przez grzech. Było ono czyste i niepokalane, czymś niestosownym byłoby więc, gdyby podlegało ono zepsuciu śmierci. Bóg wziął Ją do nieba, ponieważ jest Ona Niepokalana. Widzimy więc już jeden z powodów, dla których jest Ona tym, kim jest, czy też raczej Jej przyczynę ostateczną: uwielbienie kobiety, która jest Matką Zbawiciela.
Kiedy więc mówimy o przyczynie ostatecznej, mówimy o celu, dla którego coś zostało uczynione. Niekiedy możemy mówić o intencji, oznacza to jednak zasadniczo cel który jest osiągnięty. W istocie, gdy coś osiąga swój cel, jest kompletne, jest spełnione, jest doskonałe. Gdy zastanowimy się nad tym dobrze, cel jest pierwszą rzeczą, jakiej pragniemy. Na przykład chcemy zjeść ciastko – idziemy więc do sklepu, kupujemy składniki, pieczemy i w efekcie mamy ciastko, które możemy zjeść. Wszystkie te czynności wykonujemy dlatego, że prowadzą nas one do celu, czyli ciastka. Chcemy iść do sklepu, ponieważ chcemy ciastka – w innym przypadku nie udawalibyśmy się tam. Zauważmy jednak, że ciastko jest ostatnią rzeczą, jaką mamy. By je zdobyć musimy wykonać wiele czynności. Ciastko mogłoby być pierwszą rzeczą, jaką chcemy uczynić, by jednak osiągnąć ten cel, musimy wykonać po drodze wiele czynności. Wszystkie te inne rzeczy to to, co nazywamy środkami, środkami do celu, którego pragniemy.
To bardzo ważne w dziedzinie edukacji. Wszyscy pragniemy być doskonałymi. Wszyscy pragniemy być dorośli, wolni, potężni i bogaci i jakie tam jeszcze ambicje moglibyśmy mieć. Musimy jednak wiedzieć, że wszystkie te rzeczy muszą być ukierunkowane na nasz cel ostateczny, czyli na szczęście – doskonałe szczęście, które można osiągnąć jedynie w posiadaniu jedynego prawdziwego dobra, którym jest Bóg. Stąd wszystko czego się uczymy, wszystko co robimy, musi być w pewien sposób ukierunkowane na tę szczęśliwość. Jest to w istocie cały powód, dla którego żyjemy na ziemi, by być szczęśliwymi – a owo szczęście może pochodzić jedynie od tego, co nieskończenie doskonałe, czyli od Boga.
Dlatego Matka Boża, wzięta do nieba, jest wzorem tego celu ostatecznego edukacji: jest uwielbiona i szczęśliwa na cała wieczność w niebie. Osiągnęła swój cel, swe przeznaczenie, przeznaczenie które będzie również naszym, jeśli będziemy wierni danej nam łasce. Musimy zawsze pamiętać o tym podczas nauki, podczas zabawy, niezależnie od tego, co akurat czynimy. Najświętsza Maryja Panna będzie zawsze w Niebie, by nam o tym przypominać.
Funkcja Matki Bożej jako educatrix w tym aspekcie, przypomina o Jej udziale w dźwiganiu Krzyża wraz ze Zbawicielem. Widzieliśmy, że jest Ona jak każda inna matka, tak więc w stosunku do nas, jako do dzieci Bożych, pełni funkcję matki w porządku duchowym. Często musi nas poprawiać, napominać byśmy byli ostrożni, byśmy trzymali z dala od rzeczy niebezpiecznych, jak to czynią wasze matki w porządku doczesnym. Jednak w tym aspekcie, w aspekcie swego Wniebowzięcia, czyni coś co jest dla nas rodzajem zachęty, ukazuje nam chwałę, która stanie się naszym udziałem, o ile tylko pozostaniemy wierni. Niejako pociąga nas do doskonałości przez swój przykład i nagrodę którą osiągnęła.
I nie tylko to, ukazuje nam Ona też pełnię miłości. Bóg tak umiłował Najświętszą Dziewicę, że w pewnym sensie nie mógł czekać na koniec czasów, by wziąć Jej ciało i duszę do nieba. Reszta rodzaju ludzkiego również dostąpi uwielbienia dusz i ciał, ale dopiero po Sądzie Ostatecznym i Zmartwychwstaniu Umarłych. Jednak Bóg umiłował tę Niewiastę tak bardzo, że w pewnym sensie dzieła zbawienia Niebo nie dokonuje bez Jej udziału.
Sama obecność osoby ukochanej wystarcza, by nas uszczęśliwić. Mówi się, że największą oznaką przyjaźni jest, gdy można po prostu być razem z przyjacielem i nic nie mówić – sama obecność jest pokarmem dla i zachętą do dobrego. I odwrotnie, posiadanie czegokolwiek innego, pieniędzy, majątku czy władzy, jest niczym bez obecności ukochanej osoby. Podobnie można powiedzieć, że w niebie brakowałoby czegoś, gdyby nie było tam Matki Bożej z ciałem i duszą, witającej dusze przekraczające bramy raju, które pozostawały zamknięte przez tak długi czas, zanim nie dokonało się dzieło naszego Odkupienia.
W Ewangeliach widzimy obecność Matki Bożej w każdej niemal chwili życia Zbawiciela. Widzimy Ją w Kanie Galilejskiej i u stóp Krzyża. Była tam jako ta, która najbardziej ukochała Chrystusa Pana i którą On sam najbardziej umiłował. Sama Jej obecność wystarczyła do skłonienia Go do dokonania pierwszego cudu, a Jej obecność przy Krzyżu pozwoliła Mu powiedzieć: Consummatum Est – dokonało się. Być może tę obecność Matki Bożej pozwoli wam lepiej zrozumieć krótka opowieść o pewnych znanych mi duszach. Każdy kapłan czy zakonnik styka się nieustannie z wielką liczbą ludzi. Rodzina, niezależnie od tego, jak ważna, będzie zawsze ograniczała się do krewnych czy najbliższych przyjaciół. Jako kapłan lub zakonnik stykacie się z mnóstwem ludzi, których w innym przypadku nigdy byście nie spotkali. Może to brzmieć ironicznie, lecz jeśli kiedykolwiek chcę dowiedzieć się, co dzieje się w jakiejś części świata, nie pytam polityka, ponieważ bardzo często mają oni zawężone spojrzenie - widzą jedynie to, co ich interesuje. Nie pytam dziennikarzy, ponieważ oni z kolei usiłują zawsze sprzedać to, co wiedzą. Kogo więc pytam? Może się to wydawać dziwne, ale najlepszą osobą jest w takim przypadku siostra z zakonu karmelitanek. To śmieszne, by ktoś, kto całkowicie porzucił świat, wyrzekł się wszelkich doczesnych ambicji i żyje w ścisłej klauzurze, wiedział o tym co się dzieje na świecie więcej, niż polityk – jednak wielokrotnie tego doświadczyłem. Bez gazet, bez radia czy telewizji, zdają się one wiedzieć więcej o problemach w Zimbabwe i innych odległych miejscach niż ktokolwiek inny. Skąd? Cóż, wszędzie gdzie ludzie mają problemy, potrzebują łaski – i dlatego potrzebują modlitw. W języku angielskim jest powiedzenie, że jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć masz dwa wyjścia, albo oglądać telewizję albo porozmawiać z kobietą, a ten drugi środek jest zazwyczaj bardziej skuteczny. A najodpowiedniejszą kobietą, z którą moglibyście porozmawiać, jest taka, która będzie się również za was modlić.
Spośród wielu ludzi, których miałem zaszczyt poznać, poznałem również pewne bardzo wiekowe małżeństwo, którego życie ilustruje bardzo dobrze, czym była obecność Matki Bożej dla Jej Syna. Choć w znacznie mniejszym stopniu, być może lepiej do nas przemówi poprzez wzięty z życia i budujący przykład heroizmu.
Ludzie ci byli małżeństwem od ponad pięćdziesięciu lat i mieszkali w Genewie. Nie znałem ich wówczas dobrze poza tym, że mąż uczył mnie nieco szwajcarskiego systemu księgowego, gdy byłem kwestorem dla przeoratu jednego z małych zgromadzeń Tradycji. Niestety należał on do kategorii osób, które naprawdę poznaje się dopiero po ich śmierci. Cieszył się wielkim szacunkiem w Tradycji. Należał do wiernych, którzy założyli pierwszą kaplicę w Genewie na początku lat siedemdziesiątych, gdy postać arcybiskupa Lefebvre nie była jeszcze znana większości ludzi. Znany był z tego, że żył w wielkim ubóstwie podczas niemieckiej okupacji Belgii, i to do tego stopnia, że w pewnym momencie jego rodzina została resztowana za wykopywanie ziemniaków, które używane były jako sadzonki – wykopywali je, by mieć cokolwiek do jedzenia. Wielu z jego sąsiadów zmarło z głodu podczas surowej zimy na przełomie lat 1941/1942. A jednak osiągnął on niewiarygodny sukces i biegłość w bankowości. Wszystkie te talenty okazały się bardzo użyteczne na początku istnienia Bractwa Świętego Piusa X w latach siedemdziesiątych. Był jedną z zaufanych osób arcybiskupa Lefebvre i jego osobistym kierowcą we wschodniej Francji. Był bardzo prostym człowiekiem, jednak inteligentnym na bardzo ludzki sposób – nie jako filozof, ale raczej ktoś, kto ma własną filozofię życiową. Bóg pobłogosławił ich małżeństwo trójką dzieci i możecie sobie wyobrazić jaka atmosfera pobożności panowała w ich domu – dwoje z nich zostało bowiem siostrami karmelitankami Tradycji.
Gdy go poznałem był już dość stary, a jednak pełny energii, bardzo lubił podróżować by przyglądać się różnym dziełom Tradycji. Jednak starość dała w końcu o sobie znać i przeszedł rozległy zawał serca. Został przewieziony do szpitala w Genewie, w którym ja sam spędziłem ponad miesiąc czasu. Jest w tym szpitalu miejsce zwane „Aux soins intensifs” (intensywna terapia), przeznaczone dla tych pacjentów, którzy znajdują się w poważnym niebezpieczeństwie śmierci i potrzebują wszelkich środków, jakie może dać współczesna medycyna, by utrzymać ich przy życiu. Jest jednak w tym szpitalu również inne miejsce, w dolnej jego części, miejsce którego nigdy nie zobaczycie, jeśli nie jesteście lekarzem, członkiem najbliższej rodziny lub kapłanem. Jest ono przeznaczone dla tych, którzy pomimo wszystkich starań lekarzy rokują małą nadzieję na powrót do zdrowia i prawdopodobnie pozostało im jedynie kilka godzin życia. Byłem tam już wcześniej i usłyszawszy wiadomość że tam go umieszczono, byłem pewien, że umrze w przeciągu kilku godzin – miejsce to znane było z tego, że nikt nigdy nie opuścił go żywy.
Kiedy przybyłem na miejsce, jego żona była przy nim. Był podłączony do wszelkiego rodzaju aparatury, jednak pomimo całego zamieszania wokół niego wydawał się być spokojny. Nie mógł mówić, ale jego oczy wciąż pozostawały bardzo żywe, próbował się nawet poruszyć by mnie powitać. Udzieliłem mu Ostatniego Namaszczenia i powiedziałem, że następnego dnia po Mszy przyniosę Komunię świętą. Obecna przy tym pielęgniarka spojrzała jednak na mnie znacząco, dając do zrozumienia, że prawdopodobnie nie dożyje on następnego dnia.
Gdy jednak przyszedłem rano, wciąż żył. Sami lekarze byli zdziwieni, gdyż nie potrafili tego wytłumaczyć – całe jego ciało było wypełnione krwią, doszło do zakażenia i trudno było sobie wyobrazić ból, jaki musiał odczuwać. A jednak nadal żył. Jego żona była wciąż obok niego – nie spała całą noc, wyglądała na bardzo wyczerpaną i zmęczoną. Niestety nie mógł przyjąć Komunii świętej ze względu na rurki podpięte do aparatury. Nie mógł się poruszyć, jednak jego oczy ukazywały, że wciąż pozostaje przytomny, choć bardzo cierpi. Jego żona przyjęła więc Komunię za niego, chciała jednak się wyspowiadać.
Po spowiedzi, nadal klęcząc, zaczęła użalać się na los męża. Była zmartwiona, nie potrafiłaby go opuścić, czuła jednak, że nie wytrzyma tam jeszcze jednej nocy. Ich córki zostały poinformowane, nie mogły jednak przybyć, gdyż rozpoczynał się Wielki Tydzień i nie mogły w tym czasie opuścić klasztoru. Zamartwiała się wszystkimi materialnymi problemami, zwykłymi w takich okolicznościach – sprawą ubezpieczenia, kosztów operacji i całą resztą. A gdy mówiła, widziałem że oczy jej męża są cały czas w niej utkwione. I zrozumiałem. Jedynym powodem, dla którego wciąż pozostawał przy życiu, pomimo straszliwych cierpień fizycznych, był fakt, że ona wciąż była przy nim. To sama jej obecność utrzymywała go przy życiu. Jego pragnienie bycia z nią było tak wielkie, że nie mógł pogodzić się z pozostawieniem jej samej.
Moja ostatnia rada dla niej była bardzo prosta. Musiała w rzeczywistości uczynić tylko jedno, ofiarować swego męża Bogu. Musiał usłyszeć jej pozwolenie, jej zgodę na to, by odszedł po swą wieczną nagrodę. Potrzebował tylko, by ofiarowała go Bogu. Poleciłem jej więc odmówić w jego intencji modlitwę Stabat Mater. Zrozumiała, co musi uczynić. Zostawiłem ich, by pożegnali się ze sobą. Jak mi powiedziano, zmarł pół godziny po moim odejściu.
Być może historia ta pozwoli wam nieco lepiej zrozumieć uczucia przepełniające Zbawiciela podczas Jego Drogi Krzyżowej. Wiemy z Ewangelii, że już wcześnie cierpiał ponad ludzką wytrzymałość. Biczowanie normalnie zabiłoby człowieka – nie mówiąc już o cierpieniach zadanych przez koronę z cierni. Widzimy to na stacjach Drogi Krzyżowej, po pierwszym upadku żołnierze zmuszają Szymona z Cyreny by pomógł Mu nieść Krzyż. Obawiają się, że mógłby umrzeć przed ukrzyżowaniem. Mówiąc po ludzku, już wówczas wycierpiał męki ponad ludzką wytrzymałość.
I to właśnie po pierwszym upadku pojawia się Matka Boża, aby przynieść Mu ulgę, ale też co ważniejsze, by dodać Mu siły i można nawet powiedzieć, motywacji do dalszej drogi. Miłość jest silniejsza niż śmierć. Można by powiedzieć, że miłość Zbawiciela do Jego Matki utrzymuje Go przy życiu przez cała drogę aż do ukrzyżowania, gdyż również Ona musi uczestniczyć w Jego ofierze, ofiarując Go Ojcu Niebieskiemu. Utrzymuje Go na tym świecie aż do chwili, gdy powierzy Ją nam z Krzyża, w osobie świętego Jana.
Tak więc, drodzy przyjaciele, możemy być pewni, że w ciężkich dla nas chwilach Matka Boża jest również przy nas. Dzieło edukacji jest trudne, jest prawdziwą drogą krzyżową, znoszeniem ludzkich słabości i niedoskonałości. Mówiąc po ludzku, biorąc pod uwagę słabość ludzkiej natury i skutki grzechu pierworodnego, moglibyśmy powiedzieć, że edukacja jest czymś niewykonalnym. Jest jednak przy nas Najświętsza Maryja Panna, która przez swa miłość i przykład daje nam siłę dzięki której możemy kontynuować to dzieło, aż osiągniemy wieczną chwałę, o ile tylko wytrwamy na naszej drodze.
Drodzy przyjaciele, gdybyście mieli wynieść z tych rozważań jeden tylko owoc, niech to będzie pamięć o obecności Matki Bożej, świadomość Jej chwały i tego, że również my możemy chwałę tę osiągnąć, jeżeli naśladować będziemy Jej przykład. Jeśli będziemy prowadzili życie wedle łaski Boga, jak to czyniła Ona, również my będziemy wzięci do nieba, by cieszyć się szczęściem wiecznym na wieki wieków. Amen.
Labels:
józefów
Rekolekcji Adwentowe - 2
Drodzy przyjaciele,
Podczas Mszy mówiliśmy o pierwszej tajemnicy Najświętszej Maryi Panny, o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ta tajemnica naszej wiary w pewien sposób odpowiada na pytanie: co uczyniło Najświętszą Dziewicę tym, kim jest? Widzieliśmy, że jest to skutek łaski Bożej, łaski, która pochodzi od Zbawiciela na mocy Jego zasług. Jej powołanie na Matkę Boga było w nierozerwalny sposób związane z udzieloną Jej łaską, tak że zależy Ona od Chrystusa Pana bardziej niż ktokolwiek inny. Łaska jest w Niej czymś nieodłącznym, gdyż Jej godność oraz zbawienie zależą w całości od faktu, że jest Matką Boga. Jest Ona Niepokalanym Poczęciem, gdyż samo Jej poczęcie, sama idea Wcielenia wymaga, by była Ona wolna od zmazy grzechu.
Wprowadzając do naszych rozważań nieco filozofii, określiliśmy Niepokalane Poczęcie jako przyczynę skuteczną Najświętszej Maryi Panny. Jak dowiadujemy się podczas zajęć z nauk przyrodniczych, są cztery i tylko cztery przyczyny, będących fundamentalnym powodem istnienia wszelkich bytów. Wszystkie inne przyczyny można zredukować do tych czterech, podobnie jak całe stworzenie można zredukować do dwóch fundamentalnych zasad: zasady aktu, czyli tego, co powoduje, że dany byt istnieje i zasady materialnej, określającej z czego coś zostało uczynione, określającej możliwości. Jeśli zapytamy: dlaczego? - pytamy o przyczynę. Posługując się naszym ulubionym przykładem Piety w Rzymie, możemy zadać pytanie: dlaczego? A by na nie odpowiedzieć, zadajemy sobie wpierw pytanie: kto to wykonał? Innymi słowy, kim jest przyczyna skuteczna, osoba, która powołała to do istnienia. Marmur i inne materiały nie formują się same w posąg, ktoś lub coś musiał to zrobić. Podobnie przedmioty nie rozgrzewają się same z siebie, coś innego musi najpierw mieć ciepło, by przekazać je dalej – ciepło jest czymś otrzymywanym uprzednio od innego bytu. Tak więc skuteczna przyczyna określa nam kto lub co sprawiło, że dany byt jest tym, czym jest.
Mówimy o Niepokalanym Poczęciu jako o czymś podobnym do przyczyny skutecznej w Najświętszej Maryi Pannie, mając przez to na myśli, że to łaska Boża uczyniła Ją tym, kim jest. Ta łaska, którą otrzymała, dogłębnie i w sposób nierozerwalny zjednoczona z Jej istnieniem, została Jej dana od samego początku, od samego poczęcia. Anioł podczas zwiastowania pozdrowił Ją słowami: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski”. Jej poczęcie jest w pewien sposób owocem łaski, który Bóg przeznaczył dla Niej od samego momentu stworzenia świata. Sam Bóg uczynił Ją tym, kim jest, jednak Bóg uczynił to poprzez swą łaskę, udzieloną ze względu na przewidywane zasługi Chrystusa.
Podczas tej konferencji przyjrzymy się dwóm przyczynom, które są ze sobą zasadniczo powiązane – zazwyczaj by określić jedną określa się równocześnie drugą i na odwrót. Istnieje tak zwana przyczyna materialna, która nie odpowiada na pytanie: kto to uczynił? ale raczej „z czego to zostało uczynione?” W przypadku naszego posągu, odpowiedź brzmi: z marmuru. Posąg wykonany został z marmuru. Jednak zasadniczo wyraża to możliwość, coś, co mogłoby zostać zmienione w coś innego. Jeśli na przykład mamy odpowiedzieć na pytanie w kwestii mojego przyjazdu tutaj, ktoś mógłby powiedzieć również: przyjechałem z Warszawy. W tym przypadku dotyczy to możliwości przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego. Materią jest możliwość zmiany lokalizacji. Oczywiście normalnie odpowiem: Przyjechałem do Józefowa by wygłosić konferencje – jest to jednak czymś innym, czymś co nazywamy przyczyną ostateczną, przyczyną, dla której coś robię. Przyczyna materialna określa jedynie skąd, czy też wskazuje na pewną możliwość.
Jednakże marmurowi mogłaby zostać nadana każda forma. Nie musi być Pietą, mógłby być figurą wyobrażającą coś innego, albo przedstawiającą innego świętego. Widzicie więc, że przyczyna materialna jest ostatnią ze wszystkich przyczyn, w rzeczywistości odpowiada ona na pytanie „dlaczego” jedynie bardzo ogólnikowo. Zazwyczaj myślimy o tym, co w rzeczywistości zostało z tego marmuru wykonane: w przypadku Piety możemy odpowiedzieć: wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża. To właśnie nazywamy przyczyną formalną. Rozumiecie, że przyczyna materialna odnosi się do czegoś, co jest możliwe, podczas gdy przyczyna formalna do tego, co zasadniczo już istnieje, do tego co zostało uczynione. Są one w pewnym sensie nierozłączne: jeśli pracujemy nad posągiem, potrzebujemy marmuru. Używamy marmuru, by stworzyć posąg. Nie sposób sobie wyobrazić posągów wykonanych bez materiału, zawsze są uczynione z czegoś. Podobnie marmur nie jest czymś abstrakcyjnym, zawsze ma jakiś kształt czy nawet formę, nawet gdy nie jest jeszcze obrobiony – jest uformowany przez naturę.
By uczynić to nieco bardziej zrozumiałym: z pewnością czytaliście w naszym katechizmie o tym, co nazywamy materią i formą sakramentu. Na przykład dla sakramentu chrztu materią jest woda, formą natomiast polanie wodą osoby chrzczonej i wypowiedzenie słów: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Materią jest rzecz używana do udzielania sakramentu. Formą jest to, co się wykonuje, co się wyraża. W przypadku chrztu jest to polanie danej osoby wodą w Imię Trójcy Przenajświętszej. W Trydencie Kościół zdefiniował, że zarówno materia jak i forma konieczne są do ważności sakramentu. Jeśli ktoś chrzciłby na przykład herbatą, nie byłoby sakramentu. Podobnie byłoby, gdyby ktoś zmienił słowa, jak to jest w przypadku Mormonów i chrzcił jedynie w Imię Jezusa, sakrament byłby wówczas nieważny. Woda jest materią – sama z siebie nie może ona udzielić łaski. Marmur sam z siebie nie tworzy posągu. Formą są słowa, które same również łaski nie udzielają. Dobry pomysł to nie to samo co jego realizacja. Gdy jednak połączy się je razem, gdy wodą polewana jest głowa danej osoby, a równocześnie wypowiadane są odpowiednie słowa, tworzą razem święty znak, sakrament, który udziela łaski i odpuszcza grzechy.
Podobnie, choć jedynie w analogiczny sposób, możemy mówić o definicjach, jako o połączeniu materii i formy. Mówimy o człowieku jako o „zwierzęciu rozumnym”. Zwierzę jest określeniem bardziej ogólnym, mówi o tym, do czego podobny jest człowiek. Jednak ludzie są kimś więcej, niż tylko zwierzętami, podobnie jak Pieta jest czymś więcej, niż tylko kawałkiem marmuru. Ludzie są istotami rozumnymi i to właśnie ta cecha czyni ich tym, kim są. Jest to jak gdyby formalny aspekt istoty ludzkiej – różnimy się od zwierząt właśnie tym, że jesteśmy istotami rozumnymi.
Powróćmy więc do naszego zasadniczego tematu: Kim jest Najświętsza Maryja Panna? Jest Ona, przede wszystkim, Matką Boga. To właśnie łaska Boża uczyniła ją Matką Zbawiciela. Uformowała ją również łaska Niepokalanego Poczęcia, ale uformowała ją właśnie do tego, by stała się Matką Boga. To właśnie otrzymana łaska uczyniła Ją tym, kim jest. Kościół naucza nas, że to właśnie Boże Macierzyństwo jest zasadą wszystkich Jej godności i przywilejów. Gdy pyta się nas, kim Ona jest, najlepsza i najadekwatniejsza odpowiedź brzmi: jest Matką Boga.
Po pierwsze, jest Matką. Macierzyństwo Najświętszej Maryi Panny jest czymś należącym do istoty Jej powołania, jednak Ona jest kimś więcej, niż każda inna matka – jest Matką Bożą. Pod względem materialnym, wypełnia Ona te same obowiązki, co wszystkie ziemskie matki – dając życie i pielęgnując swe dziecko. Jednak tym Dzieckiem jest Druga Osoba Trójcy Świętej. Tak więc Jej macierzyństwo jest Boskie, ponieważ nosi Ona w swym łonie Osobę Boską, to Osobie Boskiej ma dać życie. Tak więc formalnie mówiąc, nie jest jedynie matką, ale Matką Bożą. Stąd możemy powiedzieć, że tajemnica Bożego Macierzyństwa odpowiada w pewien sposób materialnej i formalnej przyczynie, dzięki której Maryja jest tym, kim jest. To właśnie dokonało się w Niej dzięki łasce.
To właśnie Boże Macierzyństwo Maryi jest wzorem do naśladowania w edukacji. Edukacja polega ze swojej natury na prowadzeniu do doskonałości, a pierwszym nauczycielem i wychowawcą każdej istoty ludzkiej jest właśnie matka. Matka bardziej niż ktokolwiek inny dostrzega zdolności drzemiące w jej dziecku, widzi ukrytą wielkość, i nie tylko widzi, ale i doprowadza do doskonałości. Wielu z nas patrzy na dzieci i widzi jedynie słabości i troski – jednak matka widzi nie tylko to, ale jak nikt inny widzi osobę dorosłą, w którą przeobrazi się ta mała istota ludzka.
Matka, bardziej niż ktokolwiek inny, jest obrazem miłosierdzia Bożego. Dzięki swemu instynktowi będzie czyniła wszystko, by uchronić swe dziecko od krzywdy, w razie potrzeby poświęci nawet własne życie. Jest to jeszcze bardziej prawdziwe na poziomie duchowym. Miłosierdzie jest cechą, która skłania nas do udzielenia pomocy osobie cierpiącej, a największe cierpienia nie są fizyczne, ale duchowe. Spośród wszystkich cierpień duchowych to często właśnie ignorancja jest najbardziej bolesna i niebezpieczna. Właśnie dzieło edukacji stanowi remedium na to duchowe niebezpieczeństwo, dlatego to matka zazwyczaj najbardziej troszczy się o edukację swych dzieci.
Jest to prawdziwe zwłaszcza w przypadku Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest Matką Zbawiciela, a więc przez łaskę Matką nas wszystkich, jako dzieci Bożych. To, co można powiedzieć o stosunku każdej matki do swego dziecka, można odnieść również do Jej stosunku do nas, jednak w stopniu całkowicie nadprzyrodzonym. Podczas gdy nasze ziemskie matki doglądają nas w nadziei, że pewnego dnia gdy dorośniemy, zobaczą w nas pełną doskonałość, tak również Maryja troszczy się o nas, gdy stajemy się dziećmi Bożymi. Widzi w nas nie tylko słabości i upadki, ale przede wszystkim potencjał jaki posiadamy, by stać się świętymi. Jej Niepokalane Serce jest zawsze zwrócone ku Jej dzieciom, by czynić co tylko możliwe, aby je chronić, strzec i karmić duchowo. Pragnie naszej doskonałości bardziej niż my sami.
Wychowawca i nauczyciel musi zawsze mieć Ją przed oczyma, jako wzór. Edukacja jest przede wszystkim uczynkiem miłosierdzia – nie sprawiedliwości. Z pewnością istnieje obowiązek nauczania, mówiąc jednak ściśle, odnosi się on do rodziców. Nauczyciel, dobry nauczyciel, jest darem Boga. Powinniście każdego dnia dziękować Bogu, jeśli macie nauczyciela, który chce wam pomóc w osiągnięciu doskonałości. Tak łatwo jest, zwłaszcza w naszych czasach, nie robić nic. Znacznie łatwiej jest pozostawić ludzi w ich ignorancji i przejść obok, jak ów lewita, który minął człowieka napadniętego przez zbójców w przypowieści o dobrym Samarytaninie. Nauczyciel, który przejmuje się swoją misją, który poświęca swój czas, energię i modlitwy dla swych uczniów decyduje często o tym, że dziecko staje się użytecznym członkiem społeczeństwa, a nie ciężarem. Nie bez powodu mówi się: Ten, kto panuje nad klasą, będzie panował nad przyszłością. Przyszłość zależy od gorliwości, z jaką nauczyciel wykonuje swoje zadanie. To właśnie nauczyciele są przyczyną formalną dobrobytu swego kraju.
W przypadku zaś uczniów przyswajanie wiedzy zależy całkowicie od ich dyspozycji. Uczeń jest zawsze daleki od doskonałości, właśnie dlatego znajduje się w klasie lekcyjnej – jest jedynie potencjalnie doskonały. Fakt, że małe dziecko pożąda wiedzy, że pragnie się uczyć, jest czymś zachwycającym. Dziecko zawsze będzie zadawało pytania, dlaczego dana rzecz jest taka, a nie inna. Niestety ten etap życia jest często bardzo krótki i wkrótce rany zadane przez grzech pierworodny opanowują umysł i wolę dziecka – zwłaszcza jeśli rodzice zaniedbają jego wychowanie. Zamiast pytać: „dlaczego?” czy przypatrywania się ze zdrową ciekawością, dziecko staje się samolubne i egoistyczne. To przede wszystkim te właśnie błędy tak bardzo utrudniają dzieło edukacji, gdyż nie sposób uczyć kogoś, kto uważa, że sam wie już wszystko, że jest samowystarczalny. Dlatego właśnie powinniśmy mieć ową duchową dyspozycję małego dziecka, dyspozycję którą cechuje zaufanie i posłuszeństwo. Sam Pan Jezus mówi, że jedynie ci, którzy nawrócą się i staną jak małe dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego (Łk 18,17). Tak więc musimy praktykować duchowe dziecięctwo, czyli pokładać całkowitą ufność w naszym Niebieskim Ojcu, ale również być posłusznymi naszej Niebieskiej Matce.
Dlatego, drodzy przyjaciele, zarówno wychowawcy jak i uczniowie, uciekajmy się zwłaszcza do naszej Niebieskiej Matki. Prośmy Ją o opiekę, o pomoc, prośmy by zechciała prowadzić nas do doskonałości. Dostrzegajmy w Niej wzór nauczyciela, który powinniśmy naśladować. Rozmyślajmy również często o fakcie, że dzięki łasce Bożej jesteśmy dziećmi Boga i powinniśmy okazywać mu należne posłuszeństwo, byśmy mogli cieszyć się wstawiennictwem Matki Bożej i osiągnąć duchową doskonałość, której tak bardzo Ona dla nas pragnie. Módlmy się więc o te dwie cnoty, będące w pewnym sensie materią i formą naszego pragnienia doskonałości: o dyspozycję do tego, by przyjmować nauki, oraz o naśladowanie Najświętszej Maryi Panny w Jej duchowym macierzyństwie.
Podczas Mszy mówiliśmy o pierwszej tajemnicy Najświętszej Maryi Panny, o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ta tajemnica naszej wiary w pewien sposób odpowiada na pytanie: co uczyniło Najświętszą Dziewicę tym, kim jest? Widzieliśmy, że jest to skutek łaski Bożej, łaski, która pochodzi od Zbawiciela na mocy Jego zasług. Jej powołanie na Matkę Boga było w nierozerwalny sposób związane z udzieloną Jej łaską, tak że zależy Ona od Chrystusa Pana bardziej niż ktokolwiek inny. Łaska jest w Niej czymś nieodłącznym, gdyż Jej godność oraz zbawienie zależą w całości od faktu, że jest Matką Boga. Jest Ona Niepokalanym Poczęciem, gdyż samo Jej poczęcie, sama idea Wcielenia wymaga, by była Ona wolna od zmazy grzechu.
Wprowadzając do naszych rozważań nieco filozofii, określiliśmy Niepokalane Poczęcie jako przyczynę skuteczną Najświętszej Maryi Panny. Jak dowiadujemy się podczas zajęć z nauk przyrodniczych, są cztery i tylko cztery przyczyny, będących fundamentalnym powodem istnienia wszelkich bytów. Wszystkie inne przyczyny można zredukować do tych czterech, podobnie jak całe stworzenie można zredukować do dwóch fundamentalnych zasad: zasady aktu, czyli tego, co powoduje, że dany byt istnieje i zasady materialnej, określającej z czego coś zostało uczynione, określającej możliwości. Jeśli zapytamy: dlaczego? - pytamy o przyczynę. Posługując się naszym ulubionym przykładem Piety w Rzymie, możemy zadać pytanie: dlaczego? A by na nie odpowiedzieć, zadajemy sobie wpierw pytanie: kto to wykonał? Innymi słowy, kim jest przyczyna skuteczna, osoba, która powołała to do istnienia. Marmur i inne materiały nie formują się same w posąg, ktoś lub coś musiał to zrobić. Podobnie przedmioty nie rozgrzewają się same z siebie, coś innego musi najpierw mieć ciepło, by przekazać je dalej – ciepło jest czymś otrzymywanym uprzednio od innego bytu. Tak więc skuteczna przyczyna określa nam kto lub co sprawiło, że dany byt jest tym, czym jest.
Mówimy o Niepokalanym Poczęciu jako o czymś podobnym do przyczyny skutecznej w Najświętszej Maryi Pannie, mając przez to na myśli, że to łaska Boża uczyniła Ją tym, kim jest. Ta łaska, którą otrzymała, dogłębnie i w sposób nierozerwalny zjednoczona z Jej istnieniem, została Jej dana od samego początku, od samego poczęcia. Anioł podczas zwiastowania pozdrowił Ją słowami: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski”. Jej poczęcie jest w pewien sposób owocem łaski, który Bóg przeznaczył dla Niej od samego momentu stworzenia świata. Sam Bóg uczynił Ją tym, kim jest, jednak Bóg uczynił to poprzez swą łaskę, udzieloną ze względu na przewidywane zasługi Chrystusa.
Podczas tej konferencji przyjrzymy się dwóm przyczynom, które są ze sobą zasadniczo powiązane – zazwyczaj by określić jedną określa się równocześnie drugą i na odwrót. Istnieje tak zwana przyczyna materialna, która nie odpowiada na pytanie: kto to uczynił? ale raczej „z czego to zostało uczynione?” W przypadku naszego posągu, odpowiedź brzmi: z marmuru. Posąg wykonany został z marmuru. Jednak zasadniczo wyraża to możliwość, coś, co mogłoby zostać zmienione w coś innego. Jeśli na przykład mamy odpowiedzieć na pytanie w kwestii mojego przyjazdu tutaj, ktoś mógłby powiedzieć również: przyjechałem z Warszawy. W tym przypadku dotyczy to możliwości przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego. Materią jest możliwość zmiany lokalizacji. Oczywiście normalnie odpowiem: Przyjechałem do Józefowa by wygłosić konferencje – jest to jednak czymś innym, czymś co nazywamy przyczyną ostateczną, przyczyną, dla której coś robię. Przyczyna materialna określa jedynie skąd, czy też wskazuje na pewną możliwość.
Jednakże marmurowi mogłaby zostać nadana każda forma. Nie musi być Pietą, mógłby być figurą wyobrażającą coś innego, albo przedstawiającą innego świętego. Widzicie więc, że przyczyna materialna jest ostatnią ze wszystkich przyczyn, w rzeczywistości odpowiada ona na pytanie „dlaczego” jedynie bardzo ogólnikowo. Zazwyczaj myślimy o tym, co w rzeczywistości zostało z tego marmuru wykonane: w przypadku Piety możemy odpowiedzieć: wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża. To właśnie nazywamy przyczyną formalną. Rozumiecie, że przyczyna materialna odnosi się do czegoś, co jest możliwe, podczas gdy przyczyna formalna do tego, co zasadniczo już istnieje, do tego co zostało uczynione. Są one w pewnym sensie nierozłączne: jeśli pracujemy nad posągiem, potrzebujemy marmuru. Używamy marmuru, by stworzyć posąg. Nie sposób sobie wyobrazić posągów wykonanych bez materiału, zawsze są uczynione z czegoś. Podobnie marmur nie jest czymś abstrakcyjnym, zawsze ma jakiś kształt czy nawet formę, nawet gdy nie jest jeszcze obrobiony – jest uformowany przez naturę.
By uczynić to nieco bardziej zrozumiałym: z pewnością czytaliście w naszym katechizmie o tym, co nazywamy materią i formą sakramentu. Na przykład dla sakramentu chrztu materią jest woda, formą natomiast polanie wodą osoby chrzczonej i wypowiedzenie słów: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Materią jest rzecz używana do udzielania sakramentu. Formą jest to, co się wykonuje, co się wyraża. W przypadku chrztu jest to polanie danej osoby wodą w Imię Trójcy Przenajświętszej. W Trydencie Kościół zdefiniował, że zarówno materia jak i forma konieczne są do ważności sakramentu. Jeśli ktoś chrzciłby na przykład herbatą, nie byłoby sakramentu. Podobnie byłoby, gdyby ktoś zmienił słowa, jak to jest w przypadku Mormonów i chrzcił jedynie w Imię Jezusa, sakrament byłby wówczas nieważny. Woda jest materią – sama z siebie nie może ona udzielić łaski. Marmur sam z siebie nie tworzy posągu. Formą są słowa, które same również łaski nie udzielają. Dobry pomysł to nie to samo co jego realizacja. Gdy jednak połączy się je razem, gdy wodą polewana jest głowa danej osoby, a równocześnie wypowiadane są odpowiednie słowa, tworzą razem święty znak, sakrament, który udziela łaski i odpuszcza grzechy.
Podobnie, choć jedynie w analogiczny sposób, możemy mówić o definicjach, jako o połączeniu materii i formy. Mówimy o człowieku jako o „zwierzęciu rozumnym”. Zwierzę jest określeniem bardziej ogólnym, mówi o tym, do czego podobny jest człowiek. Jednak ludzie są kimś więcej, niż tylko zwierzętami, podobnie jak Pieta jest czymś więcej, niż tylko kawałkiem marmuru. Ludzie są istotami rozumnymi i to właśnie ta cecha czyni ich tym, kim są. Jest to jak gdyby formalny aspekt istoty ludzkiej – różnimy się od zwierząt właśnie tym, że jesteśmy istotami rozumnymi.
Powróćmy więc do naszego zasadniczego tematu: Kim jest Najświętsza Maryja Panna? Jest Ona, przede wszystkim, Matką Boga. To właśnie łaska Boża uczyniła ją Matką Zbawiciela. Uformowała ją również łaska Niepokalanego Poczęcia, ale uformowała ją właśnie do tego, by stała się Matką Boga. To właśnie otrzymana łaska uczyniła Ją tym, kim jest. Kościół naucza nas, że to właśnie Boże Macierzyństwo jest zasadą wszystkich Jej godności i przywilejów. Gdy pyta się nas, kim Ona jest, najlepsza i najadekwatniejsza odpowiedź brzmi: jest Matką Boga.
Po pierwsze, jest Matką. Macierzyństwo Najświętszej Maryi Panny jest czymś należącym do istoty Jej powołania, jednak Ona jest kimś więcej, niż każda inna matka – jest Matką Bożą. Pod względem materialnym, wypełnia Ona te same obowiązki, co wszystkie ziemskie matki – dając życie i pielęgnując swe dziecko. Jednak tym Dzieckiem jest Druga Osoba Trójcy Świętej. Tak więc Jej macierzyństwo jest Boskie, ponieważ nosi Ona w swym łonie Osobę Boską, to Osobie Boskiej ma dać życie. Tak więc formalnie mówiąc, nie jest jedynie matką, ale Matką Bożą. Stąd możemy powiedzieć, że tajemnica Bożego Macierzyństwa odpowiada w pewien sposób materialnej i formalnej przyczynie, dzięki której Maryja jest tym, kim jest. To właśnie dokonało się w Niej dzięki łasce.
To właśnie Boże Macierzyństwo Maryi jest wzorem do naśladowania w edukacji. Edukacja polega ze swojej natury na prowadzeniu do doskonałości, a pierwszym nauczycielem i wychowawcą każdej istoty ludzkiej jest właśnie matka. Matka bardziej niż ktokolwiek inny dostrzega zdolności drzemiące w jej dziecku, widzi ukrytą wielkość, i nie tylko widzi, ale i doprowadza do doskonałości. Wielu z nas patrzy na dzieci i widzi jedynie słabości i troski – jednak matka widzi nie tylko to, ale jak nikt inny widzi osobę dorosłą, w którą przeobrazi się ta mała istota ludzka.
Matka, bardziej niż ktokolwiek inny, jest obrazem miłosierdzia Bożego. Dzięki swemu instynktowi będzie czyniła wszystko, by uchronić swe dziecko od krzywdy, w razie potrzeby poświęci nawet własne życie. Jest to jeszcze bardziej prawdziwe na poziomie duchowym. Miłosierdzie jest cechą, która skłania nas do udzielenia pomocy osobie cierpiącej, a największe cierpienia nie są fizyczne, ale duchowe. Spośród wszystkich cierpień duchowych to często właśnie ignorancja jest najbardziej bolesna i niebezpieczna. Właśnie dzieło edukacji stanowi remedium na to duchowe niebezpieczeństwo, dlatego to matka zazwyczaj najbardziej troszczy się o edukację swych dzieci.
Jest to prawdziwe zwłaszcza w przypadku Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest Matką Zbawiciela, a więc przez łaskę Matką nas wszystkich, jako dzieci Bożych. To, co można powiedzieć o stosunku każdej matki do swego dziecka, można odnieść również do Jej stosunku do nas, jednak w stopniu całkowicie nadprzyrodzonym. Podczas gdy nasze ziemskie matki doglądają nas w nadziei, że pewnego dnia gdy dorośniemy, zobaczą w nas pełną doskonałość, tak również Maryja troszczy się o nas, gdy stajemy się dziećmi Bożymi. Widzi w nas nie tylko słabości i upadki, ale przede wszystkim potencjał jaki posiadamy, by stać się świętymi. Jej Niepokalane Serce jest zawsze zwrócone ku Jej dzieciom, by czynić co tylko możliwe, aby je chronić, strzec i karmić duchowo. Pragnie naszej doskonałości bardziej niż my sami.
Wychowawca i nauczyciel musi zawsze mieć Ją przed oczyma, jako wzór. Edukacja jest przede wszystkim uczynkiem miłosierdzia – nie sprawiedliwości. Z pewnością istnieje obowiązek nauczania, mówiąc jednak ściśle, odnosi się on do rodziców. Nauczyciel, dobry nauczyciel, jest darem Boga. Powinniście każdego dnia dziękować Bogu, jeśli macie nauczyciela, który chce wam pomóc w osiągnięciu doskonałości. Tak łatwo jest, zwłaszcza w naszych czasach, nie robić nic. Znacznie łatwiej jest pozostawić ludzi w ich ignorancji i przejść obok, jak ów lewita, który minął człowieka napadniętego przez zbójców w przypowieści o dobrym Samarytaninie. Nauczyciel, który przejmuje się swoją misją, który poświęca swój czas, energię i modlitwy dla swych uczniów decyduje często o tym, że dziecko staje się użytecznym członkiem społeczeństwa, a nie ciężarem. Nie bez powodu mówi się: Ten, kto panuje nad klasą, będzie panował nad przyszłością. Przyszłość zależy od gorliwości, z jaką nauczyciel wykonuje swoje zadanie. To właśnie nauczyciele są przyczyną formalną dobrobytu swego kraju.
W przypadku zaś uczniów przyswajanie wiedzy zależy całkowicie od ich dyspozycji. Uczeń jest zawsze daleki od doskonałości, właśnie dlatego znajduje się w klasie lekcyjnej – jest jedynie potencjalnie doskonały. Fakt, że małe dziecko pożąda wiedzy, że pragnie się uczyć, jest czymś zachwycającym. Dziecko zawsze będzie zadawało pytania, dlaczego dana rzecz jest taka, a nie inna. Niestety ten etap życia jest często bardzo krótki i wkrótce rany zadane przez grzech pierworodny opanowują umysł i wolę dziecka – zwłaszcza jeśli rodzice zaniedbają jego wychowanie. Zamiast pytać: „dlaczego?” czy przypatrywania się ze zdrową ciekawością, dziecko staje się samolubne i egoistyczne. To przede wszystkim te właśnie błędy tak bardzo utrudniają dzieło edukacji, gdyż nie sposób uczyć kogoś, kto uważa, że sam wie już wszystko, że jest samowystarczalny. Dlatego właśnie powinniśmy mieć ową duchową dyspozycję małego dziecka, dyspozycję którą cechuje zaufanie i posłuszeństwo. Sam Pan Jezus mówi, że jedynie ci, którzy nawrócą się i staną jak małe dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego (Łk 18,17). Tak więc musimy praktykować duchowe dziecięctwo, czyli pokładać całkowitą ufność w naszym Niebieskim Ojcu, ale również być posłusznymi naszej Niebieskiej Matce.
Dlatego, drodzy przyjaciele, zarówno wychowawcy jak i uczniowie, uciekajmy się zwłaszcza do naszej Niebieskiej Matki. Prośmy Ją o opiekę, o pomoc, prośmy by zechciała prowadzić nas do doskonałości. Dostrzegajmy w Niej wzór nauczyciela, który powinniśmy naśladować. Rozmyślajmy również często o fakcie, że dzięki łasce Bożej jesteśmy dziećmi Boga i powinniśmy okazywać mu należne posłuszeństwo, byśmy mogli cieszyć się wstawiennictwem Matki Bożej i osiągnąć duchową doskonałość, której tak bardzo Ona dla nas pragnie. Módlmy się więc o te dwie cnoty, będące w pewnym sensie materią i formą naszego pragnienia doskonałości: o dyspozycję do tego, by przyjmować nauki, oraz o naśladowanie Najświętszej Maryi Panny w Jej duchowym macierzyństwie.
Labels:
józefów
Rekolekcji Adwentowe - 1
Drodzy uczniowie, drodzy przyjaciele,
Dziś, w Suche Dni, rozpoczynamy nasze rekolekcje adwentowe. Suche dni są tradycją bardzo starożytną, są w istocie apostolskimi pozostałościami po starotestamentowym poświęceniu roku oraz postach wynagradzających w obrzędach pogańskich, które często zbiegały się ze zmianą pór roku. Są to również dni przyjmowania święceń, które udzielane są zwyczajowo z sobotę Suchych Dni. Można powiedzieć, że Święta Matka Kościół przeznacza te dni postu i abstynencji w sposób szczególny na modlitwę za kapłanów i seminarzystów.
To właśnie szkoła katolicka przygotowuje duchowieństwo do jego przyszłej misji, nadzwyczaj stosowne jest więc, byśmy w dniu dzisiejszym zastanowili się zwłaszcza nad misją naszej szkoły, ponieważ jest ona niejako przedłużeniem misji apostolskiej Kościoła.
W dniu, w którym Apostołowie otrzymali pełnię Ducha Świętego, otrzymali to, co moglibyśmy nazwać bierzmowaniem – zostali umocnieni i uświęceni na misję nauczania wszystkich narodów, nauczania wszystkich ludów tego, co potrzebne jest do zbawienia. Właśnie w tym celu otrzymali dar języków. Jednak w Piśmie św. Czytamy też, że w owym dniu „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa”. Podobnie jak podczas Adwentu centralną postacią jest Niewiasta, która da życie Zbawicielowi, tak również widzimy Ją podczas Zesłania Ducha Świętego i rozesłania Apostołów, by szli i nauczali wszystkie narody. Można więc powiedzieć, że Niepokalana jest niejako głównym wychowawcą. Jest Matką Boga i pierwszą nauczycielką Dzieciątka Jezus. Również w Zielone Świątki widzimy Ją wraz z Apostołami, jako ich pierwszą nauczycielkę, zanim jeszcze zostali oni rozesłani na swą misję. Jest więc Ona w samym sercu katolickiej szkoły, misji edukacji – tak jak była pierwszą nauczycielką Pana Jezusa, tak również jest naszą pierwszą nauczycielką, równocześnie wzorem wszystkich wychowawców jak i tych, którzy naukę pobierają.
Nie możemy więc uczynić nic lepszego, jak rozważać tę właśnie rolę Najświętszej Maryi Panny, rolę wychowawcy. Kościół zdefiniował uroczyście trzy dogmaty, które określają w pewien sposób rolę Matki Bożej, mówią kim Ona jest, wymieniają Jej przywileje i opisują naturę. Mam na myśli dogmaty o Jej Niepokalanym Poczęciu, Bożym Macierzyństwie oraz Wniebowzięciu. Można powiedzieć, że są one Jej przyczyną skuteczną, materialną i formalną przyczyną, a także ostateczną przyczyną, i określają nam w sposób pełny Jej naturę. Przyjrzyjmy się więc bliżej pierwszej tajemnicy, Jej Niepokalanemu Poczęciu i temu, w jaki sposób jest Ona wzorem w edukacji, wzorem zarówno dla wychowawców, jak i dla tych, którzy edukację otrzymują.
Rozmyślajmy podczas tej Mszy o Maryi, która jest Niepokalanym Poczęciem. Łaska ta stosowna jest i odpowiednia do wzniosłej godności, jaką, miała Ona otrzymać – godności Matki Boga. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi nam, że Najświętsza Maryja Panna poczęta została w sposób niepokalany, czyli bez zmazy grzechu pierworodnego. Kościół mówi nam również, że otrzymała Ona tę łaskę w przewidywaniu przyszłych zasług swego Syna. Oznacza to, że łaska była w Niej czymś integralnym i nieodłącznym od Jej misji – polegającej na byciu Matką Zbawiciela. Stąd gdyby zadano nam pytanie: kim jest Najświętsza Maryja Panna? możemy odpowiedzieć na różne sposoby, stosownie do różnych aspektów Jej natury. Gdy pytamy, co czyni Maryję tym, kim jest, możemy sformułować pytanie w następujący sposób: co jest przyczyną sprawczą, dzięki której posiada Ona swą godność, kto lub co uczyniło Ją tym, kim jest? To właśnie nazywamy w filozofii przyczyną skuteczną.
Powód, dla którego jest Ona tym, kim jest jest taki, że jest Ona Niepokalanym Poczęciem. Słowo „poczęcie” używane jest nie tylko w odniesieniu do poczęcia Maryi w łonie Jej matki, ale też do faktu, że była ona zachowana od zmazy grzechu pierworodnego. Definicja Kościoła mówi również dlaczego tak jest – ze względu na zasługi Jej Syna. Oznacza to, że Bóg, jak wszystkie istoty rozumne, zawsze działa z jakiegoś powodu, w jakimś celu, z jakimś zamiarem, który chce urzeczywistnić. Nawet jeśli ów cel jest ostatnią z urzeczywistnionych rzeczy, jest jednak pierwszą rzeczą w porządku pragnienia.
Samo łacińskie słowo „concept” w sformułowaniu „Conceptio Immaculatae” oznacza ideę, którą formujemy w naszym umyśle, gdy coś poznajemy. To słowo „concept” to przede wszystkim idea jako przyczyna poznania, oraz jako jego owoc i przyczyna aktywności naszych władz umysłowych. Mówimy o artyście mającym dobry koncept czy pomysł, który następnie urzeczywistnia w tworzonym dziele sztuki. To właśnie ta idea popycha artystę do rysowania, malowania czy rzeźbienia, to ona jest przyczyną poruszającą jego rękoma i nogami.
W umyśle Boga od zawsze obecna była idea posłania na ten świat swego Syna, by odkupił nas poprzez przyniesioną w ten sposób łaskę. Jednak urzeczywistnienie tej idei implikowało również pewien konkretny warunek: jeśli Druga Osoba Trójcy Świętej miała stać się człowiekiem, naturalnym było, że powinna mieć matkę, że powinna przyjąć ciało z ciała swej matki, tak jak wszystkie istoty ludzkie. By się tak jednak stało, matka owa musiałaby być wolna od grzechu, Niepokalana. Stąd też poczęta Ona była na samym początku czasu, jak to czytamy w Księdze Mądrości oraz w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Poczęta najpierw w umyśle Boga, w tym samym akcie, przez który Bóg zapragnął zbawić rodzaj ludzki. Łaska, która przychodzi poprzez naszego Pana Jezusa Chrystusa, została Jej udzielona w pełni, w sposób nierozerwalnie złączony z samą Jej ideą, a nawet od z samą Jej istotą, gdyż to właśnie łaska uczyniła Ją tym, kim jest. To właśnie ta łaska jest przyczyną Jej istnienia, gdyż Bóg nie mógłby narodzić się z Niej bez udziału owej łaski, którą otrzymaliśmy poprzez Jego Syna, będącego z kolei Jej Synem.
Jednak idea ta, jak już powiedziałem, jest nie tylko przyczyną, ale i owocem naszego poznania. W tym właśnie aspekcie Najświętsza Maryja Panna jest wzorem w procesie edukacji. Ta łaska Chrystusa Pana, która doprowadza nas do wiecznej szczęśliwości, powinna i musi być pierwszym sprawcą i skuteczną przyczyną wszelkiej edukacji. Przy obecnej kondycji natury ludzkiej, człowiek nie może dostąpić zbawienia bez pomocy łaski. Łaska, podobnie jak w przypadku Maryi, musi być skuteczną przyczyną, stwarzającą nam możliwość osiągnięcia wiecznego szczęścia.
A to wieczne szczęście, doskonałość, jest właśnie celem edukacji. Ta łaska Chrystusa, która jest absolutnie konieczna dla osiągnięcia przez nas doskonałości, jest przyczyną skuteczną każdego dobrego uczynku, który prowadzi nas do życia wiecznego. Dlatego właśnie Najświętsza Maryja Panna, łaska Jej Niepokalanego Poczęcia, znajduje się w centrum życia naszej szkoły. Nie możemy osiągnąć naszego celu bez nabożeństwa do Niej.
To właśnie jest również powodem, drodzy przyjaciele, dla którego każdego ranka, przed rozpoczęciem zajęć, śpiewamy „Pod Twoją obronę”. Uciekamy się pod Jej obronę, ponieważ jest Ona pośredniczką łaski, która jest nam tak bardzo niezbędna. Pamiętając o tym, odnówmy nasze nabożeństwo do Matki Bożej. Posunę się nawet do twierdzenia, że żaden uczeń, który nie odmawia Różańca, nigdy nie wykorzysta danego mu przez Boga potencjału i w życiu dorosłym czeka go jedynie porażka. Nasza doskonałość uzależniona jest od łaski i jeśli nie będziemy o nią prosić, nigdy jej nie osiągniemy. Sam Bóg, dokonując dzieła zbawienia rodzaju ludzkiego, prosił wpierw o przyzwolenie Najświętszą Maryję Pannę. A ona zgodę wyraziła, mówiąc „Niech mi się stanie według twego słowa”. Według słowa, które było planem Boga względem Niej. Nawet sam Bóg prosił Maryję, by podjęła się tego dzieła. Tak więc również my, by podołać dziełu edukacji, by zrealizować ową ideę doskonałości, by zrealizować nasze zamierzenia, musimy uciekać się do Matki Bożej. A uciekając się do Niej, możemy być pewni tej samej odpowiedzi: niech nam się stanie wedle woli Boga. Owa wola Boga, by obdarzyć nas szczęściem wiecznym będzie w nas wzrastała aż do pełni doskonałości, jeśli tylko prosić będziemy o nią z wytrwałością. Amen.
Dziś, w Suche Dni, rozpoczynamy nasze rekolekcje adwentowe. Suche dni są tradycją bardzo starożytną, są w istocie apostolskimi pozostałościami po starotestamentowym poświęceniu roku oraz postach wynagradzających w obrzędach pogańskich, które często zbiegały się ze zmianą pór roku. Są to również dni przyjmowania święceń, które udzielane są zwyczajowo z sobotę Suchych Dni. Można powiedzieć, że Święta Matka Kościół przeznacza te dni postu i abstynencji w sposób szczególny na modlitwę za kapłanów i seminarzystów.
To właśnie szkoła katolicka przygotowuje duchowieństwo do jego przyszłej misji, nadzwyczaj stosowne jest więc, byśmy w dniu dzisiejszym zastanowili się zwłaszcza nad misją naszej szkoły, ponieważ jest ona niejako przedłużeniem misji apostolskiej Kościoła.
W dniu, w którym Apostołowie otrzymali pełnię Ducha Świętego, otrzymali to, co moglibyśmy nazwać bierzmowaniem – zostali umocnieni i uświęceni na misję nauczania wszystkich narodów, nauczania wszystkich ludów tego, co potrzebne jest do zbawienia. Właśnie w tym celu otrzymali dar języków. Jednak w Piśmie św. Czytamy też, że w owym dniu „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa”. Podobnie jak podczas Adwentu centralną postacią jest Niewiasta, która da życie Zbawicielowi, tak również widzimy Ją podczas Zesłania Ducha Świętego i rozesłania Apostołów, by szli i nauczali wszystkie narody. Można więc powiedzieć, że Niepokalana jest niejako głównym wychowawcą. Jest Matką Boga i pierwszą nauczycielką Dzieciątka Jezus. Również w Zielone Świątki widzimy Ją wraz z Apostołami, jako ich pierwszą nauczycielkę, zanim jeszcze zostali oni rozesłani na swą misję. Jest więc Ona w samym sercu katolickiej szkoły, misji edukacji – tak jak była pierwszą nauczycielką Pana Jezusa, tak również jest naszą pierwszą nauczycielką, równocześnie wzorem wszystkich wychowawców jak i tych, którzy naukę pobierają.
Nie możemy więc uczynić nic lepszego, jak rozważać tę właśnie rolę Najświętszej Maryi Panny, rolę wychowawcy. Kościół zdefiniował uroczyście trzy dogmaty, które określają w pewien sposób rolę Matki Bożej, mówią kim Ona jest, wymieniają Jej przywileje i opisują naturę. Mam na myśli dogmaty o Jej Niepokalanym Poczęciu, Bożym Macierzyństwie oraz Wniebowzięciu. Można powiedzieć, że są one Jej przyczyną skuteczną, materialną i formalną przyczyną, a także ostateczną przyczyną, i określają nam w sposób pełny Jej naturę. Przyjrzyjmy się więc bliżej pierwszej tajemnicy, Jej Niepokalanemu Poczęciu i temu, w jaki sposób jest Ona wzorem w edukacji, wzorem zarówno dla wychowawców, jak i dla tych, którzy edukację otrzymują.
Rozmyślajmy podczas tej Mszy o Maryi, która jest Niepokalanym Poczęciem. Łaska ta stosowna jest i odpowiednia do wzniosłej godności, jaką, miała Ona otrzymać – godności Matki Boga. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi nam, że Najświętsza Maryja Panna poczęta została w sposób niepokalany, czyli bez zmazy grzechu pierworodnego. Kościół mówi nam również, że otrzymała Ona tę łaskę w przewidywaniu przyszłych zasług swego Syna. Oznacza to, że łaska była w Niej czymś integralnym i nieodłącznym od Jej misji – polegającej na byciu Matką Zbawiciela. Stąd gdyby zadano nam pytanie: kim jest Najświętsza Maryja Panna? możemy odpowiedzieć na różne sposoby, stosownie do różnych aspektów Jej natury. Gdy pytamy, co czyni Maryję tym, kim jest, możemy sformułować pytanie w następujący sposób: co jest przyczyną sprawczą, dzięki której posiada Ona swą godność, kto lub co uczyniło Ją tym, kim jest? To właśnie nazywamy w filozofii przyczyną skuteczną.
Powód, dla którego jest Ona tym, kim jest jest taki, że jest Ona Niepokalanym Poczęciem. Słowo „poczęcie” używane jest nie tylko w odniesieniu do poczęcia Maryi w łonie Jej matki, ale też do faktu, że była ona zachowana od zmazy grzechu pierworodnego. Definicja Kościoła mówi również dlaczego tak jest – ze względu na zasługi Jej Syna. Oznacza to, że Bóg, jak wszystkie istoty rozumne, zawsze działa z jakiegoś powodu, w jakimś celu, z jakimś zamiarem, który chce urzeczywistnić. Nawet jeśli ów cel jest ostatnią z urzeczywistnionych rzeczy, jest jednak pierwszą rzeczą w porządku pragnienia.
Samo łacińskie słowo „concept” w sformułowaniu „Conceptio Immaculatae” oznacza ideę, którą formujemy w naszym umyśle, gdy coś poznajemy. To słowo „concept” to przede wszystkim idea jako przyczyna poznania, oraz jako jego owoc i przyczyna aktywności naszych władz umysłowych. Mówimy o artyście mającym dobry koncept czy pomysł, który następnie urzeczywistnia w tworzonym dziele sztuki. To właśnie ta idea popycha artystę do rysowania, malowania czy rzeźbienia, to ona jest przyczyną poruszającą jego rękoma i nogami.
W umyśle Boga od zawsze obecna była idea posłania na ten świat swego Syna, by odkupił nas poprzez przyniesioną w ten sposób łaskę. Jednak urzeczywistnienie tej idei implikowało również pewien konkretny warunek: jeśli Druga Osoba Trójcy Świętej miała stać się człowiekiem, naturalnym było, że powinna mieć matkę, że powinna przyjąć ciało z ciała swej matki, tak jak wszystkie istoty ludzkie. By się tak jednak stało, matka owa musiałaby być wolna od grzechu, Niepokalana. Stąd też poczęta Ona była na samym początku czasu, jak to czytamy w Księdze Mądrości oraz w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Poczęta najpierw w umyśle Boga, w tym samym akcie, przez który Bóg zapragnął zbawić rodzaj ludzki. Łaska, która przychodzi poprzez naszego Pana Jezusa Chrystusa, została Jej udzielona w pełni, w sposób nierozerwalnie złączony z samą Jej ideą, a nawet od z samą Jej istotą, gdyż to właśnie łaska uczyniła Ją tym, kim jest. To właśnie ta łaska jest przyczyną Jej istnienia, gdyż Bóg nie mógłby narodzić się z Niej bez udziału owej łaski, którą otrzymaliśmy poprzez Jego Syna, będącego z kolei Jej Synem.
Jednak idea ta, jak już powiedziałem, jest nie tylko przyczyną, ale i owocem naszego poznania. W tym właśnie aspekcie Najświętsza Maryja Panna jest wzorem w procesie edukacji. Ta łaska Chrystusa Pana, która doprowadza nas do wiecznej szczęśliwości, powinna i musi być pierwszym sprawcą i skuteczną przyczyną wszelkiej edukacji. Przy obecnej kondycji natury ludzkiej, człowiek nie może dostąpić zbawienia bez pomocy łaski. Łaska, podobnie jak w przypadku Maryi, musi być skuteczną przyczyną, stwarzającą nam możliwość osiągnięcia wiecznego szczęścia.
A to wieczne szczęście, doskonałość, jest właśnie celem edukacji. Ta łaska Chrystusa, która jest absolutnie konieczna dla osiągnięcia przez nas doskonałości, jest przyczyną skuteczną każdego dobrego uczynku, który prowadzi nas do życia wiecznego. Dlatego właśnie Najświętsza Maryja Panna, łaska Jej Niepokalanego Poczęcia, znajduje się w centrum życia naszej szkoły. Nie możemy osiągnąć naszego celu bez nabożeństwa do Niej.
To właśnie jest również powodem, drodzy przyjaciele, dla którego każdego ranka, przed rozpoczęciem zajęć, śpiewamy „Pod Twoją obronę”. Uciekamy się pod Jej obronę, ponieważ jest Ona pośredniczką łaski, która jest nam tak bardzo niezbędna. Pamiętając o tym, odnówmy nasze nabożeństwo do Matki Bożej. Posunę się nawet do twierdzenia, że żaden uczeń, który nie odmawia Różańca, nigdy nie wykorzysta danego mu przez Boga potencjału i w życiu dorosłym czeka go jedynie porażka. Nasza doskonałość uzależniona jest od łaski i jeśli nie będziemy o nią prosić, nigdy jej nie osiągniemy. Sam Bóg, dokonując dzieła zbawienia rodzaju ludzkiego, prosił wpierw o przyzwolenie Najświętszą Maryję Pannę. A ona zgodę wyraziła, mówiąc „Niech mi się stanie według twego słowa”. Według słowa, które było planem Boga względem Niej. Nawet sam Bóg prosił Maryję, by podjęła się tego dzieła. Tak więc również my, by podołać dziełu edukacji, by zrealizować ową ideę doskonałości, by zrealizować nasze zamierzenia, musimy uciekać się do Matki Bożej. A uciekając się do Niej, możemy być pewni tej samej odpowiedzi: niech nam się stanie wedle woli Boga. Owa wola Boga, by obdarzyć nas szczęściem wiecznym będzie w nas wzrastała aż do pełni doskonałości, jeśli tylko prosić będziemy o nią z wytrwałością. Amen.
Labels:
józefów
niedziela, 13 grudnia 2009
3 Niedziela Adwentu
W okresie Adwentu widzieliśmy wielokrotne osobę św. Jana Chrzciciela, zwiastuna naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Okoliczności jego narodzin były cudowne: poczęty został przez rodziców będących w podeszłym już wieku, pomimo niedowiarstwa ojca, któremu zapowiedziane zostały przez anioła. Został oczyszczony z grzechu pierworodnego jeszcze w łonie swej matki, gdy odwiedziła ją Najświętsza Maryja Panna. Biorąc pod uwagę wszystkie cudowne okoliczności związane z jego przyjściem na świat oczywistym było, że Bóg wybrał go do bardzo szczególnej roli – jednak jak to jest w przypadku spraw Bożych, na pierwszy rzut oka nie było całkowicie jasne, na czym misja ta miałaby polegać.
Tak więc ludzie, zwłaszcza przywódcy ludu, przychodzili by spytać go: kim jesteś? Proroctwa mówiły o wielu wydarzeniach, które miały poprzedzać przyjście Zbawiciela, i wszystkie one zaczynały się spełniać. Ludzie oczekiwali nadejścia Mesjasza, Chrystusa, Obiecanego, Tego, który zgładzi nasze grzechy. Tak więc pytano Jana Chrzciciela: „Czy ty jesteś Chrystusem?”. Co ciekawe, Ewangelia pisze nie tylko, że odpowiedział on: „Nie jestem ja Chrystusem”, ale że „wyznał i nie zaprzeczył”, to znaczy – nie zaprzeczył swej misji. Biorąc pod uwagę wielki szacunek jakim się cieszył, pamiętając o tłumach cisnących się do niego – jak wielką pokusą musiała być myśl, by odnieść wszystkie te honory do swojej osoby, by zapomnieć, że został posłany, by zapowiadać przyjście Chrystusa, a nie odbierać cześć Jemu należną! Jak wielka więc była pokora św. Jana Chrzciciela!
Św. Jan przyszedł w duchu Eliasza, jak to mówi w Ewangelii Pan Jezus, nie był jednak tym samym Eliaszem, który wzięty został do nieba. To zstąpienie ducha Eliasza na proroka zapowiedziane zostało w proroctwach dotyczących Mesjasza – które niektórzy błędnie interpretowali jako mówiące o przyjściu samego Eliasza. Pytali więc Jana, czy jest on Eliaszem, jednak on nim nie był – choć istotnie otrzymał ducha proroctwa, jak o tym powiedział jego ojciec w hymnie wypowiedzianym w dniu, kiedy Jan otrzymał swe imię.
Potem pytali go żydzi ponownie: czy jesteś ty prorokiem? Chodzi tu o proroka z zapowiedzianego pod koniec życia przez Mojżesza, w którym mówił on o Tym, który przyjdzie by zastąpić obrzędy i prawa, które on ustanowił. Sam Mojżesz przepowiedział, że Stare Przymierze nie będzie wieczne, ale że zostanie udoskonalone przez proroka, który przyjdzie po nim – i że cały Izrael ma obowiązek ufać Mu i okazywać Mu posłuszeństwo, kiedy nadejdzie (Deut. 18,15). Chrystus Pan jest wypełnieniem Starego Przymierza, tak, że miało ono znaczenie jedynie w odniesieniu do Niego. To On jest prorokiem zapowiedzianym przez Mojżesza, który zastąpił Prawo ofiarą swego własnego Ciała i Krwi. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel odpowiada po prostu: „Nie”.
Na koniec zapytali go: kim więc jesteś? A św. Jan odpowiedział słowami proroctwa odnoszącymi się do proroka, który miał poprzedzać przyjście Chrystusa i dawać o Nim świadectwo. Do tego, który zwróci serca rodziców do ich dzieci, a serca dzieci do ich rodziców. Do tego, który skieruje Izraela drogę prostą i przygotuje go na nadejście Zbawiciela – Tego, który oczyści nas z naszych grzechów.
Wedle proroctwa Ezechiela, Zbawiciel miał oczyścić nas poprzez chrzest, tchnąć w nas nowego ducha, jak to czytamy w rozdziale 36: „pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali”. Słowa te odnoszą się do sakramentu chrztu, który miał ustanowić Chrystus Pan oraz do Nowego Prawa, które On sam wypisać miał w naszych sercach poprzez łaskę.
Dlatego właśnie zupełnie naturalnym było kolejne pytanie: „Dlaczego więc chrzcisz, skoro nie jesteś Chrystusem?”. Chrzest św. Jana nie był sakramentem, był obrzędem mającym symbolizować intencję porzucenia grzechu i położenia nadziei w obietnicy Boga, który miał przyjść w Osobie Mesjasza. Był więc jedynie zewnętrznym znakiem wewnętrznego żalu –sam św. Jan mówi, on chrzci jedynie wodą, po czym natychmiast zapowiada przyjście kogoś większego od siebie, kto chrzcić będzie Bożym ogniem. Mowa tu o sakramencie ustanowionym przez Zbawiciela, który nie jest już jedynie obrzędem, ale udziela naszym duszom uczestnictwa w życiu Boga oraz odpuszczenia grzechów.
A potem św. Jan, któremu powierzono wspaniałą misję zapowiadania nadejścia Mesjasza, daje nam przykład cnoty, której potrzebujemy najbardziej, by Go przyjąć: cnoty pokory. „Któremu ja nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u obuwia jego”. To właśnie ta cnota czyni nasze serca zdolnymi do przyjęcia Zbawiciela, a jej brak spowodował, że wielu żydów żyjących w czasach Chrystusa, odrzuciło Go. Pan Jezus ukazał nam tę cnotę w całej jej pełni: będąc Bogiem upokorzył się aż do śmierci krzyżowej.
Tak więc, Drodzy Wierni, uczmy się dziś od św. Jana Chrzciciela właśnie cnoty pokory. Uczmy się znać swoje miejsce na tym świecie, uznawać własne błędy oraz potrzebę Odkupiciela. Jak obiecał Zbawiciel, kto się uniża, będzie wywyższony, jeśli więc postępować będziemy wedle Jego słów, możemy więc mieć nadzieję, że będziemy wywyższeni do nieba, do radości życia wiecznego razem z Nim. Amen
Tak więc ludzie, zwłaszcza przywódcy ludu, przychodzili by spytać go: kim jesteś? Proroctwa mówiły o wielu wydarzeniach, które miały poprzedzać przyjście Zbawiciela, i wszystkie one zaczynały się spełniać. Ludzie oczekiwali nadejścia Mesjasza, Chrystusa, Obiecanego, Tego, który zgładzi nasze grzechy. Tak więc pytano Jana Chrzciciela: „Czy ty jesteś Chrystusem?”. Co ciekawe, Ewangelia pisze nie tylko, że odpowiedział on: „Nie jestem ja Chrystusem”, ale że „wyznał i nie zaprzeczył”, to znaczy – nie zaprzeczył swej misji. Biorąc pod uwagę wielki szacunek jakim się cieszył, pamiętając o tłumach cisnących się do niego – jak wielką pokusą musiała być myśl, by odnieść wszystkie te honory do swojej osoby, by zapomnieć, że został posłany, by zapowiadać przyjście Chrystusa, a nie odbierać cześć Jemu należną! Jak wielka więc była pokora św. Jana Chrzciciela!
Św. Jan przyszedł w duchu Eliasza, jak to mówi w Ewangelii Pan Jezus, nie był jednak tym samym Eliaszem, który wzięty został do nieba. To zstąpienie ducha Eliasza na proroka zapowiedziane zostało w proroctwach dotyczących Mesjasza – które niektórzy błędnie interpretowali jako mówiące o przyjściu samego Eliasza. Pytali więc Jana, czy jest on Eliaszem, jednak on nim nie był – choć istotnie otrzymał ducha proroctwa, jak o tym powiedział jego ojciec w hymnie wypowiedzianym w dniu, kiedy Jan otrzymał swe imię.
Potem pytali go żydzi ponownie: czy jesteś ty prorokiem? Chodzi tu o proroka z zapowiedzianego pod koniec życia przez Mojżesza, w którym mówił on o Tym, który przyjdzie by zastąpić obrzędy i prawa, które on ustanowił. Sam Mojżesz przepowiedział, że Stare Przymierze nie będzie wieczne, ale że zostanie udoskonalone przez proroka, który przyjdzie po nim – i że cały Izrael ma obowiązek ufać Mu i okazywać Mu posłuszeństwo, kiedy nadejdzie (Deut. 18,15). Chrystus Pan jest wypełnieniem Starego Przymierza, tak, że miało ono znaczenie jedynie w odniesieniu do Niego. To On jest prorokiem zapowiedzianym przez Mojżesza, który zastąpił Prawo ofiarą swego własnego Ciała i Krwi. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel odpowiada po prostu: „Nie”.
Na koniec zapytali go: kim więc jesteś? A św. Jan odpowiedział słowami proroctwa odnoszącymi się do proroka, który miał poprzedzać przyjście Chrystusa i dawać o Nim świadectwo. Do tego, który zwróci serca rodziców do ich dzieci, a serca dzieci do ich rodziców. Do tego, który skieruje Izraela drogę prostą i przygotuje go na nadejście Zbawiciela – Tego, który oczyści nas z naszych grzechów.
Wedle proroctwa Ezechiela, Zbawiciel miał oczyścić nas poprzez chrzest, tchnąć w nas nowego ducha, jak to czytamy w rozdziale 36: „pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali”. Słowa te odnoszą się do sakramentu chrztu, który miał ustanowić Chrystus Pan oraz do Nowego Prawa, które On sam wypisać miał w naszych sercach poprzez łaskę.
Dlatego właśnie zupełnie naturalnym było kolejne pytanie: „Dlaczego więc chrzcisz, skoro nie jesteś Chrystusem?”. Chrzest św. Jana nie był sakramentem, był obrzędem mającym symbolizować intencję porzucenia grzechu i położenia nadziei w obietnicy Boga, który miał przyjść w Osobie Mesjasza. Był więc jedynie zewnętrznym znakiem wewnętrznego żalu –sam św. Jan mówi, on chrzci jedynie wodą, po czym natychmiast zapowiada przyjście kogoś większego od siebie, kto chrzcić będzie Bożym ogniem. Mowa tu o sakramencie ustanowionym przez Zbawiciela, który nie jest już jedynie obrzędem, ale udziela naszym duszom uczestnictwa w życiu Boga oraz odpuszczenia grzechów.
A potem św. Jan, któremu powierzono wspaniałą misję zapowiadania nadejścia Mesjasza, daje nam przykład cnoty, której potrzebujemy najbardziej, by Go przyjąć: cnoty pokory. „Któremu ja nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u obuwia jego”. To właśnie ta cnota czyni nasze serca zdolnymi do przyjęcia Zbawiciela, a jej brak spowodował, że wielu żydów żyjących w czasach Chrystusa, odrzuciło Go. Pan Jezus ukazał nam tę cnotę w całej jej pełni: będąc Bogiem upokorzył się aż do śmierci krzyżowej.
Tak więc, Drodzy Wierni, uczmy się dziś od św. Jana Chrzciciela właśnie cnoty pokory. Uczmy się znać swoje miejsce na tym świecie, uznawać własne błędy oraz potrzebę Odkupiciela. Jak obiecał Zbawiciel, kto się uniża, będzie wywyższony, jeśli więc postępować będziemy wedle Jego słów, możemy więc mieć nadzieję, że będziemy wywyższeni do nieba, do radości życia wiecznego razem z Nim. Amen
wtorek, 8 grudnia 2009
Niepokalanego Poczęcia
Spośród wszystkich tajemnic odnoszących się do Najświętszej Maryi Panny, na pierwszy rzut oka najtrudniej zrozumieć jest nam tajemnicę Jej Niepokalanego Poczęcia. Najświętsza Maryja Panna jest Matką Boga, możemy więc w jakiś sposób próbować zrozumieć Jej Boże Macierzyństwo na zasadzie analogii do innych matek. Jej Wniebowzięcie wydaje się być nam logiczną konsekwencją Jej wierności, czy też nagrodą za nią. Ale Niepokalane Poczęcie?
Doktryna Kościoła mówi, jak wiemy, że Maryja została poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego. Przy swym poczęciu nie została skażona przez występek Adama i Ewy, była więc nietknięta przez grzech. Z uwagi na zasługi swego Syna, została zachowana od wszelkiego kontaktu z grzechem od samego początku swego istnienia.
Jednak znaczenie słowa „poczęcie” – conceptio, nie jest ograniczone do poczęcia dziecka z łonie matki. Mówimy również o „pracy koncepcyjnej” albo o tym, że artysta, tworząc dzieło sztuki, wpadł na dobry koncept.
Oznacza to, że zanim coś uczynimy, posiadamy w naszym umyśle koncepcję zamierzonego dzieła. Kiedy artysta wykonuje rzeźbę czy maluje obraz, najpierw ma wyobrażenie tego, co chciałby dokonać. Obmyśla koncept, zanim idea stanie się rzeczywistością. Zanim idea stanie się ciałem, istnieje już w jego umyśle. Podobnie nasze idee wydają się „otrzymywać życie”, kiedy są urzeczywistniane.
Owidiusz w swoich Metamorfozach (księga X) przytacza legendę o pewnym rzeźbiarzu imieniem Pigmalion, który miał być najbardziej uzdolnionym rzeźbiarzem swych czasów. Miał on ambicję, by pewnego dnia wyrzeźbić najpiękniejszy, najbardziej doskonały wizerunek kobiety. I - jak mówi legenda - po wykonaniu tego dzieła zakochał się w nim, a bogowie nagrodzili jego talent ożywiając posąg, i nadając ukochanej Pigmaliona imię Galatea. Posługując się tą analogią można by powiedzieć, że Bóg tak umiłował swe stworzenie, że stworzył Niepokalaną.
Kiedy Matka Boża objawiła się św. Bernardecie w Lourdes, użyła słowa „poczęcie” w tym właśnie sensie. Nie powiedziała „Ja jestem niepokalanie poczęta” ale „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. I rzeczywiście - cielesne zachowanie od grzechu pierworodnego jest zewnętrznym wyrazem tego, kim Ona jest – Niepokalanym Poczęciem, czyli planem czy też ideą, przez którą realizuje się zamysł Boga.
Co oznacza słowo Niepokalane? Oczywiście jego podstawowym znaczeniem jest „bez zmazy” , tj. bez winy. Jednak w sposób bardziej pozytywny oznacza „czyste”, „pozbawione wad”. Tak więc „Niepokalane Poczęcie” oznaczałoby ideę pozbawioną jakiejkolwiek domieszki błędu, koncepcję, będącą odpowiedzią na wszystko, czegokolwiek moglibyśmy pragnąć.
Idea ta istniała w umyśle Boga od początku czasu. Podczas sobotniej Mszy o Matce Bożej czytamy z Księgi Mądrości „Na samym początku stworzyłem cię”. Maryja istniała w umyśle Boga od samego początku, jako doskonały wzór tego, czym powinna być ludzkość dzięki łasce. Odpowiada Ona, jak nikt inny, temu ideałowi, jakiego pragnie Bóg dla każdego z nas w stopniu, w jakim udziela nam łaski. Posiadała Ona łaskę wybrania w całej jej pełni.
Mówimy o Zbawicielu, jako o „Słowie Boga”, „Słowie, które stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Jednak to dzięki Maryi Słowo mogło przybrać Ciało. Jest Ona jakby tubą, która dała głos Słowu Boga, wypowiadając jedno krótkie zdanie: „Niech mi się stanie według Słowa twego”. To jedno zdanie „Niech mi się stanie według Słowa twego” wyraża nie tylko Jej zgodę na zostania Matką Boga w sensie pasywnym, ale również w sensie bardzo aktywnym wyraża Jej wolę dostosowania się do ideału, do zamiaru, jaki Bóg miał względem Niej.
Najświętsza Maryja Panna jest najbliższą Bogu spośród wszystkich członków rodzaju ludzkiego. Jest Matką naszego Pana Jezusa Chrystusa, Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Każda matka daje dziecku swe własne ciało - więc również Zbawiciel stał się człowiekiem dzięki Niej. Co więcej, nie tylko nosiła Go Ona przez dziewięć miesięcy, ale również karmiła i troszczyła się o Niego, jak to muszą czynić wszystkie inne matki.
Jak to wyznajemy w Credo, Najświętsza Maryja Panna "poczęła z Ducha Świętego". Oznacza to, że w bardzo szczególny sposób była Ona Oblubienicą Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. Dlatego właśnie Matka Boża powiedziała w Lourdes: "Ja jestem Niepokalane Poczęcie". Każda kobieta po zamążpójściu przybiera nazwisko męża, nie używa już nazwiska swego ojca i matki. Jednak tracąc dotychczasowe nazwisko, staje się w zamian panią domu swego małżonka. Ma współudział w jego władzy, w majątku i troskach doczesnych oraz staje się pierwszą wychowawczynią jego dzieci. Jest tak również w przypadku Maryi. Kiedy za sprawą Ducha Świętego stała się Ona Matką Boga, w pewnym sensie przybrała Jego Imię. Wzięła na siebie staranie o dom Boga, troskę o potrzeby Jego Kościoła. Słowo Boże przybrało ciało w Jej łonie za sprawą Ducha Świętego. Ale Słowo Boże nie jest po prostu Słowem, ale Słowem miłości, Słowem, które wyraża, czego Bóg dla nas pragnie. Owo Słowo miłości jest samym Bogiem, przyjmującym ciało za sprawą Ducha Świętego, który jest wszechogarniającą miłością Bożą. Maryja jest więc nie tylko Niepokalana, wolna od grzechu, jest też prawdziwie i istotnie Poczęciem, ponieważ przybiera imię Tego, który został w Jej łonie poczęty, samego Chrystusa Pana, Jednorodzonego Syna Ojca, żyjącego przez całą wieczność na łonie Trójcy Przenajświętszej. Tak więc Najświętsza Maryja Panna jest nie tylko Niepokalanie Poczęta, Ona jest prawdziwie Niepokalanym Poczęciem.
Dlatego, Drodzy Wierni, podczas tego święta, będącego równocześnie świętem tytularnym tego kościoła, módlmy się w sposób szczególny do Niepokalanej, jako noszącej imię samego Boga, by strzegła i wstawiała się za wszystkimi, którzy modlą się tu w uroczystość Jej Poczęcia, byśmy również my mogli stać się żywym wzorem doskonałości dla tych, którzy zostali powierzeni naszej trosce oraz ku zbudowaniu naszych bliźnich, byśmy pewnego dnia stali się częścią odwiecznego planu Boga. Amen.
Doktryna Kościoła mówi, jak wiemy, że Maryja została poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego. Przy swym poczęciu nie została skażona przez występek Adama i Ewy, była więc nietknięta przez grzech. Z uwagi na zasługi swego Syna, została zachowana od wszelkiego kontaktu z grzechem od samego początku swego istnienia.
Jednak znaczenie słowa „poczęcie” – conceptio, nie jest ograniczone do poczęcia dziecka z łonie matki. Mówimy również o „pracy koncepcyjnej” albo o tym, że artysta, tworząc dzieło sztuki, wpadł na dobry koncept.
Oznacza to, że zanim coś uczynimy, posiadamy w naszym umyśle koncepcję zamierzonego dzieła. Kiedy artysta wykonuje rzeźbę czy maluje obraz, najpierw ma wyobrażenie tego, co chciałby dokonać. Obmyśla koncept, zanim idea stanie się rzeczywistością. Zanim idea stanie się ciałem, istnieje już w jego umyśle. Podobnie nasze idee wydają się „otrzymywać życie”, kiedy są urzeczywistniane.
Owidiusz w swoich Metamorfozach (księga X) przytacza legendę o pewnym rzeźbiarzu imieniem Pigmalion, który miał być najbardziej uzdolnionym rzeźbiarzem swych czasów. Miał on ambicję, by pewnego dnia wyrzeźbić najpiękniejszy, najbardziej doskonały wizerunek kobiety. I - jak mówi legenda - po wykonaniu tego dzieła zakochał się w nim, a bogowie nagrodzili jego talent ożywiając posąg, i nadając ukochanej Pigmaliona imię Galatea. Posługując się tą analogią można by powiedzieć, że Bóg tak umiłował swe stworzenie, że stworzył Niepokalaną.
Kiedy Matka Boża objawiła się św. Bernardecie w Lourdes, użyła słowa „poczęcie” w tym właśnie sensie. Nie powiedziała „Ja jestem niepokalanie poczęta” ale „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. I rzeczywiście - cielesne zachowanie od grzechu pierworodnego jest zewnętrznym wyrazem tego, kim Ona jest – Niepokalanym Poczęciem, czyli planem czy też ideą, przez którą realizuje się zamysł Boga.
Co oznacza słowo Niepokalane? Oczywiście jego podstawowym znaczeniem jest „bez zmazy” , tj. bez winy. Jednak w sposób bardziej pozytywny oznacza „czyste”, „pozbawione wad”. Tak więc „Niepokalane Poczęcie” oznaczałoby ideę pozbawioną jakiejkolwiek domieszki błędu, koncepcję, będącą odpowiedzią na wszystko, czegokolwiek moglibyśmy pragnąć.
Idea ta istniała w umyśle Boga od początku czasu. Podczas sobotniej Mszy o Matce Bożej czytamy z Księgi Mądrości „Na samym początku stworzyłem cię”. Maryja istniała w umyśle Boga od samego początku, jako doskonały wzór tego, czym powinna być ludzkość dzięki łasce. Odpowiada Ona, jak nikt inny, temu ideałowi, jakiego pragnie Bóg dla każdego z nas w stopniu, w jakim udziela nam łaski. Posiadała Ona łaskę wybrania w całej jej pełni.
Mówimy o Zbawicielu, jako o „Słowie Boga”, „Słowie, które stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Jednak to dzięki Maryi Słowo mogło przybrać Ciało. Jest Ona jakby tubą, która dała głos Słowu Boga, wypowiadając jedno krótkie zdanie: „Niech mi się stanie według Słowa twego”. To jedno zdanie „Niech mi się stanie według Słowa twego” wyraża nie tylko Jej zgodę na zostania Matką Boga w sensie pasywnym, ale również w sensie bardzo aktywnym wyraża Jej wolę dostosowania się do ideału, do zamiaru, jaki Bóg miał względem Niej.
Najświętsza Maryja Panna jest najbliższą Bogu spośród wszystkich członków rodzaju ludzkiego. Jest Matką naszego Pana Jezusa Chrystusa, Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Każda matka daje dziecku swe własne ciało - więc również Zbawiciel stał się człowiekiem dzięki Niej. Co więcej, nie tylko nosiła Go Ona przez dziewięć miesięcy, ale również karmiła i troszczyła się o Niego, jak to muszą czynić wszystkie inne matki.
Jak to wyznajemy w Credo, Najświętsza Maryja Panna "poczęła z Ducha Świętego". Oznacza to, że w bardzo szczególny sposób była Ona Oblubienicą Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. Dlatego właśnie Matka Boża powiedziała w Lourdes: "Ja jestem Niepokalane Poczęcie". Każda kobieta po zamążpójściu przybiera nazwisko męża, nie używa już nazwiska swego ojca i matki. Jednak tracąc dotychczasowe nazwisko, staje się w zamian panią domu swego małżonka. Ma współudział w jego władzy, w majątku i troskach doczesnych oraz staje się pierwszą wychowawczynią jego dzieci. Jest tak również w przypadku Maryi. Kiedy za sprawą Ducha Świętego stała się Ona Matką Boga, w pewnym sensie przybrała Jego Imię. Wzięła na siebie staranie o dom Boga, troskę o potrzeby Jego Kościoła. Słowo Boże przybrało ciało w Jej łonie za sprawą Ducha Świętego. Ale Słowo Boże nie jest po prostu Słowem, ale Słowem miłości, Słowem, które wyraża, czego Bóg dla nas pragnie. Owo Słowo miłości jest samym Bogiem, przyjmującym ciało za sprawą Ducha Świętego, który jest wszechogarniającą miłością Bożą. Maryja jest więc nie tylko Niepokalana, wolna od grzechu, jest też prawdziwie i istotnie Poczęciem, ponieważ przybiera imię Tego, który został w Jej łonie poczęty, samego Chrystusa Pana, Jednorodzonego Syna Ojca, żyjącego przez całą wieczność na łonie Trójcy Przenajświętszej. Tak więc Najświętsza Maryja Panna jest nie tylko Niepokalanie Poczęta, Ona jest prawdziwie Niepokalanym Poczęciem.
Dlatego, Drodzy Wierni, podczas tego święta, będącego równocześnie świętem tytularnym tego kościoła, módlmy się w sposób szczególny do Niepokalanej, jako noszącej imię samego Boga, by strzegła i wstawiała się za wszystkimi, którzy modlą się tu w uroczystość Jej Poczęcia, byśmy również my mogli stać się żywym wzorem doskonałości dla tych, którzy zostali powierzeni naszej trosce oraz ku zbudowaniu naszych bliźnich, byśmy pewnego dnia stali się częścią odwiecznego planu Boga. Amen.
Labels:
warszawa
Subskrybuj:
Posty (Atom)