Drodzy wierni,
W dzisiejszej Lekcji święty Paweł pisze do Koryntian, grupy wiernych, którym niósł prawdziwą wiarę w bardzo trudnym i pogańskim środowisku. W czasach świętego Pawła Korynt był miastem wielkim i bardzo bogatym, miastem portowym, w którym spotykały się szlaki handlowe całego Cesarstwa Rzymskiego i w którym przenikało się wiele kultur. Było to miasto bardzo światowe i wiemy z listów świętego Pawła, że ta grupa wiernych stwarzała wielkie trudności – stanowili ją ludzie nie nawróceni jeszcze w pełni z pogańskich zwyczajów i ekscesów. W dzisiejszej Lekcji święty Paweł rozpoczyna swą naukę od usprawiedliwienia swojej posługi wobec tych, którzy go lekceważą. W kolejnym rozdziale ekskomunikuje nawet pewnego wiernego za popełnione przez niego wykroczenia. Wiemy, że te środki były skuteczne, trudno jednak wykorzenić stare nawyki i wiemy skądinąd, że trzydzieści lat po śmierci świętego Pawła sam papież, święty Klemens, zmuszony był napisać dwa kolejne listy, by zaprowadzić porządek w gminie korynckiej.
Dlatego ten list świętego Pawła daje nam ważną naukę – dotyka istoty misji i posługi Apostoła w chwili, gdy był on atakowany przez ludzi bezbożnych. Również w dzisiejszej Ewangelii czytamy o misji świętego Jana Chrzciciela, miał on stać się głosem przygotowującym drogę Panu. Ta niedziela jest niedzielą następującą po Suchych Dniach zimowych, dniach przeznaczonych tradycyjnie na udzielanie święceń kapłańskich. Rozważenie czytanych dziś słów świętego Pawła będzie więc dla nas budujące i pożyteczne.
Wszechmocny Bóg, zgodnie z obietnicą udzieloną pierwszym rodzicom po ich upadku, stał się Człowiekiem i umarł na Krzyżu dla naszego zbawienia. Co jednak bardziej jeszcze zdumiewające – Bóg chciał nie tylko ofiarować sam siebie dla naszego zbawienia, ale też chciał, by również inni uczestniczyli w tym akcie Odkupienia, przez składanie tej samej ofiary, jako jego wyświęceni słudzy. Tak niezgłębione jest miłosierdzie Boże – chce udzielać nam darów swej łaski za pośrednictwem ludzi do nas podobnych.
Bóg mógłby udzielić nam swej łaski w jakikolwiek inny sposób, mógłby to uczynić za pośrednictwem aniołów, jako istot Mu bliższych, mógłby też udzielić jej bezpośrednio. A jednak zechciał udzielić nam łaski za pośrednictwem swych wyświęconych sług, powołanych spośród ludzi. Ludzie, którzy posiadać będą tak wzniosłą godność, będąc narzędziami zbawienia, wyświęceni do składania w Jego imieniu tej samej co On Ofiary, będą kontynuować Jego misję na ziemi, by jako alter Christus nieść dary Boże ludziom, aby doprowadzić ich na powrót do Boga.
Święty Paweł rozpoczyna tak: „Niech ludzie nas uważają jako sługi Chrystusowe”. To dziwne, że święty Paweł w krytycznym momencie, gdy cała jego posługa w Koryncie kwestionowana jest i atakowana, nie rozpoczyna swej obrony od przypomnienia wiernym całego dobra, jakie im wyświadczył. Nie mówi o swych cnotach, ani nawet o swej władzy apostolskiej. Mówi w sposób prosty, przypominając kim jest przed Bogiem – po prostu sługą Chrystusa. Nie mówi, że jest Apostołem, nie wspomina o żadnej innej posiadanej przez siebie godności, mówi jedynie, że jest sługą, jednak sługą Chrystusa. Sam jednak fakt, że jest on sługą, nie świadczy absolutnie o niczym.
Jest sługą. Kapłan jest sługą, czyli kimś, kto służy komu innemu. Kapłan jest sługą Chrystusa. Wobec ludzi reprezentuje Boga, wobec Boga reprezentuje natomiast interesy i potrzeby ludzi. Święty Paweł mówi, że jest „szafarzem tajemnic Bożych”. Oznacza to, że pierwszym obowiązkiem kapłana jest przekazywanie, czy szafarstwo, tajemnic Bożych. Po pierwsze nadprzyrodzonego poznania Boga, a następnie nadprzyrodzonych darów Bożych, czyli sakramentów. To właśnie odróżnia kapłana od każdej innej istoty ludzkiej – władza udzielania darów Bożych.
Jaka to wzniosła godność, przekazywanie ludziom rzeczy, które należą do Boga! Nie ma ziemi większej godności niż kapłaństwo, gdyż kapłanowi powierzone zostają nie sprawy ziemskie, nie ziemska władza, ale raczej władza nad rzeczami, które należą do samego Boga.
A czego wymaga się od sług Bożych? Czego wymaga się od człowieka, by mógł on stać się sługą Boga? Święty Paweł mówi nam: „A to, czego się żąda od szafarzy, aby każdy naleziony był wiernym”. Zauważmy, że święty Paweł nie twierdzi, że szafarz musi być bogaty czy nawet inteligentny, popularny czy przystojny, ale by „znaleziony był wiernym”. Wierny tym rzeczom, które zostają mu powierzone. Pierwszą i zasadniczą cnotą kapłana musi być wierność temu depozytowi, czyli nauce naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Musi być wiernym strażnikiem tego, co otrzymał, jak każdy sługa, któremu powierzono tę funkcję i skarb.
Bycie wiernym to właśnie cecha najbardziej potrzebna słudze Bożemu. Przede wszystkim musi trzymać się depozytu wiary. Niezależnie od tego, jakie miałby inne przymioty i cnoty, jeśli kapłan nie trzyma się nauki Zbawiciela wiernie, nie wykonuje swojej misji. I odwrotnie, niezależnie od osobistych i moralnych upadków, jeśli zachowuje nienaruszoną wiarę, jego apostolat wyda owoce. Ponieważ jest sługą, jego dzieło ma charakter całkowicie instrumentalny, jest dobre, o ile osiąga cel, dla którego słudze udzielona została władza. W przypadku sługi Bożego, musi ono przekazywać rzeczy Boże. Niezależnie od osobistych upadków, sługa realizuje swój cel jeśli przekazuje to, co otrzymał, jeśli przekazuje nienaruszoną wiarę oraz sakramenty zgodnie z Tradycją Kościoła.
To właśnie mówi nam święty Paweł: „za najmniejszą zaś rzecz poczytuję sobie, bym przez was był sądzony albo przez ludzi”. Sługa musi odpowiadać przed tym, który go mianuje, czyli przed swym panem i mistrzem. Sam tylko Bóg będzie osądzał wierność swego sługi, a nie ludzie. Nasz jedyny osąd może dotyczyć tego, czy zachowywana jest wierność, czyli czy wiernie przekazywany jest depozyt wiary.
Tak więc, drodzy wierni, w dniu dzisiejszym powinniśmy modlić się w sposób szczególny o wierność u sług Boga, czyli o świętość kapłanów. Kapłan wyświęcany jest po to, by udzielał wam rzeczy Bożych, jednak taka misja całkowicie przekracza możliwości człowieka. Kapłani zawsze potrzebować będą modlitw, by mogli pozostać wierni, by mieli siłę i odwagę przekazywać wam naukę i łaskę, których tak bardzo potrzebujecie. Modlitwy w intencji kapłanów będą zawsze owocne również dla waszego własnego uświęcenia, gdyż święci kapłani będą prowadzili również was do świętości.
Jednak ta nauka świętego Pawła stosuje się również do każdego z nas, niezależnie od naszego stanu życia – nie tylko do wyświęconych sług Chrystusa. Każdy z nas otrzymał coś od Boga. Po pierwsze darem jest samo życie. Otrzymaliście również łaski, dary nadprzyrodzone oraz zdolności. Wszystkim tym rzeczom musicie być wierni. Wierność wymagana jest od każdego, kto został w jakiś sposób pokochany, podobnie musimy być wierni tej miłości, którą ślubowaliśmy.
Można by powiedzieć, że najdobitniejszą oznaką świętości jest właśnie wierność temu, co obiecaliśmy i do czego się zobowiązaliśmy. Każdy z nas wie niekiedy, co powinien uczynić, czynimy postanowienia walki z daną wadą lub praktykowania jakiejś cnoty. Jak wielu z nas nie dotrzymuje jednak tych małych postanowień! Sam święty Augustyn powiedział, że rzeczy małe są same w sobie małe, ale wierność w rzeczach małych jest rzeczą wielką. To właśnie wierność naszym postanowieniom i obowiązkom stanu nadaje naszemu życiu ład i a nam szczęście, daje nam siłę do wypełniania największych nawet zobowiązań. Jednak wierność taka jest przede wszystkim owocem łaski, owocem wielu modlitw.
Tak więc, drodzy wierni, ponieważ już za kilka dni otrzymamy największy dar i największą radość w osobie Bożej Dzieciny która się narodzi, pamiętajmy również, że wierność ta wymagana jest w odniesieniu do każdego daru. Bóg kocha nas miłością nieskończoną, jednak również my musimy kochać Jego – a największą oznaką miłości jest nie tyle to, co ofiarujemy Bogu, co nasza wierność w dawaniu tego, co jesteśmy w stanie ofiarować. Prośmy więc o wierność w miłości Tą, która pokazała ową wierność w stopniu najwyższym: Najświętszą Maryję Pannę, Virgo Fidelis, Pannę Wierną. Ona pokaże nam, poprzez miłość jaką okazuje swemu Synowi, jak mamy odpłacać za tę miłość Boga wiernością temu, co nam Bóg dał, byśmy mogli być razem z Nią szczęśliwi przez wszystkie wieki wieków. Amen.
niedziela, 20 grudnia 2009
piątek, 18 grudnia 2009
Rekolekcji Adwentowe - 3
Podczas tej trzeciej i ostatniej konferencji przyjrzymy się trzeciej tajemnicy Matki Bożej, Jej Wniebowzięciu. Jak wiecie, Matka Boża pod koniec swego ziemskiego życia, została wzięta z ciałem i duszą do nieba. Była to niejako kulminacja wszystkich Jej zasług i chwały. Jest Królową Nieba. Bóg zapragnął udzielić Jej tej chwały w nagrodzie za Jej zasługi i Jej współpracę w Bożym planie Wcielenia i Odkupienia.
Powracając ponownie na poziom filozofii, możemy powiedzieć, że w pewien sposób odpowiada to temu, co nazywamy przyczyną ostateczną. Przyczyna ostateczna jest najważniejsza spośród wszystkich przyczyn, ponieważ odpowiada na pytanie: dlaczego? Wracając do naszego przykładu Piety, na pytanie: co to jest? moglibyśmy odpowiedzieć że to marmur, że to wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża i że wykonana została ona przez Michała Anioła. Dlaczego jednak Michał Anioł wykonał tę rzeźbę? Z jakiego powodu? Nie uczyniłby tego bez powodu. Powody, dla których to uczynił, mogą być różne – na przykład wiadomo, że zlecono mu wykonanie grobowca francuskiego kardynała. Jest ona jednak jednym z jego najstaranniej wykończonych i szczegółowych dzieł – poświęcił mu ogromną ilość czasu w porównaniu z innymi swymi pracami, z którymi jego geniusz uporał się dość szybko. W istocie została ona wykonana tak drobiazgowo, że ludzie sądzili, że była dziełem kogo innego – rzeźbiarz usłyszał kiedyś przypadkiem jak Vasari patrząc na niemal gotowy już posąg powiedział, że musi być on dziełem kogo innego. Uwaga ta dotknęła oczywiście Michała Anioła, gdyż wyrzeźbił później na szarfie Matki Bożej: MICHAELA[N]GELUS BONAROTUS FLORENTIN[US] FACIEBA[T], czyli: wykonał to Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk. Jest to jedyne dzieło, jakie kiedykolwiek sygnował, później wielokrotnie powtarzał, że żałuje swego wybuchu pychy, który oszpecił jego najdoskonalsze dzieło. Przysięgał, że już nigdy nie podpisze żadnego dzieła swych rąk – i dotrzymał tej przysięgi aż do śmierci.
Niemniej jednak ów wybuch zranionej dumy pokazuje nam, że Michał Anioł kochał bardzo swe dzieło – był do niego silnie przywiązany, co z kolei pokazuje nam, że pragnął czegoś więcej niż tylko pieniędzy za realizację zamówienia. Jego żal z powodu podpisania rzeźby pokazuje, że nie pragnął światowej sławy. Można być pewnym, że bardzo kochał matkę Bożą. Najprostszym sposobem na dowiedzenie się, czego ktoś chce, jest obserwacja, czemu poświęca najwięcej czasu. Jego zaś głównym celem była cześć i chwała najświętszej Maryi Panny. Spośród wszystkich piet, które kiedykolwiek zostały wyrzeźbione, jego jest pierwszą, która przedstawia Matkę Bożą jako młodą jeszcze kobietę. Inni zawsze przedstawiali Ją jako mającą około pięćdziesięciu lat, gdyż w takim mniej więcej wieku była Matka Boża w chwili śmierci Zbawiciela. Jednak Michał Anioł powiedział w rozmowie ze swym kolegą Ascanio Condivi, który krytykował go za to wyobrażenie, że Najświętsza Maryja Panna nigdy się nie postarzała, ponieważ nigdy nie utraciła swej czystości, a Jej czystość jest niezniszczalna. Powiedział dokładnie: Czy nie wiesz, że czyste niewiasty zachowują świeżość swej młodości znacznie dłużej niż pozostałe? O ile bardziej jest tak w przypadku Dziewicy, która nigdy nie doświadczyła najsłabszego nawet pragnienia, którego mogłoby zmienić Jej ciało?”.
Tajemnica Wniebowzięcia jest dogłębnie powiązana z tą czystością Matki Bożej – ponieważ Jej ciało nie zostało nigdy dotknięte przez grzech. Było ono czyste i niepokalane, czymś niestosownym byłoby więc, gdyby podlegało ono zepsuciu śmierci. Bóg wziął Ją do nieba, ponieważ jest Ona Niepokalana. Widzimy więc już jeden z powodów, dla których jest Ona tym, kim jest, czy też raczej Jej przyczynę ostateczną: uwielbienie kobiety, która jest Matką Zbawiciela.
Kiedy więc mówimy o przyczynie ostatecznej, mówimy o celu, dla którego coś zostało uczynione. Niekiedy możemy mówić o intencji, oznacza to jednak zasadniczo cel który jest osiągnięty. W istocie, gdy coś osiąga swój cel, jest kompletne, jest spełnione, jest doskonałe. Gdy zastanowimy się nad tym dobrze, cel jest pierwszą rzeczą, jakiej pragniemy. Na przykład chcemy zjeść ciastko – idziemy więc do sklepu, kupujemy składniki, pieczemy i w efekcie mamy ciastko, które możemy zjeść. Wszystkie te czynności wykonujemy dlatego, że prowadzą nas one do celu, czyli ciastka. Chcemy iść do sklepu, ponieważ chcemy ciastka – w innym przypadku nie udawalibyśmy się tam. Zauważmy jednak, że ciastko jest ostatnią rzeczą, jaką mamy. By je zdobyć musimy wykonać wiele czynności. Ciastko mogłoby być pierwszą rzeczą, jaką chcemy uczynić, by jednak osiągnąć ten cel, musimy wykonać po drodze wiele czynności. Wszystkie te inne rzeczy to to, co nazywamy środkami, środkami do celu, którego pragniemy.
To bardzo ważne w dziedzinie edukacji. Wszyscy pragniemy być doskonałymi. Wszyscy pragniemy być dorośli, wolni, potężni i bogaci i jakie tam jeszcze ambicje moglibyśmy mieć. Musimy jednak wiedzieć, że wszystkie te rzeczy muszą być ukierunkowane na nasz cel ostateczny, czyli na szczęście – doskonałe szczęście, które można osiągnąć jedynie w posiadaniu jedynego prawdziwego dobra, którym jest Bóg. Stąd wszystko czego się uczymy, wszystko co robimy, musi być w pewien sposób ukierunkowane na tę szczęśliwość. Jest to w istocie cały powód, dla którego żyjemy na ziemi, by być szczęśliwymi – a owo szczęście może pochodzić jedynie od tego, co nieskończenie doskonałe, czyli od Boga.
Dlatego Matka Boża, wzięta do nieba, jest wzorem tego celu ostatecznego edukacji: jest uwielbiona i szczęśliwa na cała wieczność w niebie. Osiągnęła swój cel, swe przeznaczenie, przeznaczenie które będzie również naszym, jeśli będziemy wierni danej nam łasce. Musimy zawsze pamiętać o tym podczas nauki, podczas zabawy, niezależnie od tego, co akurat czynimy. Najświętsza Maryja Panna będzie zawsze w Niebie, by nam o tym przypominać.
Funkcja Matki Bożej jako educatrix w tym aspekcie, przypomina o Jej udziale w dźwiganiu Krzyża wraz ze Zbawicielem. Widzieliśmy, że jest Ona jak każda inna matka, tak więc w stosunku do nas, jako do dzieci Bożych, pełni funkcję matki w porządku duchowym. Często musi nas poprawiać, napominać byśmy byli ostrożni, byśmy trzymali z dala od rzeczy niebezpiecznych, jak to czynią wasze matki w porządku doczesnym. Jednak w tym aspekcie, w aspekcie swego Wniebowzięcia, czyni coś co jest dla nas rodzajem zachęty, ukazuje nam chwałę, która stanie się naszym udziałem, o ile tylko pozostaniemy wierni. Niejako pociąga nas do doskonałości przez swój przykład i nagrodę którą osiągnęła.
I nie tylko to, ukazuje nam Ona też pełnię miłości. Bóg tak umiłował Najświętszą Dziewicę, że w pewnym sensie nie mógł czekać na koniec czasów, by wziąć Jej ciało i duszę do nieba. Reszta rodzaju ludzkiego również dostąpi uwielbienia dusz i ciał, ale dopiero po Sądzie Ostatecznym i Zmartwychwstaniu Umarłych. Jednak Bóg umiłował tę Niewiastę tak bardzo, że w pewnym sensie dzieła zbawienia Niebo nie dokonuje bez Jej udziału.
Sama obecność osoby ukochanej wystarcza, by nas uszczęśliwić. Mówi się, że największą oznaką przyjaźni jest, gdy można po prostu być razem z przyjacielem i nic nie mówić – sama obecność jest pokarmem dla i zachętą do dobrego. I odwrotnie, posiadanie czegokolwiek innego, pieniędzy, majątku czy władzy, jest niczym bez obecności ukochanej osoby. Podobnie można powiedzieć, że w niebie brakowałoby czegoś, gdyby nie było tam Matki Bożej z ciałem i duszą, witającej dusze przekraczające bramy raju, które pozostawały zamknięte przez tak długi czas, zanim nie dokonało się dzieło naszego Odkupienia.
W Ewangeliach widzimy obecność Matki Bożej w każdej niemal chwili życia Zbawiciela. Widzimy Ją w Kanie Galilejskiej i u stóp Krzyża. Była tam jako ta, która najbardziej ukochała Chrystusa Pana i którą On sam najbardziej umiłował. Sama Jej obecność wystarczyła do skłonienia Go do dokonania pierwszego cudu, a Jej obecność przy Krzyżu pozwoliła Mu powiedzieć: Consummatum Est – dokonało się. Być może tę obecność Matki Bożej pozwoli wam lepiej zrozumieć krótka opowieść o pewnych znanych mi duszach. Każdy kapłan czy zakonnik styka się nieustannie z wielką liczbą ludzi. Rodzina, niezależnie od tego, jak ważna, będzie zawsze ograniczała się do krewnych czy najbliższych przyjaciół. Jako kapłan lub zakonnik stykacie się z mnóstwem ludzi, których w innym przypadku nigdy byście nie spotkali. Może to brzmieć ironicznie, lecz jeśli kiedykolwiek chcę dowiedzieć się, co dzieje się w jakiejś części świata, nie pytam polityka, ponieważ bardzo często mają oni zawężone spojrzenie - widzą jedynie to, co ich interesuje. Nie pytam dziennikarzy, ponieważ oni z kolei usiłują zawsze sprzedać to, co wiedzą. Kogo więc pytam? Może się to wydawać dziwne, ale najlepszą osobą jest w takim przypadku siostra z zakonu karmelitanek. To śmieszne, by ktoś, kto całkowicie porzucił świat, wyrzekł się wszelkich doczesnych ambicji i żyje w ścisłej klauzurze, wiedział o tym co się dzieje na świecie więcej, niż polityk – jednak wielokrotnie tego doświadczyłem. Bez gazet, bez radia czy telewizji, zdają się one wiedzieć więcej o problemach w Zimbabwe i innych odległych miejscach niż ktokolwiek inny. Skąd? Cóż, wszędzie gdzie ludzie mają problemy, potrzebują łaski – i dlatego potrzebują modlitw. W języku angielskim jest powiedzenie, że jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć masz dwa wyjścia, albo oglądać telewizję albo porozmawiać z kobietą, a ten drugi środek jest zazwyczaj bardziej skuteczny. A najodpowiedniejszą kobietą, z którą moglibyście porozmawiać, jest taka, która będzie się również za was modlić.
Spośród wielu ludzi, których miałem zaszczyt poznać, poznałem również pewne bardzo wiekowe małżeństwo, którego życie ilustruje bardzo dobrze, czym była obecność Matki Bożej dla Jej Syna. Choć w znacznie mniejszym stopniu, być może lepiej do nas przemówi poprzez wzięty z życia i budujący przykład heroizmu.
Ludzie ci byli małżeństwem od ponad pięćdziesięciu lat i mieszkali w Genewie. Nie znałem ich wówczas dobrze poza tym, że mąż uczył mnie nieco szwajcarskiego systemu księgowego, gdy byłem kwestorem dla przeoratu jednego z małych zgromadzeń Tradycji. Niestety należał on do kategorii osób, które naprawdę poznaje się dopiero po ich śmierci. Cieszył się wielkim szacunkiem w Tradycji. Należał do wiernych, którzy założyli pierwszą kaplicę w Genewie na początku lat siedemdziesiątych, gdy postać arcybiskupa Lefebvre nie była jeszcze znana większości ludzi. Znany był z tego, że żył w wielkim ubóstwie podczas niemieckiej okupacji Belgii, i to do tego stopnia, że w pewnym momencie jego rodzina została resztowana za wykopywanie ziemniaków, które używane były jako sadzonki – wykopywali je, by mieć cokolwiek do jedzenia. Wielu z jego sąsiadów zmarło z głodu podczas surowej zimy na przełomie lat 1941/1942. A jednak osiągnął on niewiarygodny sukces i biegłość w bankowości. Wszystkie te talenty okazały się bardzo użyteczne na początku istnienia Bractwa Świętego Piusa X w latach siedemdziesiątych. Był jedną z zaufanych osób arcybiskupa Lefebvre i jego osobistym kierowcą we wschodniej Francji. Był bardzo prostym człowiekiem, jednak inteligentnym na bardzo ludzki sposób – nie jako filozof, ale raczej ktoś, kto ma własną filozofię życiową. Bóg pobłogosławił ich małżeństwo trójką dzieci i możecie sobie wyobrazić jaka atmosfera pobożności panowała w ich domu – dwoje z nich zostało bowiem siostrami karmelitankami Tradycji.
Gdy go poznałem był już dość stary, a jednak pełny energii, bardzo lubił podróżować by przyglądać się różnym dziełom Tradycji. Jednak starość dała w końcu o sobie znać i przeszedł rozległy zawał serca. Został przewieziony do szpitala w Genewie, w którym ja sam spędziłem ponad miesiąc czasu. Jest w tym szpitalu miejsce zwane „Aux soins intensifs” (intensywna terapia), przeznaczone dla tych pacjentów, którzy znajdują się w poważnym niebezpieczeństwie śmierci i potrzebują wszelkich środków, jakie może dać współczesna medycyna, by utrzymać ich przy życiu. Jest jednak w tym szpitalu również inne miejsce, w dolnej jego części, miejsce którego nigdy nie zobaczycie, jeśli nie jesteście lekarzem, członkiem najbliższej rodziny lub kapłanem. Jest ono przeznaczone dla tych, którzy pomimo wszystkich starań lekarzy rokują małą nadzieję na powrót do zdrowia i prawdopodobnie pozostało im jedynie kilka godzin życia. Byłem tam już wcześniej i usłyszawszy wiadomość że tam go umieszczono, byłem pewien, że umrze w przeciągu kilku godzin – miejsce to znane było z tego, że nikt nigdy nie opuścił go żywy.
Kiedy przybyłem na miejsce, jego żona była przy nim. Był podłączony do wszelkiego rodzaju aparatury, jednak pomimo całego zamieszania wokół niego wydawał się być spokojny. Nie mógł mówić, ale jego oczy wciąż pozostawały bardzo żywe, próbował się nawet poruszyć by mnie powitać. Udzieliłem mu Ostatniego Namaszczenia i powiedziałem, że następnego dnia po Mszy przyniosę Komunię świętą. Obecna przy tym pielęgniarka spojrzała jednak na mnie znacząco, dając do zrozumienia, że prawdopodobnie nie dożyje on następnego dnia.
Gdy jednak przyszedłem rano, wciąż żył. Sami lekarze byli zdziwieni, gdyż nie potrafili tego wytłumaczyć – całe jego ciało było wypełnione krwią, doszło do zakażenia i trudno było sobie wyobrazić ból, jaki musiał odczuwać. A jednak nadal żył. Jego żona była wciąż obok niego – nie spała całą noc, wyglądała na bardzo wyczerpaną i zmęczoną. Niestety nie mógł przyjąć Komunii świętej ze względu na rurki podpięte do aparatury. Nie mógł się poruszyć, jednak jego oczy ukazywały, że wciąż pozostaje przytomny, choć bardzo cierpi. Jego żona przyjęła więc Komunię za niego, chciała jednak się wyspowiadać.
Po spowiedzi, nadal klęcząc, zaczęła użalać się na los męża. Była zmartwiona, nie potrafiłaby go opuścić, czuła jednak, że nie wytrzyma tam jeszcze jednej nocy. Ich córki zostały poinformowane, nie mogły jednak przybyć, gdyż rozpoczynał się Wielki Tydzień i nie mogły w tym czasie opuścić klasztoru. Zamartwiała się wszystkimi materialnymi problemami, zwykłymi w takich okolicznościach – sprawą ubezpieczenia, kosztów operacji i całą resztą. A gdy mówiła, widziałem że oczy jej męża są cały czas w niej utkwione. I zrozumiałem. Jedynym powodem, dla którego wciąż pozostawał przy życiu, pomimo straszliwych cierpień fizycznych, był fakt, że ona wciąż była przy nim. To sama jej obecność utrzymywała go przy życiu. Jego pragnienie bycia z nią było tak wielkie, że nie mógł pogodzić się z pozostawieniem jej samej.
Moja ostatnia rada dla niej była bardzo prosta. Musiała w rzeczywistości uczynić tylko jedno, ofiarować swego męża Bogu. Musiał usłyszeć jej pozwolenie, jej zgodę na to, by odszedł po swą wieczną nagrodę. Potrzebował tylko, by ofiarowała go Bogu. Poleciłem jej więc odmówić w jego intencji modlitwę Stabat Mater. Zrozumiała, co musi uczynić. Zostawiłem ich, by pożegnali się ze sobą. Jak mi powiedziano, zmarł pół godziny po moim odejściu.
Być może historia ta pozwoli wam nieco lepiej zrozumieć uczucia przepełniające Zbawiciela podczas Jego Drogi Krzyżowej. Wiemy z Ewangelii, że już wcześnie cierpiał ponad ludzką wytrzymałość. Biczowanie normalnie zabiłoby człowieka – nie mówiąc już o cierpieniach zadanych przez koronę z cierni. Widzimy to na stacjach Drogi Krzyżowej, po pierwszym upadku żołnierze zmuszają Szymona z Cyreny by pomógł Mu nieść Krzyż. Obawiają się, że mógłby umrzeć przed ukrzyżowaniem. Mówiąc po ludzku, już wówczas wycierpiał męki ponad ludzką wytrzymałość.
I to właśnie po pierwszym upadku pojawia się Matka Boża, aby przynieść Mu ulgę, ale też co ważniejsze, by dodać Mu siły i można nawet powiedzieć, motywacji do dalszej drogi. Miłość jest silniejsza niż śmierć. Można by powiedzieć, że miłość Zbawiciela do Jego Matki utrzymuje Go przy życiu przez cała drogę aż do ukrzyżowania, gdyż również Ona musi uczestniczyć w Jego ofierze, ofiarując Go Ojcu Niebieskiemu. Utrzymuje Go na tym świecie aż do chwili, gdy powierzy Ją nam z Krzyża, w osobie świętego Jana.
Tak więc, drodzy przyjaciele, możemy być pewni, że w ciężkich dla nas chwilach Matka Boża jest również przy nas. Dzieło edukacji jest trudne, jest prawdziwą drogą krzyżową, znoszeniem ludzkich słabości i niedoskonałości. Mówiąc po ludzku, biorąc pod uwagę słabość ludzkiej natury i skutki grzechu pierworodnego, moglibyśmy powiedzieć, że edukacja jest czymś niewykonalnym. Jest jednak przy nas Najświętsza Maryja Panna, która przez swa miłość i przykład daje nam siłę dzięki której możemy kontynuować to dzieło, aż osiągniemy wieczną chwałę, o ile tylko wytrwamy na naszej drodze.
Drodzy przyjaciele, gdybyście mieli wynieść z tych rozważań jeden tylko owoc, niech to będzie pamięć o obecności Matki Bożej, świadomość Jej chwały i tego, że również my możemy chwałę tę osiągnąć, jeżeli naśladować będziemy Jej przykład. Jeśli będziemy prowadzili życie wedle łaski Boga, jak to czyniła Ona, również my będziemy wzięci do nieba, by cieszyć się szczęściem wiecznym na wieki wieków. Amen.
Powracając ponownie na poziom filozofii, możemy powiedzieć, że w pewien sposób odpowiada to temu, co nazywamy przyczyną ostateczną. Przyczyna ostateczna jest najważniejsza spośród wszystkich przyczyn, ponieważ odpowiada na pytanie: dlaczego? Wracając do naszego przykładu Piety, na pytanie: co to jest? moglibyśmy odpowiedzieć że to marmur, że to wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża i że wykonana została ona przez Michała Anioła. Dlaczego jednak Michał Anioł wykonał tę rzeźbę? Z jakiego powodu? Nie uczyniłby tego bez powodu. Powody, dla których to uczynił, mogą być różne – na przykład wiadomo, że zlecono mu wykonanie grobowca francuskiego kardynała. Jest ona jednak jednym z jego najstaranniej wykończonych i szczegółowych dzieł – poświęcił mu ogromną ilość czasu w porównaniu z innymi swymi pracami, z którymi jego geniusz uporał się dość szybko. W istocie została ona wykonana tak drobiazgowo, że ludzie sądzili, że była dziełem kogo innego – rzeźbiarz usłyszał kiedyś przypadkiem jak Vasari patrząc na niemal gotowy już posąg powiedział, że musi być on dziełem kogo innego. Uwaga ta dotknęła oczywiście Michała Anioła, gdyż wyrzeźbił później na szarfie Matki Bożej: MICHAELA[N]GELUS BONAROTUS FLORENTIN[US] FACIEBA[T], czyli: wykonał to Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk. Jest to jedyne dzieło, jakie kiedykolwiek sygnował, później wielokrotnie powtarzał, że żałuje swego wybuchu pychy, który oszpecił jego najdoskonalsze dzieło. Przysięgał, że już nigdy nie podpisze żadnego dzieła swych rąk – i dotrzymał tej przysięgi aż do śmierci.
Niemniej jednak ów wybuch zranionej dumy pokazuje nam, że Michał Anioł kochał bardzo swe dzieło – był do niego silnie przywiązany, co z kolei pokazuje nam, że pragnął czegoś więcej niż tylko pieniędzy za realizację zamówienia. Jego żal z powodu podpisania rzeźby pokazuje, że nie pragnął światowej sławy. Można być pewnym, że bardzo kochał matkę Bożą. Najprostszym sposobem na dowiedzenie się, czego ktoś chce, jest obserwacja, czemu poświęca najwięcej czasu. Jego zaś głównym celem była cześć i chwała najświętszej Maryi Panny. Spośród wszystkich piet, które kiedykolwiek zostały wyrzeźbione, jego jest pierwszą, która przedstawia Matkę Bożą jako młodą jeszcze kobietę. Inni zawsze przedstawiali Ją jako mającą około pięćdziesięciu lat, gdyż w takim mniej więcej wieku była Matka Boża w chwili śmierci Zbawiciela. Jednak Michał Anioł powiedział w rozmowie ze swym kolegą Ascanio Condivi, który krytykował go za to wyobrażenie, że Najświętsza Maryja Panna nigdy się nie postarzała, ponieważ nigdy nie utraciła swej czystości, a Jej czystość jest niezniszczalna. Powiedział dokładnie: Czy nie wiesz, że czyste niewiasty zachowują świeżość swej młodości znacznie dłużej niż pozostałe? O ile bardziej jest tak w przypadku Dziewicy, która nigdy nie doświadczyła najsłabszego nawet pragnienia, którego mogłoby zmienić Jej ciało?”.
Tajemnica Wniebowzięcia jest dogłębnie powiązana z tą czystością Matki Bożej – ponieważ Jej ciało nie zostało nigdy dotknięte przez grzech. Było ono czyste i niepokalane, czymś niestosownym byłoby więc, gdyby podlegało ono zepsuciu śmierci. Bóg wziął Ją do nieba, ponieważ jest Ona Niepokalana. Widzimy więc już jeden z powodów, dla których jest Ona tym, kim jest, czy też raczej Jej przyczynę ostateczną: uwielbienie kobiety, która jest Matką Zbawiciela.
Kiedy więc mówimy o przyczynie ostatecznej, mówimy o celu, dla którego coś zostało uczynione. Niekiedy możemy mówić o intencji, oznacza to jednak zasadniczo cel który jest osiągnięty. W istocie, gdy coś osiąga swój cel, jest kompletne, jest spełnione, jest doskonałe. Gdy zastanowimy się nad tym dobrze, cel jest pierwszą rzeczą, jakiej pragniemy. Na przykład chcemy zjeść ciastko – idziemy więc do sklepu, kupujemy składniki, pieczemy i w efekcie mamy ciastko, które możemy zjeść. Wszystkie te czynności wykonujemy dlatego, że prowadzą nas one do celu, czyli ciastka. Chcemy iść do sklepu, ponieważ chcemy ciastka – w innym przypadku nie udawalibyśmy się tam. Zauważmy jednak, że ciastko jest ostatnią rzeczą, jaką mamy. By je zdobyć musimy wykonać wiele czynności. Ciastko mogłoby być pierwszą rzeczą, jaką chcemy uczynić, by jednak osiągnąć ten cel, musimy wykonać po drodze wiele czynności. Wszystkie te inne rzeczy to to, co nazywamy środkami, środkami do celu, którego pragniemy.
To bardzo ważne w dziedzinie edukacji. Wszyscy pragniemy być doskonałymi. Wszyscy pragniemy być dorośli, wolni, potężni i bogaci i jakie tam jeszcze ambicje moglibyśmy mieć. Musimy jednak wiedzieć, że wszystkie te rzeczy muszą być ukierunkowane na nasz cel ostateczny, czyli na szczęście – doskonałe szczęście, które można osiągnąć jedynie w posiadaniu jedynego prawdziwego dobra, którym jest Bóg. Stąd wszystko czego się uczymy, wszystko co robimy, musi być w pewien sposób ukierunkowane na tę szczęśliwość. Jest to w istocie cały powód, dla którego żyjemy na ziemi, by być szczęśliwymi – a owo szczęście może pochodzić jedynie od tego, co nieskończenie doskonałe, czyli od Boga.
Dlatego Matka Boża, wzięta do nieba, jest wzorem tego celu ostatecznego edukacji: jest uwielbiona i szczęśliwa na cała wieczność w niebie. Osiągnęła swój cel, swe przeznaczenie, przeznaczenie które będzie również naszym, jeśli będziemy wierni danej nam łasce. Musimy zawsze pamiętać o tym podczas nauki, podczas zabawy, niezależnie od tego, co akurat czynimy. Najświętsza Maryja Panna będzie zawsze w Niebie, by nam o tym przypominać.
Funkcja Matki Bożej jako educatrix w tym aspekcie, przypomina o Jej udziale w dźwiganiu Krzyża wraz ze Zbawicielem. Widzieliśmy, że jest Ona jak każda inna matka, tak więc w stosunku do nas, jako do dzieci Bożych, pełni funkcję matki w porządku duchowym. Często musi nas poprawiać, napominać byśmy byli ostrożni, byśmy trzymali z dala od rzeczy niebezpiecznych, jak to czynią wasze matki w porządku doczesnym. Jednak w tym aspekcie, w aspekcie swego Wniebowzięcia, czyni coś co jest dla nas rodzajem zachęty, ukazuje nam chwałę, która stanie się naszym udziałem, o ile tylko pozostaniemy wierni. Niejako pociąga nas do doskonałości przez swój przykład i nagrodę którą osiągnęła.
I nie tylko to, ukazuje nam Ona też pełnię miłości. Bóg tak umiłował Najświętszą Dziewicę, że w pewnym sensie nie mógł czekać na koniec czasów, by wziąć Jej ciało i duszę do nieba. Reszta rodzaju ludzkiego również dostąpi uwielbienia dusz i ciał, ale dopiero po Sądzie Ostatecznym i Zmartwychwstaniu Umarłych. Jednak Bóg umiłował tę Niewiastę tak bardzo, że w pewnym sensie dzieła zbawienia Niebo nie dokonuje bez Jej udziału.
Sama obecność osoby ukochanej wystarcza, by nas uszczęśliwić. Mówi się, że największą oznaką przyjaźni jest, gdy można po prostu być razem z przyjacielem i nic nie mówić – sama obecność jest pokarmem dla i zachętą do dobrego. I odwrotnie, posiadanie czegokolwiek innego, pieniędzy, majątku czy władzy, jest niczym bez obecności ukochanej osoby. Podobnie można powiedzieć, że w niebie brakowałoby czegoś, gdyby nie było tam Matki Bożej z ciałem i duszą, witającej dusze przekraczające bramy raju, które pozostawały zamknięte przez tak długi czas, zanim nie dokonało się dzieło naszego Odkupienia.
W Ewangeliach widzimy obecność Matki Bożej w każdej niemal chwili życia Zbawiciela. Widzimy Ją w Kanie Galilejskiej i u stóp Krzyża. Była tam jako ta, która najbardziej ukochała Chrystusa Pana i którą On sam najbardziej umiłował. Sama Jej obecność wystarczyła do skłonienia Go do dokonania pierwszego cudu, a Jej obecność przy Krzyżu pozwoliła Mu powiedzieć: Consummatum Est – dokonało się. Być może tę obecność Matki Bożej pozwoli wam lepiej zrozumieć krótka opowieść o pewnych znanych mi duszach. Każdy kapłan czy zakonnik styka się nieustannie z wielką liczbą ludzi. Rodzina, niezależnie od tego, jak ważna, będzie zawsze ograniczała się do krewnych czy najbliższych przyjaciół. Jako kapłan lub zakonnik stykacie się z mnóstwem ludzi, których w innym przypadku nigdy byście nie spotkali. Może to brzmieć ironicznie, lecz jeśli kiedykolwiek chcę dowiedzieć się, co dzieje się w jakiejś części świata, nie pytam polityka, ponieważ bardzo często mają oni zawężone spojrzenie - widzą jedynie to, co ich interesuje. Nie pytam dziennikarzy, ponieważ oni z kolei usiłują zawsze sprzedać to, co wiedzą. Kogo więc pytam? Może się to wydawać dziwne, ale najlepszą osobą jest w takim przypadku siostra z zakonu karmelitanek. To śmieszne, by ktoś, kto całkowicie porzucił świat, wyrzekł się wszelkich doczesnych ambicji i żyje w ścisłej klauzurze, wiedział o tym co się dzieje na świecie więcej, niż polityk – jednak wielokrotnie tego doświadczyłem. Bez gazet, bez radia czy telewizji, zdają się one wiedzieć więcej o problemach w Zimbabwe i innych odległych miejscach niż ktokolwiek inny. Skąd? Cóż, wszędzie gdzie ludzie mają problemy, potrzebują łaski – i dlatego potrzebują modlitw. W języku angielskim jest powiedzenie, że jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć masz dwa wyjścia, albo oglądać telewizję albo porozmawiać z kobietą, a ten drugi środek jest zazwyczaj bardziej skuteczny. A najodpowiedniejszą kobietą, z którą moglibyście porozmawiać, jest taka, która będzie się również za was modlić.
Spośród wielu ludzi, których miałem zaszczyt poznać, poznałem również pewne bardzo wiekowe małżeństwo, którego życie ilustruje bardzo dobrze, czym była obecność Matki Bożej dla Jej Syna. Choć w znacznie mniejszym stopniu, być może lepiej do nas przemówi poprzez wzięty z życia i budujący przykład heroizmu.
Ludzie ci byli małżeństwem od ponad pięćdziesięciu lat i mieszkali w Genewie. Nie znałem ich wówczas dobrze poza tym, że mąż uczył mnie nieco szwajcarskiego systemu księgowego, gdy byłem kwestorem dla przeoratu jednego z małych zgromadzeń Tradycji. Niestety należał on do kategorii osób, które naprawdę poznaje się dopiero po ich śmierci. Cieszył się wielkim szacunkiem w Tradycji. Należał do wiernych, którzy założyli pierwszą kaplicę w Genewie na początku lat siedemdziesiątych, gdy postać arcybiskupa Lefebvre nie była jeszcze znana większości ludzi. Znany był z tego, że żył w wielkim ubóstwie podczas niemieckiej okupacji Belgii, i to do tego stopnia, że w pewnym momencie jego rodzina została resztowana za wykopywanie ziemniaków, które używane były jako sadzonki – wykopywali je, by mieć cokolwiek do jedzenia. Wielu z jego sąsiadów zmarło z głodu podczas surowej zimy na przełomie lat 1941/1942. A jednak osiągnął on niewiarygodny sukces i biegłość w bankowości. Wszystkie te talenty okazały się bardzo użyteczne na początku istnienia Bractwa Świętego Piusa X w latach siedemdziesiątych. Był jedną z zaufanych osób arcybiskupa Lefebvre i jego osobistym kierowcą we wschodniej Francji. Był bardzo prostym człowiekiem, jednak inteligentnym na bardzo ludzki sposób – nie jako filozof, ale raczej ktoś, kto ma własną filozofię życiową. Bóg pobłogosławił ich małżeństwo trójką dzieci i możecie sobie wyobrazić jaka atmosfera pobożności panowała w ich domu – dwoje z nich zostało bowiem siostrami karmelitankami Tradycji.
Gdy go poznałem był już dość stary, a jednak pełny energii, bardzo lubił podróżować by przyglądać się różnym dziełom Tradycji. Jednak starość dała w końcu o sobie znać i przeszedł rozległy zawał serca. Został przewieziony do szpitala w Genewie, w którym ja sam spędziłem ponad miesiąc czasu. Jest w tym szpitalu miejsce zwane „Aux soins intensifs” (intensywna terapia), przeznaczone dla tych pacjentów, którzy znajdują się w poważnym niebezpieczeństwie śmierci i potrzebują wszelkich środków, jakie może dać współczesna medycyna, by utrzymać ich przy życiu. Jest jednak w tym szpitalu również inne miejsce, w dolnej jego części, miejsce którego nigdy nie zobaczycie, jeśli nie jesteście lekarzem, członkiem najbliższej rodziny lub kapłanem. Jest ono przeznaczone dla tych, którzy pomimo wszystkich starań lekarzy rokują małą nadzieję na powrót do zdrowia i prawdopodobnie pozostało im jedynie kilka godzin życia. Byłem tam już wcześniej i usłyszawszy wiadomość że tam go umieszczono, byłem pewien, że umrze w przeciągu kilku godzin – miejsce to znane było z tego, że nikt nigdy nie opuścił go żywy.
Kiedy przybyłem na miejsce, jego żona była przy nim. Był podłączony do wszelkiego rodzaju aparatury, jednak pomimo całego zamieszania wokół niego wydawał się być spokojny. Nie mógł mówić, ale jego oczy wciąż pozostawały bardzo żywe, próbował się nawet poruszyć by mnie powitać. Udzieliłem mu Ostatniego Namaszczenia i powiedziałem, że następnego dnia po Mszy przyniosę Komunię świętą. Obecna przy tym pielęgniarka spojrzała jednak na mnie znacząco, dając do zrozumienia, że prawdopodobnie nie dożyje on następnego dnia.
Gdy jednak przyszedłem rano, wciąż żył. Sami lekarze byli zdziwieni, gdyż nie potrafili tego wytłumaczyć – całe jego ciało było wypełnione krwią, doszło do zakażenia i trudno było sobie wyobrazić ból, jaki musiał odczuwać. A jednak nadal żył. Jego żona była wciąż obok niego – nie spała całą noc, wyglądała na bardzo wyczerpaną i zmęczoną. Niestety nie mógł przyjąć Komunii świętej ze względu na rurki podpięte do aparatury. Nie mógł się poruszyć, jednak jego oczy ukazywały, że wciąż pozostaje przytomny, choć bardzo cierpi. Jego żona przyjęła więc Komunię za niego, chciała jednak się wyspowiadać.
Po spowiedzi, nadal klęcząc, zaczęła użalać się na los męża. Była zmartwiona, nie potrafiłaby go opuścić, czuła jednak, że nie wytrzyma tam jeszcze jednej nocy. Ich córki zostały poinformowane, nie mogły jednak przybyć, gdyż rozpoczynał się Wielki Tydzień i nie mogły w tym czasie opuścić klasztoru. Zamartwiała się wszystkimi materialnymi problemami, zwykłymi w takich okolicznościach – sprawą ubezpieczenia, kosztów operacji i całą resztą. A gdy mówiła, widziałem że oczy jej męża są cały czas w niej utkwione. I zrozumiałem. Jedynym powodem, dla którego wciąż pozostawał przy życiu, pomimo straszliwych cierpień fizycznych, był fakt, że ona wciąż była przy nim. To sama jej obecność utrzymywała go przy życiu. Jego pragnienie bycia z nią było tak wielkie, że nie mógł pogodzić się z pozostawieniem jej samej.
Moja ostatnia rada dla niej była bardzo prosta. Musiała w rzeczywistości uczynić tylko jedno, ofiarować swego męża Bogu. Musiał usłyszeć jej pozwolenie, jej zgodę na to, by odszedł po swą wieczną nagrodę. Potrzebował tylko, by ofiarowała go Bogu. Poleciłem jej więc odmówić w jego intencji modlitwę Stabat Mater. Zrozumiała, co musi uczynić. Zostawiłem ich, by pożegnali się ze sobą. Jak mi powiedziano, zmarł pół godziny po moim odejściu.
Być może historia ta pozwoli wam nieco lepiej zrozumieć uczucia przepełniające Zbawiciela podczas Jego Drogi Krzyżowej. Wiemy z Ewangelii, że już wcześnie cierpiał ponad ludzką wytrzymałość. Biczowanie normalnie zabiłoby człowieka – nie mówiąc już o cierpieniach zadanych przez koronę z cierni. Widzimy to na stacjach Drogi Krzyżowej, po pierwszym upadku żołnierze zmuszają Szymona z Cyreny by pomógł Mu nieść Krzyż. Obawiają się, że mógłby umrzeć przed ukrzyżowaniem. Mówiąc po ludzku, już wówczas wycierpiał męki ponad ludzką wytrzymałość.
I to właśnie po pierwszym upadku pojawia się Matka Boża, aby przynieść Mu ulgę, ale też co ważniejsze, by dodać Mu siły i można nawet powiedzieć, motywacji do dalszej drogi. Miłość jest silniejsza niż śmierć. Można by powiedzieć, że miłość Zbawiciela do Jego Matki utrzymuje Go przy życiu przez cała drogę aż do ukrzyżowania, gdyż również Ona musi uczestniczyć w Jego ofierze, ofiarując Go Ojcu Niebieskiemu. Utrzymuje Go na tym świecie aż do chwili, gdy powierzy Ją nam z Krzyża, w osobie świętego Jana.
Tak więc, drodzy przyjaciele, możemy być pewni, że w ciężkich dla nas chwilach Matka Boża jest również przy nas. Dzieło edukacji jest trudne, jest prawdziwą drogą krzyżową, znoszeniem ludzkich słabości i niedoskonałości. Mówiąc po ludzku, biorąc pod uwagę słabość ludzkiej natury i skutki grzechu pierworodnego, moglibyśmy powiedzieć, że edukacja jest czymś niewykonalnym. Jest jednak przy nas Najświętsza Maryja Panna, która przez swa miłość i przykład daje nam siłę dzięki której możemy kontynuować to dzieło, aż osiągniemy wieczną chwałę, o ile tylko wytrwamy na naszej drodze.
Drodzy przyjaciele, gdybyście mieli wynieść z tych rozważań jeden tylko owoc, niech to będzie pamięć o obecności Matki Bożej, świadomość Jej chwały i tego, że również my możemy chwałę tę osiągnąć, jeżeli naśladować będziemy Jej przykład. Jeśli będziemy prowadzili życie wedle łaski Boga, jak to czyniła Ona, również my będziemy wzięci do nieba, by cieszyć się szczęściem wiecznym na wieki wieków. Amen.
Labels:
józefów
Rekolekcji Adwentowe - 2
Drodzy przyjaciele,
Podczas Mszy mówiliśmy o pierwszej tajemnicy Najświętszej Maryi Panny, o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ta tajemnica naszej wiary w pewien sposób odpowiada na pytanie: co uczyniło Najświętszą Dziewicę tym, kim jest? Widzieliśmy, że jest to skutek łaski Bożej, łaski, która pochodzi od Zbawiciela na mocy Jego zasług. Jej powołanie na Matkę Boga było w nierozerwalny sposób związane z udzieloną Jej łaską, tak że zależy Ona od Chrystusa Pana bardziej niż ktokolwiek inny. Łaska jest w Niej czymś nieodłącznym, gdyż Jej godność oraz zbawienie zależą w całości od faktu, że jest Matką Boga. Jest Ona Niepokalanym Poczęciem, gdyż samo Jej poczęcie, sama idea Wcielenia wymaga, by była Ona wolna od zmazy grzechu.
Wprowadzając do naszych rozważań nieco filozofii, określiliśmy Niepokalane Poczęcie jako przyczynę skuteczną Najświętszej Maryi Panny. Jak dowiadujemy się podczas zajęć z nauk przyrodniczych, są cztery i tylko cztery przyczyny, będących fundamentalnym powodem istnienia wszelkich bytów. Wszystkie inne przyczyny można zredukować do tych czterech, podobnie jak całe stworzenie można zredukować do dwóch fundamentalnych zasad: zasady aktu, czyli tego, co powoduje, że dany byt istnieje i zasady materialnej, określającej z czego coś zostało uczynione, określającej możliwości. Jeśli zapytamy: dlaczego? - pytamy o przyczynę. Posługując się naszym ulubionym przykładem Piety w Rzymie, możemy zadać pytanie: dlaczego? A by na nie odpowiedzieć, zadajemy sobie wpierw pytanie: kto to wykonał? Innymi słowy, kim jest przyczyna skuteczna, osoba, która powołała to do istnienia. Marmur i inne materiały nie formują się same w posąg, ktoś lub coś musiał to zrobić. Podobnie przedmioty nie rozgrzewają się same z siebie, coś innego musi najpierw mieć ciepło, by przekazać je dalej – ciepło jest czymś otrzymywanym uprzednio od innego bytu. Tak więc skuteczna przyczyna określa nam kto lub co sprawiło, że dany byt jest tym, czym jest.
Mówimy o Niepokalanym Poczęciu jako o czymś podobnym do przyczyny skutecznej w Najświętszej Maryi Pannie, mając przez to na myśli, że to łaska Boża uczyniła Ją tym, kim jest. Ta łaska, którą otrzymała, dogłębnie i w sposób nierozerwalny zjednoczona z Jej istnieniem, została Jej dana od samego początku, od samego poczęcia. Anioł podczas zwiastowania pozdrowił Ją słowami: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski”. Jej poczęcie jest w pewien sposób owocem łaski, który Bóg przeznaczył dla Niej od samego momentu stworzenia świata. Sam Bóg uczynił Ją tym, kim jest, jednak Bóg uczynił to poprzez swą łaskę, udzieloną ze względu na przewidywane zasługi Chrystusa.
Podczas tej konferencji przyjrzymy się dwóm przyczynom, które są ze sobą zasadniczo powiązane – zazwyczaj by określić jedną określa się równocześnie drugą i na odwrót. Istnieje tak zwana przyczyna materialna, która nie odpowiada na pytanie: kto to uczynił? ale raczej „z czego to zostało uczynione?” W przypadku naszego posągu, odpowiedź brzmi: z marmuru. Posąg wykonany został z marmuru. Jednak zasadniczo wyraża to możliwość, coś, co mogłoby zostać zmienione w coś innego. Jeśli na przykład mamy odpowiedzieć na pytanie w kwestii mojego przyjazdu tutaj, ktoś mógłby powiedzieć również: przyjechałem z Warszawy. W tym przypadku dotyczy to możliwości przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego. Materią jest możliwość zmiany lokalizacji. Oczywiście normalnie odpowiem: Przyjechałem do Józefowa by wygłosić konferencje – jest to jednak czymś innym, czymś co nazywamy przyczyną ostateczną, przyczyną, dla której coś robię. Przyczyna materialna określa jedynie skąd, czy też wskazuje na pewną możliwość.
Jednakże marmurowi mogłaby zostać nadana każda forma. Nie musi być Pietą, mógłby być figurą wyobrażającą coś innego, albo przedstawiającą innego świętego. Widzicie więc, że przyczyna materialna jest ostatnią ze wszystkich przyczyn, w rzeczywistości odpowiada ona na pytanie „dlaczego” jedynie bardzo ogólnikowo. Zazwyczaj myślimy o tym, co w rzeczywistości zostało z tego marmuru wykonane: w przypadku Piety możemy odpowiedzieć: wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża. To właśnie nazywamy przyczyną formalną. Rozumiecie, że przyczyna materialna odnosi się do czegoś, co jest możliwe, podczas gdy przyczyna formalna do tego, co zasadniczo już istnieje, do tego co zostało uczynione. Są one w pewnym sensie nierozłączne: jeśli pracujemy nad posągiem, potrzebujemy marmuru. Używamy marmuru, by stworzyć posąg. Nie sposób sobie wyobrazić posągów wykonanych bez materiału, zawsze są uczynione z czegoś. Podobnie marmur nie jest czymś abstrakcyjnym, zawsze ma jakiś kształt czy nawet formę, nawet gdy nie jest jeszcze obrobiony – jest uformowany przez naturę.
By uczynić to nieco bardziej zrozumiałym: z pewnością czytaliście w naszym katechizmie o tym, co nazywamy materią i formą sakramentu. Na przykład dla sakramentu chrztu materią jest woda, formą natomiast polanie wodą osoby chrzczonej i wypowiedzenie słów: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Materią jest rzecz używana do udzielania sakramentu. Formą jest to, co się wykonuje, co się wyraża. W przypadku chrztu jest to polanie danej osoby wodą w Imię Trójcy Przenajświętszej. W Trydencie Kościół zdefiniował, że zarówno materia jak i forma konieczne są do ważności sakramentu. Jeśli ktoś chrzciłby na przykład herbatą, nie byłoby sakramentu. Podobnie byłoby, gdyby ktoś zmienił słowa, jak to jest w przypadku Mormonów i chrzcił jedynie w Imię Jezusa, sakrament byłby wówczas nieważny. Woda jest materią – sama z siebie nie może ona udzielić łaski. Marmur sam z siebie nie tworzy posągu. Formą są słowa, które same również łaski nie udzielają. Dobry pomysł to nie to samo co jego realizacja. Gdy jednak połączy się je razem, gdy wodą polewana jest głowa danej osoby, a równocześnie wypowiadane są odpowiednie słowa, tworzą razem święty znak, sakrament, który udziela łaski i odpuszcza grzechy.
Podobnie, choć jedynie w analogiczny sposób, możemy mówić o definicjach, jako o połączeniu materii i formy. Mówimy o człowieku jako o „zwierzęciu rozumnym”. Zwierzę jest określeniem bardziej ogólnym, mówi o tym, do czego podobny jest człowiek. Jednak ludzie są kimś więcej, niż tylko zwierzętami, podobnie jak Pieta jest czymś więcej, niż tylko kawałkiem marmuru. Ludzie są istotami rozumnymi i to właśnie ta cecha czyni ich tym, kim są. Jest to jak gdyby formalny aspekt istoty ludzkiej – różnimy się od zwierząt właśnie tym, że jesteśmy istotami rozumnymi.
Powróćmy więc do naszego zasadniczego tematu: Kim jest Najświętsza Maryja Panna? Jest Ona, przede wszystkim, Matką Boga. To właśnie łaska Boża uczyniła ją Matką Zbawiciela. Uformowała ją również łaska Niepokalanego Poczęcia, ale uformowała ją właśnie do tego, by stała się Matką Boga. To właśnie otrzymana łaska uczyniła Ją tym, kim jest. Kościół naucza nas, że to właśnie Boże Macierzyństwo jest zasadą wszystkich Jej godności i przywilejów. Gdy pyta się nas, kim Ona jest, najlepsza i najadekwatniejsza odpowiedź brzmi: jest Matką Boga.
Po pierwsze, jest Matką. Macierzyństwo Najświętszej Maryi Panny jest czymś należącym do istoty Jej powołania, jednak Ona jest kimś więcej, niż każda inna matka – jest Matką Bożą. Pod względem materialnym, wypełnia Ona te same obowiązki, co wszystkie ziemskie matki – dając życie i pielęgnując swe dziecko. Jednak tym Dzieckiem jest Druga Osoba Trójcy Świętej. Tak więc Jej macierzyństwo jest Boskie, ponieważ nosi Ona w swym łonie Osobę Boską, to Osobie Boskiej ma dać życie. Tak więc formalnie mówiąc, nie jest jedynie matką, ale Matką Bożą. Stąd możemy powiedzieć, że tajemnica Bożego Macierzyństwa odpowiada w pewien sposób materialnej i formalnej przyczynie, dzięki której Maryja jest tym, kim jest. To właśnie dokonało się w Niej dzięki łasce.
To właśnie Boże Macierzyństwo Maryi jest wzorem do naśladowania w edukacji. Edukacja polega ze swojej natury na prowadzeniu do doskonałości, a pierwszym nauczycielem i wychowawcą każdej istoty ludzkiej jest właśnie matka. Matka bardziej niż ktokolwiek inny dostrzega zdolności drzemiące w jej dziecku, widzi ukrytą wielkość, i nie tylko widzi, ale i doprowadza do doskonałości. Wielu z nas patrzy na dzieci i widzi jedynie słabości i troski – jednak matka widzi nie tylko to, ale jak nikt inny widzi osobę dorosłą, w którą przeobrazi się ta mała istota ludzka.
Matka, bardziej niż ktokolwiek inny, jest obrazem miłosierdzia Bożego. Dzięki swemu instynktowi będzie czyniła wszystko, by uchronić swe dziecko od krzywdy, w razie potrzeby poświęci nawet własne życie. Jest to jeszcze bardziej prawdziwe na poziomie duchowym. Miłosierdzie jest cechą, która skłania nas do udzielenia pomocy osobie cierpiącej, a największe cierpienia nie są fizyczne, ale duchowe. Spośród wszystkich cierpień duchowych to często właśnie ignorancja jest najbardziej bolesna i niebezpieczna. Właśnie dzieło edukacji stanowi remedium na to duchowe niebezpieczeństwo, dlatego to matka zazwyczaj najbardziej troszczy się o edukację swych dzieci.
Jest to prawdziwe zwłaszcza w przypadku Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest Matką Zbawiciela, a więc przez łaskę Matką nas wszystkich, jako dzieci Bożych. To, co można powiedzieć o stosunku każdej matki do swego dziecka, można odnieść również do Jej stosunku do nas, jednak w stopniu całkowicie nadprzyrodzonym. Podczas gdy nasze ziemskie matki doglądają nas w nadziei, że pewnego dnia gdy dorośniemy, zobaczą w nas pełną doskonałość, tak również Maryja troszczy się o nas, gdy stajemy się dziećmi Bożymi. Widzi w nas nie tylko słabości i upadki, ale przede wszystkim potencjał jaki posiadamy, by stać się świętymi. Jej Niepokalane Serce jest zawsze zwrócone ku Jej dzieciom, by czynić co tylko możliwe, aby je chronić, strzec i karmić duchowo. Pragnie naszej doskonałości bardziej niż my sami.
Wychowawca i nauczyciel musi zawsze mieć Ją przed oczyma, jako wzór. Edukacja jest przede wszystkim uczynkiem miłosierdzia – nie sprawiedliwości. Z pewnością istnieje obowiązek nauczania, mówiąc jednak ściśle, odnosi się on do rodziców. Nauczyciel, dobry nauczyciel, jest darem Boga. Powinniście każdego dnia dziękować Bogu, jeśli macie nauczyciela, który chce wam pomóc w osiągnięciu doskonałości. Tak łatwo jest, zwłaszcza w naszych czasach, nie robić nic. Znacznie łatwiej jest pozostawić ludzi w ich ignorancji i przejść obok, jak ów lewita, który minął człowieka napadniętego przez zbójców w przypowieści o dobrym Samarytaninie. Nauczyciel, który przejmuje się swoją misją, który poświęca swój czas, energię i modlitwy dla swych uczniów decyduje często o tym, że dziecko staje się użytecznym członkiem społeczeństwa, a nie ciężarem. Nie bez powodu mówi się: Ten, kto panuje nad klasą, będzie panował nad przyszłością. Przyszłość zależy od gorliwości, z jaką nauczyciel wykonuje swoje zadanie. To właśnie nauczyciele są przyczyną formalną dobrobytu swego kraju.
W przypadku zaś uczniów przyswajanie wiedzy zależy całkowicie od ich dyspozycji. Uczeń jest zawsze daleki od doskonałości, właśnie dlatego znajduje się w klasie lekcyjnej – jest jedynie potencjalnie doskonały. Fakt, że małe dziecko pożąda wiedzy, że pragnie się uczyć, jest czymś zachwycającym. Dziecko zawsze będzie zadawało pytania, dlaczego dana rzecz jest taka, a nie inna. Niestety ten etap życia jest często bardzo krótki i wkrótce rany zadane przez grzech pierworodny opanowują umysł i wolę dziecka – zwłaszcza jeśli rodzice zaniedbają jego wychowanie. Zamiast pytać: „dlaczego?” czy przypatrywania się ze zdrową ciekawością, dziecko staje się samolubne i egoistyczne. To przede wszystkim te właśnie błędy tak bardzo utrudniają dzieło edukacji, gdyż nie sposób uczyć kogoś, kto uważa, że sam wie już wszystko, że jest samowystarczalny. Dlatego właśnie powinniśmy mieć ową duchową dyspozycję małego dziecka, dyspozycję którą cechuje zaufanie i posłuszeństwo. Sam Pan Jezus mówi, że jedynie ci, którzy nawrócą się i staną jak małe dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego (Łk 18,17). Tak więc musimy praktykować duchowe dziecięctwo, czyli pokładać całkowitą ufność w naszym Niebieskim Ojcu, ale również być posłusznymi naszej Niebieskiej Matce.
Dlatego, drodzy przyjaciele, zarówno wychowawcy jak i uczniowie, uciekajmy się zwłaszcza do naszej Niebieskiej Matki. Prośmy Ją o opiekę, o pomoc, prośmy by zechciała prowadzić nas do doskonałości. Dostrzegajmy w Niej wzór nauczyciela, który powinniśmy naśladować. Rozmyślajmy również często o fakcie, że dzięki łasce Bożej jesteśmy dziećmi Boga i powinniśmy okazywać mu należne posłuszeństwo, byśmy mogli cieszyć się wstawiennictwem Matki Bożej i osiągnąć duchową doskonałość, której tak bardzo Ona dla nas pragnie. Módlmy się więc o te dwie cnoty, będące w pewnym sensie materią i formą naszego pragnienia doskonałości: o dyspozycję do tego, by przyjmować nauki, oraz o naśladowanie Najświętszej Maryi Panny w Jej duchowym macierzyństwie.
Podczas Mszy mówiliśmy o pierwszej tajemnicy Najświętszej Maryi Panny, o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ta tajemnica naszej wiary w pewien sposób odpowiada na pytanie: co uczyniło Najświętszą Dziewicę tym, kim jest? Widzieliśmy, że jest to skutek łaski Bożej, łaski, która pochodzi od Zbawiciela na mocy Jego zasług. Jej powołanie na Matkę Boga było w nierozerwalny sposób związane z udzieloną Jej łaską, tak że zależy Ona od Chrystusa Pana bardziej niż ktokolwiek inny. Łaska jest w Niej czymś nieodłącznym, gdyż Jej godność oraz zbawienie zależą w całości od faktu, że jest Matką Boga. Jest Ona Niepokalanym Poczęciem, gdyż samo Jej poczęcie, sama idea Wcielenia wymaga, by była Ona wolna od zmazy grzechu.
Wprowadzając do naszych rozważań nieco filozofii, określiliśmy Niepokalane Poczęcie jako przyczynę skuteczną Najświętszej Maryi Panny. Jak dowiadujemy się podczas zajęć z nauk przyrodniczych, są cztery i tylko cztery przyczyny, będących fundamentalnym powodem istnienia wszelkich bytów. Wszystkie inne przyczyny można zredukować do tych czterech, podobnie jak całe stworzenie można zredukować do dwóch fundamentalnych zasad: zasady aktu, czyli tego, co powoduje, że dany byt istnieje i zasady materialnej, określającej z czego coś zostało uczynione, określającej możliwości. Jeśli zapytamy: dlaczego? - pytamy o przyczynę. Posługując się naszym ulubionym przykładem Piety w Rzymie, możemy zadać pytanie: dlaczego? A by na nie odpowiedzieć, zadajemy sobie wpierw pytanie: kto to wykonał? Innymi słowy, kim jest przyczyna skuteczna, osoba, która powołała to do istnienia. Marmur i inne materiały nie formują się same w posąg, ktoś lub coś musiał to zrobić. Podobnie przedmioty nie rozgrzewają się same z siebie, coś innego musi najpierw mieć ciepło, by przekazać je dalej – ciepło jest czymś otrzymywanym uprzednio od innego bytu. Tak więc skuteczna przyczyna określa nam kto lub co sprawiło, że dany byt jest tym, czym jest.
Mówimy o Niepokalanym Poczęciu jako o czymś podobnym do przyczyny skutecznej w Najświętszej Maryi Pannie, mając przez to na myśli, że to łaska Boża uczyniła Ją tym, kim jest. Ta łaska, którą otrzymała, dogłębnie i w sposób nierozerwalny zjednoczona z Jej istnieniem, została Jej dana od samego początku, od samego poczęcia. Anioł podczas zwiastowania pozdrowił Ją słowami: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski”. Jej poczęcie jest w pewien sposób owocem łaski, który Bóg przeznaczył dla Niej od samego momentu stworzenia świata. Sam Bóg uczynił Ją tym, kim jest, jednak Bóg uczynił to poprzez swą łaskę, udzieloną ze względu na przewidywane zasługi Chrystusa.
Podczas tej konferencji przyjrzymy się dwóm przyczynom, które są ze sobą zasadniczo powiązane – zazwyczaj by określić jedną określa się równocześnie drugą i na odwrót. Istnieje tak zwana przyczyna materialna, która nie odpowiada na pytanie: kto to uczynił? ale raczej „z czego to zostało uczynione?” W przypadku naszego posągu, odpowiedź brzmi: z marmuru. Posąg wykonany został z marmuru. Jednak zasadniczo wyraża to możliwość, coś, co mogłoby zostać zmienione w coś innego. Jeśli na przykład mamy odpowiedzieć na pytanie w kwestii mojego przyjazdu tutaj, ktoś mógłby powiedzieć również: przyjechałem z Warszawy. W tym przypadku dotyczy to możliwości przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego. Materią jest możliwość zmiany lokalizacji. Oczywiście normalnie odpowiem: Przyjechałem do Józefowa by wygłosić konferencje – jest to jednak czymś innym, czymś co nazywamy przyczyną ostateczną, przyczyną, dla której coś robię. Przyczyna materialna określa jedynie skąd, czy też wskazuje na pewną możliwość.
Jednakże marmurowi mogłaby zostać nadana każda forma. Nie musi być Pietą, mógłby być figurą wyobrażającą coś innego, albo przedstawiającą innego świętego. Widzicie więc, że przyczyna materialna jest ostatnią ze wszystkich przyczyn, w rzeczywistości odpowiada ona na pytanie „dlaczego” jedynie bardzo ogólnikowo. Zazwyczaj myślimy o tym, co w rzeczywistości zostało z tego marmuru wykonane: w przypadku Piety możemy odpowiedzieć: wyobrażenie Matki Bożej trzymającej w ramionach ciało Syna po zdjęciu z Krzyża. To właśnie nazywamy przyczyną formalną. Rozumiecie, że przyczyna materialna odnosi się do czegoś, co jest możliwe, podczas gdy przyczyna formalna do tego, co zasadniczo już istnieje, do tego co zostało uczynione. Są one w pewnym sensie nierozłączne: jeśli pracujemy nad posągiem, potrzebujemy marmuru. Używamy marmuru, by stworzyć posąg. Nie sposób sobie wyobrazić posągów wykonanych bez materiału, zawsze są uczynione z czegoś. Podobnie marmur nie jest czymś abstrakcyjnym, zawsze ma jakiś kształt czy nawet formę, nawet gdy nie jest jeszcze obrobiony – jest uformowany przez naturę.
By uczynić to nieco bardziej zrozumiałym: z pewnością czytaliście w naszym katechizmie o tym, co nazywamy materią i formą sakramentu. Na przykład dla sakramentu chrztu materią jest woda, formą natomiast polanie wodą osoby chrzczonej i wypowiedzenie słów: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Materią jest rzecz używana do udzielania sakramentu. Formą jest to, co się wykonuje, co się wyraża. W przypadku chrztu jest to polanie danej osoby wodą w Imię Trójcy Przenajświętszej. W Trydencie Kościół zdefiniował, że zarówno materia jak i forma konieczne są do ważności sakramentu. Jeśli ktoś chrzciłby na przykład herbatą, nie byłoby sakramentu. Podobnie byłoby, gdyby ktoś zmienił słowa, jak to jest w przypadku Mormonów i chrzcił jedynie w Imię Jezusa, sakrament byłby wówczas nieważny. Woda jest materią – sama z siebie nie może ona udzielić łaski. Marmur sam z siebie nie tworzy posągu. Formą są słowa, które same również łaski nie udzielają. Dobry pomysł to nie to samo co jego realizacja. Gdy jednak połączy się je razem, gdy wodą polewana jest głowa danej osoby, a równocześnie wypowiadane są odpowiednie słowa, tworzą razem święty znak, sakrament, który udziela łaski i odpuszcza grzechy.
Podobnie, choć jedynie w analogiczny sposób, możemy mówić o definicjach, jako o połączeniu materii i formy. Mówimy o człowieku jako o „zwierzęciu rozumnym”. Zwierzę jest określeniem bardziej ogólnym, mówi o tym, do czego podobny jest człowiek. Jednak ludzie są kimś więcej, niż tylko zwierzętami, podobnie jak Pieta jest czymś więcej, niż tylko kawałkiem marmuru. Ludzie są istotami rozumnymi i to właśnie ta cecha czyni ich tym, kim są. Jest to jak gdyby formalny aspekt istoty ludzkiej – różnimy się od zwierząt właśnie tym, że jesteśmy istotami rozumnymi.
Powróćmy więc do naszego zasadniczego tematu: Kim jest Najświętsza Maryja Panna? Jest Ona, przede wszystkim, Matką Boga. To właśnie łaska Boża uczyniła ją Matką Zbawiciela. Uformowała ją również łaska Niepokalanego Poczęcia, ale uformowała ją właśnie do tego, by stała się Matką Boga. To właśnie otrzymana łaska uczyniła Ją tym, kim jest. Kościół naucza nas, że to właśnie Boże Macierzyństwo jest zasadą wszystkich Jej godności i przywilejów. Gdy pyta się nas, kim Ona jest, najlepsza i najadekwatniejsza odpowiedź brzmi: jest Matką Boga.
Po pierwsze, jest Matką. Macierzyństwo Najświętszej Maryi Panny jest czymś należącym do istoty Jej powołania, jednak Ona jest kimś więcej, niż każda inna matka – jest Matką Bożą. Pod względem materialnym, wypełnia Ona te same obowiązki, co wszystkie ziemskie matki – dając życie i pielęgnując swe dziecko. Jednak tym Dzieckiem jest Druga Osoba Trójcy Świętej. Tak więc Jej macierzyństwo jest Boskie, ponieważ nosi Ona w swym łonie Osobę Boską, to Osobie Boskiej ma dać życie. Tak więc formalnie mówiąc, nie jest jedynie matką, ale Matką Bożą. Stąd możemy powiedzieć, że tajemnica Bożego Macierzyństwa odpowiada w pewien sposób materialnej i formalnej przyczynie, dzięki której Maryja jest tym, kim jest. To właśnie dokonało się w Niej dzięki łasce.
To właśnie Boże Macierzyństwo Maryi jest wzorem do naśladowania w edukacji. Edukacja polega ze swojej natury na prowadzeniu do doskonałości, a pierwszym nauczycielem i wychowawcą każdej istoty ludzkiej jest właśnie matka. Matka bardziej niż ktokolwiek inny dostrzega zdolności drzemiące w jej dziecku, widzi ukrytą wielkość, i nie tylko widzi, ale i doprowadza do doskonałości. Wielu z nas patrzy na dzieci i widzi jedynie słabości i troski – jednak matka widzi nie tylko to, ale jak nikt inny widzi osobę dorosłą, w którą przeobrazi się ta mała istota ludzka.
Matka, bardziej niż ktokolwiek inny, jest obrazem miłosierdzia Bożego. Dzięki swemu instynktowi będzie czyniła wszystko, by uchronić swe dziecko od krzywdy, w razie potrzeby poświęci nawet własne życie. Jest to jeszcze bardziej prawdziwe na poziomie duchowym. Miłosierdzie jest cechą, która skłania nas do udzielenia pomocy osobie cierpiącej, a największe cierpienia nie są fizyczne, ale duchowe. Spośród wszystkich cierpień duchowych to często właśnie ignorancja jest najbardziej bolesna i niebezpieczna. Właśnie dzieło edukacji stanowi remedium na to duchowe niebezpieczeństwo, dlatego to matka zazwyczaj najbardziej troszczy się o edukację swych dzieci.
Jest to prawdziwe zwłaszcza w przypadku Najświętszej Maryi Panny. To Ona jest Matką Zbawiciela, a więc przez łaskę Matką nas wszystkich, jako dzieci Bożych. To, co można powiedzieć o stosunku każdej matki do swego dziecka, można odnieść również do Jej stosunku do nas, jednak w stopniu całkowicie nadprzyrodzonym. Podczas gdy nasze ziemskie matki doglądają nas w nadziei, że pewnego dnia gdy dorośniemy, zobaczą w nas pełną doskonałość, tak również Maryja troszczy się o nas, gdy stajemy się dziećmi Bożymi. Widzi w nas nie tylko słabości i upadki, ale przede wszystkim potencjał jaki posiadamy, by stać się świętymi. Jej Niepokalane Serce jest zawsze zwrócone ku Jej dzieciom, by czynić co tylko możliwe, aby je chronić, strzec i karmić duchowo. Pragnie naszej doskonałości bardziej niż my sami.
Wychowawca i nauczyciel musi zawsze mieć Ją przed oczyma, jako wzór. Edukacja jest przede wszystkim uczynkiem miłosierdzia – nie sprawiedliwości. Z pewnością istnieje obowiązek nauczania, mówiąc jednak ściśle, odnosi się on do rodziców. Nauczyciel, dobry nauczyciel, jest darem Boga. Powinniście każdego dnia dziękować Bogu, jeśli macie nauczyciela, który chce wam pomóc w osiągnięciu doskonałości. Tak łatwo jest, zwłaszcza w naszych czasach, nie robić nic. Znacznie łatwiej jest pozostawić ludzi w ich ignorancji i przejść obok, jak ów lewita, który minął człowieka napadniętego przez zbójców w przypowieści o dobrym Samarytaninie. Nauczyciel, który przejmuje się swoją misją, który poświęca swój czas, energię i modlitwy dla swych uczniów decyduje często o tym, że dziecko staje się użytecznym członkiem społeczeństwa, a nie ciężarem. Nie bez powodu mówi się: Ten, kto panuje nad klasą, będzie panował nad przyszłością. Przyszłość zależy od gorliwości, z jaką nauczyciel wykonuje swoje zadanie. To właśnie nauczyciele są przyczyną formalną dobrobytu swego kraju.
W przypadku zaś uczniów przyswajanie wiedzy zależy całkowicie od ich dyspozycji. Uczeń jest zawsze daleki od doskonałości, właśnie dlatego znajduje się w klasie lekcyjnej – jest jedynie potencjalnie doskonały. Fakt, że małe dziecko pożąda wiedzy, że pragnie się uczyć, jest czymś zachwycającym. Dziecko zawsze będzie zadawało pytania, dlaczego dana rzecz jest taka, a nie inna. Niestety ten etap życia jest często bardzo krótki i wkrótce rany zadane przez grzech pierworodny opanowują umysł i wolę dziecka – zwłaszcza jeśli rodzice zaniedbają jego wychowanie. Zamiast pytać: „dlaczego?” czy przypatrywania się ze zdrową ciekawością, dziecko staje się samolubne i egoistyczne. To przede wszystkim te właśnie błędy tak bardzo utrudniają dzieło edukacji, gdyż nie sposób uczyć kogoś, kto uważa, że sam wie już wszystko, że jest samowystarczalny. Dlatego właśnie powinniśmy mieć ową duchową dyspozycję małego dziecka, dyspozycję którą cechuje zaufanie i posłuszeństwo. Sam Pan Jezus mówi, że jedynie ci, którzy nawrócą się i staną jak małe dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego (Łk 18,17). Tak więc musimy praktykować duchowe dziecięctwo, czyli pokładać całkowitą ufność w naszym Niebieskim Ojcu, ale również być posłusznymi naszej Niebieskiej Matce.
Dlatego, drodzy przyjaciele, zarówno wychowawcy jak i uczniowie, uciekajmy się zwłaszcza do naszej Niebieskiej Matki. Prośmy Ją o opiekę, o pomoc, prośmy by zechciała prowadzić nas do doskonałości. Dostrzegajmy w Niej wzór nauczyciela, który powinniśmy naśladować. Rozmyślajmy również często o fakcie, że dzięki łasce Bożej jesteśmy dziećmi Boga i powinniśmy okazywać mu należne posłuszeństwo, byśmy mogli cieszyć się wstawiennictwem Matki Bożej i osiągnąć duchową doskonałość, której tak bardzo Ona dla nas pragnie. Módlmy się więc o te dwie cnoty, będące w pewnym sensie materią i formą naszego pragnienia doskonałości: o dyspozycję do tego, by przyjmować nauki, oraz o naśladowanie Najświętszej Maryi Panny w Jej duchowym macierzyństwie.
Labels:
józefów
Rekolekcji Adwentowe - 1
Drodzy uczniowie, drodzy przyjaciele,
Dziś, w Suche Dni, rozpoczynamy nasze rekolekcje adwentowe. Suche dni są tradycją bardzo starożytną, są w istocie apostolskimi pozostałościami po starotestamentowym poświęceniu roku oraz postach wynagradzających w obrzędach pogańskich, które często zbiegały się ze zmianą pór roku. Są to również dni przyjmowania święceń, które udzielane są zwyczajowo z sobotę Suchych Dni. Można powiedzieć, że Święta Matka Kościół przeznacza te dni postu i abstynencji w sposób szczególny na modlitwę za kapłanów i seminarzystów.
To właśnie szkoła katolicka przygotowuje duchowieństwo do jego przyszłej misji, nadzwyczaj stosowne jest więc, byśmy w dniu dzisiejszym zastanowili się zwłaszcza nad misją naszej szkoły, ponieważ jest ona niejako przedłużeniem misji apostolskiej Kościoła.
W dniu, w którym Apostołowie otrzymali pełnię Ducha Świętego, otrzymali to, co moglibyśmy nazwać bierzmowaniem – zostali umocnieni i uświęceni na misję nauczania wszystkich narodów, nauczania wszystkich ludów tego, co potrzebne jest do zbawienia. Właśnie w tym celu otrzymali dar języków. Jednak w Piśmie św. Czytamy też, że w owym dniu „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa”. Podobnie jak podczas Adwentu centralną postacią jest Niewiasta, która da życie Zbawicielowi, tak również widzimy Ją podczas Zesłania Ducha Świętego i rozesłania Apostołów, by szli i nauczali wszystkie narody. Można więc powiedzieć, że Niepokalana jest niejako głównym wychowawcą. Jest Matką Boga i pierwszą nauczycielką Dzieciątka Jezus. Również w Zielone Świątki widzimy Ją wraz z Apostołami, jako ich pierwszą nauczycielkę, zanim jeszcze zostali oni rozesłani na swą misję. Jest więc Ona w samym sercu katolickiej szkoły, misji edukacji – tak jak była pierwszą nauczycielką Pana Jezusa, tak również jest naszą pierwszą nauczycielką, równocześnie wzorem wszystkich wychowawców jak i tych, którzy naukę pobierają.
Nie możemy więc uczynić nic lepszego, jak rozważać tę właśnie rolę Najświętszej Maryi Panny, rolę wychowawcy. Kościół zdefiniował uroczyście trzy dogmaty, które określają w pewien sposób rolę Matki Bożej, mówią kim Ona jest, wymieniają Jej przywileje i opisują naturę. Mam na myśli dogmaty o Jej Niepokalanym Poczęciu, Bożym Macierzyństwie oraz Wniebowzięciu. Można powiedzieć, że są one Jej przyczyną skuteczną, materialną i formalną przyczyną, a także ostateczną przyczyną, i określają nam w sposób pełny Jej naturę. Przyjrzyjmy się więc bliżej pierwszej tajemnicy, Jej Niepokalanemu Poczęciu i temu, w jaki sposób jest Ona wzorem w edukacji, wzorem zarówno dla wychowawców, jak i dla tych, którzy edukację otrzymują.
Rozmyślajmy podczas tej Mszy o Maryi, która jest Niepokalanym Poczęciem. Łaska ta stosowna jest i odpowiednia do wzniosłej godności, jaką, miała Ona otrzymać – godności Matki Boga. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi nam, że Najświętsza Maryja Panna poczęta została w sposób niepokalany, czyli bez zmazy grzechu pierworodnego. Kościół mówi nam również, że otrzymała Ona tę łaskę w przewidywaniu przyszłych zasług swego Syna. Oznacza to, że łaska była w Niej czymś integralnym i nieodłącznym od Jej misji – polegającej na byciu Matką Zbawiciela. Stąd gdyby zadano nam pytanie: kim jest Najświętsza Maryja Panna? możemy odpowiedzieć na różne sposoby, stosownie do różnych aspektów Jej natury. Gdy pytamy, co czyni Maryję tym, kim jest, możemy sformułować pytanie w następujący sposób: co jest przyczyną sprawczą, dzięki której posiada Ona swą godność, kto lub co uczyniło Ją tym, kim jest? To właśnie nazywamy w filozofii przyczyną skuteczną.
Powód, dla którego jest Ona tym, kim jest jest taki, że jest Ona Niepokalanym Poczęciem. Słowo „poczęcie” używane jest nie tylko w odniesieniu do poczęcia Maryi w łonie Jej matki, ale też do faktu, że była ona zachowana od zmazy grzechu pierworodnego. Definicja Kościoła mówi również dlaczego tak jest – ze względu na zasługi Jej Syna. Oznacza to, że Bóg, jak wszystkie istoty rozumne, zawsze działa z jakiegoś powodu, w jakimś celu, z jakimś zamiarem, który chce urzeczywistnić. Nawet jeśli ów cel jest ostatnią z urzeczywistnionych rzeczy, jest jednak pierwszą rzeczą w porządku pragnienia.
Samo łacińskie słowo „concept” w sformułowaniu „Conceptio Immaculatae” oznacza ideę, którą formujemy w naszym umyśle, gdy coś poznajemy. To słowo „concept” to przede wszystkim idea jako przyczyna poznania, oraz jako jego owoc i przyczyna aktywności naszych władz umysłowych. Mówimy o artyście mającym dobry koncept czy pomysł, który następnie urzeczywistnia w tworzonym dziele sztuki. To właśnie ta idea popycha artystę do rysowania, malowania czy rzeźbienia, to ona jest przyczyną poruszającą jego rękoma i nogami.
W umyśle Boga od zawsze obecna była idea posłania na ten świat swego Syna, by odkupił nas poprzez przyniesioną w ten sposób łaskę. Jednak urzeczywistnienie tej idei implikowało również pewien konkretny warunek: jeśli Druga Osoba Trójcy Świętej miała stać się człowiekiem, naturalnym było, że powinna mieć matkę, że powinna przyjąć ciało z ciała swej matki, tak jak wszystkie istoty ludzkie. By się tak jednak stało, matka owa musiałaby być wolna od grzechu, Niepokalana. Stąd też poczęta Ona była na samym początku czasu, jak to czytamy w Księdze Mądrości oraz w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Poczęta najpierw w umyśle Boga, w tym samym akcie, przez który Bóg zapragnął zbawić rodzaj ludzki. Łaska, która przychodzi poprzez naszego Pana Jezusa Chrystusa, została Jej udzielona w pełni, w sposób nierozerwalnie złączony z samą Jej ideą, a nawet od z samą Jej istotą, gdyż to właśnie łaska uczyniła Ją tym, kim jest. To właśnie ta łaska jest przyczyną Jej istnienia, gdyż Bóg nie mógłby narodzić się z Niej bez udziału owej łaski, którą otrzymaliśmy poprzez Jego Syna, będącego z kolei Jej Synem.
Jednak idea ta, jak już powiedziałem, jest nie tylko przyczyną, ale i owocem naszego poznania. W tym właśnie aspekcie Najświętsza Maryja Panna jest wzorem w procesie edukacji. Ta łaska Chrystusa Pana, która doprowadza nas do wiecznej szczęśliwości, powinna i musi być pierwszym sprawcą i skuteczną przyczyną wszelkiej edukacji. Przy obecnej kondycji natury ludzkiej, człowiek nie może dostąpić zbawienia bez pomocy łaski. Łaska, podobnie jak w przypadku Maryi, musi być skuteczną przyczyną, stwarzającą nam możliwość osiągnięcia wiecznego szczęścia.
A to wieczne szczęście, doskonałość, jest właśnie celem edukacji. Ta łaska Chrystusa, która jest absolutnie konieczna dla osiągnięcia przez nas doskonałości, jest przyczyną skuteczną każdego dobrego uczynku, który prowadzi nas do życia wiecznego. Dlatego właśnie Najświętsza Maryja Panna, łaska Jej Niepokalanego Poczęcia, znajduje się w centrum życia naszej szkoły. Nie możemy osiągnąć naszego celu bez nabożeństwa do Niej.
To właśnie jest również powodem, drodzy przyjaciele, dla którego każdego ranka, przed rozpoczęciem zajęć, śpiewamy „Pod Twoją obronę”. Uciekamy się pod Jej obronę, ponieważ jest Ona pośredniczką łaski, która jest nam tak bardzo niezbędna. Pamiętając o tym, odnówmy nasze nabożeństwo do Matki Bożej. Posunę się nawet do twierdzenia, że żaden uczeń, który nie odmawia Różańca, nigdy nie wykorzysta danego mu przez Boga potencjału i w życiu dorosłym czeka go jedynie porażka. Nasza doskonałość uzależniona jest od łaski i jeśli nie będziemy o nią prosić, nigdy jej nie osiągniemy. Sam Bóg, dokonując dzieła zbawienia rodzaju ludzkiego, prosił wpierw o przyzwolenie Najświętszą Maryję Pannę. A ona zgodę wyraziła, mówiąc „Niech mi się stanie według twego słowa”. Według słowa, które było planem Boga względem Niej. Nawet sam Bóg prosił Maryję, by podjęła się tego dzieła. Tak więc również my, by podołać dziełu edukacji, by zrealizować ową ideę doskonałości, by zrealizować nasze zamierzenia, musimy uciekać się do Matki Bożej. A uciekając się do Niej, możemy być pewni tej samej odpowiedzi: niech nam się stanie wedle woli Boga. Owa wola Boga, by obdarzyć nas szczęściem wiecznym będzie w nas wzrastała aż do pełni doskonałości, jeśli tylko prosić będziemy o nią z wytrwałością. Amen.
Dziś, w Suche Dni, rozpoczynamy nasze rekolekcje adwentowe. Suche dni są tradycją bardzo starożytną, są w istocie apostolskimi pozostałościami po starotestamentowym poświęceniu roku oraz postach wynagradzających w obrzędach pogańskich, które często zbiegały się ze zmianą pór roku. Są to również dni przyjmowania święceń, które udzielane są zwyczajowo z sobotę Suchych Dni. Można powiedzieć, że Święta Matka Kościół przeznacza te dni postu i abstynencji w sposób szczególny na modlitwę za kapłanów i seminarzystów.
To właśnie szkoła katolicka przygotowuje duchowieństwo do jego przyszłej misji, nadzwyczaj stosowne jest więc, byśmy w dniu dzisiejszym zastanowili się zwłaszcza nad misją naszej szkoły, ponieważ jest ona niejako przedłużeniem misji apostolskiej Kościoła.
W dniu, w którym Apostołowie otrzymali pełnię Ducha Świętego, otrzymali to, co moglibyśmy nazwać bierzmowaniem – zostali umocnieni i uświęceni na misję nauczania wszystkich narodów, nauczania wszystkich ludów tego, co potrzebne jest do zbawienia. Właśnie w tym celu otrzymali dar języków. Jednak w Piśmie św. Czytamy też, że w owym dniu „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa”. Podobnie jak podczas Adwentu centralną postacią jest Niewiasta, która da życie Zbawicielowi, tak również widzimy Ją podczas Zesłania Ducha Świętego i rozesłania Apostołów, by szli i nauczali wszystkie narody. Można więc powiedzieć, że Niepokalana jest niejako głównym wychowawcą. Jest Matką Boga i pierwszą nauczycielką Dzieciątka Jezus. Również w Zielone Świątki widzimy Ją wraz z Apostołami, jako ich pierwszą nauczycielkę, zanim jeszcze zostali oni rozesłani na swą misję. Jest więc Ona w samym sercu katolickiej szkoły, misji edukacji – tak jak była pierwszą nauczycielką Pana Jezusa, tak również jest naszą pierwszą nauczycielką, równocześnie wzorem wszystkich wychowawców jak i tych, którzy naukę pobierają.
Nie możemy więc uczynić nic lepszego, jak rozważać tę właśnie rolę Najświętszej Maryi Panny, rolę wychowawcy. Kościół zdefiniował uroczyście trzy dogmaty, które określają w pewien sposób rolę Matki Bożej, mówią kim Ona jest, wymieniają Jej przywileje i opisują naturę. Mam na myśli dogmaty o Jej Niepokalanym Poczęciu, Bożym Macierzyństwie oraz Wniebowzięciu. Można powiedzieć, że są one Jej przyczyną skuteczną, materialną i formalną przyczyną, a także ostateczną przyczyną, i określają nam w sposób pełny Jej naturę. Przyjrzyjmy się więc bliżej pierwszej tajemnicy, Jej Niepokalanemu Poczęciu i temu, w jaki sposób jest Ona wzorem w edukacji, wzorem zarówno dla wychowawców, jak i dla tych, którzy edukację otrzymują.
Rozmyślajmy podczas tej Mszy o Maryi, która jest Niepokalanym Poczęciem. Łaska ta stosowna jest i odpowiednia do wzniosłej godności, jaką, miała Ona otrzymać – godności Matki Boga. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi nam, że Najświętsza Maryja Panna poczęta została w sposób niepokalany, czyli bez zmazy grzechu pierworodnego. Kościół mówi nam również, że otrzymała Ona tę łaskę w przewidywaniu przyszłych zasług swego Syna. Oznacza to, że łaska była w Niej czymś integralnym i nieodłącznym od Jej misji – polegającej na byciu Matką Zbawiciela. Stąd gdyby zadano nam pytanie: kim jest Najświętsza Maryja Panna? możemy odpowiedzieć na różne sposoby, stosownie do różnych aspektów Jej natury. Gdy pytamy, co czyni Maryję tym, kim jest, możemy sformułować pytanie w następujący sposób: co jest przyczyną sprawczą, dzięki której posiada Ona swą godność, kto lub co uczyniło Ją tym, kim jest? To właśnie nazywamy w filozofii przyczyną skuteczną.
Powód, dla którego jest Ona tym, kim jest jest taki, że jest Ona Niepokalanym Poczęciem. Słowo „poczęcie” używane jest nie tylko w odniesieniu do poczęcia Maryi w łonie Jej matki, ale też do faktu, że była ona zachowana od zmazy grzechu pierworodnego. Definicja Kościoła mówi również dlaczego tak jest – ze względu na zasługi Jej Syna. Oznacza to, że Bóg, jak wszystkie istoty rozumne, zawsze działa z jakiegoś powodu, w jakimś celu, z jakimś zamiarem, który chce urzeczywistnić. Nawet jeśli ów cel jest ostatnią z urzeczywistnionych rzeczy, jest jednak pierwszą rzeczą w porządku pragnienia.
Samo łacińskie słowo „concept” w sformułowaniu „Conceptio Immaculatae” oznacza ideę, którą formujemy w naszym umyśle, gdy coś poznajemy. To słowo „concept” to przede wszystkim idea jako przyczyna poznania, oraz jako jego owoc i przyczyna aktywności naszych władz umysłowych. Mówimy o artyście mającym dobry koncept czy pomysł, który następnie urzeczywistnia w tworzonym dziele sztuki. To właśnie ta idea popycha artystę do rysowania, malowania czy rzeźbienia, to ona jest przyczyną poruszającą jego rękoma i nogami.
W umyśle Boga od zawsze obecna była idea posłania na ten świat swego Syna, by odkupił nas poprzez przyniesioną w ten sposób łaskę. Jednak urzeczywistnienie tej idei implikowało również pewien konkretny warunek: jeśli Druga Osoba Trójcy Świętej miała stać się człowiekiem, naturalnym było, że powinna mieć matkę, że powinna przyjąć ciało z ciała swej matki, tak jak wszystkie istoty ludzkie. By się tak jednak stało, matka owa musiałaby być wolna od grzechu, Niepokalana. Stąd też poczęta Ona była na samym początku czasu, jak to czytamy w Księdze Mądrości oraz w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Poczęta najpierw w umyśle Boga, w tym samym akcie, przez który Bóg zapragnął zbawić rodzaj ludzki. Łaska, która przychodzi poprzez naszego Pana Jezusa Chrystusa, została Jej udzielona w pełni, w sposób nierozerwalnie złączony z samą Jej ideą, a nawet od z samą Jej istotą, gdyż to właśnie łaska uczyniła Ją tym, kim jest. To właśnie ta łaska jest przyczyną Jej istnienia, gdyż Bóg nie mógłby narodzić się z Niej bez udziału owej łaski, którą otrzymaliśmy poprzez Jego Syna, będącego z kolei Jej Synem.
Jednak idea ta, jak już powiedziałem, jest nie tylko przyczyną, ale i owocem naszego poznania. W tym właśnie aspekcie Najświętsza Maryja Panna jest wzorem w procesie edukacji. Ta łaska Chrystusa Pana, która doprowadza nas do wiecznej szczęśliwości, powinna i musi być pierwszym sprawcą i skuteczną przyczyną wszelkiej edukacji. Przy obecnej kondycji natury ludzkiej, człowiek nie może dostąpić zbawienia bez pomocy łaski. Łaska, podobnie jak w przypadku Maryi, musi być skuteczną przyczyną, stwarzającą nam możliwość osiągnięcia wiecznego szczęścia.
A to wieczne szczęście, doskonałość, jest właśnie celem edukacji. Ta łaska Chrystusa, która jest absolutnie konieczna dla osiągnięcia przez nas doskonałości, jest przyczyną skuteczną każdego dobrego uczynku, który prowadzi nas do życia wiecznego. Dlatego właśnie Najświętsza Maryja Panna, łaska Jej Niepokalanego Poczęcia, znajduje się w centrum życia naszej szkoły. Nie możemy osiągnąć naszego celu bez nabożeństwa do Niej.
To właśnie jest również powodem, drodzy przyjaciele, dla którego każdego ranka, przed rozpoczęciem zajęć, śpiewamy „Pod Twoją obronę”. Uciekamy się pod Jej obronę, ponieważ jest Ona pośredniczką łaski, która jest nam tak bardzo niezbędna. Pamiętając o tym, odnówmy nasze nabożeństwo do Matki Bożej. Posunę się nawet do twierdzenia, że żaden uczeń, który nie odmawia Różańca, nigdy nie wykorzysta danego mu przez Boga potencjału i w życiu dorosłym czeka go jedynie porażka. Nasza doskonałość uzależniona jest od łaski i jeśli nie będziemy o nią prosić, nigdy jej nie osiągniemy. Sam Bóg, dokonując dzieła zbawienia rodzaju ludzkiego, prosił wpierw o przyzwolenie Najświętszą Maryję Pannę. A ona zgodę wyraziła, mówiąc „Niech mi się stanie według twego słowa”. Według słowa, które było planem Boga względem Niej. Nawet sam Bóg prosił Maryję, by podjęła się tego dzieła. Tak więc również my, by podołać dziełu edukacji, by zrealizować ową ideę doskonałości, by zrealizować nasze zamierzenia, musimy uciekać się do Matki Bożej. A uciekając się do Niej, możemy być pewni tej samej odpowiedzi: niech nam się stanie wedle woli Boga. Owa wola Boga, by obdarzyć nas szczęściem wiecznym będzie w nas wzrastała aż do pełni doskonałości, jeśli tylko prosić będziemy o nią z wytrwałością. Amen.
Labels:
józefów
niedziela, 13 grudnia 2009
3 Niedziela Adwentu
W okresie Adwentu widzieliśmy wielokrotne osobę św. Jana Chrzciciela, zwiastuna naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Okoliczności jego narodzin były cudowne: poczęty został przez rodziców będących w podeszłym już wieku, pomimo niedowiarstwa ojca, któremu zapowiedziane zostały przez anioła. Został oczyszczony z grzechu pierworodnego jeszcze w łonie swej matki, gdy odwiedziła ją Najświętsza Maryja Panna. Biorąc pod uwagę wszystkie cudowne okoliczności związane z jego przyjściem na świat oczywistym było, że Bóg wybrał go do bardzo szczególnej roli – jednak jak to jest w przypadku spraw Bożych, na pierwszy rzut oka nie było całkowicie jasne, na czym misja ta miałaby polegać.
Tak więc ludzie, zwłaszcza przywódcy ludu, przychodzili by spytać go: kim jesteś? Proroctwa mówiły o wielu wydarzeniach, które miały poprzedzać przyjście Zbawiciela, i wszystkie one zaczynały się spełniać. Ludzie oczekiwali nadejścia Mesjasza, Chrystusa, Obiecanego, Tego, który zgładzi nasze grzechy. Tak więc pytano Jana Chrzciciela: „Czy ty jesteś Chrystusem?”. Co ciekawe, Ewangelia pisze nie tylko, że odpowiedział on: „Nie jestem ja Chrystusem”, ale że „wyznał i nie zaprzeczył”, to znaczy – nie zaprzeczył swej misji. Biorąc pod uwagę wielki szacunek jakim się cieszył, pamiętając o tłumach cisnących się do niego – jak wielką pokusą musiała być myśl, by odnieść wszystkie te honory do swojej osoby, by zapomnieć, że został posłany, by zapowiadać przyjście Chrystusa, a nie odbierać cześć Jemu należną! Jak wielka więc była pokora św. Jana Chrzciciela!
Św. Jan przyszedł w duchu Eliasza, jak to mówi w Ewangelii Pan Jezus, nie był jednak tym samym Eliaszem, który wzięty został do nieba. To zstąpienie ducha Eliasza na proroka zapowiedziane zostało w proroctwach dotyczących Mesjasza – które niektórzy błędnie interpretowali jako mówiące o przyjściu samego Eliasza. Pytali więc Jana, czy jest on Eliaszem, jednak on nim nie był – choć istotnie otrzymał ducha proroctwa, jak o tym powiedział jego ojciec w hymnie wypowiedzianym w dniu, kiedy Jan otrzymał swe imię.
Potem pytali go żydzi ponownie: czy jesteś ty prorokiem? Chodzi tu o proroka z zapowiedzianego pod koniec życia przez Mojżesza, w którym mówił on o Tym, który przyjdzie by zastąpić obrzędy i prawa, które on ustanowił. Sam Mojżesz przepowiedział, że Stare Przymierze nie będzie wieczne, ale że zostanie udoskonalone przez proroka, który przyjdzie po nim – i że cały Izrael ma obowiązek ufać Mu i okazywać Mu posłuszeństwo, kiedy nadejdzie (Deut. 18,15). Chrystus Pan jest wypełnieniem Starego Przymierza, tak, że miało ono znaczenie jedynie w odniesieniu do Niego. To On jest prorokiem zapowiedzianym przez Mojżesza, który zastąpił Prawo ofiarą swego własnego Ciała i Krwi. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel odpowiada po prostu: „Nie”.
Na koniec zapytali go: kim więc jesteś? A św. Jan odpowiedział słowami proroctwa odnoszącymi się do proroka, który miał poprzedzać przyjście Chrystusa i dawać o Nim świadectwo. Do tego, który zwróci serca rodziców do ich dzieci, a serca dzieci do ich rodziców. Do tego, który skieruje Izraela drogę prostą i przygotuje go na nadejście Zbawiciela – Tego, który oczyści nas z naszych grzechów.
Wedle proroctwa Ezechiela, Zbawiciel miał oczyścić nas poprzez chrzest, tchnąć w nas nowego ducha, jak to czytamy w rozdziale 36: „pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali”. Słowa te odnoszą się do sakramentu chrztu, który miał ustanowić Chrystus Pan oraz do Nowego Prawa, które On sam wypisać miał w naszych sercach poprzez łaskę.
Dlatego właśnie zupełnie naturalnym było kolejne pytanie: „Dlaczego więc chrzcisz, skoro nie jesteś Chrystusem?”. Chrzest św. Jana nie był sakramentem, był obrzędem mającym symbolizować intencję porzucenia grzechu i położenia nadziei w obietnicy Boga, który miał przyjść w Osobie Mesjasza. Był więc jedynie zewnętrznym znakiem wewnętrznego żalu –sam św. Jan mówi, on chrzci jedynie wodą, po czym natychmiast zapowiada przyjście kogoś większego od siebie, kto chrzcić będzie Bożym ogniem. Mowa tu o sakramencie ustanowionym przez Zbawiciela, który nie jest już jedynie obrzędem, ale udziela naszym duszom uczestnictwa w życiu Boga oraz odpuszczenia grzechów.
A potem św. Jan, któremu powierzono wspaniałą misję zapowiadania nadejścia Mesjasza, daje nam przykład cnoty, której potrzebujemy najbardziej, by Go przyjąć: cnoty pokory. „Któremu ja nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u obuwia jego”. To właśnie ta cnota czyni nasze serca zdolnymi do przyjęcia Zbawiciela, a jej brak spowodował, że wielu żydów żyjących w czasach Chrystusa, odrzuciło Go. Pan Jezus ukazał nam tę cnotę w całej jej pełni: będąc Bogiem upokorzył się aż do śmierci krzyżowej.
Tak więc, Drodzy Wierni, uczmy się dziś od św. Jana Chrzciciela właśnie cnoty pokory. Uczmy się znać swoje miejsce na tym świecie, uznawać własne błędy oraz potrzebę Odkupiciela. Jak obiecał Zbawiciel, kto się uniża, będzie wywyższony, jeśli więc postępować będziemy wedle Jego słów, możemy więc mieć nadzieję, że będziemy wywyższeni do nieba, do radości życia wiecznego razem z Nim. Amen
Tak więc ludzie, zwłaszcza przywódcy ludu, przychodzili by spytać go: kim jesteś? Proroctwa mówiły o wielu wydarzeniach, które miały poprzedzać przyjście Zbawiciela, i wszystkie one zaczynały się spełniać. Ludzie oczekiwali nadejścia Mesjasza, Chrystusa, Obiecanego, Tego, który zgładzi nasze grzechy. Tak więc pytano Jana Chrzciciela: „Czy ty jesteś Chrystusem?”. Co ciekawe, Ewangelia pisze nie tylko, że odpowiedział on: „Nie jestem ja Chrystusem”, ale że „wyznał i nie zaprzeczył”, to znaczy – nie zaprzeczył swej misji. Biorąc pod uwagę wielki szacunek jakim się cieszył, pamiętając o tłumach cisnących się do niego – jak wielką pokusą musiała być myśl, by odnieść wszystkie te honory do swojej osoby, by zapomnieć, że został posłany, by zapowiadać przyjście Chrystusa, a nie odbierać cześć Jemu należną! Jak wielka więc była pokora św. Jana Chrzciciela!
Św. Jan przyszedł w duchu Eliasza, jak to mówi w Ewangelii Pan Jezus, nie był jednak tym samym Eliaszem, który wzięty został do nieba. To zstąpienie ducha Eliasza na proroka zapowiedziane zostało w proroctwach dotyczących Mesjasza – które niektórzy błędnie interpretowali jako mówiące o przyjściu samego Eliasza. Pytali więc Jana, czy jest on Eliaszem, jednak on nim nie był – choć istotnie otrzymał ducha proroctwa, jak o tym powiedział jego ojciec w hymnie wypowiedzianym w dniu, kiedy Jan otrzymał swe imię.
Potem pytali go żydzi ponownie: czy jesteś ty prorokiem? Chodzi tu o proroka z zapowiedzianego pod koniec życia przez Mojżesza, w którym mówił on o Tym, który przyjdzie by zastąpić obrzędy i prawa, które on ustanowił. Sam Mojżesz przepowiedział, że Stare Przymierze nie będzie wieczne, ale że zostanie udoskonalone przez proroka, który przyjdzie po nim – i że cały Izrael ma obowiązek ufać Mu i okazywać Mu posłuszeństwo, kiedy nadejdzie (Deut. 18,15). Chrystus Pan jest wypełnieniem Starego Przymierza, tak, że miało ono znaczenie jedynie w odniesieniu do Niego. To On jest prorokiem zapowiedzianym przez Mojżesza, który zastąpił Prawo ofiarą swego własnego Ciała i Krwi. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel odpowiada po prostu: „Nie”.
Na koniec zapytali go: kim więc jesteś? A św. Jan odpowiedział słowami proroctwa odnoszącymi się do proroka, który miał poprzedzać przyjście Chrystusa i dawać o Nim świadectwo. Do tego, który zwróci serca rodziców do ich dzieci, a serca dzieci do ich rodziców. Do tego, który skieruje Izraela drogę prostą i przygotuje go na nadejście Zbawiciela – Tego, który oczyści nas z naszych grzechów.
Wedle proroctwa Ezechiela, Zbawiciel miał oczyścić nas poprzez chrzest, tchnąć w nas nowego ducha, jak to czytamy w rozdziale 36: „pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali”. Słowa te odnoszą się do sakramentu chrztu, który miał ustanowić Chrystus Pan oraz do Nowego Prawa, które On sam wypisać miał w naszych sercach poprzez łaskę.
Dlatego właśnie zupełnie naturalnym było kolejne pytanie: „Dlaczego więc chrzcisz, skoro nie jesteś Chrystusem?”. Chrzest św. Jana nie był sakramentem, był obrzędem mającym symbolizować intencję porzucenia grzechu i położenia nadziei w obietnicy Boga, który miał przyjść w Osobie Mesjasza. Był więc jedynie zewnętrznym znakiem wewnętrznego żalu –sam św. Jan mówi, on chrzci jedynie wodą, po czym natychmiast zapowiada przyjście kogoś większego od siebie, kto chrzcić będzie Bożym ogniem. Mowa tu o sakramencie ustanowionym przez Zbawiciela, który nie jest już jedynie obrzędem, ale udziela naszym duszom uczestnictwa w życiu Boga oraz odpuszczenia grzechów.
A potem św. Jan, któremu powierzono wspaniałą misję zapowiadania nadejścia Mesjasza, daje nam przykład cnoty, której potrzebujemy najbardziej, by Go przyjąć: cnoty pokory. „Któremu ja nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u obuwia jego”. To właśnie ta cnota czyni nasze serca zdolnymi do przyjęcia Zbawiciela, a jej brak spowodował, że wielu żydów żyjących w czasach Chrystusa, odrzuciło Go. Pan Jezus ukazał nam tę cnotę w całej jej pełni: będąc Bogiem upokorzył się aż do śmierci krzyżowej.
Tak więc, Drodzy Wierni, uczmy się dziś od św. Jana Chrzciciela właśnie cnoty pokory. Uczmy się znać swoje miejsce na tym świecie, uznawać własne błędy oraz potrzebę Odkupiciela. Jak obiecał Zbawiciel, kto się uniża, będzie wywyższony, jeśli więc postępować będziemy wedle Jego słów, możemy więc mieć nadzieję, że będziemy wywyższeni do nieba, do radości życia wiecznego razem z Nim. Amen
wtorek, 8 grudnia 2009
Niepokalanego Poczęcia
Spośród wszystkich tajemnic odnoszących się do Najświętszej Maryi Panny, na pierwszy rzut oka najtrudniej zrozumieć jest nam tajemnicę Jej Niepokalanego Poczęcia. Najświętsza Maryja Panna jest Matką Boga, możemy więc w jakiś sposób próbować zrozumieć Jej Boże Macierzyństwo na zasadzie analogii do innych matek. Jej Wniebowzięcie wydaje się być nam logiczną konsekwencją Jej wierności, czy też nagrodą za nią. Ale Niepokalane Poczęcie?
Doktryna Kościoła mówi, jak wiemy, że Maryja została poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego. Przy swym poczęciu nie została skażona przez występek Adama i Ewy, była więc nietknięta przez grzech. Z uwagi na zasługi swego Syna, została zachowana od wszelkiego kontaktu z grzechem od samego początku swego istnienia.
Jednak znaczenie słowa „poczęcie” – conceptio, nie jest ograniczone do poczęcia dziecka z łonie matki. Mówimy również o „pracy koncepcyjnej” albo o tym, że artysta, tworząc dzieło sztuki, wpadł na dobry koncept.
Oznacza to, że zanim coś uczynimy, posiadamy w naszym umyśle koncepcję zamierzonego dzieła. Kiedy artysta wykonuje rzeźbę czy maluje obraz, najpierw ma wyobrażenie tego, co chciałby dokonać. Obmyśla koncept, zanim idea stanie się rzeczywistością. Zanim idea stanie się ciałem, istnieje już w jego umyśle. Podobnie nasze idee wydają się „otrzymywać życie”, kiedy są urzeczywistniane.
Owidiusz w swoich Metamorfozach (księga X) przytacza legendę o pewnym rzeźbiarzu imieniem Pigmalion, który miał być najbardziej uzdolnionym rzeźbiarzem swych czasów. Miał on ambicję, by pewnego dnia wyrzeźbić najpiękniejszy, najbardziej doskonały wizerunek kobiety. I - jak mówi legenda - po wykonaniu tego dzieła zakochał się w nim, a bogowie nagrodzili jego talent ożywiając posąg, i nadając ukochanej Pigmaliona imię Galatea. Posługując się tą analogią można by powiedzieć, że Bóg tak umiłował swe stworzenie, że stworzył Niepokalaną.
Kiedy Matka Boża objawiła się św. Bernardecie w Lourdes, użyła słowa „poczęcie” w tym właśnie sensie. Nie powiedziała „Ja jestem niepokalanie poczęta” ale „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. I rzeczywiście - cielesne zachowanie od grzechu pierworodnego jest zewnętrznym wyrazem tego, kim Ona jest – Niepokalanym Poczęciem, czyli planem czy też ideą, przez którą realizuje się zamysł Boga.
Co oznacza słowo Niepokalane? Oczywiście jego podstawowym znaczeniem jest „bez zmazy” , tj. bez winy. Jednak w sposób bardziej pozytywny oznacza „czyste”, „pozbawione wad”. Tak więc „Niepokalane Poczęcie” oznaczałoby ideę pozbawioną jakiejkolwiek domieszki błędu, koncepcję, będącą odpowiedzią na wszystko, czegokolwiek moglibyśmy pragnąć.
Idea ta istniała w umyśle Boga od początku czasu. Podczas sobotniej Mszy o Matce Bożej czytamy z Księgi Mądrości „Na samym początku stworzyłem cię”. Maryja istniała w umyśle Boga od samego początku, jako doskonały wzór tego, czym powinna być ludzkość dzięki łasce. Odpowiada Ona, jak nikt inny, temu ideałowi, jakiego pragnie Bóg dla każdego z nas w stopniu, w jakim udziela nam łaski. Posiadała Ona łaskę wybrania w całej jej pełni.
Mówimy o Zbawicielu, jako o „Słowie Boga”, „Słowie, które stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Jednak to dzięki Maryi Słowo mogło przybrać Ciało. Jest Ona jakby tubą, która dała głos Słowu Boga, wypowiadając jedno krótkie zdanie: „Niech mi się stanie według Słowa twego”. To jedno zdanie „Niech mi się stanie według Słowa twego” wyraża nie tylko Jej zgodę na zostania Matką Boga w sensie pasywnym, ale również w sensie bardzo aktywnym wyraża Jej wolę dostosowania się do ideału, do zamiaru, jaki Bóg miał względem Niej.
Najświętsza Maryja Panna jest najbliższą Bogu spośród wszystkich członków rodzaju ludzkiego. Jest Matką naszego Pana Jezusa Chrystusa, Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Każda matka daje dziecku swe własne ciało - więc również Zbawiciel stał się człowiekiem dzięki Niej. Co więcej, nie tylko nosiła Go Ona przez dziewięć miesięcy, ale również karmiła i troszczyła się o Niego, jak to muszą czynić wszystkie inne matki.
Jak to wyznajemy w Credo, Najświętsza Maryja Panna "poczęła z Ducha Świętego". Oznacza to, że w bardzo szczególny sposób była Ona Oblubienicą Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. Dlatego właśnie Matka Boża powiedziała w Lourdes: "Ja jestem Niepokalane Poczęcie". Każda kobieta po zamążpójściu przybiera nazwisko męża, nie używa już nazwiska swego ojca i matki. Jednak tracąc dotychczasowe nazwisko, staje się w zamian panią domu swego małżonka. Ma współudział w jego władzy, w majątku i troskach doczesnych oraz staje się pierwszą wychowawczynią jego dzieci. Jest tak również w przypadku Maryi. Kiedy za sprawą Ducha Świętego stała się Ona Matką Boga, w pewnym sensie przybrała Jego Imię. Wzięła na siebie staranie o dom Boga, troskę o potrzeby Jego Kościoła. Słowo Boże przybrało ciało w Jej łonie za sprawą Ducha Świętego. Ale Słowo Boże nie jest po prostu Słowem, ale Słowem miłości, Słowem, które wyraża, czego Bóg dla nas pragnie. Owo Słowo miłości jest samym Bogiem, przyjmującym ciało za sprawą Ducha Świętego, który jest wszechogarniającą miłością Bożą. Maryja jest więc nie tylko Niepokalana, wolna od grzechu, jest też prawdziwie i istotnie Poczęciem, ponieważ przybiera imię Tego, który został w Jej łonie poczęty, samego Chrystusa Pana, Jednorodzonego Syna Ojca, żyjącego przez całą wieczność na łonie Trójcy Przenajświętszej. Tak więc Najświętsza Maryja Panna jest nie tylko Niepokalanie Poczęta, Ona jest prawdziwie Niepokalanym Poczęciem.
Dlatego, Drodzy Wierni, podczas tego święta, będącego równocześnie świętem tytularnym tego kościoła, módlmy się w sposób szczególny do Niepokalanej, jako noszącej imię samego Boga, by strzegła i wstawiała się za wszystkimi, którzy modlą się tu w uroczystość Jej Poczęcia, byśmy również my mogli stać się żywym wzorem doskonałości dla tych, którzy zostali powierzeni naszej trosce oraz ku zbudowaniu naszych bliźnich, byśmy pewnego dnia stali się częścią odwiecznego planu Boga. Amen.
Doktryna Kościoła mówi, jak wiemy, że Maryja została poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego. Przy swym poczęciu nie została skażona przez występek Adama i Ewy, była więc nietknięta przez grzech. Z uwagi na zasługi swego Syna, została zachowana od wszelkiego kontaktu z grzechem od samego początku swego istnienia.
Jednak znaczenie słowa „poczęcie” – conceptio, nie jest ograniczone do poczęcia dziecka z łonie matki. Mówimy również o „pracy koncepcyjnej” albo o tym, że artysta, tworząc dzieło sztuki, wpadł na dobry koncept.
Oznacza to, że zanim coś uczynimy, posiadamy w naszym umyśle koncepcję zamierzonego dzieła. Kiedy artysta wykonuje rzeźbę czy maluje obraz, najpierw ma wyobrażenie tego, co chciałby dokonać. Obmyśla koncept, zanim idea stanie się rzeczywistością. Zanim idea stanie się ciałem, istnieje już w jego umyśle. Podobnie nasze idee wydają się „otrzymywać życie”, kiedy są urzeczywistniane.
Owidiusz w swoich Metamorfozach (księga X) przytacza legendę o pewnym rzeźbiarzu imieniem Pigmalion, który miał być najbardziej uzdolnionym rzeźbiarzem swych czasów. Miał on ambicję, by pewnego dnia wyrzeźbić najpiękniejszy, najbardziej doskonały wizerunek kobiety. I - jak mówi legenda - po wykonaniu tego dzieła zakochał się w nim, a bogowie nagrodzili jego talent ożywiając posąg, i nadając ukochanej Pigmaliona imię Galatea. Posługując się tą analogią można by powiedzieć, że Bóg tak umiłował swe stworzenie, że stworzył Niepokalaną.
Kiedy Matka Boża objawiła się św. Bernardecie w Lourdes, użyła słowa „poczęcie” w tym właśnie sensie. Nie powiedziała „Ja jestem niepokalanie poczęta” ale „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. I rzeczywiście - cielesne zachowanie od grzechu pierworodnego jest zewnętrznym wyrazem tego, kim Ona jest – Niepokalanym Poczęciem, czyli planem czy też ideą, przez którą realizuje się zamysł Boga.
Co oznacza słowo Niepokalane? Oczywiście jego podstawowym znaczeniem jest „bez zmazy” , tj. bez winy. Jednak w sposób bardziej pozytywny oznacza „czyste”, „pozbawione wad”. Tak więc „Niepokalane Poczęcie” oznaczałoby ideę pozbawioną jakiejkolwiek domieszki błędu, koncepcję, będącą odpowiedzią na wszystko, czegokolwiek moglibyśmy pragnąć.
Idea ta istniała w umyśle Boga od początku czasu. Podczas sobotniej Mszy o Matce Bożej czytamy z Księgi Mądrości „Na samym początku stworzyłem cię”. Maryja istniała w umyśle Boga od samego początku, jako doskonały wzór tego, czym powinna być ludzkość dzięki łasce. Odpowiada Ona, jak nikt inny, temu ideałowi, jakiego pragnie Bóg dla każdego z nas w stopniu, w jakim udziela nam łaski. Posiadała Ona łaskę wybrania w całej jej pełni.
Mówimy o Zbawicielu, jako o „Słowie Boga”, „Słowie, które stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Jednak to dzięki Maryi Słowo mogło przybrać Ciało. Jest Ona jakby tubą, która dała głos Słowu Boga, wypowiadając jedno krótkie zdanie: „Niech mi się stanie według Słowa twego”. To jedno zdanie „Niech mi się stanie według Słowa twego” wyraża nie tylko Jej zgodę na zostania Matką Boga w sensie pasywnym, ale również w sensie bardzo aktywnym wyraża Jej wolę dostosowania się do ideału, do zamiaru, jaki Bóg miał względem Niej.
Najświętsza Maryja Panna jest najbliższą Bogu spośród wszystkich członków rodzaju ludzkiego. Jest Matką naszego Pana Jezusa Chrystusa, Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Każda matka daje dziecku swe własne ciało - więc również Zbawiciel stał się człowiekiem dzięki Niej. Co więcej, nie tylko nosiła Go Ona przez dziewięć miesięcy, ale również karmiła i troszczyła się o Niego, jak to muszą czynić wszystkie inne matki.
Jak to wyznajemy w Credo, Najświętsza Maryja Panna "poczęła z Ducha Świętego". Oznacza to, że w bardzo szczególny sposób była Ona Oblubienicą Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. Dlatego właśnie Matka Boża powiedziała w Lourdes: "Ja jestem Niepokalane Poczęcie". Każda kobieta po zamążpójściu przybiera nazwisko męża, nie używa już nazwiska swego ojca i matki. Jednak tracąc dotychczasowe nazwisko, staje się w zamian panią domu swego małżonka. Ma współudział w jego władzy, w majątku i troskach doczesnych oraz staje się pierwszą wychowawczynią jego dzieci. Jest tak również w przypadku Maryi. Kiedy za sprawą Ducha Świętego stała się Ona Matką Boga, w pewnym sensie przybrała Jego Imię. Wzięła na siebie staranie o dom Boga, troskę o potrzeby Jego Kościoła. Słowo Boże przybrało ciało w Jej łonie za sprawą Ducha Świętego. Ale Słowo Boże nie jest po prostu Słowem, ale Słowem miłości, Słowem, które wyraża, czego Bóg dla nas pragnie. Owo Słowo miłości jest samym Bogiem, przyjmującym ciało za sprawą Ducha Świętego, który jest wszechogarniającą miłością Bożą. Maryja jest więc nie tylko Niepokalana, wolna od grzechu, jest też prawdziwie i istotnie Poczęciem, ponieważ przybiera imię Tego, który został w Jej łonie poczęty, samego Chrystusa Pana, Jednorodzonego Syna Ojca, żyjącego przez całą wieczność na łonie Trójcy Przenajświętszej. Tak więc Najświętsza Maryja Panna jest nie tylko Niepokalanie Poczęta, Ona jest prawdziwie Niepokalanym Poczęciem.
Dlatego, Drodzy Wierni, podczas tego święta, będącego równocześnie świętem tytularnym tego kościoła, módlmy się w sposób szczególny do Niepokalanej, jako noszącej imię samego Boga, by strzegła i wstawiała się za wszystkimi, którzy modlą się tu w uroczystość Jej Poczęcia, byśmy również my mogli stać się żywym wzorem doskonałości dla tych, którzy zostali powierzeni naszej trosce oraz ku zbudowaniu naszych bliźnich, byśmy pewnego dnia stali się częścią odwiecznego planu Boga. Amen.
Labels:
warszawa
niedziela, 6 grudnia 2009
2 Niedziela Adwentu
„Nie powstał między narodzonymi z niewiast większy nad Jana Chrzciciela, lecz który jest mniejszy w królestwie niebieskim, większy jest niż on” (z Ewangelii)
Podobne słowa nie zostały nigdy wypowiedziane w stosunku do nikogo innego. Święta Matka Kościół w niedziele Adwentu ukazuje nam życie świętego Jana Chrzciciela, wielkiego świętego, sławionego przez samego Zbawiciela w dzisiejszej Ewangelii.
Jakie zdumiewające słowa: nikt nie jest większy od Jana Chrzciciela. Był on człowiekiem godnym tego, by przygotować przyjście Chrystusa, człowiekiem odpowiednim do przygotowania narodu wybranego na nadejście Mesjasza, człowiekiem powołanym przez Boga, by przygotować ziemię na Wcielenie. Dlatego właśnie, drodzy przyjaciele, przed przyjściem Zbawiciela w Boże Narodzenie, przed przyjściem Chrystusa do naszych dusz przez łaskę uświęcającą, powinniśmy rozważać życie świętego Jana Chrzciciela.
I co widzimy? Człowieka żyjącego na puszczy. Głos wołający na puszczy. Głos nawołujący Izrael do pokuty. Widzimy człowieka głoszącego pokutę nie tylko słowami, ale również swym życiem i przykładem, wielkiego ascetę, człowieka, który prawie nas przeraża. Widzimy człowieka niejako oddychającego czystą sprawiedliwością Boga - jedynego człowieka, który mógłby ważyć się ochrzcić Świętego Izraela.
Święty Jan Chrzciciel napełniony był Duchem Świętym jeszcze w łonie swej matki (Łk 1,15). Jeszcze przed swymi narodzinami był święty, oczyszczony z grzechu pierworodnego w łonie świętej Elżbiety. To wielki przywilej. Najświętsza Maryja Panna była Niepokalanie Poczęta, a Chrystus Pan poczęty w sposób cudowny, czyli całkowicie zachowany od wszelkiej zmazy grzechu. Jest jednak jedynie dwóch świętych, którzy oczyszczeni zostali z grzechu pierworodnego w łonach swych matek: święty Jeremiasz oraz święty Jan Chrzciciel. Obaj byli prorokami Starego Przymierza, pierwszy zapowiadał przyjście i cierpienia Zbawiciela, drugi widział Go na własne oczy i dawał o Nim świadectwo. A ponieważ obaj oni mieli szczególną misję zwiastowania cierpień Chrystusa przez swoje własne cierpienia, właściwe było, by również oni byli niewinni, oczyszczeni z grzechu pierworodnego od niemowlęctwa, by byli sprawiedliwi i prawi przed Bogiem, by dać świadectwo wobec ludzi.
Łaska Boża zawsze usposabiała ich do wypełnienia powołania, do którego byli wezwani. Powołanie świętego Jana Chrzciciela było bardzo ciężkim brzemieniem: miał być największym i zarazem ostatnim prorokiem Starego Przymierza. Został wezwany nie tylko do tego, by przepowiadać nadejście Chrystusa, ale również do dawania o Nim świadectwa, do ukazania Go światu. Prorok to ktoś, kto mówi o sprawach Bożych, o rzeczywistościach zakrytych przed oczyma ciała. Święty Jan Chrzciciel mówił o rzeczach Bożych nie tylko zwykłym ludziom, ale i królom, ganiąc króla Heroda za jego kazirodcze małżeństwo. I nie tylko mówił o rzeczach Bożych, widział też samego Boga w Osobie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Taka jest wielkość jego misji prorockiej.
Podobnie jak Zbawiciel, również święty Jan Chrzciciel dawał świadectwo prawdzie, prawom Boga. Również on cierpiał dla prawdy. Poniósł śmierć męczeńską ze względu na prawdę. Dawał świadectwo prawdzie nie tylko podczas życia, ale też oddając swe życie za prawdę. Poniósł śmierć w obronie świętości małżeństwa.
Misja prorocka świętego Jana Chrzciciela jest tak wielka, że inni prorocy Starego Przymierza zapowiadali jego przyjście. Przyszedł on w duchu Eliasza, wielkiego proroka, który przemawiał do Izraela w czasie apostazji, przed wielki i strasznym dniem Pańskim. U proroka Malachiasza czytamy: „Oto ja poślę wam Eliasza proroka, pierwej niźli przyjdzie dzień Pański wielki a straszny”. I zaraz dalej proroctwo mówi o jego misji: „I nawróci serce ojców ku synom, a serce synów ku ojcom ich, abym snadź nie przyszedł i nie skarał ziemi wytraceniem” (Mal 4,5-6).
Na tym właśnie polega wielkie przesłanie świętego Jana Chrzciciela. Święty Jan Chrzciciel, wypełniając swą misję jako zwiastun Chrystusa Pana, ofiarował swe życie w obronie świętości rodziny. Świętość małżeństwa jest fundamentem społeczeństwa. Chrystus nie może panować w społeczeństwie zanim nie zapanuje w waszych rodzinach. Święty Jan Chrzciciel przyszedł, by przygotować lud Izraela na narodziny Zbawiciela, nie wahał się więc napominać samego króla, za wykroczenia przeciwko prawu małżeńskiemu.
Wszyscy wezwani jesteśmy do świętości, drodzy przyjaciele. Wielu ludzi sądzi, że świętość jest jedynie dla ludzi w rodzaju świętego Jana Chrzciciela. Dla takich nieco niezrównoważonych ludzi, którzy nie mają nic innego do roboty prócz pokuty i modlitwy. My jesteśmy na świecie – sądzi wielu – więc świętość nie jest dla nas.
Nie. Jesteście wezwani do tego, by być z Bogiem przez całą wieczność. Wszyscy jesteśmy powołani do oglądania Boga, do oglądania Go takim, jakim jest. Jesteśmy nawet powołani do uczestnictwa w tym akcie, przez którzy rządzi on całym wszechświatem, jeśli tylko pozwolimy Mu panować w naszych sercach. Taka jest wasza misja, takie jest wasze powołanie, taka jest wasza godność. Nie zadawalajcie się niczym mniejszym, nie pozwólcie się zubożyć światu. Przyjmujcie to, co wam Bóg, ofiaruje i odwracajcie się do brudów współczesnego świata.
W rzeczywistości jedynymi ludźmi, którzy są naprawdę zrównoważeni, są właśnie święci. Są oni ludźmi prawdziwie normalnymi. Rozumieją, dlaczego żyją na ziemi i co oferowane jest im w życiu przyszłym.
Niedorzecznością jest myśleć, że policjant nie może być świętym, albo uważać, że skoro pracuję w fabryce świętość nie jest dla mnie, czy też że ponieważ mam tak wiele rzeczy do zrobienia, nigdy nie mogę stać się świętym. To właśnie świętość, prawdziwa pobożność, doprowadza wszystkie te zajęcia do doskonałości i pełni. Policjant nie może być sprawiedliwy i bezstronny, jeśli nie przestrzega praw Bożych. Właściciel fabryki nie może wypełnić swych obowiązków, jeśli nie zna prawdziwego znaczenia miłosierdzia. Matka rodziny nie jest godna tego miana, jeśli nie zna znaczenia ofiary. To cnotliwe życie czyni społeczność ludzką szczęśliwą, a świat współczesny jest tak nieszczęśliwy właśnie dlatego, że tak niewielu ludzi praktykuje cnotę.
Odwagi, drodzy przyjaciele. Żyjemy w czasach podobnych do końca świata, gdy zniszczone będą same fundamenty rodziny i społeczeństwa. Żyjemy w czasie podobnym do tego, w którym Zbawiciel przyszedł na świat: świecie siedzącym w ciemnościach i mroku śmierci (Łk 1). Jednak Chrystus Pan przychodzi. Przychodzi rozproszyć te ciemności i dać światu nowe życie, przychodzi w dziełach łaski. Otwórzcie wasze serca na przyjęcie tej łaski. Wznieście umysł do tego, co jest naprawdę godne waszych aspiracji. Uchwyćcie się obietnicy, jaką daje wam Chrystus. Kochajcie to, co jest prawdziwie godne waszej miłości, a radość wieczności, wieczna radość samego Boga będzie waszym udziałem na wieki wieków. Amen.
Podobne słowa nie zostały nigdy wypowiedziane w stosunku do nikogo innego. Święta Matka Kościół w niedziele Adwentu ukazuje nam życie świętego Jana Chrzciciela, wielkiego świętego, sławionego przez samego Zbawiciela w dzisiejszej Ewangelii.
Jakie zdumiewające słowa: nikt nie jest większy od Jana Chrzciciela. Był on człowiekiem godnym tego, by przygotować przyjście Chrystusa, człowiekiem odpowiednim do przygotowania narodu wybranego na nadejście Mesjasza, człowiekiem powołanym przez Boga, by przygotować ziemię na Wcielenie. Dlatego właśnie, drodzy przyjaciele, przed przyjściem Zbawiciela w Boże Narodzenie, przed przyjściem Chrystusa do naszych dusz przez łaskę uświęcającą, powinniśmy rozważać życie świętego Jana Chrzciciela.
I co widzimy? Człowieka żyjącego na puszczy. Głos wołający na puszczy. Głos nawołujący Izrael do pokuty. Widzimy człowieka głoszącego pokutę nie tylko słowami, ale również swym życiem i przykładem, wielkiego ascetę, człowieka, który prawie nas przeraża. Widzimy człowieka niejako oddychającego czystą sprawiedliwością Boga - jedynego człowieka, który mógłby ważyć się ochrzcić Świętego Izraela.
Święty Jan Chrzciciel napełniony był Duchem Świętym jeszcze w łonie swej matki (Łk 1,15). Jeszcze przed swymi narodzinami był święty, oczyszczony z grzechu pierworodnego w łonie świętej Elżbiety. To wielki przywilej. Najświętsza Maryja Panna była Niepokalanie Poczęta, a Chrystus Pan poczęty w sposób cudowny, czyli całkowicie zachowany od wszelkiej zmazy grzechu. Jest jednak jedynie dwóch świętych, którzy oczyszczeni zostali z grzechu pierworodnego w łonach swych matek: święty Jeremiasz oraz święty Jan Chrzciciel. Obaj byli prorokami Starego Przymierza, pierwszy zapowiadał przyjście i cierpienia Zbawiciela, drugi widział Go na własne oczy i dawał o Nim świadectwo. A ponieważ obaj oni mieli szczególną misję zwiastowania cierpień Chrystusa przez swoje własne cierpienia, właściwe było, by również oni byli niewinni, oczyszczeni z grzechu pierworodnego od niemowlęctwa, by byli sprawiedliwi i prawi przed Bogiem, by dać świadectwo wobec ludzi.
Łaska Boża zawsze usposabiała ich do wypełnienia powołania, do którego byli wezwani. Powołanie świętego Jana Chrzciciela było bardzo ciężkim brzemieniem: miał być największym i zarazem ostatnim prorokiem Starego Przymierza. Został wezwany nie tylko do tego, by przepowiadać nadejście Chrystusa, ale również do dawania o Nim świadectwa, do ukazania Go światu. Prorok to ktoś, kto mówi o sprawach Bożych, o rzeczywistościach zakrytych przed oczyma ciała. Święty Jan Chrzciciel mówił o rzeczach Bożych nie tylko zwykłym ludziom, ale i królom, ganiąc króla Heroda za jego kazirodcze małżeństwo. I nie tylko mówił o rzeczach Bożych, widział też samego Boga w Osobie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Taka jest wielkość jego misji prorockiej.
Podobnie jak Zbawiciel, również święty Jan Chrzciciel dawał świadectwo prawdzie, prawom Boga. Również on cierpiał dla prawdy. Poniósł śmierć męczeńską ze względu na prawdę. Dawał świadectwo prawdzie nie tylko podczas życia, ale też oddając swe życie za prawdę. Poniósł śmierć w obronie świętości małżeństwa.
Misja prorocka świętego Jana Chrzciciela jest tak wielka, że inni prorocy Starego Przymierza zapowiadali jego przyjście. Przyszedł on w duchu Eliasza, wielkiego proroka, który przemawiał do Izraela w czasie apostazji, przed wielki i strasznym dniem Pańskim. U proroka Malachiasza czytamy: „Oto ja poślę wam Eliasza proroka, pierwej niźli przyjdzie dzień Pański wielki a straszny”. I zaraz dalej proroctwo mówi o jego misji: „I nawróci serce ojców ku synom, a serce synów ku ojcom ich, abym snadź nie przyszedł i nie skarał ziemi wytraceniem” (Mal 4,5-6).
Na tym właśnie polega wielkie przesłanie świętego Jana Chrzciciela. Święty Jan Chrzciciel, wypełniając swą misję jako zwiastun Chrystusa Pana, ofiarował swe życie w obronie świętości rodziny. Świętość małżeństwa jest fundamentem społeczeństwa. Chrystus nie może panować w społeczeństwie zanim nie zapanuje w waszych rodzinach. Święty Jan Chrzciciel przyszedł, by przygotować lud Izraela na narodziny Zbawiciela, nie wahał się więc napominać samego króla, za wykroczenia przeciwko prawu małżeńskiemu.
Wszyscy wezwani jesteśmy do świętości, drodzy przyjaciele. Wielu ludzi sądzi, że świętość jest jedynie dla ludzi w rodzaju świętego Jana Chrzciciela. Dla takich nieco niezrównoważonych ludzi, którzy nie mają nic innego do roboty prócz pokuty i modlitwy. My jesteśmy na świecie – sądzi wielu – więc świętość nie jest dla nas.
Nie. Jesteście wezwani do tego, by być z Bogiem przez całą wieczność. Wszyscy jesteśmy powołani do oglądania Boga, do oglądania Go takim, jakim jest. Jesteśmy nawet powołani do uczestnictwa w tym akcie, przez którzy rządzi on całym wszechświatem, jeśli tylko pozwolimy Mu panować w naszych sercach. Taka jest wasza misja, takie jest wasze powołanie, taka jest wasza godność. Nie zadawalajcie się niczym mniejszym, nie pozwólcie się zubożyć światu. Przyjmujcie to, co wam Bóg, ofiaruje i odwracajcie się do brudów współczesnego świata.
W rzeczywistości jedynymi ludźmi, którzy są naprawdę zrównoważeni, są właśnie święci. Są oni ludźmi prawdziwie normalnymi. Rozumieją, dlaczego żyją na ziemi i co oferowane jest im w życiu przyszłym.
Niedorzecznością jest myśleć, że policjant nie może być świętym, albo uważać, że skoro pracuję w fabryce świętość nie jest dla mnie, czy też że ponieważ mam tak wiele rzeczy do zrobienia, nigdy nie mogę stać się świętym. To właśnie świętość, prawdziwa pobożność, doprowadza wszystkie te zajęcia do doskonałości i pełni. Policjant nie może być sprawiedliwy i bezstronny, jeśli nie przestrzega praw Bożych. Właściciel fabryki nie może wypełnić swych obowiązków, jeśli nie zna prawdziwego znaczenia miłosierdzia. Matka rodziny nie jest godna tego miana, jeśli nie zna znaczenia ofiary. To cnotliwe życie czyni społeczność ludzką szczęśliwą, a świat współczesny jest tak nieszczęśliwy właśnie dlatego, że tak niewielu ludzi praktykuje cnotę.
Odwagi, drodzy przyjaciele. Żyjemy w czasach podobnych do końca świata, gdy zniszczone będą same fundamenty rodziny i społeczeństwa. Żyjemy w czasie podobnym do tego, w którym Zbawiciel przyszedł na świat: świecie siedzącym w ciemnościach i mroku śmierci (Łk 1). Jednak Chrystus Pan przychodzi. Przychodzi rozproszyć te ciemności i dać światu nowe życie, przychodzi w dziełach łaski. Otwórzcie wasze serca na przyjęcie tej łaski. Wznieście umysł do tego, co jest naprawdę godne waszych aspiracji. Uchwyćcie się obietnicy, jaką daje wam Chrystus. Kochajcie to, co jest prawdziwie godne waszej miłości, a radość wieczności, wieczna radość samego Boga będzie waszym udziałem na wieki wieków. Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)